środa, 28 września 2016

W poszukiwaniu utraconej tożsamości, czyli "Osaczenie" F.C. Tillera






Mam słabość do norweskich pisarzy, zwłaszcza do prozy psychologicznej i do niedawna byłam przekonana, że w tej dziedzinie Knausgård długo pozostanie poza wszelką konkurencją.  Szybko jednak przyszło mi ten pogląd zrewidować – właśnie ukazał się pierwszy tom trylogii C.F. Tillera – muzyka, historyka oraz pisarza, który przebojem wdarł się do ścisłej czołówki twórców skandynawskich.

„Osaczenie” to książka frapująca – oparta na oryginalnym pomyśle i nietypowej konstrukcji; a jednocześnie jest głęboko osadzona w skandynawskich tradycjach kulturowych, zawiera wszystko, co najlepsze w prozie psychologicznej, można w niej rozpoznać wyraźny bergmanowski styl.

Fabuła jest pozornie prosta. W prasie ukazuje się ogłoszenie pracownika szpitala psychiatrycznego apelującego o kontakt z osobami znającymi Davida - pacjenta, który stracił pamięć. Lekarz prosi o listy, które mogą pomóc mężczyźnie odzyskać wspomnienia i tożsamość. Na ogłoszenie odpowiada Jon i Silje - dwójka najbliższych przyjaciół pacjenta z wczesnej młodości oraz Arvid, jego ojczym (wszyscy swego czasu ściśle związani z Davidem, później ich drogi się rozeszły).

Konstrukcja książki jest złożona, nie można jej zakwalifikować jednoznacznie do konkretnego gatunku.  Utwór składa się z trzech części, ukazujących przeszłość z punktu widzenia Jona, Silje i Arvida. Z kolei każda z tych części stworzona jest z przeplatających się fragmentów listów, które mają charakter pamiętników oraz kameralnych scen, ukazujących trójkę naszych bohaterów współcześnie, w relacji z najbliższymi, w konfrontacji z ich własnymi demonami. Bardzo szybko przekonujemy się, czemu służą owe przeskoki; jednak, gdy będziemy pewni, że rozszyfrowaliśmy główny zamysł, okaże się, że autor przewidział jeszcze kilka niespodzianek. Przede wszystkim zwrócimy uwagę, że listy zaczynają ujawniać zasadnicze różnice. Wydają się szczere, ale pełne są przemilczeń, które zostaną uzupełnione przez kolejne osoby w następnych listach. To nie tylko stopniowo wzbogaca paletę barw i niuansów w portretach nadawców, ale wypełnia także wiedzę o enigmatycznym Davidzie. Czy jednak jest dobrym materiałem, który pomoże pacjentowi ustalić prawdziwą tożsamość?




Absolutnie genialnym pomysłem jest ukrycie przed czytelnikiem kluczowego bohatera. Dzięki temu możemy wejść w jego skórę i wyobrazić sobie, jakie wrażenie wywierają na nim kolejne listy. W tym zabiegu kryje się jednak coś więcej. Pozwala stopniowo odkrywać misternie ukrytą sieć powiązań, aż wreszcie uświadamiamy sobie, że związki naszych bohaterów z Davidem są znacznie głębsze i bardziej skomplikowane, niż oni sami gotowi są przed sobą przyznać.

Jon, Silje i Arvid zaangażowali się w odkrywanie przeszłości. Robią to dla Davida, ale także dla siebie. Listy stały się pewnego rodzaju ucieczką (w jednym przypadku – misją) i pretekstem do rozliczenia własnego życia. Temu samemu zresztą służy zestawienie fragmentów listów ze scenkami, w których obserwujemy kolejno każdego adresata pogrążonych we własnej szarej codzienności. Autor płynnie przechodzi od listów do kameralnych scen, które dają czytelnikowi poczucie niemal uczestniczenia w sztuce teatralnej. Jest to efekt zastosowania przez Tillera szczególnej techniki powieściowej, opartej na monologu bezpośrednim wykreowanych postaci, co oznacza całkowitą nieobecność autora, jako przewodnika czy komentatora. Czytelnik pozostaje sam na sam z myślami, z przeżyciami i emocjami bohaterów. 

"Osaczenie" to znakomita powieść. Tiller okazuje się mistrzem w zagęszczeniu emocji w przestrzeni międzyludzkiej i bez wątpienia udało mu się oddać jedyny w swoim rodzaju klimat w relacjach między najbliższymi członkami rodziny, stanowiący wybuchową mieszankę czułości i bezwzględności (nikt nie potrafi użądlić tak celnie, jak najbliższa osoba). Ale przecież nie tylko o ukazanie piekiełka rodzinnego, duchowej walki i życiowych rozczarowań tu chodzi. Autor proponuje nam wyprawę w głąb ludzkiej duszy, w najintymniejsze jej zakamarki, ale tylko po to, by wciągnąć nas w niepokojącą psychologiczną grę, która jeszcze pozostaje częściowo ukryta, ale już toczy się między głównymi bohaterami…


Za możliwość przeczytania książki dziękuję:





piątek, 9 września 2016

Sztuka wybaczania





Co wypada wiedzieć o Ormianach?

