niedziela, 22 stycznia 2017

Melancholia, siostra wspomnień, czyli Hofman i Myśliwski - skojarzenia


Może to sprawił Dzień Dziadka, może Los spłatał figla, że w tym dniu właśnie w ręce wpada ta książka. Lubię wczytywać się we wspomnienia i wskazówki pisarzy, którzy dzielą się doświadczeniem i piszą o swoim warsztacie. A tu nagle książka, która jest wszystkim, ale nie poradnikiem, w której znajduje się myśl, która obnaża jedną z głównych przyczyn i potrzeb nie tylko wspominania, ale przecież także pisania książek. To przecież nie jest wyłącznie usprawiedliwienie narratora, który wyjaśnia swoje częste powroty myślami do czasów,  gdy był dzieckiem i młodym człowiekiem. To przejmujące wyznanie pisarza, a zarazem ukazanie mechanizmu, któremu zawdzięczamy powstanie najpiękniejszych książek...Jakże to brzmi pokrzepiająco, bo znaczy, że książek nigdy nam nie zabraknie. Nie goryczmy więc już sobie...

Moim dziadkom tę myśl dedykuję, którzy także nigdy nie pozwolili, by ich własna pamięć
spoczęła w kufrze...



„Nie goryczę sobie, wiem, że coraz młodsi są ludzie,  mnie ta starość tylko została. Przywiązany zresztą do niej jestem, jak kto inny do psa, do mórg, do wyobraźni. Można powiedzieć, zżyłem się z nią, polubiliśmy się, choć może więcej przez rozum niż przez serce, tak że ona jedna wydaje mi się rzeczywista z całego mojego życia, nie zmyślona, nie przypominana, lecz obecna, dniem i nocą, wierniejsza od niepamięci, potulna, że mogę w nią wmówić wszystko złe, nadokuczać jej i naurągać, przypochlebna, że mi zaraz serce mięknie, pochmurność gdzieś ucieka, a ochota przychodzi, żeby ją pogłaskać, wzruszyć się, użalić. Obłaskawiłem ją sobie, że się nawet bez sprzeciwu ze mna starzeje. Z nikim jej nie dzielę, jest jedynie moja własna, a przede wszystkim pewna jak amen w pacierzu, i jej tylko ufam, bo wszystko inne zawdzięczam pamięci.

A pamięć jak to pamięć. Wydarzenia nie spoczywają w niej jak święte 
szaty w kufrze, lecz dzieją się wciąż, choćby przez samo pamiętanie 
ich, zmieniają się, rosną, nie możesz nigdy być ich pewny 
ani budować na nich.  Raz ci są bliższe niż teraźniejszość,
 raz uciekają przed tobą, choć się z dobrą wolą do nich zbliżasz. 

Czyż więc pamięć ludzka może wyznaczać prawdziwość rzeczy? Czyż  pamięć nie dostarcza człowiekowi więcej zadośćuczynienia niż świadectwa? Może takie jest jej przeznaczenie, a może rzeczy muszę się w niej dostać, oswoić, udobruchać, aby stały się prawdziwe. Może prawdziwość rzeczom wyznacza dopiero nasza za nimi tęsknota, nasz żal, nasze w nich odnalezienie się, bo na co dzień jesteśmy w rzeczach jedynie zagubieni, błąkamy się wśród nich, nie odróżniając ich od siebie, siebie od nich. Może też poprzez pamięć chcemy rzeczom zapewnić teraźniejszość naszą, tę jedyną możliwą wieczność, bo tylko teraźniejszość jest prawdziwa w życiu człowieka, tylko w niej jednej doznajemy naszej obecności, niekiedy bolesnej." * 





Wlastimil Hofman, Melancholia, ok. 1930 r. źródło


Wlastimil Hoffman (w latach 1895-99) w krakowskiej SSP pod kierunkiem Floriana Cynka, Jacka Malczewskiego, Józefa Unierzyskiego i Jana Stanisławskiego. Lata 1899-1901 spędził w paryskiej Academie des Beaux-Arts u Jean-Léon Gerôme`a. Podczas II wojny światowej był w ZSSR, Tel-Avivie i Jerozolimie. Po powrocie do kraju zamieszkał w Krakowie, a następnie przeniósł się do Szklarskiej Poręby. Należał m.in. do TAP "Sztuka", Grupy Zero, Grupy Pięciu oraz "Secesji" wiedeńskiej. Na jego pracę ogromny wpływ miała symboliczna twórczość Jacka Malczewskiego. Hofman malował głównie obrazy religijne, sceny rodzajowe, portrety i pejzaże. Jego modelami byli często biedni, prości ludzie, którzy zyskali w jego pracach ponadczasową godność (źródło).


