czwartek, 18 maja 2017

W zapowiedziach - finalista Międzynarodowej Nagrody Bookera: "Busola" - Mathiasa Enarda /materiały prasowe/





"Kilka tygodni temu ogłoszono, że Mathias Enard, francuski pisarz i tłumacz, laureat Nagrody Goncourtów za powieść Busola (2015), znalazł się na liście finalistów przyznawanej o 2005 roku co dwa lata Międzynarodowej Nagrody Bookera. Powieść ukaże się 14 czerwca nakladem Wydawnictwa Literackiego w przekładzie Madgaleny Kamińskiej-Maurugeon. 
Tego samego dnia kapituła nagrody wyda werdykt. 

W ostatnich latach nakładem w.w. oficyny ukazały się uhonorowane Nagrodą Bookera: Wszystko, co lśni (Eleanor Catton), Ścieżki Północy (Richarda Flanagana) i Krótka historia siedmiu zabójstw (Marlona Jamesa).

***

Zmysłowa i uczona... Przepiękna książka. /"Le Monde"/

***

Bibliografia "Busoli" to około czterysta książek i klkaset artykułów naukowych. Tą książką zamykam cykl o związkach między Orientem i Zachodem. Teraz chciałbym zająć się francuską tożsamością. / Mathias Enard w wywiadzie dla "Lire"?

***

Pisarze inteligentni się zdarzają. Pisarze - erudyci już mniej. Ambitnych pisarzy jest jak na lekarstwo - nie mówię o tych, którzy gonią za popularnością, bo takich jest pełno, ale o takich, którzy wierzą, jak mówił Calvino, że "literatura może żyć jedynie wtedy, gdy wyznacza się jej cele ponad miarę, wręcz niemożliwe do osiągnięcia". Enard jest inteligentnym i ambitnym erudytą. /Olivier Rolin/

***

Muzycznym frazowaniem Enard prekazuje miłość do Orientu i jego zabytków, które powinniśmy chronić. To busola naszych czasów. / Premier Manuel Valls na Twitterze/





fot. Marc Melki. Wyd. Literackie


Mathias Énard
(ur. 1972) – pisarz francuski, tłumacz, studiował język arabski i perski w INALCO, wykłada język arabski. Laureat Nagrody Goncourtów, Prix des cinq continents de la francophonie, Prix Edmée-de-La-Rochefoucauld, Prix Décembre, Prix Candide, Prix Cadmous, Prix Initiales, Prix du Livre Inter, Prix Roman-News, oficer Orderu Sztuki i Literatury przyznawanego przez Ministerstwo Kultury we Francji.

piątek, 5 maja 2017

WSZYSTKO O ZDRADZIE – „Zapomniany walc”, Anne Enright /recenzja/



Wydawnictwo: Wiatr od Morza
Autor: Anne Enright
Tłumaczenie: Grzegorz Buczkowski
data wydania: 6 kwietnia 2017
ISBN: 9788394352325
ilość stron: 256




„Zapomniany walc” to historia kobiety, która dla namiętności poświęciła wszystko i poniosła wszelkie możliwe konsekwencje. To temat z tradycjami, w mistrzowski sposób wykorzystany przez Gustawa Flauberta i Lwa Tołstoja. Jak zwykle, gdy książkę pisze utalentowany pisarz – okazuje się, że problem jednak nie został do końca wyczerpany, a Anne Enright kładzie akcent na tym wątku, który jej wielcy poprzednicy zaledwie musnęli (dziecko w ich powieściach pojawia się marginalnie). Istotnym novum jest także ukazanie całej sytuacji z punktu widzenia kobiety. Innymi słowy – powieść irlandzkiej pisarki jest uwspółcześnioną wariacją popularnego motywu literackiego („Pani Bovary”, „Anna Karenina”), a jednocześnie stanowi realistyczny portret współczesnego (nie tylko irlandzkiego) społeczeństwa.

Główną bohaterką, a jednocześnie narratorką jest Gina – atrakcyjna mężatka nieco rozczarowana swoim mężem i trochę pogardliwie spoglądająca na wybory siostry. Gina wplątuje się w biurowy romans.  Konferencje i służbowe wyjazdy sprzyjają wybuchowi namiętności i dodają rumieńca życiu, które zdążyło już nieco spowszechnieć. Kobieta nie bardzo przejmuje się konsekwencjami, a raczej igra z nimi, traktując je jako element podniecającej gry. Czy wkalkulowała możliwość pojawienie się uczucia? Być może przygoda zakończyłaby się na kilku upojnych chwilach spędzonych w dyskretnych pokojach hotelowych, gdyby Sean jej nie przekonał, że jest jedyną kobietą, która może go „ocalić”. Przed czym? Wydaje się, że Gina zbyt mało poświęciła uwagi tej myśli… Łatwo natomiast uległa sugestii kochanka; w końcu - w każdej kobiecie zakodowany jest instynkt macierzyński i nawet jeśli się przed nim broni, to w końcu uaktywni się, nawet w nietypowych okolicznościach. Nasza bohaterka zaczyna utożsamiać namiętność i obsesję z poczuciem spełnianej misji i w tym momencie jest już gotowa dla mężczyzny swojego życia pokonać wszelkie przeszkody. Czy dobrze przemyślała konsekwencje? Już wkrótce dokładnie (zwłaszcza finansowo) odczuje ile kosztuje nowy związek i niemal natychmiast przekona się czy jej ukochany naprawdę jest wart swojej ceny.

Podczas lektury z wolna dociera do nas, jak dalece książka nie jest typowym romansem,  a romansowy wątek (kluczowy, ale nie najważniejszy) jest pretekstem do poruszenia kilku głębszych problemów. Jednym z nich – jest ukazanie wpływu wzorca ukształtowanego przez małżeństwo rodziców na życie ich dzieci. Patrząc na życie Giny i jej siostry Fiony – uświadamiamy sobie – w jak różny sposób układają sobie życie dzieci, które patrzą na błędy własnych rodziców.

Zwykle w romansach – czytelnik (widz) skupia się na losach głównej pary, ewentualnie na losach zdradzonych małżonków; w książce „Zapomniany walc” – jedną z ważniejszych postaci (z czasem przekonamy się, że ważniejszą od samych kochanków) jest Evie – nastoletnia córka Seana. To dziewczynka dziwna, nieco „źle zestrojona ze światem”. Gina obserwuje ją od dziecka, zna przecież rodzinę Seana od lat. Tyle tylko, że w towarzystwie nigdy nie poruszało się spraw związanych z jej dolegliwościami. To temat tabu. Dopiero gdy kochankowie decydują się na wspólne życie – Evie nagle stanie się jego nieodłącznym elementem. Anne Enright potrafi zdrowo łupnąć czytelnika w głowę, by zwrócić uwagę w jaki sposób dziecko staje się kartą przetargową w relacjach dorosłych, a nawet gorzej - bo służy jako zasłona dymna dla usprawiedliwienia (i rozgrzeszenia) ich postępowania.