Stosunkowo łatwo dotrzeć do informacji, że wywodzą się ze starożytnego ludu indoeuropejskiego, a ponieważ przyjęli chrzest już w 301 roku n.e. - stanowią najstarszy naród chrześcijański. Pochodzą się z Zakaukazia i Wyżyny Armeńskiej, ale w wyniku prześladowań zostali rozproszeni po świecie i tworzą dziś kilkumilionową diasporę. Skąd to rozproszenie? Dzieje narodu są niezwykle burzliwe. W XIV wieku ich tereny popadły w niewolę Imperium Osmańskiego, Ormianie stali się nie-islamskimi poddanymi, podlegającymi odrębnym prawom (wyższe podatki, brak praw politycznych), nigdy jednak nie przestali myśleć o autonomii. Ich nadzieje odżyły w 1878 roku, podczas wojny rosyjsko-tureckiej wojska carskie powitano z entuzjazmem, jako wyzwolicieli. W odwecie wojska tureckie zrównały z ziemią 120 wiosek ormiańskich, rozpoczynając serię masakr. Prześladowania i pogromy, które miały ugiąć i stłamsić ducha Ormian nasilały się, aż przyjęły swoją kulminacyjną formę w roku 1915, gdy rząd Enver Paszy zarządził deportację Ormian z terenu całego tureckiego państwa. Przez wiele lat opinia publiczna nie wiedziała, a raczej - udawała niewiedzę, że eufemizm: deportacja" - maskował prawdziwy charakter działań, które miały na celu planową i całkowitą eksterminację ormiańskiego narodu.

Plan zaczęto realizować 24 kwietnia - od aresztowania i wymordowania przedstawicieli ormiańskich elit. Później ten sam los spotkał większość mężczyzn. Pozostałą część ludności zmuszono do wielodniowej wędrówki w głąb pustyni - bez wody i żywności, w palącym słońcu, z przyzwoleniem na gwałty, rabunki i zbrodnie, których dokonywała okoliczna ludność. Jaki był cel tej tułaczki? Ormianie, którym mimo wszystko udało się przeżyć - mieli trafić do obozów pracy lub zagłady. Mało kto jednak do nich trafiał. Z 18 tysięcznego konwoju Ormian z Erzurumu - dotarło zaledwie jedenaście osób [1].

Obudzenie świadomości

Państwa zachodnie wiedziały o sytuacji Ormian, ale zajęte były prowadzeniem działań na wielu frontach I Wojny Światowej. Po jej zakończeniu nowy rząd turecki, co prawda, wytoczył proces osobom odpowiedzialnym za rzeź, ale to była pusta formalność. Wszyscy oskarżeni zdołali opuścić kraj, żaden wyrok nie został wykonany. Główni sprawcy zginęli później w zamachach dokonanych przez ormiańskich mścicieli z partii danszaków. Z biegiem czasu Turcja rozpoczęła politykę negacji swoich działań, do dziś nie przyznaje się do ludobójstwa. Przez wiele lat opinia międzynarodowa unikała tematu, dopiero w 1984 roku Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (a w 1986 roku - Komisja ONZ ds. Praw Człowieka) uznały masakrę Ormian z 1915 roku za zbrodnię ludobójstwa. Te daty oznaczają początek drogi do budzenia powszechnej świadomości współczesnego społeczeństwa.

Dzisiaj nasza wiedza jest znacznie szersza, co w dużej mierze zawdzięczamy historykom, dziennikarzom, a także literatom. To właśnie oni - nie orężem, ale piórem walczą, by prawda w całej pełni ujrzała światło dzienne. Powstało wiele książek, które ukazują historię Ormian, pisarze wypowiadają się w różnej formie i rozmaitych gatunkach. Znakomitym przykładem jest „Księga szeptów” Varujana Vosganiana (wyrażona w poetycki sposób epopeja narodowa, która właśnie zakwalifikowała się do ścisłego finału Nagrody Angelus). Warto wiedzieć, że Elif Szafak (uznana za najlepszą, obok Orhana Pamuka, współczesną pisarkę turecką) oddała swój głos w sprawie ludobójstwa w powieści „Bękart ze Stambułu”, za co spotkały ją szykany, została oskarżona o obrazę narodu tureckiego. 

Polski czytelnik ma obecnie doskonałą okazję, by poznać kolejny głos w tej sprawie. Aline Ohanesian podjęła wątek exodusu narodu ormiańskiego w swojej debiutanckiej powieści, która natychmiast zdobyła uznanie międzynarodowej krytyki. „Dziedzictwo Orchana” nie jest historią opowiedzianą przez pryzmat wielkiej polityki, a pisarka nie używa wielkich słów. Ukazuje dramat z perspektywy zwyczajnego człowieka, który nie do końca rozumie jakie są przyczyny nieszczęść, które na niego spadają. Siłą tej prozy jest skupienie się na historii jednostki, co pozwala czytelnikowi zidentyfikować się z przeżyciami i emocjami głównych bohaterów. Powieść ukazała się w Polsce pod koniec sierpnia, natomiast jej światowa premiera miała miejsce w 2015 roku - dokładnie w setną rocznicę tragicznych wydarzeń.


Fabuła książki

W roku 1990, w tureckiej wsi umiera ekscentryczny przedsiębiorca - Kemal Turkoglu, który zostawia po sobie kłopotliwy testament. Nie dość, że majątek został rozdysponowany niezgodnie z oczekiwaniami spadkobierców, to jeszcze rodzinny dom przypadł nieznanej kobiecie. Orchan, wnuk zmarłego i dziedzic jego firmy ma dwa wyjścia. Może podważyć testament, który nie jest do końca zgodny z tureckim prawem, albo poznać ukryte motywy dziadka, odszukać tajemniczą kobietę i dowiedzieć się, co ich w przeszłości łączyło.

Seda dożywa swoich dni w ormiańskim domu starców, w Kaliforni. Seda – oznacza „echo” i nie jest jej prawdziwym imieniem. Ma upamiętniać wydarzenia z przeszłości. Staruszka przyjmuje Orchana niechętnie, nie chce słyszeć o domu w Turcji i nie ma ochoty na rozmowy o przeszłości. Jednak sprawy z dokumentami wymagają ponowienia wizyt i po kilku próbach podjęcia rozmowy kobieta zaczyna się przed młodym człowiekiem otwierać. A kiedy zacznie mówić – nic już nie zdoła powstrzymać strumienia bolesnych wspomnień. Tylko czy Orchan jest przygotowany, by usłyszeć prawdę o swoim majątku, pochodzeniu i kraju? A czytelnik? Czy zdoła bez emocji wysłuchać spowiedzi Sedy?

