piątek, 12 sierpnia 2016

Skojarzenia: Tadeusz Makowski i Seamus Heaney







Kiedyśmy się wspinali na zbocze nasypu
Na wysokości oczu mieliśmy białe kubki
Słupów telegraficznych i skwierczące druty.

Ich cudownie niedbała kreska wlokła się
Milami na wschód i zachód od nas, i uginała
Pod ciężarem jaskółek.

Byliśmy mali i myśleliśmy, że nie wiemy nic
Co wiedzieć warto. I że słowa wędrują po drutach
W lśniących torebkach kropli,

A każda z nich jest szczelnie wypełniona światłem
Nieba, iskrzeniem drutów i nami
Pomniejszonymi tak bez granic

Że mogliśmy się przecisnąć przez igielne ucho. 


- "Kolejowe dzieci"
Seamus Heaney




Seamus Heaney (1939-2013) irlandzki poeta, krytyk literacki, dramatopisarz i tłumacz. Laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1995). Wydał m.in. wierszowane tłumaczenie staroangielskiego poematu heroicznego "Beowulf".

wtorek, 9 sierpnia 2016

Na ryby!


Nasi mężowie lubią łowić ryby. Często organizują sobie niedziele na łowisku, godzinami siedzą, gapią się w kije i cieszą się jak dzieci z każdej złowionej sztuki. Urządzili sobie nawet coś w rodzaju rankingu – skrupulatnie zapisują każdą złowioną rybkę, ważą ją, szacują wzrost i wypełniają wspólną tabelę. Emocji przy tym i gorących dyskusji – co niemiara. Ale cóż to za uciecha łowić sztukę za sztuką w hodowlanym stawie? Prawdziwa satysfakcja, jeśli wygrywa się w rankingu w naturalnym otoczeniu!




Przygotowując się do wczasów nasi mężowie (w tajemnicy przed żonami) szykują się do prawdziwej wojny na wędki. Nowe kołowrotki, haczyki, przypony, spławiki, podstawki, parasole od pogody i niepogody. Zanęty wszystkich smaków, rodzajów i we wszystkich kolorach (Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta)… Istne szaleństwo. Czego tam komu brakowało - zostało zakupione. Potem jeszcze czasopisma i programy wędkarskie dla podszkolenia. No i oczywiście - tajna broń. Podwójnie super tajna, bo kupowana już nie tylko w tajemnicy przed żonami – ale jeszcze w sekrecie przed sobą nawzajem. Ten kupuje jakieś koszyczki, ów specjalne haczyki i jakieś inne misterne i skomplikowane miniaturowe urządzonka, o których kobietom się nawet nie śniło... Wszystko, czym można przywabić, zaskoczyć i skusić rybkę. Co sprawi, że jeden wędkarz będzie odrobinę lepszy od swojej konkurencji. Z rozbawieniem oglądam rosnącą górę sprzętu. W lodówce znajduję miniaturowe puszeczki z różnymi przysmakami dla ryb, listonoszowi kwituję odbiór paczuszki prosto z Allegro - ze sztuczną kukurydzą. Cztery plastikowe ziarenka za 15 złotych. Cztery (!) ziarenka kukurydzy, która nie utonie, nie opadnie na dno, tylko będzie utrzymywać się na powierzchni i skusi złotą rybkę...




W tym roku poznajemy Warmię. Wynajmujemy piękny dom, nad jeziorem - oczywiście. Przyjeżdżamy. Nasi panowie ledwo wtaszczą walizki - już lecą zobaczyć czy zgodnie z obietnicą mają dobre warunki do wędkowania. Już rozkładają baterię: torby wędkarskie, wędki (każdy ma dwie, albo trzy), parasol, parawan, krzesła wędkarskie, podpórki, wiadra z zanętą, skrzynki z haczykami, z przyborami i podbieraki. Są przygotowani na każdą ewentualność. Do łowienia ryb drapieżnych, słodkowodnych, morskich zresztą chyba też. Przygotowani są prawdopodobnie nawet na złowienie marlina. Idą z tym majdanem na pomost, który trzeszczy pod ich ciężarem. Ahoj, ryby, przybywamy!

A potem upływa pierwsza godzina.

