niedziela, 23 grudnia 2012

WESOŁYCH ŚWIĄT!








 Z okazji  najpiękniejszych , najbardziej rodzinnych
i radosnych  świąt  Bożego Narodzenia  życzę wszystkim czytelnikom nadziei,  
własnego skrawka nieba,  
zadumy nad płomykiem świecy,  
filiżanki dobrej pachnącej kawy.  
 
 
Życzę  pogodnych świąt, odpoczynku,  
zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego co wokół,  
chwil roziskrzonych kolędą, śmiechem i wspomnieniami
oraz nadziei na lepsze jutro w chwilach niepokoju.
 
Życzę by wszystkie noworoczne plany zostały zrealizowane              w nadchodzącym 2013 roku.

                                                  Ola
                             
  




sobota, 22 grudnia 2012

Wieża, Gustaw Herling-Grudziński


W Nowej Słupii, przy Drodze Królewskiej prowadzącej do klasztoru na Świętym Krzyżu, znajduje się osobliwa, kamienna figura, przedstawiająca klęczącą postać. Nikt nie pamięta fundatora, wykonawcy, ani zbliżonej daty powstania tego dzieła, a przecież nic tak nie pobudza ciekawości i fantazji ludzkiej - jak tajemnica zaklęta w kamień…Legenda głosi, że jest to rycerz zaklęty,  który swą pychą obraził Boga. Musi więc  pozostać w  pozycji, z której był onegdaj tak dumny, aż do momentu, gdy dotrze do celu swej pielgrzymki, do klasztoru. "Świętokrzyski" pielgrzym to symbol pobożności, ale też ukaranej, ludzkiej pychy.
W literaturze chętnie wykorzystywane są  podobne, pełne dwuznaczności symbole. Jednym z nich jest wieża - budowla architektoniczna nieodzowna przy budowie warowni, ale też kościołów. Daje możliwość obserwacji terenu aż po horyzont,  daje też wrażenie wznoszenia człowieka do nieba, poczucie boskiej bliskości. Z jednej strony wieża to strzelistość, strefa sacrum, ale  Biblia wspomina też Wieżę Babel. Babel to  przestroga przypominająca, że istnieje bardzo cienka granica, po przekroczeniu której działanie ludzkie poświęcone nawet wyższym celom,  może zmienić się w działanie, które ma na celu jedynie wywyższenie  człowieka w oczach bliźnich…”Wieża” – jako symbol daje spore możliwości interpretacyjne. Może symbolizować  wywyższenie, albo wręcz przeciwnie – upadek i taką właśnie dwuznaczność wykorzystuje w swoim utworze  Gustaw Herling-Grudziński.
 „Wieża” to opowiadanie, które zostało opublikowane w 1958 roku, w paryskiej „Kulturze”, a w Polsce swoją premierę miało dopiero po trzydziestu latach, w roku 1988.  Utwór stanowi kompilację stylów, gdyż zawiera elementy opowiadania, reportażu i eseju, a napisana jest eleganckim stylem i zachwyca krystalicznie piękną polszczyzną. "Wieża" jest jednym z opowiadań zawartych w zbiorze "Skrzydła ołtarza".
Tytułowa „wieża”, to budowla znajdująca się w malowniczej, piemonckiej wsi, u stóp Alp. Posiada ona własną udokumentowaną legendę, gdyż zamieszkana była pod koniec XVII wieku przez człowieka chorego na trąd. Człowiek ten odizolowany od społeczeństwa  w młodym wieku, mieszkał w swej samotni praktycznie do końca życia. Zajmował się ogrodem, kontemplował widoki i spędzał czas na modlitwie. Poza tym bezbrzeżnie cierpiał. Cierpiał na samotność, bezsenność, cierpiał fizycznie z powodu choroby. Rozmyślał o swym położeniu, miotał się między chęcią popełnienia samobójstwa, a pragnieniem przeżycia bliskości z innym człowiekiem. Pielęgnował ogród, ale nie dotykał kwiatów, by ich nie skalać dotykiem. Kontemplował widoki, ale tylko z dala od oczu ludzkich, bacząc by nikogo nie spotkać,  a spotykając umykał. Piękna panorama z lasami i ośnieżonymi szczytami na horyzoncie podkreślała ciasną przestrzeń, w której był zamknięty. Modlił się, ale też buntował, przeklinał swój los. Nawet, gdy zyskał towarzyszkę, to tylko po to, by w większym stopniu poczuć swoje wyalienowanie.  Ironia losu polegała na tym, że jego chora siostra była w mniejszym stopniu zarażona, więc pustelnik nie chcąc straszyć jej swoim wyglądem, ani przekreślić ewentualnej możliwości jej powrotu do zdrowia, odgrodził swoje mieszkanie i wyznaczył dla niej  ścieżki w ogrodzie. Całe życie pilnował, by nikogo nie zarazić i nie skazać na podobny los…
Właściwa akcja opowiadania „Wieża” zaczyna się  w roku 1945, po zakończeniu wojny. Narratorem jest żołnierz wojsk alianckich, który zamierza spędzić swój urlop w piemonckiej wsi. Od znajomego otrzymuje klucze do opuszczonego domu, którego poprzednim właścicielem był już nieżyjący, słynny w okolicy samotnik, emerytowany nauczyciel. Domostwo wywiera dosyć przygnębiające wrażenie. Całe wnętrze, sprzęty, meble, obrazy – świadczą o tragedii mieszkańca i wywiera tak przejmujące wrażenie, że  narrator próbuje za wszelką cenę dociec przyczyn jego pustelniczego życia.  Wśród rzeczy samotnika znalazł mocno zniszczony, świadczący o częstym czytaniu tomik Francois-Xavier de Maistre’a pt. „Trędowaty z miasta Aoste”, w którym opisane zostało życie dotkniętego trądem człowieka z „wieży”. Narrator zaczyna wzorem swego poprzednika zaczytywać się w losach chorego, a czytelnik nagle zaczyna odbierać wrażenie, jakie towarzyszy oglądaniu wielokrotnych odbić w taflach wiszących naprzeciw siebie luster. Poznajemy historię  nieszczęsnego „Lebbroso” i wyobrażamy sobie, jak fascynowała ona najpierw pisarza deMaiste’a, później stała się przedmiotem studiów stroniącego od ludzi nauczyciela, wreszcie – zwróciła uwagę narratora. Zaczynamy odczytywać historię - w historii i zdajemy sobie sprawę, że opowiadanie Herlinga-Grudzińskiego ma szkatułkową konstrukcję.
Nie do końca wiadomo jak zmarł trędowaty, ponieważ książka de Maistre’a jest zapisem jedynie faktycznego ich spotkania. Natomiast zupełnie odwrotnie wygląda sytuacja, gdy poznajemy samotnego nauczyciela. Nie wiadomo o czym myślał, bo odtrącił ludzi, mieszkańców, nawet wiarę. Wiadomo natomiast dokładnie jak zmarł, a odszedł pozbawiony szacunku, wzgardzony i napiętnowany przez całą społeczność, kiedy podczas okupacji pozwolił, by młody kapłan oddał swoje życie zamiast niego. 
Opowiadanie ma dwóch głównych bohaterów, którzy doświadczyli cierpienia. Obaj nie oszczędzani przez los,  stawiają czoła całemu światu, ale obaj przyjmują zgoła odmienną postawę w obliczu ostatecznej próby. I tylko jeden zachowa twarz i przychylne wspomnienie potomnych. Sylwetkę trędowatego, który całe życie walczy z własną chorobą, samotnością, cierpi na kryzysy wiary, ale też cierpliwie dzień po dniu wnosi swój krzyż wspinając się po stopniach swej samotnej wieży – autor porównuje do kamiennej postaci świętokrzyskiego pielgrzyma, który mozolnie, rok po roku – na odległość ziarnka piasku - zbliża się do końca własnej pokuty. Tym samym ta historia, przejmujący esej o samotności,  staje się powieścią uniwersalną, ponadczasową, odnoszącą się do kondycji człowieka, a jednocześnie stała się dla mnie pobudzającą do rozważań i oczyszczającą lekturą sprzyjającą adwentowej refleksji… 