Wraz z bohaterami pogrążamy się we wspomnieniach. Cofamy się w czasie i śledzimy losy młodziutkiej Ormianki i zakochanego w niej tureckiego chłopca. Obserwujemy, w jaki sposób wielka historia bezlitośnie wdziera się między nich i rzuca im zupełnie różne wyzwania. Kemal stanie się żołnierzem, któremu przyjdzie walczyć na froncie I Wojny Światowej. Lucine musi podążyć za swoim fatum. Każde z nich na swój sposób będzie walczyć o przetrwanie…

Uzyskać współczucie, wybaczyć sobie

Czytelnik szybko się przekonuje, że Orchan wcale nie wywołał lawiny wspomnień. Seda i ludzie tacy jak ona – wszyscy, którzy przeżyli pogrom – wygnańcy, ocaleni, sieroty i przybłędy, których nazywano „resztkami miecza” - nigdy się od przeszłości i swoich wspomnień nie uwolnili. Przeżyli, ale do końca życia nosili na barkach brzemię winy, że nie zdołali uratować bliskich. Oni, a później także ich dzieci – stali się strażnikami, a jednocześnie zakładnikami koszmarnej przeszłości.

„Dziedzictwo Orchana” jest mocnym debiutem. Co prawda Aline Ohanesian wykorzystała elementy często eksploatowane w beletrystyce (motyw nieszczęśliwej miłości, konflikt pokoleń, rodzinne sekrety), ale stanowią one zaledwie ramę i pretekst do tego, co dużo ważniejsze – do ukazania wstrząsającej opowieści, którą autorka zbudowała w oparciu o wspomnienia swojej prababki. Książka jest wyrazem hołdu dla niej i dla wszystkich, którzy zdołali przeżyć pogrom. Jest także wyrazem czci dla ofiar. Jakże przytłaczająca jest wiedza, że ci, którzy przeżyli – zazdrościli zmarłym członkom rodziny, którym śmierć podarowała błogosławieństwo niepamięci...


Co zmusza Ormian do powracania do historii, rozpamiętywania bólu i rozdrapywania ran? To proces niezbędny – chociażby z punktu widzenia psychologii. Naród wystarczająco długo milczał. Teraz może swój ból wykrzyczeć, odkryć światu swoją historię i liczyć na to, że wreszcie zostanie odpowiednio zinterpretowana. To nie przywróci ofiarom życia, ale tym, którzy wciąż są więźniami międzypokoleniowej traumy – pozwoli (być może) przejść do następnego etapu żałoby…


piątek, 2 września 2016

Spotkanie z twórczością Urszuli Jaksik


Nieczęsto goszczą na moim blogu książki obyczajowe, co nie znaczy, że ich nie doceniam.  Istnieje całkiem spore grono polskich autorek, którym kibicuję, ich książki traktuję jak odwiedziny u dobrych znajomych i wypatruję nowości. Jedną z nich jest Urszula Jaksik – która mnie zaintrygowała, jako autorka i osobowość. Jest przykładem kobiety, która nie tylko wierzy, ale także realizuje swoje marzenia.



Nie do końca można powiedzieć, że debiutowała późno, ponieważ w 1981 roku wygrała konkurs w „Płomyku”, ale potem na długie lata odłożyła pióro do szuflady… Czytelnicy miesięcznika „Twój STYL”, którzy w numerze 7(300) Lipiec 2015 natknęli się na obszerny artykuł o innym konkursie literackim i na wywiad z Urszulą Jaksik, znają okoliczności jej ponownego debiutu. Można także zajrzeć do rozmowy (tutaj), którą miałam przyjemność przeprowadzić, a która dotyczyła m.in. obrazu kobiet śląskich zawartych w książce „Zaułek szczęścia”. Wspominam o tym, ponieważ autorka pochodzi z Bytomia, a ja (czytelniczka i Ślązaczka) szukam w jej książkach śląskich smaczków; w samej zaś sylwetce autorki z dumą rozpoznaję cechy, które cenię w swoich pobratymkach…

W największym skrócie: Urszula Jaksik jest osobą, której życie nie rozpieszczało. W 1997 wzięła udział w konkursie literackim ogłoszonym przez „Twój STYL” pod hasłem „Miesiąc z życia kobiety”. Zgłosiło się ponad 300 osób, a jej praca, która należała do najlepszych, została opublikowana na łamach miesięcznika i wydana w formie książki. W tym momencie Urszula Jaksik uwierzyła w siebie, w moc swoich marzeń i siłę tkwiącą w kobiecie. Dzisiaj zostawiła już wiele problemów za sobą, ukończyła Uniwersytet Trzeciego Wieku, zaczęła podróżować, pasjonuje się fotografią i oczywiście realizuje się w twórczości. Pisze książki, których tematem nie jest już „wybrany miesiąc z życia kobiet” - ale to, co w ich życiu jest najistotniejsze i najtrudniejsze.