* "Nagi sad", Wiesław Myśliwski, Czytelnik 1982, str. 42/43

piątek, 20 stycznia 2017

HISTORIĘ PISZĄ ZWYCIĘZCY, czyli "Pragnienie" Richarda Flanagana




„Pragnienie” – to czwarta książka Flanagana przełożona na język polski i kolejna – zainspirowana historią jego rodzimej Tasmanii. Pisarz ponownie snuje opowieść wokół brutalnej kolonizacji Ziemi van Diemena, ale tym razem postanawia definitywnie rozprawić się z rasistowskim przekonaniem o wyższości jednej rasy ludzkiej nad drugą. Przedstawia losy zdziesiątkowanego, pozbawionego ziemi plemienia, które trafia pod „opiekę” białego człowieka, przedstawiciela rozwiniętej cywilizacji, wiedzącego, co dla „dzikusów” jest najlepsze. Największą uwagę skupia na osieroconej córce wodza tego plemienia, małej Mathinnie, zaadoptowanej dla kaprysu i naukowego eksperymentu, za który zapłaciła najwyższą cenę.

W rozważania o ciemnej stronie natury człowieka Flanagan umiejętnie wplótł losy dwóch niezwykłych osobistości - Charlesa Dickensa (wybitnego pisarza, który jest symbolem wrażliwości na niesprawiedliwość i krzywdę społeczną, a także ikoną życia rodzinnego) i sir Johna Franklina (podróżnika i badacza Arktyki, który zginął w 1847 roku wraz z całą załogą podczas swojej ostatniej odkrywczej wyprawy). Spojrzenie na moralność tych dwóch najznakomitszych przedstawicieli wiktoriańskiego społeczeństwa – przez pryzmat historii eksterminacji Aborygenów i wielkiej dyskusji dotyczącej wyższości ras – stało się pretekstem, który zmusza czytelnika do baczniejszego spojrzenia na pewne fragmenty historii powszechnej.

Flanagan posiada rzadką umiejętność, która cechuje jedynie wybitnych pisarzy. Czerpie natchnienie i impuls do swojej twórczości z prawdziwych wydarzeń, czasem z zapomnianych przez świat epizodów, którym nadaje literacką formę i obudowuje znaczeniami. W rezultacie powstaje epopeja zdolna poruszać czytelnicze sumienia. Tak stało się także w przypadku nowej powieści. Przed laty, w tasmańskim muzeum, Flanagan natknął się na miniaturowy portrecik aborygeńskiej dziewczynki ubranej w wykwintną sukienkę, wykonany w XIX wieku przez artystę-zesłańca Thomasa Bock’a. Bose stopy dziecka wstydliwie ukryte pod drewnianą oprawą miniaturki oraz historia jej krótkiego i tragicznego życia – zainspirowały pisarza do napisania powieści o dziewczynce, „która zrzuciła buty, aby jej stopy opowiedziały prawdę o świecie, o tym, kim jesteśmy i czym jest świat.”*



Siedmioletnia Mathinna zostaje zaadoptowana przez gubernatora i jego żonę i przez pewien czas wiedzie życie czarnej księżniczki. Po kilku latach gubernator żegna się ze swoim stanowiskiem i wraz z żoną ma powrócić na londyńskie salony. Nagle Franklinowie dochodzą do wniosku, że Mathinna nie pasuje do ich nowych planów. Niestety – oddanie dziecka do sierocińca nie jest jedyną zdradą, jakiej się wobec niej dopuszczą. Lady Jane szybko godzi się ze stratą. Sir John Franklin już myślami przebywa na swojej kolejnej polarnej wyprawie odkrywczej, z której nie będzie mu dane powrócić…

Kilka lat po zaginięciu statków „Terror” i „Erebus”, których zadaniem było przepłynięcie z Morza Baffina do Morza Beringa, ukazuje się artykuł doktora Johna Rae (uczestnika jednej z misji ratunkowych), który odkrywa szokujący finał ekspedycji sir Franklina. Autor twierdzi, że członkowie załogi, zmuszeni do ostateczności, uciekli się do kanibalizmu. Anglicy są zbulwersowani, natomiast Lady Jane pragnie ratować honor męża (i co tu kryć, także swoją nadszarpniętą reputację). Przeprowadza kampanię, która ma zdyskredytować zgubny artykuł oraz jego autora. Uzyskuje poparcie Charlesa Dickensa, który pisze zjadliwy rasistowski esej i wywołuje dyskusję na temat wyższości białej rasy nad „dzikusami”. Ponieważ społeczeństwo nie jest skłonne uwierzyć w moralny upadek swoich najlepszych przedstawicieli – wersja Dickensa zostaje powitana z ulgą i entuzjazmem. Sir Franklin pośmiertnie jest obsypany tytułami i uhonorowany tytułem bohatera i odkrywcy Przejścia Północno-Zachodniego.

