środa, 7 grudnia 2016

Czas przedświątecznej gorączki



Już po Mikołaju, pierniki przeważnie upieczone, zrobiło się jakoś przedświątecznie, więc u mnie artykulik o prezentach. Dla kogo? Dla moli książkowych, oczywiście... A raczej tekst o problemach z molami książkowymi i prezentami dla nich. 




Zapraszam na stronę:



gdzie podzieliłam się swoimi przedświątecznymi przemyśleniami.
Wpadnijcie, proszę. Przeczytajcie. I koniecznie dajcie znać, co sądzicie o tej współpracy. 
Przede wszystkim napiszcie jak Sami sobie radzicie z molami książkowymi, albo jak Mikołaj sobie radzi z Wami?
Macie jakieś sposoby, by naprowadzić Mikołaja/Gwiazdorka na właściwe tory i podpowiedzieć rodzinie jakie prezenty Was naprawdę ucieszą?

wtorek, 29 listopada 2016

Historia zbudowana na kłamstwie, czyli Księga Ryb Williama Goulda






„Księga ryb Williama Goulda” – to utkana z aluzji (do dzieł literackich i do Biblii), utrzymana w duchu surrealizmu opowieść (dziennik zesłańca i kronika utopijnego państwa, a nawet apokryf), to także historia Tasmanii, w której realia splatają się z elementami okrutnej baśni. Narratorem jest nie do końca budzący zaufanie Sid Hammet - współczesny fałszerz antyków, któremu w ręce wpada kontrowersyjny skarb. Bohaterem zaś jest  William Buelow Gould - żyjący na początku XIX wieku złodziejaszek i artysta, który ma talent do popadania w tarapaty, ale posiada nadzwyczajne umiejętności. Nie tylko  plastyczne...

Cała recenzja dostępna (tutaj). Zapraszam.

Książka obnaża proces narodzin mitu, z czym może się wiązać manipulowanie faktami i przekształcanie wydarzeń w taki sposób, by  dopasować je do prywatnych zamierzeń i celów. Czytelnik czyta kronikę, ale widzi nie tylko końcowy efekt. Jest świadomy w jaki sposób powstaje, więc dostrzega także grube szwy, którymi czasem na siłę sfastrygowane są poszczególne wydarzenia.  
Czy aluzje do Biblii powodują, że książka jest obrazobórcza? Nie sądzę. Z pewnością to pozycja ambitna, osobliwa i ... nieźle zakręcona. Skłaniająca do  przemyśleń.


wtorek, 8 listopada 2016

Pilch profesjonalnie i Pilch uczuciowo, czyli: nie wyprowadzaj swojego biografa z równowagi



Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 12 października 2016
Liczba stron: 480



O tym, że powstaje biografia Pilcha wiedzieliśmy już dawno, ponieważ Katarzyna Kubisiowska (felietonistka, autorka wywiadów) nie kryła swojego entuzjazmu ani dylematów. Inicjatywa wyszła od wydawnictwa, natomiast potencjalny bohater biografii oraz jej przyszła autorka skwapliwie i z zapałem podjęli wyzwanie. Autor zgodził się nawet nie autoryzować tekstu, co dodało sprawie pikanterii, miało podobno obydwu stronom przynieść korzyści, a książce zapewnić reklamę. Osobliwy pomysł wielbiciele z pewnością od razu uznali za kolejny dowód na ułańską fantazję pisarza, natomiast zapowiedź, że nie będzie ingerowania w tekst – stał się sygnałem dla czytelników, potwierdzeniem profesjonalizmu Kubisiowskiej. Z czasem jednak, jak wynika z biografii – współpraca zaczęła się psuć i utykać, aż całkiem ustała, a każdy pogrążył się we własnych bolesnych refleksjach. Okazało się, że sam proces pisania biografii, a także jej publikacja – to doświadczenia, które obie strony muszą udźwignąć.

Z rozmachem i w różnych tonacjach

Skupmy się jednak na samej biografii. Przystępuję do lektury i od razu zapominam o wątpliwościach, upewniam się, że Kubisiowska wobec Pilcha nie ma zamiaru stosować taryfy ulgowej, raczej stara się wręczyć czytelnikowi klucze do zrozumienia jego złożonej osobowości. Jak tego dokonuje? Przede wszystkim prezentuje jego sylwetkę w różnych perspektywach, w rozmaitych środowiskach, relacjach i życiowych rolach. Poznajemy Pilcha nie tylko jako syna i wnuka, ojca, partnera, przyjaciela, ale także jako mieszkańca Wisły i ewangelika, tytana pracy, kibica, studenta i wykładowcę, członka redakcji, felietonistę, krytyka literackiego i pisarza. Autorka stara się wydobyć w jego portrecie wszelkie półcienie, a nawet skrajności. Ukazuje Jerzego Pilcha jako osobę szalenie towarzyską, a jednocześnie – samotnika; rozmówcę, który inspiruje i onieśmiela; egocentryka i osobę niezwykle czułą;  człowieka, którego przyjaźń traktuje się jako nobilitację, co jednak nie zawsze chroni przed… poznaniem smaku „pilchowskiej” zdrady. Słowem: Pilch w najróżniejszych odcieniach i barwach. Pilch – człowiek, nie pomnik.

Kubisiowska korzysta z przeróżnych źródeł. Przeprowadza kwerendę, chętnie udziela głosu pisarzowi (cytuje jego słowa, a ponieważ Pilch tworzy prozę nasyconą autobiografizmem – odsyła również do odpowiednich fragmentów jego twórczości), zamieszcza wypowiedzi znanych osobistości, krytyków literackich, pozwala przemówić znajomym i przyjaciołom Pilcha. Pojawiają się też echa gorących dysput i ostrej wymiany zdań, które przetaczały się od czasu do czasu przez media. Trzeba przyznać, że wszystkie te elementy sprawiają, że portret pisarza, który wyłania się z lektury jest barwny i wielowymiarowy.