Potem druga i trzecia…

I nic.

Ryba nawet nie skubnie…



Po długim czasie sunie smutny korowód do domu, na kolację. Przychodzą panowie z nosami na kwintę.

A potem odpalają komputer i szukają przyczyn swojej porażki. Bo pełnia księżyca, bo zmiana pogody, bo rabunkowa gospodarka, bo wodorosty, bo upał. Bo kormorany.

Nic to. Rano będzie lepiej. Rano każdy z naszych rybaków pokaże na co go stać. Wyciągnie swoją najtajniejszą broń.

Po kilku dniach zmiennych technik (i skrajnie zmiennych nastrojów - od nadziei po rozpacz), po wypróbowaniu wszystkich żyłek, haczyków i przynęt (od ilości wrzuconego pokarmu jezioro wystąpiło z brzegów), po łapaniu na żywca, robaki, ryż i kukurydzę wszystkich smaków (nawet tę sztuczną), po łowieniu metodą paternoster i przy użyciu wszystkich innych możliwych i niemożliwych technik – nasi mężowie bliscy są załamania nerwowego. Bez  anty-depresanów w płynie raczej się nie obejdzie...




Nadal nic nie bierze…

Po sześciu dniach zaczynają obmyślać jakieś nowe hobby. Ale zmienił się turnus i do domku obok wprowadzili się kolejni wczasowicze. Na pomost przychodzi nowy wędkarz. „Panowie ze Śląska? No tak, możecie nie wiedzieć… U nas trzeba łowić innymi metodami. Trzeba mieć SPOSÓB. Ja dodałem do zanęty specjalny środek – sztuczną krew. Teraz zobaczycie dopiero jak się łowi”.

Nasi panowie są podnieceni. Sztuczna krew. No przecież! Teraz dopiero będą połowy. Dziewczyny, szykujcie się, będziecie smażyć cały dzień. Teraz będą brały tylko karpie i szczupaki. Same duże okazy!

Panowie umawiają się z sąsiadem na nocne łowy. Wstępują w nich nowe siły i nowa nadzieja. Pan przyjdzie ze swoją nową super tajną bronią, a oni przecież przy okazji skorzystają! Torby, skrzynki, pudełka i słoiczki znowu idą w ruch. Nowe błystki, żyłki i haczyki do połowu grubych sztuk. Wojna to wojna.




Z placu boju wracają pojedynczo.

To ten, to ów pogryziony przez komary i z żałosną miną, doszczętnie pokonany wraca do domu. Przewodniki kłamały. Ryb nie ma. Tu nie ma żadnych ryb, skoro nie pomogła nawet sztuczna krew! A te tłuste grzbiety przelewające się nad powierzchnią - to halucynacje!

Po paru godzinach wrócili wszyscy. Na pomoście został tylko pan od sztucznej krwi, który albo miał duży zapas świeżych sił, albo było mu głupio wracać bez zdobyczy.

Rano my - żony - idziemy przespacerować się na pomost. Znajdujemy porzucone krzesło i wędki. Nowy sąsiad nawet nie miał siły, żeby po sobie posprzątać. Zastanawiamy się jednak czy możemy się wykąpać. W końcu sztuczna krew mogła przywabić piranie;)

Po południu mężowie znowu spotykają się na pomoście. Już bez chłopięcej radości, raczej już tylko po to, żeby zrobić coś z czasem. Przywlekł się za nimi ich nowy sąsiad, ten od sztucznej krwi. Ale nikomu nie chce się już gadać o rybach. Jednak, żeby uniknąć krępującej ciszy trzeba o czymś konwersować. Pan ma kilkoro dzieci, które wesoło pluskają się w wodzie, więc mąż zagaja „Ryb nie ma, ale to bardzo dobre miejsce dla dzieci. Mogą hasać do woli…”


„O tak” odpowiada sąsiad. „Co nam zostało... Powinniśmy brać z nich przykład. Zresztą one mają całkiem niezłe pomysły. Dziś rano pojechałem z nimi do miasta i przez kilka godzin goniliśmy po Olsztynie pokemona Pikachu”.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zjawisko literackie: Izaak Babel