Anne Enright podeszła do tematu zdrady nieco inaczej niż Flaubert i Tołstoj – nie stawia się w roli sędziego, raczej pozostawia czytelnika sam na sam z porażającą otwartością i wiarygodnością narratorki. Dlaczego bezgranicznie jej wierzymy? Ponieważ czujemy, że to jest jej wyznanie i spowiedź, a to oznacza, że dla Giny ma wartość terapeutyczną. A w tym wypadku - niezbędna jest absolutna szczerość wobec siebie. Książka (wyznanie kobiety) ma jej samej pomóc zrozumieć – dlaczego na własne życzenie skomplikowała sobie życie. Poznajemy zatem jej zgryzoty – nie tylko wyrzuty sumienia wobec męża i Evie, ale także skruchę wobec niedawno zmarłej matki, którą (przeżywając najgorętszą fazę romansu) najzwyczajniej zaniedbała. Natomiast obserwowanie i uczestniczenie w relacjach kochanka z jego córką – zmusza ją także do „przepracowania” problemu z własnym ojcem. I właśnie do jednego ze wspomnień o ojcu, do zdarzenia uroczystego, niecodziennego, a jednak podszytego prozą życia i rozczarowaniem – odnosi się tytuł książki. Zapomniany walc oznacza moment w związku, w którym pryska czar i romantyzm. To ten moment właśnie, przed którym broni się Gina. I wiele musi popełnić błędów, a także przełknąć niejedno rozczarowanie, by zrozumieć, że jest to naturalny etap, którego nie można uniknąć. A zgoda na ten etap – stanowi ważny wyznacznik dojrzałości człowieka. Czy Gina kiedyś do niego dorośnie? Autorka zupełnie inaczej, mniej patetycznie podeszła do rozwiązania swej historii. Nie doprowadziła do ostateczności. Nie wepchnęła Giny pod pociąg i nie podsunęła jej trucizny, ale ponieważ jest mistrzynią w ukazywaniu emocji – jej zakończenie równie mocno zmusza do myślenia.

„Zapomniany walc” jest książką podejmującą ponadczasową tematykę. Autorka z jednej strony polemizuje z wielkimi poprzednikami, ale przecież także ukazuje bardzo ważne, współczesne problemy. I ujęła je z wielkim wyczuciem smaku i znajomością ludzkiej psychiki. Dużo w jej relacji jest ciepła, humoru, ironii (autoironii) i sarkazmu i jeszcze więcej przestrzeni dla przemyśleń czytelnika. A jest nad czym myśleć, bo mimo wrażeń i bodźców, których dostarcza, mimo tych wszystkich romantycznych piosenek, którymi jest wypełniona (rozdziały noszą tytuły popularnych piosenek o miłości) – książka w rzeczywistości jest antyromansem i tak naprawdę niewiele w niej romantyzmu…




Nie wypada nie wspomnieć o znakomitym przekładzie Grzegorza Buczkowskiego (chociaż wydawnictwo „Wiatr od Morza” przyzwyczaiło czytelników do tego, że wydaje książki, które cechuje elegancja prozy i  doskonałość tłumaczenia). Grafika okładki (genialna) nawiązuje do innej powieści, również wyróżnionej Nagrodą Bookera („Wakacje” Stanley Middleton). Zupełnie słusznie. Obie książki należą do podobnej kategorii, przeznaczone są dla czytelnika wyrafinowanego i być może właśnie jesteśmy świadkami powstawania całkiem interesujacej serii.


Polecam!

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:


czwartek, 20 kwietnia 2017

LEGENDY DOMU AKAKUCHIBÓW. OD REALIZMU MAGICZNEGO – PO WSPÓŁCZESNOŚĆ, czyli Japonia w pigułce. „Czerwone dziewczyny”, Kazuki Sakuraba – recenzja przedpremierowa




tytuł: Czerwone dziewczyny. Legenda rodu Akakuchibów
autor: Kazuki Sakuraba
ISBN: 9788308063408
liczba stron: 416
 tłumacz: Łukasz Małecki

data premiery: 27 kwietnia 2017



„Czerwone dziewczyny” to wielopokoleniowa saga Akakuchibów – japońskiego rodu, którego przedsiębiorczy mężczyźni zdobyli fortunę i wpłynęli na rozwój regionu;  ale to nie oni są głównymi bohaterami książki. Czytelnik skupia się na śledzeniu losów ich kobiet – kilku pokoleń strażniczek domowego ogniska (żon, matek i córek), które znacznie wzbiły się ponad tradycyjne role (stały się fundamentem rodziny lub zdobyły sławę) i w stopniu nie mniejszym, niż mężowie wpłynęły na rozsławienie miasta i powstanie lokalnej legendy.

Aka – oznacza w języku japońskim kolor czerwony. Ród Akakuchibów przybył do Japonii w zamierzchłych czasach i osiedlił się na jednej z wysp, u stóp Gór Chugoku, gdzie znalazł znakomite warunki do realizacji swych celów. Przywiózł z sobą znajomość technologii produkcji żelaza, a ponieważ w tym miejscu zlokalizowano odpowiednie pokłady surowca, już wkrótce zaczęły dymić pierwsze piece tatara1, które z czasem zmodernizowano – aż powstała nowoczesna i strategiczna (w swoim czasie) huta Akakuchiba Steelworks.

Akakuchibowie wybrali pod swoją siedzibę teren położony dosyć wysoko, co zapewniło im nie tylko ekonomiczną, ale także metaforyczną dominację nad całą okolicą, zwłaszcza nad miastem Benimidori, które dzięki nim powstało. Dziś już nie można ustalić czy ich rodowe nazwisko pochodzi od koloru roztopionego żelaza czy raczej od klonów, które gęsto porastają posiadłość i jesienią płoną kolorem intensywnej czerwieni. Tak czy inaczej – mieszkańcy miasta nazywają siedzibę swoich dobroczyńców (wkładając w słowa odpowiednią dozę szacunku) – czerwonym domem, tym z góry.  

Drzeworyt. Autor: Hiroshige Andō, znany również jako Hiroshige Utagawa. jeden z najbardziej znanych japońskich malarzy, grafików i twórców ukiyo-e. Autor słynnej "Wieczornej ulewy nad Wielkim Mostem Atake" z cyklu "Sto znanych miejsc w Edo". Powyższa praca ("Dzwony na Ikegami" -  oddaje scenerię książki "Czerwone dziewczyny" 
/to nie są ilustracje z książki, to prace, które kojarzą się z jej klimatem/



Jedną z największych zalet powieści (poza prawdziwie fascynującą historią rodzinną i arcyciekawym tłem historyczno-kulturowo-społecznym Japonii) jest niezwykła plastyczność języka. Kraina, którą poznajemy – to San’in („cień góry”), która jest znana z wilgoci, wiatru i wiecznie szarego nieba (od chmur i dymu buchającego z hutniczego pieca). Benimidori leży u stóp jednego z ośnieżonych szczytów, a powstało według ściśle określonej hierarchii. Najwyżej – blisko szczytu i nieba – położony jest dom Akakuchibów, pochylony od starości i od wściekłych ataków wichrów. W dole, u jego stóp wyrosły domy dla pracowników – najpierw dla zarządu, jeszcze niżej - dla zwykłych robotników. Budynki, osiedla i ulice rozłożyły się na terasach naturalnie ukształtowanych na zboczach góry.