Kolejne kręgi wtajemniczenia

To, co mnie w książce najbardziej ujęło – to układ części i rozdziałów, które nie tylko jakimś cudem (dzięki dyscyplinie) stale uwzględniają chronologię, a jednocześnie poświęcone są osobom z najbliższego otoczenia pisarza. Mamy wrażenie, że poznajemy kolejno ich sylwetki, a jednocześnie dzięki nim – osiągamy kolejne stopnie wtajemniczenia w procesie odkrywania osobowości pisarza. Kubisiowska umiejętnie wydobyła i podkreśliła wpływ bliskich osób na życie i twórczość Pilcha, a przede wszystkim - na ważne rysy jego charakteru. Kolejne osoby „patronują” konkretnym częściom lub rozdziałom, ponieważ są „odpowiedzialne” za ukształtowanie pewnych jego cech. W ten sposób części „Matula” i „Ojciec” to portrety rodziców, ale także w pewnym sensie dowód, że relacje z nimi (i między nimi) zdeterminowały sposób budowania wszystkich związków pisarza. „Babka Czyżowa” to wychowanie ewangelickie, surowość i czułość, ale także skłonność do gawędziarstwa. „Wantuła” – to religia, a także droga do pisarstwa. „Stary Kubica” to inteligencja, siła i niezależność. Ale także niespokojny duch, alkohol i ułańska fantazja…

Nie można odmówić Kubisiowskiej rozmachu. W książce nie zabrakło odniesień ani do choroby, z którą pisarz boryka się od lat, ani do jego warsztatu pisarskiego i fascynacji literackich. Kubisowska stara się też być przewodnikiem po jego utworach, przedstawia okoliczności jego debiutów (bo pisarz debiutował wielokrotnie w różnych rolach), pozwala prześledzić proces kształtowania się jego warsztatu i zajrzeć za kulisy przyznawanych nagród. Jej książka stała się nie tylko biografią Pilcha, kroniką jego rodziny (autorka głęboko wchodzi w koligacje), ale także panoramą rodzinnego miasta, uwzględniającą klimat i specyfikę mieszkańców (także ich stosunek do twórczości pisarza). Ten rozmach wydaje się konieczny. Z pewnością autorce udało się udowodnić, że stereotypowy wizerunek pisarza jest często niesprawiedliwy, a przede wszystkim: maksymalnie spłycony.

Zejście z kursu

Do pewnego momentu Kubisiowskiej udaje się utrzymać dystans wobec swojego bohatera i do swojej książki. Autorka pozostaje obiektywna, ponieważ pozwala o Pilchu opowiadać innym osobom. Ni stąd, ni zowąd, w końcowych partiach książki charakter narracji nagle się zmienia. Pojawia się osobisty, nazbyt emocjonalny ton. Zostaje naświetlona sprawa opublikowanego niedawno wywiadu Eweliny Pietrowiak, przy czym Kubisiowska zadbała, by czytelnicy zobaczyli okoliczności tej sprawy w innym, niż dotąd świetle.

Przyznaję, że dużo wcześniej, w trakcie lektury doszłam do wniosku, że biografia Kubisiowskiej powinna sprawić satysfakcję czytelnikom, tym zwłaszcza, którzy odczuli niedosyt (czytaj: wielki apetyt na więcej), po przeczytaniu niedawno opublikowanego wywiadu Eweliny Pietrowiak. Myślałam nawet, nieco naiwnie, że obydwie książki miały w swym zamierzeniu wzajemnie się uzupełniać. Autorzy książki „Zawsze nie ma nigdy” od razu jasno postawili kwestię, że publikacja nie była planowana, powstała z potrzeby serca, w rezultacie żmudnego procesu rekonwalescencji. Dobrze jeszcze pamiętam, że zwróciło moją uwagę zręczne balasowanie Pilcha i Pietrowiak wokół tematów, ich powściągliwość w ujawnianiu informacji, które mogłyby odebrać „moc” powstającej biografii. Kiedy jednak tylko sobie pomyślałam o tym, że obie publikacje współgrają – Kubisiowska od razu sprowadza mnie na ziemię.  Ale nawet teraz, gdy znam inną wersję - wbrew temu, co sądzi Kubisiowska – nie potrafię tej publikacji odebrać jako cios w jej biografię. Wobec czego - nuta pretensji w jej tonie – wydaje mi się nieco małostkowa. A nad rozdziałem: „Zdrada” – wyczuwam ulotny zapaszek nie tylko „zdrady”, ale także „zemsty”. Dochodzę do wniosku, że sprawa publikacji książki Pietrowiak miała jednak dla biografii Kubisiowskiej diametralne znaczenie.