Sierpień – to kolejny miesiąc, który kojarzy się z podróżami, więc w urlopowym cyklu czas na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. Opowiadań Izaaka Babla z pewnością nikt nie zalicza do kategorii: „literatura podróżnicza”, ale jednocześnie nie można zaprzeczyć, że ich tematyką jest pewnego rodzaju - specyficzna podróż. Skoro nasza wyprawa z założenia jest niekonwencjonalna – nic nie stoi na przeszkodzie, by odbyć ją w towarzystwie legendarnego pisarza, który był nie tylko świetnym obserwatorem i kronikarzem wydarzeń, twórcą bardzo plastycznym (fragmenty jego opowiadań stanowią niemal malarskie impresje), ale przede wszystkim jest mistrzem zdań, któremu pragną dorównać utalentowani i wysoko cenieni pisarze. Na czym polega fenomen jego utworów? Warto się nad tym pochylić...


Izaak Babel [źródło zdjęcia] był rosyjskim prozaikiem, dramaturgiem i dziennikarzem. Uczestniczył (jako oficer polityczny, korespondent polowy i redaktor przyfrontowej gazety) w wojnie polsko-bolszewickiej w szeregach Pierwszej Armii Konnej pod dowództwem Siemiona Budionnego, a swoje doświadczenia i refleksje wykorzystał pisząc serię opowiadań, które opublikował w 1926 roku. Cykl ten przysporzył mu wrogów, a w roku 1939 (w okresie czystek stalinowskich) stał się jedną z przyczyn jego aresztowania. Pisarza oskarżono o działalność trockistowską i szpiegowską, zarzucono mu członkostwo w organizacji terrorystycznej. Jego przeciwnicy zeznali, że „Armia Konna” jest paszkwilem na rewolucję, który miał przedstawić sławny oddział w jak najgorszym świetle „eksponując gołosłownie jedynie jaskrawe i okrutne epizody”[3]. Został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano w styczniu w 1940 roku.




W Polsce opowiadania należące do cyklu „Armia konna” zostały wydane m.in. w zbiorze: „Historia jednego konia” (seria Nike, Wydawnictwo Czytelnik). Do sięgnięcia po nie przekonał mnie Jerzy Pilch[1], który umieszcza Izaaka Babla w panteonie swych mistrzów. Pilch należy do starej dobrej szkoły, której entuzjastką była także Wisława Szymborska, z którą się przyjaźnił. Oboje żywili przekonanie, że każda książka (opowiadanie) powinna zaczynać się wyważonym, dobrym zdaniem, które ma stanowić jej zalążek i wizytówkę, co znaczy, że powinno być tak skonstruowane, by można z niego wywieść całą treść utworu. Zdanie „Ogary poszły w las” – nie spełnia tego warunku, dlatego Szymborska zżymając się na początek „Popiołów” Żeromskiego dziwiła się: „Czyje ogary, dlaczego poszły, co je przestraszyło, jaki las?” [2]. Jerzy Pilch wspominając pisarzy, który w sposób mistrzowski rozpoczyna swoje utwory – jednoznacznie wskazuje Izaaka Babla. Babel był także ulubionym pisarzem Oty Pavla[3], który już wcześniej zachwycił mnie swoimi opowiadaniami. Większej zachęty nie potrzeba - sięgam po tomik, w myśl zasady, że przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi – i szybko się przekonuję, że w opowiadaniach Babla - perfekcyjne są wszystkie zdania, nie tylko pierwsze.




„Historia jednego konia” to cykl króciutkich opowiadań przedstawiających epizody wojny polsko-bolszewickiej, które składają się na daleki od kreowanego przez propagandę obraz Konnej Armii. To szereg refleksji-impresji z życia słynnego oddziału, które nie ograniczają się do przedstawienia żołnierskiej poniewierki, ale ukazują także wojnę z perspektywy cywilnej ludności - mieszkańców miasteczek i wsi Podola - miejsc, do których dotarła rewolucja. Ponieważ pisarz wywodził się z kupieckiej żydowskiej rodziny, jednym z motywów książki jest także obraz ginącego żydowskiego świata. W gruncie rzeczy opowiadania rzeczywiście dowodzą rozczarowania Babla sposobem prowadzenia wojny, przebiegiem rewolucji i wykorzystywaniem jej haseł do rozgrzeszenia każdego rodzaju podłości i okrucieństwa, które dotykają niewinnych ludzi. Opowiadania mają zdecydowanie antywojenną wymowę.  