Przekonanie Dickensa o wyższości ras opiera się na założeniu, że biały człowiek w pełni posiadł umiejętność panowania nad swoimi uczuciami i żądzami. Do tego poglądu nawiązuje tytuł powieści, ale jeśli się zastanowić, to dojdziemy do wniosku, że Flanagan całą swoją powieść osnuł wokół ludzkich pragnień, których (nie czarujmy się) biały człowiek nigdy nie nauczył się poskramiać, ani kontrolować. Wręcz przeciwnie – wielokrotnie stawały się przyczyną jednostkowych, a także wielkich narodowych tragedii. Jakże wymownie brzmi ironiczna narracja ukazująca Protektora rezerwatu Aborygenów, który traktuje śmierć swych podopiecznych, jako ich bunt przeciwko nowym porządkom. Jakiż dreszcz wywołuje balowy strój gubernatora, który jest zamaskowaną przepowiednią i nawiązaniem do mitu o Zeusie i Ledzie. Jakże, w końcu, symboliczny jest ostatni akt sztuki reżyserowanej przez samego Dickensa, zwłaszcza ten moment, w którym pisarz miał przeżyć  chwilę swego największego tryumfu, ukazać szlachetność i wielkość głównego bohatera, a odkrywa jedynie prawdę o sobie, która stanowi kompromitację i klęskę jego wielkiej teorii…

Powieść Flanagana urzeka. Nie tylko zapada w pamięć, ale powoduje, że dobrze znany nam świat – zaczyna trzeszczeć, rozpruwać się na szwach i wyskakiwać z utartych kolein… Siła rażenia tej książki nie wynika jedynie z podjętego i precyzyjnie przeprowadzonego tematu. Duże znaczenie ma styl pisarza, jego wirtuozeria, umiejętne dozowanie ironii i spore dawki lirycznego piękna, którymi nasączył fragmenty swego dzieła. Z pewnością nikt nie pozostanie obojętny wobec losów Mathinny, która wymyka się czytelnikowi, wydaje się utkana z poezji i pełna niezgłębionej pierwotnej tajemnicy. Nikt łatwo nie uwolni się od sugestywnych obrazów przedstawiających przyrodę dziewiczej Tasmanii czy bezmiaru skutej lodem Arktyki. A obraz europejskiej metropolii? Z pewnością opis londyńskich uliczek, które przemierzamy z Dickensem – skojarzą się nam z realizmem, z którego słynęły powieści tego XIX-wiecznego pisarza. Jednocześnie – na najwyższą uwagę zasługuje przenikliwość, a zarazem wrażliwość i takt Flanagana, który nikogo ostatecznie nie potępia. Jego bohaterowie muszą uporać się z własnymi demonami i rozegrać walkę z sumieniem. W efekcie – wszyscy jego bohaterowie są bohaterami tragicznymi. Tragiczny jest los Franklina, umierającego w samotności i lodowej pustce, tragiczna jest postać lady Jane, która niszczy wszystko, co kocha. Sam Dickens jest zbyt inteligentny, by nie odczuć swojego upadku, ostro kontrastującego z obrazem, który wypracował sobie na podstawie swojej twórczości. Najbardziej jednak przemawia do nas, wzrusza i chwyta za serce los bezbronnego dziecka, które ugrzęzło między światem czarnych i białych ludzi, zupełnie jak Franklin – między bezkresnymi górami lodu… 

"Pragnienie" - to książka, która uświadamia jak zmanipulowana jest historia i ile zła wynika z dyskryminacji. Duma z osiągnięć własnej rasy jest uczuciem i stanem jak najbardziej naturalnym i budującym, ale tylko do momentu, w którym zostaje wykorzystana jako usprawiedliwienie zbrodni jednego narodu wobec drugiego.

Wspaniała literacka podróż. Polecam.


*http://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114528,21231700,ludobojstwo-o-ktorym-brytyjczycy-woleliby-zapomniec-zyli-tam.html

Za książkę dziękuję: 

sobota, 7 stycznia 2017

Życie na Olimpie i zabawki dużych chłopców, czyli "Złote spinki Jeffreya Banksa"




Nie wiem, jak się to dzieje. Za każdym razem jestem przekonana, że nie dla mnie są tego typu książki, a potem sięgam po utwór Brzostowskiego i wbrew sobie - całkiem nieźle się bawię. Tak też się stało tym razem.



Marcin Brzostowski jest twórcą specyficznym. Zwykle obnaża absurdy rzeczywistości i najczęściej robi to w ten sam sposób: za pomocą ironii, groteski, karykatury i humoru. Te elementy stały się już częściami jego rozpoznawalnego stylu. Chociaż, co tu ukrywać – ten zwyczaj pisania jest dość ryzykowny. I trzeba pisać tak inteligentnie, jak Brzostowski, by nie przekroczyć ulotnej granicy dobrego tonu i smaku.