Oczywiście, w momencie ukazania się książki „Zawsze nie ma nigdy” – znakomita większość biografii musiała być ukończona. Dodam, że ta lepsza część. Kubisiowska pracuje nad samym zakończeniem swej książki już bez przychylnej życzliwości pisarza, borykając się z poczuciem odtrącenia i "zdrady”. W tym momencie jej narracja w sposób zasadniczy zmienia ton. A szkoda, bo przecież zrobiła kawał dobrej roboty. Nawet, jeśli pisarz nie uprzedził jej o wywiadzie (co jako przyjaciółkę musiało zaboleć), to dla dobra biografii można było poczekać, aż wzburzenie opadnie. Odłożyć na chwilę pisanie, albo z klasą pominąć temat i robić swoje. Kubisiowska jednak dała ponieść się emocjom. Kiedy więc wypływa temat wywiadu Pietrowiak – robię się ostrożna, wcześniejsze wątpliwości dotyczące zbytniej zażyłości autorki z Pilchem – powracają. Biografię, ze względu na obiektywność autorki dzielę na dwie różne części. Jako kobieta – mogę zrozumieć rozterki Kubisiowskiej, nie wątpię nawet w jej szczerość. Natomiast jako czytelnik poszukujący rzetelnej biografii – mam z tym problem. Nagle bowiem zmuszona jestem podejrzliwie przyglądać się faktom. Zastanawiać się – w którym miejscu kończy się literatura, a zaczynają osobiste rozgrywki.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu:



wtorek, 25 października 2016

Wielki Atraktor i inne zgryzoty dziewięciolatka



(…) i pomyślałem: „nie boję się was, Czarne Dziury, nie boję się ciebie, Pustko w Wolarzu i Wielki Atraktorze” i pomyślałem „oto jedziemy sobie z mamą i Jemimą taksówką przez rzym w nocy” i pomyślałem „jakie to fajskie”*


Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Data wydania: 21 październik 2016
Tłumacz: Krzysztof Filip Rudolf
Ilość stron: 256



Brytyjski pisarz – Matthew Kneale, autor monumentalnej polifonicznej powieści („Anglicy na pokładzie”), który udowodnił, że potrafi dla odmiany napisać zbiór kameralnych, niemal intymnych opowiadań zanurzonych w różnych kulturach („Drobne występki w czasach obfitości”) – ponownie zaskakuje czytelnika zupełnie odmiennym utworem i kolejnym przesłaniem. Jego najnowsza książka to tragikomedia, powieść psychologiczna, a zarazem dramat rodzinny przedstawiony oczami dziecka.

Utwór stylizowany na dziennik dziecka i ukazujący świat z jego perspektywy - oczywiście nie jest nowością. Podobną konstrukcję i sposób wprowadzenia w świat dziecka (i w chorobę) stosuje Mark Haddon w książce „Dziwny przypadek psa wieczorową porą”, która pod pozornie zabawną i lekką treścią, przemyca budzące emocje studium psychologiczne osoby chorej na autyzm. Matthew Kneale wykorzystał podobny pomysł, ale przyprawił go szczyptą oryginalności. Oczywiście problem jest zupełnie inny (nie mniej ważki), natomiast sposób wykonania – z pewnością jeszcze bardziej ryzykowny i karkołomny. Kneale całkowicie wnika nie tylko w psychikę, ale także w język dziecka, uwzględnia stan jego wiedzy i biegłości w sztuce pisania, co oznacza, że czytelnik w narracji natknie się na błędy gramatyczne, ortograficzne i interpunkcyjne, a także wejdzie w świat zabawnych powiedzonek i po dziecięcemu przekręconych słówek.

Na początku ten styl wymaga nieco uwagi, trzeba do niego przywyknąć, bo przecież poświęciliśmy parę ładnych lat, by z błędów w zeszytach szkolnych wyrosnąć. Dość szybko jednak oswoimy się z językiem, wczujemy w nastrój i zrozumiemy intencje autora. Wówczas dotrze do nas prostota i genialność pomysłu, ponieważ naprawdę piorunujący efekt wywołuje rozdźwięk między niewinną i zabawną relacją dziecka, a prawdziwym obrazem sytuacji powstającym w głowie czytelnika. Ponad to – dochodzimy do wniosku, że język, który początkowo nas nieco rozprasza - nie jest udziwnieniem ani popisem, lecz narzędziem, który konsekwentnie uwiarygadnia narrację. Jest dowodem wirtuozerii pisarskiej Kneale’a, który nie podszywa się, niczego nie udaje, lecz autentycznie oddaje dziecku głos.

Główny temat książki i jej osnowę stanowią perypetie sympatycznej rodziny. Narratorem jest dziewięcioletni Lawrence, który mieszka z matką i czteroletnią siostrą – Jemimą. Do niedawna wszyscy z ojcem mieszkali w Szkocji, ale po rozwodzie matka z dziećmi wróciła do Anglii. Nie znamy przyczyn rozstania, możemy tylko spekulować. Wiemy jednak, że kłopoty wraz z rozwodem wcale się nie skończyły, a kobieta w obawie przed nękaniem swego męża postanawia uciec i ukryć się z dziećmi w Rzymie, w którym niegdyś mieszkała i gdzie miała przyjaciół. Ponieważ decyzja jest spontaniczna – poznajemy rodzinę w atmosferze chaosu, który wiąże się z wyjazdem/ucieczką i pakowaniem niezbędnych rzeczy. Oczywiście, jak to w życiu bywa - przekonamy się, że istnieją zasadnicze różnice w rozumieniu słowa „niezbędny” przez osobę dorosłą i jej pociechy.

„Rzymianami bendąc” – to obraz podróży i trudnej aklimatyzacji w Rzymie, bo przecież tłumne i wylewne powitanie wcale nie oznacza, że któryś z przyjaciół gotowy jest wziąć na głowę tak duży problem (a raczej trzy problemy). Przyglądamy się, zatem, jaką odyseję przebywa trójka naszych bohaterów zanim znajdzie dla siebie lokum, w jaki sposób radzi sobie z nową rzeczywistością i z sobą nawzajem. Oczywiście kolejne perypetie są tylko pretekstem, by przyjrzeć się zupełnie wyjątkowym relacjom między członkami rodziny. Autorowi udało się oddać bardzo intymny, pełen czułości, a zarazem pełen realizmu obraz ich małej wspólnoty. Dużo ciepła i miłości kryje się w zabawnych słowach-kodach, którymi zwracają się do siebie matka i jej dzieci. Niezwykła więź, zwłaszcza między matką i synem, podszyta jest i dodatkowo wzmocniona wspólnym lękiem przed groźnym ojcem. Okazuje się, że ucieczka nie zagwarantowała bezpieczeństwa, a niepokój przywędrował za nimi aż do Rzymu.