Styl Babla jest niezwykle sugestywny. Partie realistyczne (wręcz surowe) przeplatane są z silnie kontrastującymi fragmentami poetyckimi. Ludzka krzywda opisana jest ascetycznie, co wzmacnia siłę przekazu, natomiast ramę utworów, ich tło i scenerię tworzą plastyczne i malownicze opisy krajobrazu, które czasem wręcz porażają swoją metaforyką. Nie trzeba jednak obawiać się okrutnych opisów, ponieważ najbardziej krwawe u Babla są zachody słońca…

Narratorem i naszym przewodnikiem jest młody żołnierz, który przemieszcza się ze swym oddziałem, przeprawia się przez rzekę Zbrucz, przeżywa kłopoty z zakwaterowaniem i zdobyciem pożywienia, bierze udział w potyczkach wojennych, a także miewa zatargi z innymi żołnierzami. Narrator przygląda się swoim współtowarzyszom, ale także mieszkańcom zdobywanych miast i wsi - i zapisuje swoje refleksje. Nie jest to stereotypowy obraz wojny, raczej szereg scenek i migawek, które ukazują wojnę i rewolucję w różnych ich wymiarach i odsłonach.  




„Praliśmy szlachtę pod Białą Cerkwią. Praliśmy aż w niebie grzmiało”[5] – tak zaczyna się jedno z opowiadań, ale mocne początki – to nie jedyny atut opowiadań Babla. Prawie każdy utwór zawiera fragment stanowiący malarską impresję: „Spokój zmierzchu sprawił, że trawa na podzamczu stała się niebieska. Nad sadzawką wzeszedł księżyc, zielony jak jaszczurka”[6]; „Zagony purpurowych maków kwitną wokół nas, południowy wiatr swawoli z żółknącym życie (…) Spokojny Wołyń rozwija się w skrętach, Wołyń ucieka od nas w perłową mgłę brzeźniaków, wpełza między ukwiecone pagórki i słabnące jego ręce wikłają się w pędach chmielu. Pomarańczowe słońce toczy się po niebie jak odrąbana głowa (…)”[7].

Opowiadania cechuje zwięzłość i różnorodność, autor stosuje zmienny styl i język, który dostosowuje do sytuacji i portretów swoich bohaterów. Nie stroni od humoru: „Dlatego napiszę wam tylko odnośnie tego, co moje oczy własnoręcznie patrzyły”[8]. Czyż nie jest pyszny (i straszny!) - potraktowany satyryczną kreską portret Galina (wydawcy partyjnej gazetki z wymownym bielmem na oku), który snuje miłosną pieśń, rozwodząc się nad koniecznością i historią wymordowania tyranów? Ileż podobnych smaczków znajdziemy w lekturze!



Nie można nie wspomnieć, że polski czytelnik poznaje opowiadania w tłumaczeniu Jerzego Pomianowskiego - wybitnego tłumacza literatury rosyjskiej, który przekładał utwory m.in. Czechowa, Tołstoja, Bułhakowa i Achmatowej, ale to o warsztacie Izaaka Babla wyraził się z zachwytem: „Zdanie Babla jest dla mnie metrem z Sevres - jasności, dobitności, a nawet ukrytej śmieszności wszystkich naszych dramatów" [10]. Czy wielbiciele doskonałych opowiadań potrzebują lepszej rekomendacji?

Perfekcja zdań nie jest przypadkowa. Babel potrafił dwadzieścia dwa razy przeredagować jedno krótkie opowiadanie, by uzyskać formę, która zdołała go usatysfakcjonować. W czym tkwi sekret jego pisarstwa? Twórca uważał, że "żadne żelazo nie wchodzi w serce z tak mrożącą siłą jak w porę postawiona kropka"[11]. Czytajmy zatem Babla, by poznać pisarski kunszt i perfekcję - tym bardziej, że w tomiku: "Historia jednego konia" poza utworami z cyklu: "Armia konna" zostały opublikowane inne znakomite opowiadania. Każdy utwór, to literacka perełka, która składa się z idealnie skrojonych zdań i słów. A przecież nie tylko warsztat i konstrukcja mają tutaj znaczenie. Jeszcze ważniejsze jest przesłanie i świadomość, że za każde swoje słowo - pisarz zapłacił najwyższą cenę...