W jaki sposób autor konstruuje swoje utwory? Korzysta ze stereotypów, a pisze w sposób zdyscyplinowany (czytaj: zwięzły). Obie te sprawy zgrabnie się z sobą łączą. Spójrzmy na bohaterów najnowszej książki – to typy schematyczne, do cna wyświechtane, wpakowane w absolutnie przewidywalne sytuacje. Tego rodzaju sztuczka pozwala, a nawet wymaga, by pisać oszczędnie, bo przecież sam wybór postaci i schemat wydarzeń – wytwarza żądaną atmosferę. Kilka słów-wytrychów powoduje, że w głowie czytelnika uruchamia się lawina skojarzeń i powstaje odpowiedni klimat i tło. „Złote spinki Jeffreya Banksa” to utwór, który ukazuje londyński półświatek i jego związki z wielką polityką. Głównym bohaterem jest Ezekiel Horn alias Oxford (gangster, który ma porachunki z rosyjską mafią) oraz tytułowy Jeffrey Banks (polityk, Minister Spraw Wewnętrznych), przyjaciel Oxforda. Ponieważ autor ukazuje środowisko przestępcze, a miało być stereotypowo, więc nie mogło zabraknąć typowych gadżetów (szybkie fury, broń, narkotyki); główni bohaterowie muszą pojawić się w towarzystwie typów spod ciemnej gwiazdy, prostytutek i pięknych interesownych kobiet, a akcja nie może być pozbawiona elementów przemocy. Dobór postaci, odpowiedniej dekoracji i scen - wywołuje w naszej wyobraźni skojarzenia, które zastępują opisy. Wystarczy kilka precyzyjnych zdań, by ustalić motywy postępowania wszystkich postaci i nakreślić ich przeszłość.

Wykorzystanie zgranych typów i przewidywalnych sytuacji pozwala pisać zwięźle, ale nie gwarantuje jeszcze zaintrygowania czytelnika. Żeby utrzymać jego zainteresowanie – autor musi wprowadzić coś ekstra. I Brzostowskiemu się to udaje, ponieważ przełamuje stereotypowe obrazy jakimś zaskakującym, absurdalnym, czasem ocierającym się o kicz szczególikiem, który na ogół wywołuje efekt komiczny. Bo przecież musimy uśmiechnąć się, gdy widzimy bezwzględnego gangstera paradującego po domu w koszulce z wizerunkiem Gandhiego, z podręcznikiem  w dłoni, z którego czerpie wskazówki jak być mężczyzną; albo przyglądamy się ponętnej prostytutce, która wykonuje erotyczny taniec, kończący się ciut inaczej, niż tego oczekujemy; lub gdy obserwujemy przywódców wrogich mafii, którzy torturują człowieka na karuzeli, lub zmuszają swych ludzi do spałaszowania transportu krówek. I nie możemy nie parsknąć śmiechem, gdy dotrze do nas – dlaczego, jeden z bohaterów, który zwykle nie pozostaje obojętny na kobiece wdzięki – nie wpadł w sidła pięknej, ale drapieżnej sekretarki…

Fabuła książki jest do bólu prosta. Frankie Turbo – prawa ręka Oxforda, który bynajmniej nie zawdzięcza swojej ksywki bystrości umysłu – popada w tarapaty. Trafia w ręce policji wraz z ładunkiem kokainy, przez co naraża swojego szefa na poważne straty. Oxford ma tylko jedno wyjście – musi skorzystać z pomocy swojego dawnego przyjaciela ze studiów – Jeffreya Banksa. Nie jest to łatwa sprawa, popularny polityk sporo ryzykuje uruchamiając swoje wpływy. Udział w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu, jednak Banksowi wyjdzie na dobre. W zamian za wyratowanie z kłopotów – Oxford odwdzięczy się kumplowi w innej, niezmiernie delikatnej sprawie...

Książkę czyta się lekko i błyskawiczne. Cały czas zdajemy sobie sprawę, że autor to kpiarz i że podczas pisania  także nieźle się bawił. Smutne jednak byłoby, gdyby książka miała pozostać tylko płytką i pustą karykaturą gangsterskich filmów. Tak się na szczęście nie stało. Uśmiechniemy się wielokrotnie, ale czasem będzie to uśmiech smutny, bo przecież tego typu historie są nam znane nie tylko z filmów, ale także z wiadomości telewizyjnych. Książka nie miałaby komiczno-refleksyjengo wydźwięku, gdyby nie zawierała ukrytego dna. Historyjka jest, co prawda, utrzymana w lekkim i frywolnym klimacie, ale przy okazji demaskuje mechanizmy działania władzy (korupcja, deprawacja i bezkarność  elit,  sposób przydzielania stanowisk i tuszowania skandali). A najważniejsze (i to jest największy atut książki), że przy tej całej hecy i zabawie, przy żonglerce stereotypowymi wyobrażeniami – udało się autorowi dotrzeć do istoty problemu, bowiem utwór obnaża kompleks władzy. Bo władza, zdaniem Brzostowskiego, sama w sobie - nie jest celem, jest tylko środkiem do celu. Owszem, wiąże się z pieniędzmi, które potrzebne są na szybkie fury, eleganckie apartamenty i drogie garnitury ze złotymi spinkami. Ale to są tylko gadżety. To amulety i fetysze, które podobnie jak utożsamianie się z ulubioną drużyną sportową i paradowanie w towarzystwie pięknych kobiet - pomagają mężczyźnie potwierdzić własną męskość.