W książkach autorka skupia się na relacjach matki i dziecka i krąży wokół tematu, który stanowi najtrudniejszy aspekt macierzyństwa – wokół choroby. W „Zaułku szczęścia” to niepełnosprawność matki; w „Domu nad brzegiem oceanu” – nieuleczalna choroba dziecka. Najnowsza książka: „Odwrócone życie” - zawiera podobne elementy, ale jest dojrzalsza. Jest pokłosiem prawdziwej podróży na Teneryfę, a śląskie elementy (dzieciństwo w familokach, życie śląskich kobiet, krajobraz i wygląd górnośląskiej aglomeracji) wplecione są w akcję znacznie śmielej. Jasno też został skrystalizowany pogląd, który przenika wszystkie książki autorki, a teraz stał się mottem, że wszystko, co nam się przydarza ma przyczynę i swój głęboko ukryty sens…



W najnowszej książce poznajemy losy kilku bohaterów. Aldona, Ewa, Teresa, Artur i Wiktor – to osoby w różnym wieku, spokrewnione z sobą, bądź nie. Mieszkają w różnych miejscach, nawet w różnych strefach klimatycznych. Niektórzy nigdy się nie spotkają i nie dowiedzą o swoim istnieniu, ścieżki innych przetną się w zaskakujący sposób. W zasadzie trudno jednoznacznie stwierdzić, czyje losy są kluczowe. Wszyscy mają do spełnienia swoje zadanie i z różnych przyczyn ich życie jest „odwrócone”. Wszyscy w pewnym sensie coś tracą, ale jednocześnie także coś wygrywają… Śledząc ich postępowanie - przekonujemy się, że to nie odległość mierzona w kilometrach decyduje o tym, czy jesteśmy blisko z drugą osobą. Czasem niebezpiecznie oddalamy się, nawet, gdy żyjemy pod jednym dachem.

Samotność jest siostrą cierpienia. Człowiek znosi swój ból w samotności, nie zdając sobie sprawy, jak wielu ludzi przeżywa pokrewne problemy… Aldona i Ewa – to kobiety, które nic o sobie nie wiedzą, chociaż mają wiele wspólnego. Żyją w odmiennych realiach, ale pochodzą ze Śląska, a los nie oszczędził im traumatycznych przeżyć. Obie zbyt szybko musiały nauczyć się samodzielności i każda postanowiła to zrobić na własnych zasadach. Tylko czy azyl, który sobie zbudowały okaże się całkowicie bezpieczny? Aldona schroniła się na drugim końcu świata. Znalazła dom i pracę na Teneryfie i zgodnie z tym, co sobie założyła – nigdy nie uzależniła się od mężczyzny. Tylko jak na tej rajskiej wyspie i w samotności poradzić sobie z nieuleczalną chorobą syna? I dlaczego to, co jest wybawieniem dla jednej osoby – musi zostać okupione bólem drugiej?

Przyglądając się niełatwym decyzjom bohaterów - poznajemy różne wymiary samotności i rodzaje ucieczki. Możemy dojść do wniosku, że nigdy do końca nie jesteśmy w stanie rozszyfrować swoich bliskich. Przekonujemy się także, że samodzielność posiada zalety i wady. A jednej strony - człowiek dojrzewa dopiero wtedy, gdy bierze życie we własne ręce, ale kiedy mu się wydaje, że panuje już nad wszystkim – przewrotny los uświadomi mu, że nigdy nie będzie całkowicie wolny i niezależny… Podobnie, jak w poprzednich książkach – Urszula Jaksik wypowiada się także o niełatwych relacjach rodziców i dzieci i ukazuje najtrudniejszą stronę macierzyństwa, rzuca swoim bohaterom wyzwania najcięższego kalibru. Jednakże trzeba wspomnieć o jeszcze jednym aspekcie jej pisarstwa – nawet, gdy boleśnie doświadcza swoich bohaterów, autorka nie zamierza epatować nieszczęściem i dramatem. Wręcz przeciwnie. W najbardziej beznadziejnych przypadkach dostrzega - jeśli nie promyk nadziei, to przynajmniej światełko pocieszenia…

Pomijając małego chochlika, który wkradł się do korekty – książka wypada bardzo pozytywnie. Na uwagę zasługuje przede wszystkim doskonała kreacja Ewy i Artura – młodych ludzi, którzy prowadzą skrajnie odmienny tryb życia, różnią się diametralnie, ale doświadczają zupełnie takiego samego wyalienowania. To największy atut tej książki. Autorka wykazała się doskonałą znajomością psychiki młodego człowieka. Portret Ewy i Artura – to bardzo realistyczne studium samotności. To wyrazista i dobrze skrojona para bohaterów, których czytelnik na długo zatrzyma w pamięci. 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu: Pascal



czwartek, 25 sierpnia 2016

W podróży przez step...








Kończy się sierpień i okres wakacyjno-urlopowy. Lato jeszcze trwa, ale już podszyte nostalgiczną nutą, już myślami jesteśmy raczej przy jego odwrocie. Za chwilkę ciepłe dni będą już tylko trzymały się delikatnych nitek babiego lata, a to już nieomylny znak, że zbliża się jesień…

W tym sezonie lato na moim blogu upłynęło pod znakiem niekonwencjonalnych podróży i chociaż nie zamierzam się z nimi na zawsze rozstawać, to przecież trzeba ten okres jakoś podsumować, zakończyć wyrazistą lekturą. I na ten moment właśnie, na zawsze wyjątkowy dla mnie schyłek lata – zostawiłam sobie utwór przecudnej urody: „Step. Historię jednej podróży” Antoniego Czechowa.




Rzadko używam tego słowa, ale w tym wypadku śmiało mogę powiedzieć – „Step” Czechowa to arcydzieło. To utwór, w którym pozornie nic się nie dzieje, nie ma szalonych zwrotów akcji, ale urok tej opowieści leży w tym, że czytelnik pochłonięty zostaje różnego rodzaju doznaniami. To nie jest zwyczajny opis wyprawy przez step, w żadnym razie – reportaż. To raczej na poły realistyczny, na poły poetycki zapis podróży, który można odczytywać w różnych wymiarach.