  
[1] „Zawsze nie ma nigdy” J. Pilch, E. Pietrowiak, WL, 2016
[2] Tamże, str. 57
[5] „Historia jednego konia”, Izaak Babel, Czytelnik, rok 1988, str. 91
[6] Tamże, str. 97
[7] Tamże str. 14
[8] Tamże, str. 99
[10] http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1510458,1,izaak-babel-czyli-ii-tom-naszej-serii-literatury-rosyjskiej.read
[11] http://wyborcza.pl/magazyn/1,129625,12785892,Pisane_w_siodle.html


***
Ilustracje nie pochodzą z książki. Starałam się je dobrać w taki sposób, by oddać charakter utworów. Ostatnie zdjęcie przedstawiające Izaaka Babla - zostało wykonane w 1939 roku, przez NKWD


piątek, 29 lipca 2016

Pożegnanie z Warmią




Taki spokój rozlany w naturze,
Niebo takie czyste i pogodne -
Na jeziora przejrzystym lazurze
Zakwitają blade lilie wodne;
Zakwitają i z schyloną twarzą
Za czymś tęsknią i gonią, i marzą.

- fragm. utworu "Lilie wodne" A. Asnyk




środa, 20 lipca 2016

Styl życia: Uniwersytet



W roku 2016 Uniwersytet Warszawski obchodzi swoje 200-lecie, z tej okazji organizowane są liczne uroczystości i imprezy kulturalne z udziałem gości z całego kraju i zagranicy. Do obchodów jubileuszu przyłączyły się Wydawnictwa UW, które przygotowały szereg publikacji prezentujących historię uczelni, sylwetki jej wybitnych uczonych oraz dzieje poszczególnych dyscyplin naukowych. Jednym z opracowań tego typu jest książka wydana pod redakcją Zofii Boglewskiej-Hulanickiej „Nasz Uniwersytet. Wspomnienia pracowników Uniwersytetu Warszawskiego”.
Historia renomowanej uczelni, która wypuściła spod swoich skrzydeł Chopina, Prusa, Sienkiewicza (i wiele innych sław) jest ściśle udokumentowana. Zwykle jednak przyjemniejsze i bardziej ekscytujące niż studiowanie suchych faktów jest poznawanie przeszłości od naocznych świadków. Taki był cel twórców książki, chcieli w sposób zaangażowany przedstawić bogatą i żywą historię Uniwersytetu. Kilkudziesięciu najbardziej doświadczonych pracowników naukowych UW zaproszono do wspólnego projektu. Każdy z nich sięgnął pamięcią do pierwszego spotkania z uczelnią, przedstawił specyfikę wydziału i swoje naukowe osiągnięcia. Ich wspomnienia są osobiste, a zarazem bliskie wszystkim Polakom. To kronika ostatnich pięćdziesięciu lat funkcjonowania uczelni, a zarazem barwna panorama epoki odwołująca się do wydarzeń przełomowych dla całego kraju.



Tom jest obszerny i zróżnicowany. Wspomnienia przyjęły kształt esejów, reportaży i wywiadów. Nad każdym tekstem warto się pochylić, każdy wnosi coś nowego. Autorzy są reprezentantami wielu dyscyplin naukowych i pełnili rozmaite funkcje, więc czytelnik nie tylko poznaje poszczególne okresy, ale także wkracza w różne obszary rzeczywistości uniwersyteckiej. Wspomnienia skupiają się wokół spraw doniosłych, ale nie zabraknie także lżejszego tonu, narratorzy sięgają do anegdot obrazujących trudności i absurdy, z którymi przyszło im się mierzyć w przeszłości i dodających rumieńców obrazowi ich studenckiego życia.