Dom pod ośnieżonym szczytem, dominujący nad okolicą, ubrany w barwy klonów - jesienią staje się ogniście czerwony. Wieczorami uliczki Benimidori płoną światłem kolorowych lampionów, które ułatwiają mężczyznom powrót do domu. O statusie mieszkańców świadczą ich stroje, a wśród tłumu nierzadko widuje się tradycyjne, bogato zdobione kimona. Czyż nie jest to barwny i działający na wyobraźnię obraz? Autorka posługuje się tak sugestywnym językiem, że wielokrotnie doznajemy wrażenia, że nie czytamy książki, lecz oglądamy serię pejzaży i rodzajowych scenek z japońskich barwnych drzeworytów.

Suzuki Harunobu, Dziewczyna na kładce w czasie wiatru, drzeworyt. Ilustracja książki "SZTUKA JAPOŃSKA W ZBIORACH POLSKICH", Zofia Alberowa, Wyd. Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1987, ilustracja 26
Powyższa praca idealnie oddaje przybycie Manyo do posiadłości w dniu jej ślubu:
"Kiedy po raz kolejny krzyknęła, wiatr urwał dach lektyki, a kosz złamał się i spadł na ziemię, dlatego resztę drogi Manyo musiała pokonać pieszo, w stroju ślubnym i w złoconych sandałach zori"2

Właściwa akcja „Czerwonych dziewczyn” rozpoczyna się w roku 1953, w powojennej rzeczywistości Japonii (chociaż początki tej opowieści sięgają zamierzchłej przeszłości) i prowadzi czytelnika aż do współczesności. I nie jest ważne, że rzecz dzieje się na prowincji, bo tu (z opóźnieniem, ale jednak) odbija się wszystko, co dzieje się w całym kraju. Czytelnik zaś – nie gubi się w krętych ścieżkach japońskiej historii, bowiem autorka sukcesywnie rozmieszcza drogowskazy, które pomagają czytelnikowi odnaleźć się w czasowym kontekście [„Wróćmy jednak do 1964 roku, kiedy Namida przyszedł na świat. Życie w czerwonym raju u góry toczyło się utartym torem, tymczasem w Benimidori na dole wszyscy ekscytowali się igrzyskami w Tokio, pierwszymi w tym kraju, dzięki czemu kolorowe telewizory stały się jeszcze powszechniejsze. (…) Tymczasem młodzi mieszkańcy (…) szaleli na punkcie Beatlesów, którzy przybyli do Japonii zza oceanu (…)”]3.

Głównymi postaciami literackimi są trzy kobiety, które są kluczowe dla  rodu Akakuchibów, a jednocześnie symbolizują ducha czasów. Stały się zatem symbolami poszczególnych epok i patronkami trzech części powieści. Poznając koleje ich losów – przyglądamy się japońskiej obyczajowości, a zwłaszcza przemianom, jakie zaszły w świadomości Japończyków pod wpływem zachodnich wzorców. Poznajmy zatem nasze bohaterki. Manyo – (podrzutek i sierota, z czasem żona dziedzica; wieszczka rodu Akakuchibów, która potrafi dostrzegać przebłyski przyszłych zdarzeń). Jej piękna i krnąbrna córka – Kemari (przywódczyni gangu zmotoryzowanych nastolatek, a później słynna artystka, która ugrzęzła w świecie mangi) oraz wnuczka Toto – która na tle swoich poprzedniczek jest zwyczajna i pospolita, zupełnie nie jest gotowa do przejęcia dziedzictwa, ale to przecież jej zadaniem jest spisanie kroniki rodziny i rozszyfrowanie intrygującej tajemnicy swej babki.

Drzeworyt "Hara na Tokaido", Hiroshige Utagawa. Tak można sobie wyobrazić scenę pojawienia się legendarnych "ludzi z gór", którzy przybywają do Benimidori po ciała samobójców

Jeżeli czytelnik tego właśnie szuka – interesującej sagi, zapadających w pamięć bohaterów, plastycznych obrazów, kolorytu Japonii (kroniki jej przemian), oraz szczypty egzotyki – będzie urzeczony powieścią. Książka ma pewne niedoskonałości – jej styl czasem jest nieco surowy (już nie przeciętny, ale jeszcze nie wybitny), za to wyobraźnia autorki – jest doprawdy: przeogromna!

Ponieważ w powieści nie brakuje nawiązań do mitów i wierzeń ludowych, jej klimat jest baśniowy (zwłaszcza w pierwszych częściach), a elementy irracjonalne i pełne magii stanowią ważną część rzeczywistości – można ją bez wahania sklasyfikować jako książkę należącą do nurtu realizmu magicznego (może jeszcze nie w czołówce, bo jednak nieco jej brakuje do kultowych „Stu lat samotności” Marqueza), ale jednocześnie trzeba zauważyć, że ambicją autorki nie stało się jedynie napisanie książki w tym duchu. Prawdopodobnie każdy czytelnik, który najpierw połyka dwie pierwsze części (pełne rozmachu i kolorowego zawrotu głowy), a później dociera do trzeciej części – jest nieco skonsternowany. Zastanawia się czy autorce wyczerpały się pomysły na równie bajeczne losy dla swojej trzeciej bohaterki… I w tym momencie powinniśmy zrozumieć, że zamysł takiego układu jest jak najbardziej celowy. Wnuczka Manyo – ma być przecież uosobieniem współczesnego pokolenia, które boryka się z uczuciem beznadziei i pustki, które nawet swoje życie uczuciowe przeżywa bez większych uniesień. „Czerwone dziewczyny” – to powieść, która stanowi alegorię Japonii. I dopiero biorąc to pod uwagę – docenimy przesłanie – żal za odchodzącą tradycją i całkiem wyraźną postmodernistyczną krytykę.
Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. Piec tatara - tradycyjny japoński piec do wytapiania żelaza i stali. W piecach tatara z węgla sosnowego, czarnego piasku żelazowego oraz mineralnych rud żelaza wytapiano tamahagane - rodzaj bardzo czystej japońskiej stali wykorzystywanej głównie do tworzenia samurajskich mieczy /wikipiedia/
2. "Czerwone dziewczyny. Legenda...", Kazuki Sakuraba, Wyd. Literackie, 2017, str. 76
3. Tamże, str. 131


czwartek, 13 kwietnia 2017

PO DWÓCH STRONACH ŻELAZNEJ KURTYNY – biografia najsłynniejszej uciekinierki z ZSRR. /„Córka Stalina. Niezwykłe i burzliwe życie Swietłany Alliłujewej”, Rosemary Sullivan - recenzja/