„Step” z 1888 roku - to pierwsze długie opowiadanie Czechowa. Utwór ukazuje ważne wydarzenie w życiu dziewięcioletniego chłopca, Jegoruszki, który opuszcza rodzinny dom i udaje się do odległego miasta, by podjąć naukę w gimnazjum. Chłopiec podróżuje bryczką, a towarzyszą mu trzej opiekunowie: młody woźnica, leciwy proboszcz cerkwi oraz wuj, średnio zamożny kupiec bławatny, który właściwie załatwia swoje interesy i tylko przy okazji obiecał bezpiecznie odstawić malca do szkoły. Chłopiec płacze przy pożegnaniu z matką, ale już po chwili, jeszcze rozżalony i przez łzy zaczyna rozglądać się wokół siebie. I już pochłaniają go wrażenia - widoki, przyroda i odgłosy stepu. Obserwuje zbliżające się i ginące w sinej dali elementy krajobrazu, studiuje zmieniającą się perspektywę, przysłuchuje się rozmowom dorosłych. Wraz ze zmieniającymi się porami dnia i zjawiskami atmosferycznymi – ulegają przeobrażeniu jego doznania. Wydawać by się mogło, że wolno upływa chłopcu podróż, wolno rozwija się lektura, ale ileż się podczas niej wydarzy!



Zachwyca ilość artystycznych środków, których użył pisarz, by oddać klimat stepu w swoim utworze. Razem z bohaterami niespiesznie poruszamy się bryczką, korzystamy z różnych miejsc postoju, spotykamy rozmaite grupy i typy ludzi - i wraz z bohaterami doznajemy różnych wrażeń. Czytelnik nie czyta o stepie, on tego stepu doświadcza. W godzinach największego upału w rozedrganym powietrzu oglądamy omdlewające elementy krajobrazu. Odczuwamy także rześkość poranka, pełnego migotliwych błysków uchwyconych w kroplach rosy, chłód nocy i gwałtowność zbliżającej się burzy. Opisom, które przesuwają się przed oczami towarzyszy cała masa bodźców dźwiękowych: słuchamy turkotu bryczki, trzasków biczyka, pokrzykiwań, szczekania psów, brzęczenia owadów, beczenia mijanego stada, szmeru strumyka i gwaru rozmów. To prawdziwa symfonia dźwięków!  Ale to jeszcze nie koniec… Czechow nie tylko tworzy impresje, które oddają charakter zmieniających się pór dnia, ale wraz z nimi zmienia się także nastrój, dynamika utworu; autor potrafi także manipulować odczuciem upływającego czasu… W nieruchomym ciężkim powietrzu myśli naszych bohaterów snują się ociężale i rwą się rozmowy. Gdy nastaje zmierzch, a pogoda sprawia ulgę – sytuacja się zmienia. Ludzie gromadzą się wokół ogniska, są ożywieni, kłócą się lub snują opowieści, rozplątują się języki…

A Jegoruszka? On słucha i bacznie obserwuje. Ogląda świat oczami ojca Christofora i wuja-kupca. Ale rozmawia także z prostymi chłopami. Przypatruje się ludziom w różnych sytuacjach – podczas ciężkiej pracy, wędrówki, przy modlitwie w cerkwi i w ich domach. Spotyka milczków, którym źle patrzy z oczu i ludzi otwartych, którzy mimo biedy i ciężkiej pracy szukają kontaktu z drugim człowiekiem. Obserwuje współpodróżnych i rozpoznaje różne emocje ("Step" to także pyszne portrety psychologiczne, bo przecież autor późniejszego słynnego "Wiśniowego sadu" zaledwie paroma słowami i kwestiami diagnozuje postacie). Czytelnik powoli przekonuje się, że opowiadanie nie jest wyłącznie relacją z podróży przez dziką i surową krainę, ale że jest panoramą i przekrojem rosyjskiego społeczeństwa. I dodać należy, że autorowi udało się nie tylko ukazać ludzi różnego stanu, ale także różnego kalibru…



Przeżyje Jegoruszka swoje przygody, posłucha mrożących krew w żyłach opowieści przy ognisku i mądrości ludowych, przestraszy się burzy, dozna różnych niewygód, przekona się, że świat inaczej wygląda w ciągu dnia, a inaczej w niesamowitej, nocnej atmosferze. Wreszcie osiągnie cel i wuj dostarczy go do szkoły. Tu zapewne zostanie przez długie miesiące, jeśli nie lata, by zdobywać wiedzę. Tylko, że czytelnik nie może pozbyć się wrażenia, że prawdziwą wiedzę na temat natury ludzkiej, stosunków społecznych i na temat życia – zdobył chłopiec właśnie w stepie – podczas swojej pierwszej wielkiej podróży…

Egzemplarz mojej książki jest stary, pochodzi z 1955 roku. Ale mam ogromny sentyment do czarno białych ilustracji Antoniego Uniechowskiego i cieszę się, że akurat to wydanie u mnie gości. Podróże, upał, słońce, burza, ognisko, nocleg pod gwiazdami, kąpiel w rzece, łapanie raków, bezkresne przestrzenie… czyż trzeba przekonywać, że autor zaklął w tym niezbyt obszernym tomiku wszystkie atrybuty lata?

***

„Tabor rozlokował się w pobliżu wsi nad rzeką. Słońce paliło tak samo, jak wczoraj, powietrze było nieruchome i ciężkie. Na brzegu rosło kilka wierzb, lecz cienie ich padały nie na ziemię, ale na wodę i leżały tam beż żadnego pożytku, natomiast w cieniu pod wozami było duszno i niewygodnie. Woda z odbitym w niej błękitnym niebem nieprzeparcie wabiła ku sobie”. [1]


[1] „Step. Historia pewnej podróży”, Antoni Czechow, Nasza Księgarnia 1955, str. 65


piątek, 12 sierpnia 2016

Skojarzenia: Tadeusz Makowski i Seamus Heaney







Kiedyśmy się wspinali na zbocze nasypu
Na wysokości oczu mieliśmy białe kubki
Słupów telegraficznych i skwierczące druty.