Dzięki książce prześledzimy zmieniające się warunki studiowania i poznamy losy wielu wybitnych profesorów zaangażowanych w pracę konspiracyjną i szykanowanych za poglądy. Jadwiga Puzynina zwraca uwagę także na wykładowców, którzy mimo nadzoru partii zdecydowali się kontynuować pracę, ponieważ czuli na swych barkach odpowiedzialność za funkcjonowanie uczelni i za ochronę studentów. Wielu autorów wspomina entuzjazm, z jakim studenci po wojnie rozpoczęli naukę, biorąc jednocześnie udział w odgruzowywaniu stolicy. Jerzy Sobkowski (profesor nauk chemicznych), który swego czasu musiał skorzystać z „przydziału pracy” przypomina, w jaki sposób partia decydowała o stopniu wykształcenia studenta i upominała się o „spłacenia długu” ojczyźnie. Kazimierz Ryć (wybitny ekonomista) wyjaśnia, dlaczego najbardziej pionierskie teorie naukowe rozbijały się o twarde realia PRL-u. Esej Zofii Rosińskiej (filozof) jest tak przepojony duchem literackim, że mógłby zostać umieszczony w zbiorze opowiadań obrazujących atmosferę lat 60. z perspektywy młodych intelektualistów. Tekst Jerzego Axera (twórcy „Artes Liberales”) zwraca uwagę na to, że UW jest instytucją, która kultywuje tradycyjne wartości, a zarazem przełamuje rutynę i poszukuje nowoczesnych rozwiązań.
Pomimo tak zróżnicowanej tematyki i sporej objętości materiału, z pewnością zwróci naszą uwagę myśl przewodnia, która przewija się przez wszystkie wspomnienia. Autorzy są zgodni, że „Uniwersytet to nie posada, ale sposób życia.” Wszyscy z uczelnią związani są emocjonalnie i z nią się identyfikują. Podkreślają także rolę Mistrzów – legendarnych profesorów, o których pamięć na uczelni wciąż jest żywa i których zasady, respektowane przez kolejne pokolenia studentów i przejmowane przez następców - stały się filarem, na których opiera się wspólnota uniwersytecka.



czwartek, 7 lipca 2016

Podróże z Janem Józefem Szczepańskim






Jeszcze daleko do urlopu, ale ja już w drodze...Podróżuję w czasie i przestrzeni, a jednocześnie przed oczami przesuwają mi się kadry z moich własnych wypraw...Nic nie szkodzi, że oglądaliśmy pewne zjawiska w odstępie niemal 50 lat i niektóre ścieżki niezupełnie nam się pokryły. Najważniejsze, że emocje i wrażenia - pozostały te same. Niektóre myśli, a przede wszystkim krajobrazy - wyciągnął mi autor wprost z głowy. Czytam książkę i odkrywam jak wiele mamy wspólnych wspomnień...

Wiele się zmieniło od czasu wydania książki "Trzy podróże", którą można by zaszufladkować jako cykl reportaży, gdyby nie wyjątkowo piękny język, którym posługuje się autor i który powoduje, że książkę umieszczam w dziale: literatura piękna, i to w sekcji pisarzy, którzy potrafią czarować słowem. Wcześniej reportaże z tej książki był już publikowane trzykrotnie, pod różnymi tytułami. Są owocem wypraw autora na Bliski Wschód, do Afryki i do Indii. Wiele wody upłynęło od czasu wydania ostatniej książki ("Trzy podróże" opublikowano w 1981 roku), świat od tego czasu poszedł naprzód. Doszło do kolejnych zamachów stanu, wielokrotnie zmienił się układ sił. Dzisiaj Jan Józef Szczepański nie użyłby pewnych sformułowań. Nie mówiłby z taką pewnością o narzucaniu europejskiej kultury krajom afrykańskim i nie obstawałby przy niewzruszonej pozycji chrześcijaństwa. Pamiętajmy jednak, że reportaże powstały przed 1964 rokiem! Są zapisem ówczesnej sytuacji politycznej, a J.J. Szczepańskiego naprawdę fascynowały procesy historyczne i cywilizacyjne, które zachodziły w krajach, których dziś nawet nie wypada nazwać krajami "Trzeciego Świata". Autor był świadkiem przełomu dziejów i te zmiany w reportażach udało mu się uchwycić. Gdyby jego książka była zwyczajnym reportażem - byłaby dziś tylko ciekawostką, zapisem podróży uchwyconej w interesującym momencie. Jednak należałaby już tylko do przeszłości. Chcę jednak zwrócić uwagę na ciekawy aspekt, bowiem naszym narratorem jest podróżnik spoza żelaznej kurtyny, dla którego czasem bardziej egzotyczny jest świat zachodniej Europy, niż stosunki i polityczne układy w afrykańskich portach. Jednocześnie ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że jesteśmy uwikłani w jakieś doktryny, autor jest ponad to - jest obywatelem świata. Ciekawe wydają się, nawet dzisiaj, obserwacje człowieka, który ma okazję porównać rzeczywistość na kilku kontynentach. Przede wszystkim zaś, na pierwszy plan w książce wysuwają się i pochłoną naszą uwagę przepiękne fragmenty prozy - opisy wrażeń i krajobrazów, portrety osób i miast, które nie tylko przykuwają sugestywnością, ale sprawiają wrażenie uniwersalnych. Podczas lektury wydaje mi się, że autor zdołał jakimś cudem "ukraść" mi moje wspomnienia i przelać na papier. Zachwycam się więc książką pełną głębokich refleksji, podziwiam zaklęte w niej obrazy i przekonuję się, że właśnie obcuję z jednym z "tych" pisarzy - wypełnionych empatią i niezwykłą  wrażliwością na urodę świata...