Wydawnictwo: Znak Horyzont
Autor: Rosemary Sullivan
Tłumaczenie: Miłosz Wojtyna
liczba stron: 640
ISBN: 9788324041831
Seria: PROZA PL
Data premiery: 1 marca 2017

„Córka Stalina” to książka sążnista i wieloaspektowa; z tego powodu tytuł, który doskonale odzwierciedla zamierzenia autorki, nie zdołał do końca sprawiedliwie oddać rezultatu jej pracy. Rosemary Sullivan podeszła do tematu niezwykle skrupulatnie, dzięki czemu za jednym zamachem trafia w nasze ręce nie tylko biografia kobiety, która musiała zmierzyć się z cieniem własnego ojca i niepożądaną sławą, ale także (co było nieuniknione) portret samego Józefa Stalina. Poznajemy jego życie prywatne, politykę i zbrodnie, przez co zagłębiamy się w spory kawałek historii ZSRR. I to jeszcze nie wszystko. Ponieważ Swietłana swoją ucieczką uwikłała się w światową politykę – książka odkrywa również pozakulisowe rozgrywki, które toczyły się swego czasu między ZSRR a Stanami Zjednoczonymi - największymi mocarstwami, a zarazem przeciwnikami. „Córka Stalina” – to panorama burzliwej epoki, która przy okazji (mimochodem) ukazuje sytuację państw europejskich wschodniego bloku za żelazną kurtyną, a jednocześnie wyjaśnia – dlaczego taki podział przez resztę świata został zaakceptowany.

Biografka rzetelnie przygotowała się do swojej pracy. Oparła wnioski na analizie lektur, korespondencji, wspomnień, wywiadów i artykułów prasowych. Dotarła do znajomych i krewnych Swietłany, rozsianych po całym świecie. Postarała się ułatwić czytelnikowi poruszanie po gąszczu nazwisk i informacji umieszczając w książce drzewo genealogiczne rodziny Dżugaszwilich i Alliłujewów, listę występujących postaci i wykorzystanych skrótów, a także dokumentując i potwierdzając wnioski i wywody przypisami odsyłającymi do licznych źródeł. Podkreślić należy, że owa skrupulatność nie powoduje przeciążenia natłokiem męczących dat i nazwisk. Praca jest pełna rozmachu, ale ani przez chwilę nie nuży. Być może dlatego, że nie skupiamy się wyłącznie na suchych faktach i datach, a wnikliwa dziennikarska rzetelność – była tylko jednym z zamysłów książki. Autorka napisała biografię po to, by autentycznie swą bohaterkę zrozumieć.


Swietłana z ojcem, Józefem Stalinem, rok 1935, ilustracja z książki [źródło]


Śledzimy zatem poszczególne etapy życia Swietłany Alliłujewej - jej dzieciństwo na Kremlu (w miarę pogodne, aż do śmierci matki), dojrzewanie związane z tajemniczymi i strasznymi wydarzeniami w najbliższym otoczeniu (masowa utrata krewnych i stopniowe odkrywanie prawdy na temat śmierci matki i natury ojca), wreszcie kibicujemy Swietłanie dorosłej, która przeżywa kolejne rozczarowania  i dramaty, ponieważ ani w Moskwie ani w Ameryce nie mogła do końca odzyskać kontroli nad swoim życiem i cieszyć się swobodą, o jakiej marzyła. Dowiemy się co przepełniło czarę goryczy, jakie wydarzenie tak mocno kobietę zraniło, że zdecydowała się na ucieczkę i porzucenie dzieci (dodam, że dorosłych!) i przekonamy się, jaką cenę przyszło jej za ten krok do końca życia płacić. Zrozumiemy, że nasza bohaterka miała do przepracowania nie tylko traumę związaną z ojcem, ale także z matką, bo przecież nie mogła pogodzić się z jej samobójstwem (matka targnęła się na życie, gdy dziewczynka miała sześć lat), a Swietłana miotała się między gorzkimi wyrzutami a idealizowaniem jej obrazu. Wreszcie – uprzytomnimy sobie – w jaki sposób brzemię tych doświadczeń odcisnęło piętno na jej relacjach i związkach z ludźmi.

Rosemary Sullivan jako biografka - miała szczęście zmierzyć się z postacią niezwykle fascynującą – nie tylko ze względu na wydarzenia, w których Swietłana uczestniczyła. Także z powodu złożoności jej charakteru, ponieważ córka Stalina była skomplikowana, niejednoznaczna i często targały nią sprzeczności. Spójrzmy na impuls, który popchnął ją do ucieczki: z jednej strony - porwała się na ten krok, ponieważ niczego bardziej nie pragnęła niż anonimowości i spokoju. Jednak jedyną rzeczą, którą zabrała z sobą – była jej książka. Kobieta nie chciała i nie mogła dłużej milczeć. Pragnęła – na przekór kłamliwej propagandzie – przedstawić prawdziwą wersję wydarzeń. Obydwa pragnienia wykluczały się zupełnie, a Swietłana (pełna rozterek i niezabliźnionych ran) często miotała się w podobny sposób. Pamiętajmy jednak, że jej charakter i temperament kształtował się w specyficznych warunkach. Terror, któremu była poddana i zupełny brak stabilizacji pozbawiły ją poczucia własnej wartości; za to była boleśnie świadoma, że każdy jej krok spowoduje lawinę politycznych konsekwencji. Z jednej strony była uparta i odważna (niejednokrotnie zadzierała z Kremlem), a z drugiej - totalnie zagubiona. Czasem podziwiamy jej determinację, kiedy indziej zdumiewa nas i wprawia w irytację jej nieporadność. Musimy jednak sobie uświadomić, że do wieku średniego nie pozwolono kierować jej własnym życiem. W Ameryce wpadła w drugą skrajność - musiała nauczyć się samodzielności i to od samych podstaw (nie znała przecież nawet zasad funkcjonowania konta bankowego). Jej historia – to pasmo rewolucyjnych zmian.