Lawrence jest typowym dzieciakiem, a zarazem nim nie jest. Bawi się, droczy z siostrą, opiekuje chomikiem, miewa kłopoty z okiełznaniem emocji, ma swoje dziecięce pasje i uprzedzenia. Kiedy poznamy go bliżej, przekonamy się, że na barki chłopca spadł zbyt duży ciężar. Powinno nas zaniepokoić pewne odwrócenie ról, którego się w narracji dopuszcza, ponieważ Lawrence opisuje siostrę z nutą złośliwości, nawet bezwzględności (całkowicie typową dla dzieci), ale zmienia ton, gdy wypowiada się o matce. To właśnie matkę, a nie Jemimę, traktuje, jak osobę, która potrzebuje opieki. Stale ją obserwuje i jak sejsmograf reaguje na najmniejsze zmiany. Odpręża się dopiero, gdy widzi jej uśmiech, ponieważ to oznacza, że w pobliżu nie czai się niebezpieczeństwo. Kiedy mama się rozkleja – chłopiec od razu przejmuje odpowiedzialność za rodzinę. To poruszający obraz, zwłaszcza, gdy uzmysłowimy sobie, że winę za ten stan rzeczy ponoszą chore relacje między rodzicami, a dziecko przeżywa sprawy, które zupełnie nie powinny trapić go w tym wieku.

Pamiętnik chłopca składa się w równej mierze z jego bezpośrednich relacji, ale także z refleksji dotyczących lektur. To ważne fragmenty, gdyż uzupełniają i pogłębiają obraz sytuacji, pozwalają zrozumieć lęki, a raczej rozmiar jego lęków. Lawrence interesuje się astronomią i historią rzymskich cesarzy. Dosyć zaskakująco i niepokojąco w tym kontekście wyglądają rozważania o Wielkim Atraktorze (kosmicznej dziurze, która zagraża Ziemi, chociaż do końca nie wiadomo, na czym to zagrożenie polega). Nie można też ze spokojem przejść obok refleksji dotyczących Agrypiny, matki Nerona, zamordowanej po wielokrotnych próbach przez syna. Nie można tych fragmentów przyjąć obojętnie - zwłaszcza wyobrażając sobie co musi czuć dziecko prześladowane widmem szalonego ojca. Nawet, jeśli to zagrożenie jest mgliste, niedookreślone, zupełnie jak w przypadku czarnej dziury czającej się w kosmosie…

Wszystkie niepokojące tropy i symptomy, a także mniejsze i większe katastrofy, które przydarzają się naszym bohaterom na każdym kroku powodują, że zyskujemy pewność, że atmosfera wokół dzieci jest niezdrowa. Oczywiście już od dawna wiemy, gdzie leżał błąd i od tego momentu nasilają się złe przeczucia… Czy jednak istnieje jeszcze jakakolwiek szansa na ratunek?

„Rzymianami bendąc” to wielowymiarowa alegoria podróży, a jedną z nich (tą najważniejszą) jest obraz przyspieszonej wyprawy w dorosłość, którą Lawrence’owi zafundowali jego najbliżsi. Matthew Kneale w znakomity sposób ukazał proces destrukcji i oczyszczenia. Podkreślił i wyeksponował wagę poczucia bezpieczeństwa i zdrowych relacji, które są niezbędne dla prawidłowego rozwoju. Udowodnił, że choroba jednego członka - oznacza chorobę całej rodziny. W rezultacie bolesna kuracja będzie potrzebna wszystkim. A najbardziej – dziecku.

Podczas lektury nie zaglądamy w świat dziecka. Możemy raczej znaleźć się w jego skórze.


* "Rzymianami bendąc", M. Kneale, str. 86


Za książkę dziękuję Wydawnictwu:









piątek, 21 października 2016

Zmierzch obfitości języków




Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 2016, 
seria: Prace Naukowe UŚ w Katowicach, 