Za książkę dziękuję Autorowi:)



czwartek, 29 grudnia 2016

Podsumowanie roku 2016



Kończy się rok, który pod względem lekturowym był dla mnie niezwykle fascynujący. Oczywiście, nie wszystkie lektury, z którymi się zetknęłam, zostały opisane na blogu - z powodu braku czasu lub zdrowia, lub innych obowiązków. Czasem nie jest łatwo. Jednak wiem jedno. Rok się kończy, wchodzimy w nowy, z zupełnie czystą kartą i jeszcze nie wiemy, co nas czeka. Ale to, co przeczytamy - pozostaje już z nami na zawsze. I tego Wam życzę - fascynujących lektur, które ubarwiają i ubogacają nasz dziwny, niespokojny świat...

A jak było w tym roku?


STYCZEŃ


LUTY


MARZEC



W marcu mam przyjemność poznać kolejny owoc pracy Antoniego Libery - książkę wydaną przez Operę Narodową; tłumaczenie trzech utworów zainspirowanych wydarzeniami opisanymi w Biblii, które stało się mroczną legendą inspirującą od wieków twórców i artystów. Książka zawiera nowy przekład "Herodiady" Gustawa Flauberta, "Salome" Oscara Wilde'a (tragedia w jednym akcie) oraz "Salome" Richarda Straussa (libretto na podstawie tragedii Oscara Wilde'a). Książka, jak zwykle,opatrzona wstępem tłumacza Antoniego Libery.



KWIECIEŃ


MAJ


CZERWIEC


LIPIEC


SIERPIEŃ


WRZESIEŃ


PAŹDZIERNIK




LISTOPAD


GRUDZIEŃ

W grudniu towarzyszą mi trzy niezwykłe lektury. Ten miesiąc jest wyjątkowy pod każdym względem, a książki, które przeczytałam (czytam i bez przerwy wracam) nie pozwalają mi ochłonąć...




Zachwyt. Książka, która jest dla mnie - premierą roku i najważniejszym literackim odkryciem.


***

Wszystkim życzę  szampańskiej zabawy i wspaniałych lektur w nadchodzącym Nowym Roku!










piątek, 23 grudnia 2016

ŻYCZENIA BOŹONARODZENIOWE







Na Wigilię, na Święta, na Rok Nowy
życzenia szczęścia znów nad światem mkną.

Niech moc truchleje, a nadziei płomyk

niechaj ogrzeje swym ciepłem Wasz dom.
Jak sople lodu niech topnieją zawiści.
Sercom zmęczonym słów tak mało trzeba
Tak wiele życzeń może ziścić ta noc,
w której księżyc świeci bochnem chleba…

Wszystkim Czytelnikom życzę rodzinnych, spokojnych i bezpiecznych Świąt...
- Ola

środa, 21 grudnia 2016

Teatr Wolanda. Pogłębiona interpretacja z nowym przekładem Mistrza i Małgorzaty





Patriarsze Prudy nie zmieniły się od czasów Bułhakowa. Pisarz w Moskwie nie ma do dziś swojego pomnika. W pobliżu miejsca, w którym Berlioz stracił głowę znajduje się modna kawiarnia: Margarita (której graffiti nawiązują do scen z Mistrza). Bohaterów książki upamiętnia znak: Nie rozmawiaj z nieznajomymi.




Co skłania tłumacza do wysiłku i pracy nad przekładem, skoro od dawna obok siebie całkiem nieźle funkcjonują popularne, a może lepiej powiedzieć: kultowe wersje? Powieść Mistrz i Małgorzata na polskim rynku wydawniczym ukazuje się w 1969 roku w tłumaczeniu Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego (w okrojonej, kilkakrotnie uzupełnianej wersji; kompletną edycją cieszymy się dopiero od 1981 roku). Kunszt i erudycja tłumaczy sprawiły, że ich przekład (mimo pewnych mankamentów) od razu zyskał uznanie, a z czasem mocno zakorzenił się w polskiej świadomości. W 1995 pojawia się przekład Andrzeja Drawicza (autora pierwszego na świecie krytycznego wydania książki), który postanawia przywrócić bliższą oryginałowi melodię i rytm języka. Dzisiaj obie edycje mają własne wierne rzesze zwolenników.