Swietłana w Nowym Jorku, 1967 / AFP, ilustracja książki [źródło]

Jak została przyjęta przez Amerykę? Od początku otaczało ją szalone zainteresowanie, chociaż nie zawsze było ono przyjazne. Dla jednych pozostawała córką dyktatora, więc budziła strach i niechęć lub przeciwnie – okazywano jej współczucie. Jedni nienawidzili jej za porzucenie dzieci, inni mieli pretensje, że nie chce angażować się w walkę z komunizmem (nie chcieli zrozumieć, że mogłoby to dodatkowo narażać bliskich).  Osoby, z którymi zetknęła się osobiście odkrywałay, że Swietłana jest szalenie inteligentna, wykształcona i urocza. Jej przyjaźnie i znajomości nie zawsze jednak wytrzymywały próbę czasu, gdyż każdy, kto się z nią w jakikolwiek sposób związał – wcześniej czy później musiał doświadczyć wahań jej nastrojów i napadów złości. Nie każdy potrafił zrozumieć, że kobieta po tylekroć musiała sklejać swoje życie i układać z potłuczonych skorup, że kompletnie nie  radziła sobie z emocjami. Nie ułatwiała jej życia oszczercza kampania sowiecka, której celem było podważenie jej wiarygodności i manipulacje ludzi, którzy chcieli się na niej wzbogacić. Każdy (od CIA po łowców fortuny) chciał wykorzystać ją do swoich celów, lecz rzadko kto miał ochotę prywatnie zmierzyć się z jej dwuznaczną sławą i upiornym cieniem jej ojca. Czy w takich warunkach – mogła kiedykolwiek poczuć się w miarę bezpiecznie? Czy może dziwić, że nawet po ucieczce do raju – swoje życie postrzegała jako pasmo nieustającej klęski?


Tak piękną formą przyjęła promocja. Książka jest warta swojej oprawy

Zwróćmy jeszcze uwagę na interesujący wątek stale obecny gdzieś w tle - na inklinacje literackie naszej bohaterki. Żeby się nie rozpisywać – wspomnę tylko, że Swietłanie nie od razu wolno było zająć się swoją pasją i oczywiście – nie od razu miała dostęp do światowej literatury. Kiedy wreszcie się jej udało – gdy ukończyła studia w tym kierunku, uzyskała względną swobodę, a cenzura osłabła i zaczęła pracę przy książkach – los sprawił, że rolą literatury stało się rozliczenie ze stalinizmem. Swietłana nie zamierzała zostać pisarką, ale uległa namowom. Pierwszą książkę1, której przez długi czas nie miała nadziei opublikować – napisała w formie listów do anonimowego przyjaciela. Książka oczywiście odnosi się do sytuacji w kraju i do jej relacji z ojcem. W tym czasie próbowała go jeszcze usprawiedliwiać, łudząc się, że ulegał manipulacjom rządu. Pisząc drugą pozycję2 – nabrała dystansu i perspektywy. Alliłujewa nie pisała, by zaspokoić próżność. Wierzyła, że ma do wypełnienia misję, a amerykańscy krytycy dopatrzyli się w jej twórczości nie tylko wartości dokumentalnej, ale także walorów literackich.


„Córka Stalina” - to rzetelny dokument, który sprawi sporo satysfakcji wielbicielom historii współczesnej. I mimo moich początkowych obaw – dyktator wcale nie stał się postacią najważniejszą. Owszem, otrzymujemy jego portret, ale był potrzebny w zupełnie innym kontekście. Rosemary Sullivan nie skierowała świateł reflektorów na niego (Stalin został już przez literaturę po wielokroć rozliczony), raczej chciała uzmysłowić – jak wygląda życie człowieka, który stopniowo dorastając odkrywa, że jest dzieckiem zbrodniarza. Czy takie dziecko kiedykolwiek wydostaje swoje życie spod gruzów? Swietłana – dziecko zbrodniarza – jest postacią tragiczną nie tylko ze względu na burzliwe przejścia. Jest wewnętrznie rozdarta, ponieważ nie jest w stanie uporać się z uczuciami do ojca, którego nigdy nie potrafiła do końca odrzucić, a jednocześnie reagowała ostrym sprzeciwem na najmniejszą próbę jego wybielania.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:



1. Dwadzieścia listów do przyjaciela, Swietłana Alliłujewa, Łódź 1996
2. Only One Year, Swietłana Alliłujewa, Nowy Jork, 1969

sobota, 1 kwietnia 2017

ŚWIAT TO CZASEM ZBYT WIELE – przedpremierowa recenzja książki „ARKADIA” Lauren Groff



Et in Arcadia Ego


Wydawnictwo: Znak
ISBN: 9781401341909

Premiera: 11 kwietnia 2017

„Arkadia” (druga książka Lauren Groff opublikowana w Polsce) jest powieścią z wielowarstwowym przesłaniem. Jedną z jej głównych idei było uprzytomnienie ile iluzoryczności kryje się w próbach utworzenia utopijnego społeczeństwa. Autorka posłużyła się przykładem jednej z hipisowskich komun, które powstały na fali wydarzeń lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku i które z czasem zyskały całkowitą społeczną dezaprobatę. Zajadła krytyka nie była jednak jej celem. Łatwo jest kpić z idealistów, dużo trudniej pochylić się nad nimi ze zrozumieniem. Lauren Groff wybrała trudniejszą drogę. Stara się dotrzeć do samej istoty problemu i dociec dlaczego - mimo wzniosłych założeń i najczystszych intencji – ludzie nie potrafią stworzyć idealnej wspólnoty, a ich wysiłki najczęściej z góry skazane są na klęskę… Przy tym wykazała się sporą empatią i uniknęła moralizowania. Sprawiła, by czytelnik znalazł się w samym sercu hipisowskiej wspólnoty i pozwoliła mu wziąć udział w rozrachunku, jakiego dokonują sami jej mieszkańcy.

Arkadia to rodzina, dodam - niezwykle liczna. Jej charyzmatyczny twórca i przywódca (Rączka) to muzyk, ale przede wszystkim: świetny mówca, który wyłowił młodych rozgoryczonych i zagubionych ludzi na którymś z koncertów, które prawdopodobnie odbyły się owego pamiętnego kalifornijskiego lata miłości1, dał im cel w życiu i powiódł za sobą. Oni (członkowie Arkadii) – pójdą za nim na koniec świata. Trzymają się więc blisko, słuchają płomiennych przemów i czują, jak rosną i szlachetnieją pod ich wpływem. Kiedy ich grupa staje się zbyt liczna, a życie w obozowiskach zaczyna doskwierać (chociażby dlatego, że na świat przychodzą dzieci) – komuna postanawia osiąść na własnym skrawku ziemi i stworzyć azyl jednoczący ludzi wierzących w miłość i równość, żyjących z pracy własnych rąk. Za wspólne pieniądze kupują posiadłość, rozkładają swój ostatni obóz i są gotowi koczować w spartańskich warunkach, zanim będą mogli wprowadzić się do odbudowanej budynku – do swojej prawdziwej Arkadii. Nie, nie przypięli sobie na siłę szumnej łatki; nazwa czekała na nich, powitała ich w progu nowego domu - przyjęli ją jak dobry omen. Ich sława rośnie, więc stale ktoś przyłącza się do ich wspólnoty. Arkadianie nie odmawiają nikomu pomocy: młodocianym uciekinierom, ciężarnym nastolatkom, ani ćpunom, których trzeba poddać resocjalizacji. Arkadia – wbrew stereotypowym wyobrażeniom  –  nie jest wcale zbiorowiskiem degeneratów i ludzi nieokrzesanych; jej główny trzon składa się z ludzi wykształconych, gotowych do pracy i poświęceń, przywiązanych do swoich małych ognisk domowych i dbających o edukację dzieci. Mimo to - komuna nie uniknie problemów. W końcu sprawy przyjmują zły obrót, świat wymknie się nagle spod kontroli i to w momencie, gdy już będziemy wspólnocie kibicować ze wszystkich sił. Z prawdziwym bólem serca odkryjemy, że zarodek klęski pochodzi z tej samej iskry, która powołała eksperyment do życia…



 Tłumy młodzieży na festiwalu w Monterey (źródło) Podobnie musiały wyglądać imprezy w Arkadii...