Ich cudownie niedbała kreska wlokła się
Milami na wschód i zachód od nas, i uginała
Pod ciężarem jaskółek.

Byliśmy mali i myśleliśmy, że nie wiemy nic
Co wiedzieć warto. I że słowa wędrują po drutach
W lśniących torebkach kropli,

A każda z nich jest szczelnie wypełniona światłem
Nieba, iskrzeniem drutów i nami
Pomniejszonymi tak bez granic

Że mogliśmy się przecisnąć przez igielne ucho. 


- "Kolejowe dzieci"
Seamus Heaney




Seamus Heaney (1939-2013) irlandzki poeta, krytyk literacki, dramatopisarz i tłumacz. Laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1995). Wydał m.in. wierszowane tłumaczenie staroangielskiego poematu heroicznego "Beowulf".

wtorek, 9 sierpnia 2016

Na ryby!


Nasi mężowie lubią łowić ryby. Często organizują sobie niedziele na łowisku, godzinami siedzą, gapią się w kije i cieszą się jak dzieci z każdej złowionej sztuki. Urządzili sobie nawet coś w rodzaju rankingu – skrupulatnie zapisują każdą złowioną rybkę, ważą ją, szacują wzrost i wypełniają wspólną tabelę. Emocji przy tym i gorących dyskusji – co niemiara. Ale cóż to za uciecha łowić sztukę za sztuką w hodowlanym stawie? Prawdziwa satysfakcja, jeśli wygrywa się w rankingu w naturalnym otoczeniu!




Przygotowując się do wczasów nasi mężowie (w tajemnicy przed żonami) szykują się do prawdziwej wojny na wędki. Nowe kołowrotki, haczyki, przypony, spławiki, podstawki, parasole od pogody i niepogody. Zanęty wszystkich smaków, rodzajów i we wszystkich kolorach (Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta)… Istne szaleństwo. Czego tam komu brakowało - zostało zakupione. Potem jeszcze czasopisma i programy wędkarskie dla podszkolenia. No i oczywiście - tajna broń. Podwójnie super tajna, bo kupowana już nie tylko w tajemnicy przed żonami – ale jeszcze w sekrecie przed sobą nawzajem. Ten kupuje jakieś koszyczki, ów specjalne haczyki i jakieś inne misterne i skomplikowane miniaturowe urządzonka, o których kobietom się nawet nie śniło... Wszystko, czym można przywabić, zaskoczyć i skusić rybkę. Co sprawi, że jeden wędkarz będzie odrobinę lepszy od swojej konkurencji. Z rozbawieniem oglądam rosnącą górę sprzętu. W lodówce znajduję miniaturowe puszeczki z różnymi przysmakami dla ryb, listonoszowi kwituję odbiór paczuszki prosto z Allegro - ze sztuczną kukurydzą. Cztery plastikowe ziarenka za 15 złotych. Cztery (!) ziarenka kukurydzy, która nie utonie, nie opadnie na dno, tylko będzie utrzymywać się na powierzchni i skusi złotą rybkę...




W tym roku poznajemy Warmię. Wynajmujemy piękny dom, nad jeziorem - oczywiście. Przyjeżdżamy. Nasi panowie ledwo wtaszczą walizki - już lecą zobaczyć czy zgodnie z obietnicą mają dobre warunki do wędkowania. Już rozkładają baterię: torby wędkarskie, wędki (każdy ma dwie, albo trzy), parasol, parawan, krzesła wędkarskie, podpórki, wiadra z zanętą, skrzynki z haczykami, z przyborami i podbieraki. Są przygotowani na każdą ewentualność. Do łowienia ryb drapieżnych, słodkowodnych, morskich zresztą chyba też. Przygotowani są prawdopodobnie nawet na złowienie marlina. Idą z tym majdanem na pomost, który trzeszczy pod ich ciężarem. Ahoj, ryby, przybywamy!

A potem upływa pierwsza godzina.

Potem druga i trzecia…

I nic.

Ryba nawet nie skubnie…



Po długim czasie sunie smutny korowód do domu, na kolację. Przychodzą panowie z nosami na kwintę.

A potem odpalają komputer i szukają przyczyn swojej porażki. Bo pełnia księżyca, bo zmiana pogody, bo rabunkowa gospodarka, bo wodorosty, bo upał. Bo kormorany.

Nic to. Rano będzie lepiej. Rano każdy z naszych rybaków pokaże na co go stać. Wyciągnie swoją najtajniejszą broń.

Po kilku dniach zmiennych technik (i skrajnie zmiennych nastrojów - od nadziei po rozpacz), po wypróbowaniu wszystkich żyłek, haczyków i przynęt (od ilości wrzuconego pokarmu jezioro wystąpiło z brzegów), po łapaniu na żywca, robaki, ryż i kukurydzę wszystkich smaków (nawet tę sztuczną), po łowieniu metodą paternoster i przy użyciu wszystkich innych możliwych i niemożliwych technik – nasi mężowie bliscy są załamania nerwowego. Bez  anty-depresanów w płynie raczej się nie obejdzie...




Nadal nic nie bierze…

Po sześciu dniach zaczynają obmyślać jakieś nowe hobby. Ale zmienił się turnus i do domku obok wprowadzili się kolejni wczasowicze. Na pomost przychodzi nowy wędkarz. „Panowie ze Śląska? No tak, możecie nie wiedzieć… U nas trzeba łowić innymi metodami. Trzeba mieć SPOSÓB. Ja dodałem do zanęty specjalny środek – sztuczną krew. Teraz zobaczycie dopiero jak się łowi”.

Nasi panowie są podnieceni. Sztuczna krew. No przecież! Teraz dopiero będą połowy. Dziewczyny, szykujcie się, będziecie smażyć cały dzień. Teraz będą brały tylko karpie i szczupaki. Same duże okazy!