Romantyzm w Polsce był epoką szczególną. Wpłynął na światopogląd wielu pokoleń i wciąż funkcjonuje w świadomości narodowej. W oddziaływaniu romantycznej mitologii tkwią korzenie naszych cech narodowych. Marek Piechota, literaturoznawca i filolog, który zajmuje się badaniem twórczości tego okresu, uważa, że obraz, który wynosimy ze szkoły, jest zniekształcony. W swoich publikacjach pochyla się nad zagadnieniami tej epoki, rzuca nowe światło na dobrze znane fakty, a nawet doszukuje się analogii ze współczesnymi i zupełnie aktualnymi problemami.
Pomysł na książkę dojrzewał powoli. Autor od dawna interesował się zagadnieniem wymierania języków naturalnych. Zupełnie odrębnie prowadził badania dotyczące ponadprzeciętnych zdolności językowych naszych czołowych poetów romantycznych. Kiedy dopatrzył się analogii w zagrożeniach, które niosła Wielka Emigracja i dzisiejsza emigracja zarobkowa, a także skrajnie różnych postaw wobec języka (w okresie utraty państwowości język był elementem scalającym naród; w dobie powszechnego globalizmu podlega procesowi ubożenia), znalazł wspólną płaszczyznę dla swych badań. Poliglotyzm wielkich romantyków polskich jest syntezą tych pozornie odległych problemów.
Projekt książki składa się z kilku części. Szkice, które stanowią rdzeń opracowania, to biografie Mickiewicza, Słowackiego i Krasińskiego. Nie są to opracowania podręcznikowe. Prezentują mniej znane fakty z życia poetów. Zdradzają, jakie warunki, aspiracje, ale też bezwzględne potrzeby skłaniały ich do intensywnego przyswajania języków. Uzmysławiają także, w jakim stopniu ta znajomość przełożyła się w ich przypadku na umiejętność operowania słowem, kunszt i artyzm. Powyższe rozważania zmuszają czytelnika do zadania sobie pytania, które tylko pozornie jest paradoksalne: czy poeci, którzy żyli w czasach utraty niepodległości i doskonale zdawali sobie sprawę, że ich „świętym obowiązkiem” jest tworzenie w języku polskim, osiągnęliby sukces, gdyby nie posiadali ponadprzeciętnych zdolności językowych i nie byli poliglotami?
Piechota – w żadnym wypadku nie ujmując zasług poetom, którzy stanowią dobro narodowe – stara się odbrązowić ich wizerunki. Przeprowadza między nimi ranking, porównując liczby poznanych języków, stopień zaawansowania, a także umiejętność wykorzystania ich znajomości w procesie tworzenia. Iloma językami zatem władali nasi czołowi poeci? Mickiewicz dwunastoma. Wykładał po francusku i łacinie, klął po rosyjsku. Lirycznie wypowiadał się tylko po polsku. Słowacki nieznacznie mu ustępował. Opanował w różnym stopniu dziewięć języków, w podróży poznał jeszcze podstawy arabskiego. Krasiński znał osiem języków. Francuskim władał bieglej niż polskim. Ostentacyjnie unikał rosyjskiego. Przez całe życie poeci doskonalili swoje umiejętności, czytywali największe dzieła w oryginale, a później wykorzystywali elementy obcych kultur i egzotyki, by tworzyć najwspanialsze, pełne indywidualizmu i oryginalnej wizji dzieła polskiego romantyzmu.
Z wielkim zainteresowaniem pochłania się tę dopieszczoną edytorsko, napisaną ze swadą i erudycją, ale także niepozbawioną humoru książkę. Monografia nigdy nie miała pozostać jedynie zbiorem ciekawostek historycznych, stała się pretekstem do różnorodnych rozważań. Autor interesuje się między innymi kwestiami związanymi z etymologią – nauką badającą pochodzenie wyrazów. Ten wątek pozwala cofnąć się jeszcze bardziej w czasie, spojrzeć w mroki przeszłości, a także zastanowić się nad naturą człowieka. Pozwala także zobaczyć w zupełnie nowym świetle pułapki pogrążonego w szumie medialnym „raju informacyjnego”, w którym żyjemy. Wszystkie refleksje łączą się w fascynującą opowieść o języku, który jest fundamentem każdej kultury, a zarazem doskonałym źródłem wiedzy o niej. Narzędziem czułym na wszelkie (polityczne, ekonomiczne i obyczajowe) zmiany.

                                   Recenzja opublikowana w: FA nr 09/2016


piątek, 14 października 2016

Biografia Józefy Szembekowej - czyli koło fortuny i klątwa "Niebezpiecznych związków"

Wydawnictwo: Wydawnictwo LTW
Autor: Magdalena Jastrzębska
Data premiery: 2015
Liczba stron: 256


„Listy z Kresów. Opowieść o Józefie z Moszyńskich Szembekowej” -  to książka, która oferuje znacznie więcej, niż sugeruje podtytuł. Nie można było przecież skonstruować portretu tak wyjątkowej arystokratki bez wniknięcia w spory kawałek polskiej historii. Jest to biografia fascynującej kobiety, ale także zaduma nad losem powstańców, zesłańców i bohaterów narodowych i opowieść o dziejach wielkich majątków położonych na Wołyniu i Podolu, które dawno już przepadły w odmętach czasu i w zawirowaniach historii. To opowieść, która skupia się na ukazaniu doli Polaków z Kresów Rzeczypospolitej u schyłku barwnej epoki. To wreszcie saga rodu Moszyńskich, ponieważ autorka dociera do źródeł powstania ich legendarnej fortuny i odkrywa jedną z przyczyn jej spektakularnego upadku.

Przez lata dzieje rodu Moszyńskich niemal zupełnie zostały zapomniane, wystarczyło jednak przeprowadzić kwerendę w muzeach, archiwach i bibliotekach, by okazało się, że ich historia jest unieśmiertelniona w dziennikach i wspomnieniach różnych osobistości, w listach, portretach malarzy (w dziełach Jana Matejki), a także w utworach literackich, bo przecież swój prestiż rodzina zawdzięcza mariażowi z córką słynnej hrabiny Cosel ( którą uwiecznił w swej powieści Józef Ignacy Kraszewski), a ważny epizod z życia rodziny natchnął Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania i dramatu.