Obraz fikcyjnej hipisowskiej komuny (z pewnością inspirowanej prawdziwymi wydarzeniami), jak już sygnalizowałam na początku, nie jest jedyną ideą książki. Proces tworzenia bohatera zbiorowego dało autorce pretekst do wykreowania wspaniałych portretów bohaterów indywidualnych; natomiast historia Arkadii – ewidentnie stanowi tło dla biografii szczególnego członka wspólnoty – Ridleya Sorrela Stone’a (Lutka), który jest najprawdziwszym Arkadianinem, pierwszym dzieckiem urodzonym w komunie. Historia jego narodzin staje się częścią wspólnej legendy, a on sam (z powodu wzrostu i usposobienia) jest oczkiem w głowie całej społeczności. Lutek, po prostu, ma dar wzbudzania instynktów macierzyńskich. Jest dzieckiem wrażliwym (nawet nadwrażliwym), empatycznym i szalenie inteligentnym. Ważną ideą książki było ukazanie wpływu ochronnego kokonu, którym wspólnota otuliła chłopca – na jego umiejętność radzenia i odnajdywania się w życiu. Czy człowiek, który dorasta w takich warunkach, będzie mógł się odnaleźć, gdy zostanie swojej ochrony pozbawiony? Czy rzeczywiście warunki były tak cieplarniane i pozbawione  wad? Czy idealistyczny świat z czasem nie staje się równie mroczny i przygnębiający, jak baśniowa rzeczywistość wykreowana przez braci Grimm?

Wypada teraz już zdradzić, że czytelnik od początku poznaje kronikę wspólnoty oczami Lutka, a książka w dużej mierze (w najważniejszej części) napisana jest z perspektywy dziecka. I to jest jeden z największych i najcudowniejszych atutów tej książki. Z tej perspektywy - przepełnionej wrażliwością, niezwykłą subtelnością i świeżością – wyłania się cały czar, magnetyzm i klimat opowieści. Absolutnie niezwykłej opowieści.

Jakże finezyjnie i mistrzowsko (niemal poetycko) oddany jest obraz dzieciństwa! Odkrywamy świat wraz z chłopcem, a poznajemy go w taki sposób, jaki wyłania się przed nim – w kolejnych etapach, z przybywającymi kolejnymi elementami układanki – coraz bardziej rozrastający się, nabierający treści i zrozumiały. Napisałam, że poznajemy dzieje życia Lutka Stone’a? Tyle, że to nie jest zwykła biografia, raczej stajemy się świadkami kształtowania się artysty. Poza tym wcale nie czytamy książki – lecz w jego duszy. Lutek dostrzega i rozumie więcej niż inne dzieci, bezbłędnie wychwytuje wszelkie napięcia – widzi nie tylko to, co na powierzchni, ale także to, co kryje się głęboko pod spodem… Obserwujemy zatem nie tylko sielankowy obraz Arkadii - obraz zmagań ludzi przepełnionych ideałami, ale uświadomimy sobie cenę, jaką zapłacą za swoje wyrzeczenia. Przekonamy się również, że nadmiar wolności służy tylko ludziom, którzy mają sztywny kręgosłup moralny i mocne zasady. Obraz tak licznej społeczności dał autorce możliwość ukazania rozmaitych zachowań. W tej panoramie na plan pierwszy wysuwa się relacja chłopca z rodzicami, a w szczególności z matką (Hanna to jedna z najlepiej skonstruowanych postaci). Hanna - to filar i opoka. Chociaż Lutek wychowywany jest w komunie, to matka ukształtowała jego świat. Ona sama nie potrafi do końca wyrzec się swoich korzeni i imienia. Ona zadbała, by Lutek nie zapomniał, co w życiu jest najbardziej istotne. Dzięki niej nasz bohater dowiedział się, że każdy kryje w sobie swoją tajemnicę, że człowiek nosi kilka twarzy, a życie ma skomplikowaną naturę.




Książka składa się z czterech części, które ukazują kolejne etapy życia Lutka (dzieciństwo i dorastanie oraz dojrzałość w dwóch okresach – życie w Nowym Jorku i powrót do Arkadii). Wymienione części wpisują się (w dużym uproszczeniu) w schemat: pobyt w raju, wypędzenie, powrót do raju. Dzieciństwo Lutka przypada na erę bitników, dojrzewanie i życie w Nowym Jorku (gdy on i jego rówieśnicy – muszą poradzić sobie ze światem, który nagle spadł im na głowę) – to mniej więcej czasy nam współczesne. Natomiast powrót do Arkadii – to symboliczna (i niezbyt odległa) przyszłość ludzkości.

I tu muszę przyznać, że o ile części dotyczące przeszłości i teraźniejszości połknęłam z zachwytem i gładko, to w momencie, gdy akcja przesunęła się do przyszłości (niedalekiej, ale jednak) – narodził się we mnie jakiś wewnętrzny opór. Nie, nie przestaję śledzić fabuły z zainteresowaniem, autorka nadal ma mnie w garści, do samego końca utrzymuje jednakowy poziom, nadal w warstwie ukazującej międzyludzkie relacje osiąga absolutne mistrzostwo. Mam na myśli wyłącznie czas akcji – zastanawiam się czy taki zabieg był konieczny. Czy książka dużo zyskała przez przejście od utopii do dystopii? Rozumiem, że autorka potrzebowała klamry i podkreślenia, że ludzkości stale coś zagraża: wojna nuklearna, zamachy terrorystyczne, czy ogólnoświatowa pandemia. Ale można było dojść do takiego samego wniosku nie skacząc w czasie, dzisiaj także nie brakuje okropności, łatwiej też byłoby jednoznacznie książkę zakwalifikować. Wracając do fabuły – wydaje się przecież, że choroba Hanny i jej postawa była wystarczającym powodem, by zmusić Lutka do powrotu i ugrzęźnięcia w Arkadii (teraz zupełnie pustej, wypełnionej duchami przeszłości). To pewne, że Lutek musiał wrócić, by czegoś ważnego się nauczyć, przepracować pewną sprawę. Raz jeszcze obserwujemy jego relacje z matką, a ten motyw jest tak naładowany dramaturgią, tak chwyta za serce i pochłania, że czytelnik z odrętwieniem przyjmuje wieści sączące się z mediów o masowej tragedii świata. Przecież pisarka dobrze to rozumie (daje temu dowód), że bólem i żalem napełnia nas tylko to, na co bezpośrednio patrzymy. Nie przeżywa się odpowiednio tragedii, która jest abstrakcją!