Panowie umawiają się z sąsiadem na nocne łowy. Wstępują w nich nowe siły i nowa nadzieja. Pan przyjdzie ze swoją nową super tajną bronią, a oni przecież przy okazji skorzystają! Torby, skrzynki, pudełka i słoiczki znowu idą w ruch. Nowe błystki, żyłki i haczyki do połowu grubych sztuk. Wojna to wojna.




Z placu boju wracają pojedynczo.

To ten, to ów pogryziony przez komary i z żałosną miną, doszczętnie pokonany wraca do domu. Przewodniki kłamały. Ryb nie ma. Tu nie ma żadnych ryb, skoro nie pomogła nawet sztuczna krew! A te tłuste grzbiety przelewające się nad powierzchnią - to halucynacje!

Po paru godzinach wrócili wszyscy. Na pomoście został tylko pan od sztucznej krwi, który albo miał duży zapas świeżych sił, albo było mu głupio wracać bez zdobyczy.

Rano my - żony - idziemy przespacerować się na pomost. Znajdujemy porzucone krzesło i wędki. Nowy sąsiad nawet nie miał siły, żeby po sobie posprzątać. Zastanawiamy się jednak czy możemy się wykąpać. W końcu sztuczna krew mogła przywabić piranie;)

Po południu mężowie znowu spotykają się na pomoście. Już bez chłopięcej radości, raczej już tylko po to, żeby zrobić coś z czasem. Przywlekł się za nimi ich nowy sąsiad, ten od sztucznej krwi. Ale nikomu nie chce się już gadać o rybach. Jednak, żeby uniknąć krępującej ciszy trzeba o czymś konwersować. Pan ma kilkoro dzieci, które wesoło pluskają się w wodzie, więc mąż zagaja „Ryb nie ma, ale to bardzo dobre miejsce dla dzieci. Mogą hasać do woli…”


„O tak” odpowiada sąsiad. „Co nam zostało... Powinniśmy brać z nich przykład. Zresztą one mają całkiem niezłe pomysły. Dziś rano pojechałem z nimi do miasta i przez kilka godzin goniliśmy po Olsztynie pokemona Pikachu”.


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Zjawisko literackie: Izaak Babel





Sierpień – to kolejny miesiąc, który kojarzy się z podróżami, więc w urlopowym cyklu czas na kolejną wyprawę w czasie i przestrzeni. Opowiadań Izaaka Babla z pewnością nikt nie zalicza do kategorii: „literatura podróżnicza”, ale jednocześnie nie można zaprzeczyć, że ich tematyką jest pewnego rodzaju - specyficzna podróż. Skoro nasza wyprawa z założenia jest niekonwencjonalna – nic nie stoi na przeszkodzie, by odbyć ją w towarzystwie legendarnego pisarza, który był nie tylko świetnym obserwatorem i kronikarzem wydarzeń, twórcą bardzo plastycznym (fragmenty jego opowiadań stanowią niemal malarskie impresje), ale przede wszystkim jest mistrzem zdań, któremu pragną dorównać utalentowani i wysoko cenieni pisarze. Na czym polega fenomen jego utworów? Warto się nad tym pochylić...


Izaak Babel [źródło zdjęcia] był rosyjskim prozaikiem, dramaturgiem i dziennikarzem. Uczestniczył (jako oficer polityczny, korespondent polowy i redaktor przyfrontowej gazety) w wojnie polsko-bolszewickiej w szeregach Pierwszej Armii Konnej pod dowództwem Siemiona Budionnego, a swoje doświadczenia i refleksje wykorzystał pisząc serię opowiadań, które opublikował w 1926 roku. Cykl ten przysporzył mu wrogów, a w roku 1939 (w okresie czystek stalinowskich) stał się jedną z przyczyn jego aresztowania. Pisarza oskarżono o działalność trockistowską i szpiegowską, zarzucono mu członkostwo w organizacji terrorystycznej. Jego przeciwnicy zeznali, że „Armia Konna” jest paszkwilem na rewolucję, który miał przedstawić sławny oddział w jak najgorszym świetle „eksponując gołosłownie jedynie jaskrawe i okrutne epizody”[3]. Został skazany na śmierć przez rozstrzelanie. Wyrok wykonano w styczniu w 1940 roku.




W Polsce opowiadania należące do cyklu „Armia konna” zostały wydane m.in. w zbiorze: „Historia jednego konia” (seria Nike, Wydawnictwo Czytelnik). Do sięgnięcia po nie przekonał mnie Jerzy Pilch[1], który umieszcza Izaaka Babla w panteonie swych mistrzów. Pilch należy do starej dobrej szkoły, której entuzjastką była także Wisława Szymborska, z którą się przyjaźnił. Oboje żywili przekonanie, że każda książka (opowiadanie) powinna zaczynać się wyważonym, dobrym zdaniem, które ma stanowić jej zalążek i wizytówkę, co znaczy, że powinno być tak skonstruowane, by można z niego wywieść całą treść utworu. Zdanie „Ogary poszły w las” – nie spełnia tego warunku, dlatego Szymborska zżymając się na początek „Popiołów” Żeromskiego dziwiła się: „Czyje ogary, dlaczego poszły, co je przestraszyło, jaki las?” [2]. Jerzy Pilch wspominając pisarzy, który w sposób mistrzowski rozpoczyna swoje utwory – jednoznacznie wskazuje Izaaka Babla. Babel był także ulubionym pisarzem Oty Pavla[3], który już wcześniej zachwycił mnie swoimi opowiadaniami. Większej zachęty nie potrzeba - sięgam po tomik, w myśl zasady, że przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi – i szybko się przekonuję, że w opowiadaniach Babla - perfekcyjne są wszystkie zdania, nie tylko pierwsze.