Bohaterka książki – Józefa z Moszyńskich Szembekowa była córką niedobranej pary. Jej ojciec – Piotr Moszyński, zesłany za działalność konspiracyjną, przez wiele lat rozdzielony z rodziną, cieszył się niezwykłym autorytetem wśród rodaków, w pewnym sensie imponował nawet samemu carowi. Matka – Joanna Moszyńska, a później Jurjewiczowa - była kobietą słabą i podatną na wpływy. Nie zdołała nie tylko wywiązać się z obowiązków matki i żony, ale także nie uniosła presji środowiska, które w żonach zesłanych patriotów (zwłaszcza tak majętnych) szukało wzorów bohaterskiej postawy, oczekiwało trwania przy mężu i roztaczania opieki nad zesłańcami. Taką protektorką okazała się jedna z najbliższych przyjaciółek domu – Róża z Łubieńskich Sobańska, którą nazywano „Różą Sybiru”. Joanna Moszyńska przez kilka lat starała się, co prawda, o wyjazd do męża, ale gdy w końcu taka możliwość się pojawiła – hrabina zmieniła zdanie. Nie tylko nie wyjechała, ale już zdążyła zaplanować sobie życie z innym partnerem, w dodatku - z oficerem rosyjskich huzarów. Istnieją pewne spekulacje dotyczące udziału i manipulacji pani Wesołowskiej (nauczycielki i damy do towarzystwa) w sprawie połączenia hrabiny z oficerem i właśnie ten motyw zainspirował Jarosława Iwaszkiewicza do napisania opowiadania (oraz jego scenicznej przeróbki). „Noc czerwcowa” jest opowieścią (dramatem), który mówi o miłości, powinności i zdradzie, ale Iwaszkiewicz ukrył prawdziwe imiona swych bohaterów, a poza tym udało mu się wyeksponować uniwersalny dramat człowieka. Nie potępił jednoznacznie hrabiny, uczynił z niej również postać tragiczną, dowodząc, że „każdy człowiek ma swój Sybir”.



Wróćmy jednak do naszej bohaterki. Życie Józefy pod wieloma względami układało się dramatycznie. W dzieciństwie została pozbawiona rodziców (matka pochłonięta była sobą), z ojcem mogła kontaktować się jedynie poprzez korespondencję. Zachowane listy z tego okresu zachwycają kaligrafią - zwłaszcza, gdy dociera do nas, że pisało je kilkuletnie/kilkunastoletnie dziecko, a stają się przejmujące - gdy dowiadujemy się, jakim okrucieństwem nauczycielki zostały okupione. Dzieciństwo i młodość Józefy to w dużej mierze walka rodziców o opiekę nad nią, ponieważ po rozwodzie matka nagle uzmysłowiła sobie własne obowiązki. A może raczej dotarło do niej (nie bez udziału jej nowego męża), że córka jest główną właścicielką fortuny? W tej batalii wygrał ojciec, któremu udało się po ośmiu latach rozłąki sprowadzić córkę do siebie. Mieszkali razem aż do jej zamążpójścia.

Przebywając pod dachem ojca Józefa poznała jego ideały (Piotr Moszyński zadbał o odpowiednie wykształcenie, w jego biblioteczce nigdy nie brakowało patriotycznych, nawet zakazanych książek; przekonujemy się także, że był nowoczesnym rodzicem – podarował przecież córce egzemplarz książki „Niebezpieczne związki” Laclosa). Józefę wkrótce połączyła przyjaźń z innym legendarnym patriotą, żołnierzem powstania listopadowego i zesłańcem, dużo starszym od siebie - hrabią Romanem Sanguszką. Za mąż jednak wyszła niefortunnie (to słowo jest zupełnie na miejscu) za Józefa Szembeka. Kandydat odpowiadał zarówno ojcu i córce, o ile jednak Piotr Moszyński szybko dostrzegł wady zięcia i próbował jakoś zaradzić – Józefa nigdy nie przyjęła słów krytyki, a kolejne ciosy przyjmowała ze stoickim spokojem. Jest w tym jakaś przewrotność losu... Być może pozostała do końca oddaną, lojalną żoną, ponieważ podświadomie chciała postępować zupełnie inaczej, niż jej matka?



Przyznaję, że opowieść o Józefie Szembekowej zachwyciła mnie, a jednocześnie głęboko zaintrygowała. Penie trochę inaczej, niż wynikałoby to z intencji autorki. Doceniam pracę Magdaleny Jastrzębskiej, bo nie można nie docenić godzin poświęconych w archiwach, ale także pięknej polszczyzny i jasnego stylu; mam wielkie uznanie dla pasji, której zawdzięczamy wydobycie Józefy z mroków niepamięci. Jednocześnie jednak – (och!, z pewnością to zasługa Jastrzębskiej, ale także Kraszewskiego, Matejki i Iwaszkiewicza, w pewnym sensie także - Agaty Tuszyńskiej, która swego czasu oddała należne miejsce w literaturze innej Józefie) – zaczęła mnie gnębić myśl, że w całej historii, a przede wszystkim w samej bohaterce – tkwią jeszcze nieodkryte pokłady potencjału literackiego. Sama biografia przecież układa się w gotową konstrukcję fabularną, a wszelkie dramatyczne zwroty w życiu bohaterki musiały generować cały szereg rozterek, które Jastrzębska naświetliła na tyle, na ile pozwoliła formuła biografii. Mogłyby one jednak stanowić doskonały punkt wyjścia do psychologicznej rozbudowy postaci i zaowocować stworzeniem złożonej i niejednoznacznej bohaterki. Cóż by to była za bohaterka!