No cóż, może rzeczywiście temperamentowi autorki nie odpowiadało kameralne zakończenie, potrzebowała bardziej spektakularnego ujęcia. Może głębszej wymowy przez to nabrał mit o wypędzeniu z raju. Osądźcie sami. Po książkę warto sięgnąć, bo to prawdziwa uczta czytelnicza, jeśli szukacie w prozie świeżości i subtelności, a także liryzmu i sporej dawki psychologii. To przecież opowieść nie tylko o dzieciństwie i znaczeniu najbliższych osób (czy Lutek, który był otoczony szczelnym kloszem uchroni własną córkę przed traumą?); to historia artysty – człowieka doświadczającego życia we wszystkich jego rejestrach; który wie, że to życie ma dwoistą naturę i nie można przed nim uciec, bo gdziekolwiek się ukryjemy – przyjdzie nam zakosztować i raju i piekła. Z tej dwoistości wynikają wszelkie konsekwencje – wady i zalety człowieka, a nawet niedoskonałość najwznioślejszego uczucia, jakim jest miłość – która może być źródłem szczęścia, ale też przyczyną najdotkliwszego bólu. 

Polecam!


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:



Lauren Groff amerykańska powieściopisarka i autorka opowiadań znana jest już czytelnikowi polskiemu. Dokładnie rok temu ukazała się powieść „Fatum i furia”, która w Stanach Zjednoczonych trafiła na listy bestsellerów i wywołała zachwyt prezydenta Obamy. 


1. Ruch hipisowski ukształtował się w U.S.A. w latach 1966-70 i miał związek (m.in.) z działaniami wojennymi w Wietnamie. Młodzi mężczyźni – potencjalni poborowi buntowali się wobec bezsensownej śmierci i okaleczaniu swoich rówieśników, nie chcieli brać udziału w wojnie, która służy wyłącznie właścicielom przemysłu zbrojeniowego. Przerażenie budziła, głoszona przez media. możliwość wybuchu wojny nuklearnej. Młodzież musiała odreagować swój strach. 14 stycznia 1967 odbyła się w San Francisco impreza pod nazwą Zgromadzenie Wszystkich Plemion lub Stawanie się Człowieka. Jej organizatorzy i animatorzy nawoływali do zerwania z „amerykańskim” trybem życia, który prowadzi do utrwalenia systemu ponoszącego odpowiedzialność za śmierć tysięcy istnień ludzkich. Lato 1967, nazwane „kalifornijskim latem miłości” było okresem masowych ucieczek młodzieży z domu, uczestnictwa w koncertach (odbył się wówczas m.in. słynny festiwal muzyczny w Monterey, na którym debiutowała Janis Joplin i Jimi Hendrix).


środa, 29 marca 2017

W zapowiedziach - biografia Prusa! /materiały prasowe/



Na tropie najbardziej tajemniczego polskiego pisarza



10 maja 2017 roku  nakładem Wydawnictwa ZNAK ukaże się książka Moniki Piątkowskiej:
PRUS. Śledztwo biograficzne


  Wraz z biografią (w serii 50 na 50) zostaje także wznowiona  Lalka Bolesława Prusa - polska powieść wszech czasów z ilustracjami Kazimierza Manna.




Ma trzy oblicza: Aleksander Głowacki, Jan w Oleju, Bolesław Prus. Rozproszone ślady jego biografii odnaleźć można nie tylko w archiwach i źródłach z epoki, ale przede wszystkim przemycone w jego twórczości. To z niej można się o nim dowiedzieć rzeczy najważniejszych, jakby grał z czytelnikiem w kotka i myszkę.

Monika Piątkowska, łącząc temperament detektywa z wnikliwością psychologa, przeprowadza drobiazgowe śledztwo i tworzy pełnowymiarowy portret pisarza genialnego i nie docenianego przez współczesnych, prześladowanego przez liczne manie, otoczonego kobietami i owładniętego szaleńczą zazdrością o sławę Sienkiewicza. Prus, którego dzięki niej poznajemy, nie jest spiżową figurą na postumencie, lecz prowadzącym podwójne życie, targanym namiętnościami człowiekiem z krwi i kości.

Monika Piątkowska – dziennikarka, pisarka. Studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim dziennikarstwo i politologię, pracowała w dziale reportażu „Gazety Wyborczej”. Autorka książki Życie przestępcze w przedwojennej Polsce, powieści Krakowska żałoba, zbioru opowiadań Nikczemne historie oraz zbiorów felietonów Talki w wielkim mieście, Talki z resztą (wraz z mężem Leszkiem Talko).

(info. Wyd. Znak)





wtorek, 28 marca 2017

NA FALACH MYŚLI, WŚRÓD MORSKICH FAL – „Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes - /recenzja/



 „Woda i medytacja przynależą do wieczności”
– Herman Melville  








Morten A. Strøksnes jest norweskim historykiem, filozofem, fotografem, uznanym dziennikarzem i pisarzem - i to wielostronne wykształcenie wpłynęło na kształt jego najnowszej publikacji (wcześniej napisał osiem książek reportażowych). „Księga Morza”, uhonorowana Nagrodą Bragego (jedną z najbardziej prestiżowych norweskich nagród literackich) jest połączeniem kilku gatunków, w tym: reportażu, dziennika podróży i eseju. Wiodącym tematem jest wyprawa (a raczej szereg wypraw) podjętych w celu zmierzenia się z rekinem polarnym. Tłem są opowieści i dygresje związane z morzem i oceanami, które dominują w krajobrazie Ziemi i są naszym praśrodowiskiem, bowiem w nich narodziło się wszelkie ziemskie życie. Przyglądając się morzom - cofniemy się aż do samych początków istnienia naszej planety i uprzytomnimy sobie jak alarmujący jest ich stan dzisiaj. Refleksje na temat morza mają więc najpierw charakter globalny, a później przerodzą się w spotkania bardziej kameralne, nieomal intymne.