Do trzech razy sztuka

W październiku tego roku wydawnictwo Znak opublikowało zupełnie nową wersję Mistrza i Małgorzaty – w tłumaczeniu rodziny Przebindów (Grzegorza i Leokadii, oraz syna Igora), którzy zadali sobie sporo trudu, by kolejny raz opracować książkę – nie tylko ją odświeżyć i dostosować do mentalności współczesnego odbiorcy, uzupełnić brakujące frazy, ale przede wszystkim przywrócić wymowę zgodną z intencjami Bułhakowa i wprowadzić (istotny w interpretacji dzieła) aspekt biograficzny. W tym przekładzie dużą rolę pełnią rozbudowane przypisy, które wprowadzają kontekst, mający pomóc czytelnikowi w świadomym docieraniu do nowych warstw znaczeniowych w tylekroć już analizowanej historii…

Trzeba podkreślić, że książka znalazła się w fachowych rękach. Cała rodzina od lat fascynuje się dziełem i pracuje nad nim, natomiast prof. dr hab. Grzegorz Przebinda (profesor zwyczajny UJ, wieloletni dyrektor Instytutu Filologii Wschodniosłowiańskiej UJ, wybitny badacz kultury i literatury rosyjskiej) dwukrotnie brał udział w pracach edytorskich i przy redakcji Mistrza i Małgorzaty – zarówno tłumaczenia Lewandowskiej i Dąbrowskiego (Ossolineum 1990, „Biblioteka Narodowa”, seria II), jak wersji Drawicza (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995, seria: „Biblioteka Klasyki”). W obu przypadkach pracował u boku Drawicza, na jego osobiste zaproszenie. Wiedział dokładnie, z jakimi problemami borykali się jego poprzednicy (np. perturbacje z cenzurą) i znał doskonale obie wersje wraz z ich mankamentami. Po latach postanowił raz jeszcze zmierzyć się z prozą Bułhakowa, wygładzić niedoskonałości, a zwłaszcza zmienić frazy, które brzmią nienaturalnie w uszach dzisiejszego odbiorcy. Kolejna wersja po prostu musiała powstać.




Jednym zdaniem

Czy nowy przekład rzeczywiście jest rewolucyjny i pomaga wniknąć w intencje Bułhakowa, wyraźniej zrozumieć poszczególne motywy? Czytelnik nie zdąży się jeszcze zagłębić w tekst, a już otrzymuje potwierdzenie słuszności założenia i zaczyna rozumieć znaczenie misji rodziny Przebindów. Przyjrzyjmy się pierwszym zdaniom książki w trzech wersjach – a raczej zwróćmy uwagę na rodzaj i ładunek informacji, które zawierają.
Pierwsze zdanie w przekładzie Ireny Lewandowskiej i Witolda Dąbrowskiego:
„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli”.
To samo zdanie w wersji Andrzeja Drawicza:
„Pewnego razu wiosną, w porze niesłychanie upalnego zmierzchu, pojawiło się w Moskwie nad Patriarszymi Stawami dwóch obywateli”.
Nowe tłumaczenie rodziny Przebindów, w którym przypisy wydobywają pewne niuanse:
„Pewnego razu wiosną, gdy rozżarzone słońce znikało za horyzontem, na Patriarszych Prudach w Moskwie* pojawili się dwaj obywatele”.
To samo zdanie? Ten sam efekt? Niezupełnie…

W pierwszym przypadku wiemy, że bliżej niesprecyzowani osobnicy pojawiają się wieczorem w miejscu o nieco egzotycznej nazwie. Drawicz precyzuje, że akcja dzieje się w Moskwie. W przekładzie Przebindów, w przypisie pojawia się informacja, że Patriarsze Prudy to malowniczy skwer położony nad dużym stawem, otoczony lipami, a średniowieczna nazwa tego miejsca – Kozie Błoto – od zawsze kojarzy się z siłą nieczystą. Czyż zdanie nie nabiera innego (czytelnego nie tylko dla mieszkańców Moskwy) znaczenia i wymiaru? Czy nie wprowadza od razu w klimat i tematykę? Dopiero w najnowszej wersji zostały wydobyte i wyeksponowane pewne subtelności, których do tej pory polski czytelnik nie miał możliwości wychwycić. Miłośnicy dobrze skonstruowanego pierwszego zdania, które ma się stać wizytówką książki, mruczą z zadowolenia…

Szczerze mówiąc, ja mruczę cały czas, od początku do końca – od momentu, gdy zrozumiałam, jak wiele tłumaczenie Przebindów wnosi do ponownego odczytania tekstu. Co rusz uzyskuję odpowiedź na kolejne nurtujące mnie pytania. Już kilka akapitów dalej, w którymś z kolejnych przypisów, pojawia się pomoc w rozstrzygnięciu jednej z takich kłopotliwych kwestii. Otóż wiadomo, że akcja powieści rozgrywa się w ciągu kilku dni (od środy do soboty, na przełomie marca i kwietnia, podczas pełni), ale nie jest do końca jasne, w którym roku. Zwykle mówi się o latach trzydziestych XX wieku. Tłumacze potwierdzają tę wersję, podkreślając, że różne przesłanki, na które zwrócili uwagę, wskazują przedział obejmujący lata 1928-1939. Co ważniejsze – dbają, byśmy także je poznali, a nawet sami pokusili się na ustalenie konkretnego roku…