W głowie kłębi się mnóstwo pytań… Jak się czuło dziecko, któremu wmawiano, że jest upośledzone z powodu rudych włosów? Co przeżywało, gdy chciało przelać całą swoją miłość i tęsknotę do ojca, a nauczycielka po raz dwudziesty darła list i kazała przepisywać na nowo? Jak wyglądało powolne dochodzenie do równowagi i odkrywanie własnej wartości? Czy Józefa kiedykolwiek zrozumiała swoje znaczenie i miejsce w świecie? Dręczy mnie też kwestia: czy rzeczywiście tak łatwo mogła przełknąć powtórny ożenek swego ojca ze swoją rówieśnicą i najbliższą przyjaciółką? Ileż musiało kosztować ją udręki w pogodzeniu się z tą decyzją! A sprawa Sanguszki? Czy niechęć starej matki zrujnowanego hrabiego mogła stać się przeszkodą dla gorącego uczucia? I dlaczego matka raczej nie naciskała na mariaż, skoro Józefa była piękną, inteligentną kobietą, a zarazem najpotężniejszą partią w kraju? Czy młoda dziewczyna doprawdy tak łatwo pogodziła się ze szlachetną rezygnacją swego wybranka? A może wcale nie było tak silnego uczucia? Co sprawiło, że mając tyle pięknych patriotycznych przykładów wokół siebie – Józefa oddała serce zwykłemu lekkoduchowi, który dość przewrotnie, na jej zgubę, zmaterializował się chyba wprost z kart książki „Niebezpieczne związki”?

Podczas lektury "Listy z Kresów..." czytelnik musi sobie odpowiedzieć na wiele podobnych pytań i po głębszym namyśle dojdzie do wniosku, że nie da się na nie w sposób łatwy i przyjemny odpowiedzieć. Właśnie w tych pytaniach i kolosalnych dylematach można odnaleźć psychologiczno-literacki potencjał, który być może kiedyś natchnie kogoś do napisania biografii Józefy Szembekowej pod takim właśnie kątem...


czwartek, 6 października 2016

PRZYGODY Z BAJKOWYM PRZEWODNIKIEM, CZYLI RELACJA Z PODRÓŻY



Nadszedł czas, by kupić wnukowi buty do wędrowania po górach. Właśnie ukończył pięć lat, a już dawno z mężem postanowiliśmy, że gdy to nastąpi, zabierzemy go na wyprawę. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ jest to zupełnie magiczny wiek w kontaktach wnuka z jego dziadkami.


[Świątynia Wang w Karpaczu. Główna przyczyna kierunku naszej wyprawy]


Pamiętam tę chwilę, gdy miałam pięć lat i listonosz przyniósł mi pierwszą w życiu pocztówkę od babci, która przebywała na wczasach w Karpaczu. Widoczek przedstawiał Świątynię Wang, a pocztówkę mam do dziś. Mój mąż miał pięć lat, gdy dziadkowie zabrali go na Śnieżkę. Pamięta napotkanych ludzi, a nawet tematy rozmów, a ponieważ te obrazy często do nas powracają - postanawiamy podarować naszemu wnukowi podobne wspomnienia. Chcemy zabrać go na szlak. Szczególnie frapuje nas Szklarska Poręba, która leży blisko Karpacza i Śnieżki, więc gdy plany nabierają kształtu - stwierdzamy, że zatrzymamy się właśnie w tej miejscowości.

Długo przygotowujemy się do wycieczki. Wrzesień zapowiada się wyjątkowo pięknie, a kiedy wszystko dopięte jest na ostatni guzik – przychodzi pogorszenie pogody. Akurat na wyjazd! Nie zmienimy już terminu. Możemy jedynie dostosować plany do pogody... Ale co zrobimy, gdy zupełnie nie będzie można wyruszyć w góry? Jak sprawić, by ten wyjazd nawet w deszczu okazał się atrakcyjny dla dziecka? Z kłopotu wybawiła nas książka.




Skoro wyjeżdżamy z dzieckiem, to chcemy poznać miejscowość z jego punktu widzenia, a do tego potrzebny jest przewodnik, który może zaciekawić małego odkrywcę. I okazuje się, że na pomoc przychodzi nam Wydawnictwo Ad Rem, które przygotowało całą serię przewodników dla dzieci; znajduję wśród nich dokładnie to, czego potrzebuję: bajkowy przewodnik „Szklarska Poręba. Magiczne miasto Ducha Gór”. Wyczekuję go z niecierpliwością, zastanawiam się czy będzie atrakcyjny dla dziecka, a zarazem kompetentny. Muszę przecież na jego podstawie ustalić kilka wariantów wycieczki, dostosowanych do każdej pogody. I książka okazuje się prawdziwym strzałem w dziesiątkę!



Wyjeżdżamy wcześnie i dopiero w samochodzie, przewidując, że droga będzie się dłużyć – wyciągam książkę. Wnuk jest zaciekawiony. Przy okazji jest pasowany na prawdziwego turystę. Ma buty, plecak i najprawdziwszy przewodnik. Od razu zabiera się do wertowania, bo publikacja jest kolorowa i wyróżnia się ładną szatą graficzną. Przewodnik jest pomysłowo skonstruowany. Po lewej stronie znajdują się zwięzłe informacje, adresy i fotografie miejsc, które warto zobaczyć. To część przydatna dla dorosłych. Po prawej – te same informacje ujęte zostają w formę ilustrowanej opowieści, a jej bohaterami są skrzaty i ich magiczny opiekun i przewodnik: Duch Gór – Karkonosz.


["Plony" naszego wyjazdu. Po prawej - jeden z tajemniczych hologramów odrysowany na kartce.]


Czytamy w drodze kilka opowiadań, nasz wnuk poznaje legendy związane ze Szklarską Porębą. Pojawiają się zupełnie dotąd obce dla niego nazwy: bracia Hauptmann, Wlastimilówka, Chybotek, piryty, Szklarka, Walonowie… Jeszcze wszystkiego nie ogarnia, ale oczy okrągleją mu z ciekawości i brniemy dzielnie przez fotografie, obrazki i kolejne legendy. Zaciekawia go świat Karkonosza i jego skrzatów, a najbardziej - Chybotek... 