"Wejścia do portu w Dżiddzie bronią liczne szańce raf koralowych. Wełnią się na nich rąbki pian odgraniczając wąską, krętą linią ciemny granat morza od szmaragdowych płycizn. Droga jest zawiła, pełna zasadzek, o czym świadczą wyraźnie dwa zardzewiałe wraki po obu stronach ciasnego przejścia przez pierwszy wał. Trzeba dobrze znać ową drogę, bo ostrzegawcze znaki w postaci boi i tyk z przywiązanymi do czubka wiechciami rozmieszczone są z beztroską dezynwolturą. Tylko małe łódki rybackie o pochylonym w tył trójkątnym żaglu poruszają się tu swobodnie." [1]

"Coraz więcej przestrzeni zagarnia pustynia. Nie robi wrażenia wspaniałości ani grozy. Wieje z niej smutek nieużytku. Olbrzymia, różowopopielata piaskownica, której widok zniechęca i nuży. Tylko wzdłuż kanału biegnie podwójna struna szosy i kolejowego toru. Czasem przemknie samochód lub autobus, czasem przeleci pociąg z dieslowską lokomotywą. Jeszcze jeden nerw nowoczesnego życia rozpięty w tej pustce. Ścieżką obok toru wędrują z rzadka maleńkie, objuczone osiłki, poganiane przez kobiety całe spowite w czerń.
Suniemy bardzo wolno w konwoju złożonym z kilkunastu statków - przeważnie tankowców. Mijają nas łodzie i barki. Ludzie na nich ubrani są w spłowiałe pasiaste galabije, w brudne turbany lub bezkształtne mycki. Sternicy barek siedzą bokiem do olbrzymich kół sterowych, poruszając leniwie szprychy śniadą stopą. Wszyscy wyglądają na nędzarzy utrzymujących się przy życiu mocą obojętności" [2]

"Istnieją pewne wyobrażenia rzeczy nieznanych, których potwierdzeń szuka się bezwiednie. Wyobrażenie wschodniego miasta o krętych, wąskich uliczkach, pełnego schodków, ciemnych przejść pod ostro sklepionymi łukami, kipiącego kolorowym ruchem i gwarem. Chciałoby się je widzieć całe w pionowych akcentach, stłoczone gęstym labiryntem, trudne do odcyfrowania jak zawiły rysunek arabeski. A tu płaskość. Kilka poprzecznych ulic - szerokich, zapylonych traktów bez nawierzchni, uchodzi natychmiast w pustkowie nagiego krajobrazu. Parterowe, niechlujnie pobielone domy z gliny lub niewypalonej cegły rozsypują się z wolna pod uderzeniami słonecznego żaru. W ich kształtach nie ma śladu artystycznej wyobraźni. Trudno nawet określić to mianem architektury - mianem, które zawiera w sobie pojęcie ofensywnej manifestacji ludzkiego ładu przeciwko porządkowi przyrody. Tu jest tylko bierna obrona. Dążenie do zapewnienia sobie, kosztem najmniejszego wysiłku, schronienia przed kurzem i upałem. Nieporządne szczeciny domków, połączone ze sobą lichymi murkami, wyglądają jak nie dokończone. Nie wiadomo: może nie osiągnęły jeszcze zamierzonej formy, a może już się walą." [3]