Książka składa się z dwóch, wzajemnie przenikających się części. Jedna (fabularna) - to opis zmagań z rekinem, a w zasadzie z naturą, bo przygoda, która miała być jednorazowa – przerodziła się w szereg prób podejmowanych o różnych porach roku; druga - to warstwa kontemplacyjno-gawędziarska – bo przecież długie godziny wyczekiwania w łódce sprzyjają przemyśleniom. Autor, z racji swojego wykształcenia, posiada wszechstronną wiedzę, chętnie też dzieli się refleksjami z lektur o morskiej tematyce. Do tego dorzuca historie ludzi morza i okrasza wszystko niezwykle sugestywnymi i plastycznymi (niemal fotograficznymi) opisami różnych „wcieleń” morza. Człowiekiem ściśle związanym z morzem – jest Hugo, przyjaciel autora i współtowarzysz wyprawy. Opisując  przedsięwzięcie, z którym się zmaga (Hugo z wielkim samozaparciem przywraca do życia i reorganizuje rodzinne przedsiębiorstwo) - udało się także autorowi uchwycić nieodwracalne zmiany zachodzące we współczesnym świecie, dobrze nam przecież znane. Przecież zmiany nie dotyczą wyłącznie miejscowości, które leżą nad morzem, a przebudowa Fabryki Aasjordbucket (dawnej przetwórni ryb) do złudzenia przypomina proces przekształcania np. naszych polskich kopalń w obiekty kultury. I w ten sposób, przez dodawanie kolejnych warstw – książka, która mogła mieć formę reportażu – zmieniła się w wielopłaszczyznową i wieloaspektową „Księgę Morza”.




Hugo jest niezwykle ważną osobą w życiu Strøksnesa i istotnym elementem książki (bez niego w ogóle by jej było), dlatego poświęcimy mu sporo uwagi. Przyjaciel autora jest artystą, który inspiruje się morzem, jest także przewodnikiem i inspiratorem przygody z rekinem. To właśnie Hugo, który pamięta z dzieciństwa wyprawy z ojcem na wieloryby - zaraził  autora entuzjazmem i namówił na wyprawę. Dlaczego akurat rekin polarny? Ponieważ jest legendarnym, pradawnym stworzeniem, który stanowi wyjątek nawet w swoim gatunku. Rekiny z płytkich wód są zwykle większe od głębinowych. Rekin polarny (żyjący w głębiach) odbiega od reguły, może osiągnąć rozmiary rekina ludojada (żarłacza białego), a naukowcy twierdzą, że dożywa… pięciuset lat, co czyni z niego ziemskiego rekordzistę wśród kręgowców. Rekin polarny jest potworem z rodzinnych opowieści i z relacji starych rybaków i staje się dla naszych bohaterów prawdziwym wyzwaniem. Początkowo miał stanowić zwyczajny cel wyprawy (miał być złowiony dla tranu), ale z czasem - w ogóle przestał być postrzegany w kategoriach łupu. Czytelnik jest świadkiem wewnętrznej przemiany, jaką przechodzą bohaterowie i wkrótce przekonuje się, że rekin również stał się symbolem zmieniających się czasów, a wyprawa na niego przypomina raczej pogoń za świętym Graalem.


W zasadzie trudno w recenzji oddać sumiennie charakter całej publikacji, bo Strøksnes pisze o różnych aspektach związanych z morzem - o historii Ziemi, o morskiej faunie i florze, o elementach morskiego krajobrazu (o rodzajach fal, wiatrach, prądach, ukształtowaniu dna i o klimacie). Opowiada o latarniach morskich, o pracy rybaków, o katastrofach i wyprawach, o odkryciach i odkrywcach. Książka obfituje w ciekawostki, pozwala zrozumieć skąd wzięła się woda na naszej planecie i co powoduje niechęć Norwegów do makreli. Wyjaśnia niektóre zwyczaje rekinów i uświadamia – jak bardzo jesteśmy lekkomyślni w rabunkowej eksploatacji oceanów. W pewnym sensie „Księga Mórz” jest książką o książkach, dlatego dowiemy się jakie wydarzenie zainspirowało Melville’a do napisania „Moby Dicka”, co pobudziło wyobraźnię Edgara Allana Poe’go, gdy pisał opowiadanie „W bezdni Maelstomu” i przekonamy się dlaczego  Stevenson (autor m.in. „Wyspy skarbów”) – okazał się czarną owcą swojego rodu. Pisząc o tych wszystkich sprawach, a raczej: snując gawędy, bo to nigdy nie są skomplikowane, naukowe wywody – autor tworzy portret Morza – tak, jakby było żywą istotą – pełną tajemnic, humorów, hojną dla człowieka, a zarazem obojętną na jego zmagania. Strøksnes udowadnia – na ile niezliczonych sposobów morze nas inspiruje…




Nie można nie wspomnieć o pięknym wydaniu książki, a przede wszystkim o przekładzie Marii Gołębiewskiej-Bijak, która świetnie poradziła sobie ze zmiennym rytmem narracji autora, bo jego styl jest reportażowy i dynamiczny lub refleksyjny, a czasem nawet – poetycki. Niejednokrotnie przychodzą mi na myśl skojarzenia z prozą J. J. Szczepańskiego, z jego podróżniczych wspomnień, bo obaj mają podobną wrażliwość na urodę świata. Strøksnes w nastroju kontemplacyjnym uwodzi czytelnika rozkołysanymi, sugestywnymi lub pełnymi żywiołowej mocy zdaniami:

„Tam gdzie jesteśmy, świat w kolorach muszli ostrygi i łupku wydaje się oczyszczony i wypełniony lustrami”[1]; „Upajamy się ciszą. Myśli odcumowują i dryfują z prądem. Hen, w górze gwiazdy, tu w dole morze. Gwiazdy chlupoczą o burtę, morze lśni i migoce” [2]; „Metaliczne czarne niebo gna [o huraganie] cymbały i kotły odzywają się jednocześnie”[3].

Joseph Conrad w swoich wspomnieniach napisał: „Wszystko można znaleźć na morzu, zależnie od tego, czego się szuka – walkę, spokój, romantyzm, najskrajniejszy naturalizm, ideały, nudę, wstręt i natchnienie”[4]. Warto sięgnąć po „Księgę Morza”, przekonać się czego szukał autor, a może właśnie odnajdziemy w niej coś, za czym sami tęsknimy... A jeśli już jesteśmy przy dygresjach i wrażeniach z książki, to jeszcze dodam, że lektura silnie skojarzyła mi się z równie wszechstronną i z rozmachem potraktowaną książką-esejem hindusko-bengalskiego pisarza Amitava Ghosha: „Na prastarej ziemi”. Oczywiście tematyka jest całkiem inna, ale zamysł książki - zupełnie ten sam.  Podróżom rzeczywistym towarzyszy symboliczna podróż przez wieki, u Ghosha – to historia związana z odkryciami archeologicznymi, u Strøksnesa - to opowieść o związkach człowieka z morzem i hołd dla natury.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa:




1. "Księga Morza, czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku” - Morten A. Strøksnes, Wydawnictwo Literackie, 2017, str. 94
2. Tamże, str. 120
3. Tamże, str. 147
4. "Ze wspomnień", J. Conrad, tłum. A. Zagórska, Warszawa 1973, str. 142