„Historia jednego konia” to cykl króciutkich opowiadań przedstawiających epizody wojny polsko-bolszewickiej, które składają się na daleki od kreowanego przez propagandę obraz Konnej Armii. To szereg refleksji-impresji z życia słynnego oddziału, które nie ograniczają się do przedstawienia żołnierskiej poniewierki, ale ukazują także wojnę z perspektywy cywilnej ludności - mieszkańców miasteczek i wsi Podola - miejsc, do których dotarła rewolucja. Ponieważ pisarz wywodził się z kupieckiej żydowskiej rodziny, jednym z motywów książki jest także obraz ginącego żydowskiego świata. W gruncie rzeczy opowiadania rzeczywiście dowodzą rozczarowania Babla sposobem prowadzenia wojny, przebiegiem rewolucji i wykorzystywaniem jej haseł do rozgrzeszenia każdego rodzaju podłości i okrucieństwa, które dotykają niewinnych ludzi. Opowiadania mają zdecydowanie antywojenną wymowę.  



Styl Babla jest niezwykle sugestywny. Partie realistyczne (wręcz surowe) przeplatane są z silnie kontrastującymi fragmentami poetyckimi. Ludzka krzywda opisana jest ascetycznie, co wzmacnia siłę przekazu, natomiast ramę utworów, ich tło i scenerię tworzą plastyczne i malownicze opisy krajobrazu, które czasem wręcz porażają swoją metaforyką. Nie trzeba jednak obawiać się okrutnych opisów, ponieważ najbardziej krwawe u Babla są zachody słońca…

Narratorem i naszym przewodnikiem jest młody żołnierz, który przemieszcza się ze swym oddziałem, przeprawia się przez rzekę Zbrucz, przeżywa kłopoty z zakwaterowaniem i zdobyciem pożywienia, bierze udział w potyczkach wojennych, a także miewa zatargi z innymi żołnierzami. Narrator przygląda się swoim współtowarzyszom, ale także mieszkańcom zdobywanych miast i wsi - i zapisuje swoje refleksje. Nie jest to stereotypowy obraz wojny, raczej szereg scenek i migawek, które ukazują wojnę i rewolucję w różnych ich wymiarach i odsłonach.  




„Praliśmy szlachtę pod Białą Cerkwią. Praliśmy aż w niebie grzmiało”[5] – tak zaczyna się jedno z opowiadań, ale mocne początki – to nie jedyny atut opowiadań Babla. Prawie każdy utwór zawiera fragment stanowiący malarską impresję: „Spokój zmierzchu sprawił, że trawa na podzamczu stała się niebieska. Nad sadzawką wzeszedł księżyc, zielony jak jaszczurka”[6]; „Zagony purpurowych maków kwitną wokół nas, południowy wiatr swawoli z żółknącym życie (…) Spokojny Wołyń rozwija się w skrętach, Wołyń ucieka od nas w perłową mgłę brzeźniaków, wpełza między ukwiecone pagórki i słabnące jego ręce wikłają się w pędach chmielu. Pomarańczowe słońce toczy się po niebie jak odrąbana głowa (…)”[7].

Opowiadania cechuje zwięzłość i różnorodność, autor stosuje zmienny styl i język, który dostosowuje do sytuacji i portretów swoich bohaterów. Nie stroni od humoru: „Dlatego napiszę wam tylko odnośnie tego, co moje oczy własnoręcznie patrzyły”[8]. Czyż nie jest pyszny (i straszny!) - potraktowany satyryczną kreską portret Galina (wydawcy partyjnej gazetki z wymownym bielmem na oku), który snuje miłosną pieśń, rozwodząc się nad koniecznością i historią wymordowania tyranów? Ileż podobnych smaczków znajdziemy w lekturze!



Nie można nie wspomnieć, że polski czytelnik poznaje opowiadania w tłumaczeniu Jerzego Pomianowskiego - wybitnego tłumacza literatury rosyjskiej, który przekładał utwory m.in. Czechowa, Tołstoja, Bułhakowa i Achmatowej, ale to o warsztacie Izaaka Babla wyraził się z zachwytem: „Zdanie Babla jest dla mnie metrem z Sevres - jasności, dobitności, a nawet ukrytej śmieszności wszystkich naszych dramatów" [9]. Czy wielbiciele doskonałych opowiadań potrzebują lepszej rekomendacji?

Perfekcja zdań nie jest przypadkowa. Babel potrafił dwadzieścia dwa razy przeredagować jedno krótkie opowiadanie, by uzyskać formę, która zdołała go usatysfakcjonować. W czym tkwi sekret jego pisarstwa? Twórca uważał, że "żadne żelazo nie wchodzi w serce z tak mrożącą siłą jak w porę postawiona kropka"[10]. Czytajmy zatem Babla, by poznać pisarski kunszt i perfekcję - tym bardziej, że w tomiku: "Historia jednego konia" poza utworami z cyklu: "Armia konna" zostały opublikowane inne znakomite opowiadania. Każdy utwór, to literacka perełka, która składa się z idealnie skrojonych zdań i słów. A przecież nie tylko warsztat i konstrukcja mają tutaj znaczenie. Jeszcze ważniejsze jest przesłanie i świadomość, że za każde swoje słowo - pisarz zapłacił najwyższą cenę...

  
[1] „Zawsze nie ma nigdy” J. Pilch, E. Pietrowiak, WL, 2016
[2] Tamże, str. 57
[5] „Historia jednego konia”, Izaak Babel, Czytelnik, rok 1988, str. 91
[6] Tamże, str. 97
[7] Tamże str. 14
[8] Tamże, str. 99
[10] http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,12785892,Pisane_w_siodle.html



***
Ilustracje nie pochodzą z książki. Starałam się je dobrać w taki sposób, by oddać charakter utworów. Ostatnie zdjęcie przedstawiające Izaaka Babla - zostało wykonane w 1939 roku, przez NKWD