O tym, że "Mistrz i Małgorzata" jest książką inspirującą - wypadałoby napisać osobny post. Przykłady można znaleźć w każdej dziedzinie sztuki. 
Fotografie wykonane są w miejscach opisanych w powieści lub związanych z Bułhakowem.


Klucze do zrozumienia intencji autora

Mocno rozbudowana część z przypisami jest przeznaczona dla czytelnika, który nie miał okazji przeanalizować powieści na studiach, nie zna biografii Bułhakowa, a lubi zagłębiać się w tekst i czuje, że pewne znaczenia mu dotąd umknęły. Dla czytelnika dociekliwego przypisy to skarbnica wiedzy. Sięgając do niej, można się przekonać, że w procesie powstawania dzieła nie było mowy o żadnym przypadku, że wszystko, co znalazło się w książce, ma głębokie uzasadnienie. Poznajemy fragmenty życiorysu autora, a także lektury i filozoficzne traktaty, które były inspiracją, zostały wykorzystane, zapożyczone lub z którymi autor polemizował. Przebindowie wdrażają czytelnika w warunki życia i atmosferę wokół jego twórczości, naświetlają także szczegóły kampanii toczącej się swego czasu w prasie (tzw. walka z bułhakowszczyzną), której okoliczności autor wykorzystał w książce i zaszyfrował w losach jednej z głównych powieściowych postaci. Teraz pojmiemy dokładnie, dlaczego pisarz tak ostro zaatakował środowisko literackie i za co biedny Berlioz musiał zapłacić głową...

Niewyczerpane źródło interpretacji

Miłośnicy Bułhakowa nie będą się zapewne specjalnie bronić przed sięgnięciem po nową wersję książki. Mistrz i Małgorzata to jedna z lektur, do których i tak powraca się wielokrotnie, przede wszystkim po to, by odnaleźć nowe tropy i odkryć nowe wymiary. Tradycyjnie już w tym dziele doszukujemy się moralitetu, opowieści o potędze miłości, satyry obnażającej ludzką hipokryzję, a także zgrabnie zatuszowanego obrazu współczesnej Bułhakowowi rosyjskiej rzeczywistości, który demaskuje bezduszność totalitarnego systemu. Każdy znajduje własne skojarzenia, widzi aluzje do popularnych wątków, nawet do mitów, bo przecież Piłat, tkwiący gdzieś poza czasem, w czyśćcu własnych rozterek, przypomina historię Syzyfa lub Prometeusza, skazanych na wieczną mękę i potępienie, zaś miłość wystawionej na próbę Małgorzaty jest odwróconym podaniem o Orfeuszu, który nie cofnął się przed wejściem do krainy umarłych, bo tylko tak miał szansę odzyskać ukochaną Eurydykę. Tak wiele interpretacji – a nowy przekład oznacza dotarcie do kolejnych warstw tej historii. Tym razem pozwala dotknąć jej najbardziej osobistych aspektów. Sięgając po wersję rodziny Przebindów, czytelnik znajdzie się nagle tak blisko autora, że będzie mógł niemal zaglądać mu przez ramię i uczestniczyć w procesie pisania. Przypisy pozwalają zrozumieć, w jakim stopniu Bułhakow zaszyfrował w książce siebie, jak bardzo osobisty wymiar jej nadał, w jaki sposób rozliczył się z własnym życiem. Nieoczekiwanie przekonujemy się, że pisarz nie skrywa się wyłącznie w postaci Mistrza. Możemy przecież rozpoznać akt jego osobistej zemsty… w misji Wolanda.