Do przewodnika dołączona jest mapa Szklarskiej Poręby. Teraz łatwiej będzie zlokalizować poszczególne atrakcje. A jeśli ktoś woli - może skorzystać z kilku propozycji kierunku zwiedzania miejscowości (przewodnik proponuje różne szlaki tematyczne). Naszą uwagę przyciąga zaproszenie do wzięcia udziału w grze terenowej, w której cała rodzina może wcielić się w poszukiwaczy skarbów; to wycieczka „Magicznym Szlakiem Ducha Gór”.





Przewodnik informuje, że zabawę należy rozpocząć w centrum miasta, w punkcie Informacji Turystycznej, w której poznamy szczegóły trasy i zaopatrzymy się w niezbędny pakiet startowy. Gra rozpoczyna się dokładnie w tym miejscu, bowiem przed budynkiem IT znajduje się pierwszy granitowy głaz i jedna z wielu tabliczek, które musimy odszukać. Wszystkie głazy ustawiono w punktach, które tworzą szlak. Ważnym miejscem może się okazać: malowniczy punkt widokowy, niezwykła formacja skalna, muzeum czy wodospad. Studiując mapę odkrywamy, że wybrane miejsca są wyraźnie oznaczone, a obiekty nie leżą szczególnie daleko od siebie.  Zabawa polega na tym, by dotrzeć do wskazanych punktów, odnaleźć granitowe głazy oznaczone płaskorzeźbami (łatwo je zauważyć) i znaleźć na nich (lub przy nich) małe tabliczki z wygrawerowanymi tajemniczymi symbolami. To nasze skarby. Do nich należy przyłożyć kartkę z notesu i zakreślić jej powierzchnię ołówkiem, a wówczas wyłoni się hologram, który jest dowodem na to, że dziecko „zaliczyło” kolejny punkt na szlaku. Zebranie odpowiedniej ilości hologramów daje gwarancję zdobycia cennego trofeum: CERTYFIKATU „ODKRYWCY SZKLARSKIEJ PORĘBY”.




Dolny Śląsk wita nas zachmurzonym niebem. Przestajemy się łudzić, że uda nam się wyjść na Śnieżkę czy na nieco niższą Szrenicę. Musimy uruchomić plan „B”. Rozmawiamy o kolejnych obiektach, które możemy odwiedzić zanim dotrzemy do Szklarskiej Poręby. „Ale ja bym chciał szukać skarbów” – odzywa się wnuk i stuka palcem w fotografię przedstawiającą Chybotka. Zatem, postanowione. Mimo deszczu i braku możliwości wyjścia w góry – spędzimy jednak dzień na szlaku. Na „Magicznym Szlaku Ducha Gór”. Karkonosz już zdążył rzucić na mojego wnuka swój czar.

Dzień jest mglisty, co jakiś czas atakują nas fale mżawki, która ma wyraźną ochotę przerodzić się w deszcz. Ale czy może nam zagrozić jakaś mżawka, skoro jesteśmy uzbrojeni w przeciwdeszczowe peleryny? Cały dzień bawimy się wybornie. Szukamy oznaczonych głazów i odwiedzamy fantastyczne miejsca: Lipę Sądową, Skałkę Karczmarza, Wodospad Szklarki, Leśną Hutę. Kilkakrotnie samochodem przemierzamy najsłynniejszy zakręt w Polsce - Zakręt Śmierci. Duże wrażenie robi na nas Chata Walońska, która wyłania się przed nami wprost z mgły, a może z jakiejś prastarej legendy? Co prawda jest zamknięta, ale przed nią odkrywamy wystawę fantastycznych rzeźb lokalnego artysty. I najważniejsze: wspinamy się na Chybotka, dosyć sporą skałę położoną na kilku kamiennych blokach, którą łatwo można rozkołysać (skrzaty twierdzą, że Chybotek zamykał niegdyś wejście do podziemnego skarbca Ducha Gór, a one wiedzą, co mówią). Mżawka? Jaka mżawka? Czy ktoś miał czas ją zauważyć?


[Przewodnik zwraca uwagę na różne postacie, w które wciela się Karkonosz. Przez całą wycieczkę ich szukamy. Przekonujemy się, że Duch Gór towarzyszy nam wszędzie]


Dopiero wieczorem wnuk ma możliwość, by rozłożyć się z przewodnikiem i przyjrzeć się jego kolorowym dodatkom (kredki, notesik, linijka, karty do gry i pocztówki). Jego zainteresowanie nie słabnie, bo przewodnik to przecież nie tylko fotografie i bajki. To także mnóstwo ciekawostek (np. przegląd miejscowej fauny i flory), wydawca pomyślał nawet o gimnastyce dla umysłu. Mały podróżnik znajdzie w nim zagadki, gry i labirynty, krzyżówkę oraz rysunki do pokolorowania.

Trzeba przyznać, że Szklarska Poręba jest miejscem wymarzonym na zorganizowanie rodzinnego wypadu. Miasto jest doskonale przygotowane pod względem promocji regionu, a zwłaszcza - popularyzowania aktywnego wypoczynku połączonego ze zwiedzaniem. Jest świetnie oznakowane, przyjazne dla turystów i atrakcyjne dla dzieci. Nawet w deszczu. „Bajkowy przewodnik” - jest jednym z elementów wspaniale przygotowanego przedsięwzięcia. 


Wracamy przepełnieni wrażeniami i jeszcze w drodze stwierdzamy, że podjęliśmy słuszną decyzję, a pozostanie w domu, nawet podczas deszczowego weekendu byłoby największym błędem. W zasadzie zastanawiam się nawet czy Karkonosz nie urządził nas tak specjalnie… W końcu będziemy musieli wrócić, żeby zabrać wnuka na Szrenicę i Śnieżkę…