"Była wielką, piersiastą kobietą z ciemnym meszkiem nad wargą, z gęstymi, czarnymi włosami opadającymi na czoło i prostym nosem greckiej bogini. Nad szerokim dekoltem odsłaniającym  - potężne ramiona chwiały się wydłużone krople kolczyków." [4]

"Powolnym krokiem snują się postacie biblijnych pasterzy. Wysoki kostur w prawej dłoni, w lewej różaniec - nierzadko plasykowy (...). Nie zwracają na nas uwagi. Ich świat, pełny, całkowity, odmienny od naszego, jest przed nami zamknięty. Ale w tej obcości jest coś znanego. Przypomina się takie samo uczucie skrępowania - jak gdyby w obliczu skostniałej, zapatrzonej w siebie starości (...) Tak pachniały niektóre nasze miasteczka przed wojną. I był w nich także ten nastrój nieokreślonej bezczasowości, nastrój obozowiska. Prowizoryczność i ruina, zasiedziałość i wyczekiwanie - bezterminowy postój na koczowniczym szlaku. Izraelski Ejlat po drugiej stronie zatoki jest ponoć nowoczesną osadą (...) Ale nasze dawne Bełzy i Kazimierze Dolne były krewnymi jordańskiej Akaby." [5]

"W taksówce panował ciężki, blaszany skwar, przez okna wnikał gorący kurz, miałki jak mąka. Szybko skończył się asfalt." [6]

"Kolory rzeczy oddzielone brutalnym ostrzem słońca od swoich płaszczyzn skakały nam w oczach jaskrawymi plamami" [7]

"Dzień zgasł nagle, bez ostrzeżenia. Zapełgały światełka w płytkich wnękach ubogich sklepików. Nie handlowano już. Kupcy o powolnych, dostojnych ruchach siedzieli przykucnięci na poduszkach, plotkując cichymi głosami, pijąc kawę z maleńkich filiżanek i sącząc dym nargilów przez giętkie rurki, wybiegające ze wspólnego zbiornika." [8]

"Jego ziewanie udzielało się i nam. Myślałem o perspektywie tygodniowego postoju tu, na szlaku przygód Sindbada Żeglarza, w samym centrum jednego z najdrażliwszych politycznych konfliktów obecnej doby, i myśl ta ciężka była od melancholijnej nudy." [9]

***

To tylko kilka fragmencików - miniaturek literackich i barwnych impresji, którymi wypełnione są reportaże. Wszystkie pochodzą zaledwie z pierwszej części pt. "Do raju i z powrotem". Mam nadzieję, że Was zachęcą, by wziąć udział w  niezwykłej podróży...



[1] - "Do raju i z powrotem" w: "Trzy podróże", Jan Józef Szczepański, Wydawnictwo Literackie, 1981  str. 33
[2] - Tamże, str. 24
[3] - Tamże, str. 29
[4] - Tamże, str. 16
[5] - Tamże, str. 30
[6] - Tamże, str. 45
[7] - Tamże, str. 85
[8] - Tamże, str. 37
[9] - Tamże, str. 71

środa, 29 czerwca 2016

sZAFa - Kwartalnik Literacki



Z prawdziwą dumą i radością dzielę się z Wami informacją, że właśnie ukazał się nowy numer "sZAFy", a w nim kilka moich tekstów.
Dla mnie to wielka przygoda, spotkanie ze wspaniałymi i otwartymi osobami, nowe wyzwania i mnóstwo inspiracji.

Małgosiu, Wiolu - jeszcze raz dziękuję za zaproszenie:)

A Was, Kochani, zapraszam do rozgoszczenia się i pobuszowania w "sZAFie"!