Księżyc i głowa Berlioza

Co wpłynęło na ponadczasowość dzieła? Decyduje o tym odwołanie się do uniwersalnych prawd dotyczących natury człowieka, a może także przywołanie odwiecznych nierozstrzygniętych sporów (kontrowersyjna rola Piłata, znaczenie Jezusa). Pisarz demaskuje sposoby działania władzy, a ponieważ czyni to w różnych planach czasowych – na przestrzeni całych tysiącleci – czytelnik jest przekonany, że podobne mechanizmy działają odwiecznie, więc są aktualne także dziś. O uniwersalności Mistrza i Małgorzaty przesądza także bogactwo języka, kunsztowne połączenie stylów i gatunków, niezwykłe nagromadzenie środków artystycznych, a przede wszystkim szerokie możliwości przełożenia książki na język filmu i teatru. Sam Bułhakow zresztą posiada „teatralną” wyobraźnię – dba o szczegół i plastyczność scen. Jego książka wypełniona jest akcją, autor nie poświęca zbyt wiele miejsca na opisy krajobrazów, a jednak w kilku sugestywnych zdaniach potrafi uchwycić klimat danego fragmentu. Zwróćmy uwagę na dwa elementy (motywy), które pełnią ważną rolę i mają symboliczne znaczenie. Jednym z nich jest księżyc (w książce w równowadze występują sceny zatopione w słońcu i oświetlone światłem księżyca, symbolizują obecność dobra i zła; ale to księżyc – symbol odpowiednio wieloznaczny, obecny we wszystkich scenach, w którym występują elementy fantastyczne – jest elementem bardziej znaczącym i „dekoracyjnym”, czasem wydaje się niemym, ale najważniejszym świadkiem wydarzeń). Dzieło Bułhakowa wielokrotnie było adaptowane na potrzeby teatru i możemy sobie doskonale wyobrazić księżyc jako główną dekorację w każdej odsłonie. Ważnym i symbolicznym teatralnym (jakże teatralnym!) rekwizytem jest także głowa nieszczęsnego Berlioza (jednej z dwóch ofiar Wolanda). Była przecież potrzebna nie tylko po to, by rozpocząć powieść od trzęsienia ziemi! Bułhakow wcale nie wymyślił odwiedzin Szatana w Moskwie (o czym znowu dowiadujemy się z przypisów), wypożyczył ten motyw z utworu pisarza Aleksandra Czajanowa, natomiast wątek z obcięciem głowy został zapożyczony z opowiadania Edgara Allana Poego („Nie zakładaj się nigdy z diabłem o swą głowę”). Głowa Berlioza, którą obciął tramwaj, a później ktoś wykradł z trumny, ma się pojawić w kulminacyjnym momencie na Balu Stu Królów u Wolanda i pełni rolę (chyba najbardziej znanego) teatralnego rekwizytu – kojarzy się z czaszką Yoricka, którą w sztuce Szekspira trzyma w dłoni Hamlet.

Na temat książki można wypowiadać się w nieskończoność, ale i tak chyba nigdy nie dojdziemy do ładu z tym, co konkretnie zadecydowało o jej sukcesie – na to złożyło się zbyt wiele czynników. Zapewne duże znaczenie ma fakt, iż autor zaklął w niej własne demony i zapłacił za to wysoką cenę. A może genialność książki tkwi po prostu w tym, że zawsze będziemy w niej szukać aluzji do współczesnej sytuacji, umiejscawiać ją w nowych kontekstach? Bo przecież chyba nikt nie wątpi, że opowieść o wizycie Szatana nadal zachowała swoją aktualność, a nawet… nadal się toczy. Wystarczy rozejrzeć się po świecie i włączyć wiadomości. Od razu stanie się jasne, że Woland nie zniknął. Nigdzie się stąd nie ruszył. Zapewne właśnie teraz przybywa w kolejne malownicze miejsce, robi przegląd ludzkich dusz i kolejny raz obsadza role w swoim teatrze…


Recenzja opublikowana w:


czwartek, 15 grudnia 2016

"sZAFa" # 60 grudzień 2016



JUŻ JEST! WŁAŚNIE UKAZAŁ SIĘ NOWY NUMER KWARTALNIKA LITERACKO-ARTYSTYCZNEGO



Zapraszamy tutaj:



NA OKŁADCE OBRAZ ZNANEGO ARTYSTY, KTÓRY STANOWI
ZAPOWIEDŹ I ZAPROSZENIE DO LEKTURY ESEJU:
  POSŁOWIE DO DRUGIEGO WYDANIA ZMAGAŃ O BEKSIŃSKIEGO  ( PIOTR DMOCHOWSKI, MARSZAND, AUTOR KSIĄŻKI "ZMAGANIA O BEKSIŃSKIEGO").

W CYKLU: ROZMOWY W SZAFIE - DRUGA CZĘŚĆ WSPOMNIEŃ ARTYSTY MALARZA, GRAFIKA, TWÓRCY KOMIKSÓW I SCENARZYSTY - TADEUSZA BARANOWSKIEGO
ORAZ 
WYWIAD Z AUTORKĄ KSIĄŻKI: "SEZON ZAMKNIĘTYCH SERC" -


POZA TYM W NUMERZE, JAK ZAWSZE,
 POEZJA I PROZA,
  PÓŁKI I REGAŁY  
Z FELIETONAMI, RECENZJAMI I RELACJAMI Z CIEKAWYCH
ARTYSTYCZNYCH WYDARZEŃ
ORAZ SZUFLADY WYPEŁNIONE TEMATAMI DO PRZEMYŚLEŃ.

PRZYJEMNEJ LEKTURY!