piątek, 7 grudnia 2012

Godot i jego cień, Antoni Libera


„Godot…To ktoś lub coś, czego nie ma. Kto miał przyjść, lecz nie przyszedł. Co miało się stać, lecz nie stało i pewnie się nigdy nie stanie.”*

„Nie wiem kim jest Godot. Nie wiem nawet, czy w ogóle istnieje – Samuel Beckett”**

Nazwisko: Antoni Libera przywodzi bez trudu na myśl błyskotliwą powieść „Madame”, wydaną w 1998 roku, która od razu podbiła serca czytelników i z marszu weszła do kanonu polskich arcydzieł literackich. Czy jednak czytujemy inne publikacje autora, czy zatrzymaliśmy się na „Madame”? Czy zdajemy sobie sprawę, że Antoni Libera to człowiek-instytucja, który jest nie tylko pisarzem, ale także reżyserem i tłumaczem? Autor, wielokrotnie indagowany o to, w jakim stopniu „Madame” jest dla niego ważna i osobista, wyraźnie odsyła do innej swojej powieści, wydanej w 2009 roku: „Godot i jego cień”.  W utworze tym  zawarł swoją prawdziwą „pasję” i życiowe credo.

„Godot …” to powieść  w pewnym sensie autobiograficzna, a ponieważ  pisarz twierdzi, że „urodził się pod znakiem Becketta”,  jest jego wielkim fascynatem -  wyznawcą nieomal, utwór ten w dużej części można odczytać także jako  „poszukiwanie sensu życia przez odkrywanie Becketta".

W trakcie lektury dochodzę do wniosku,  że obie powieści mają ze sobą dużo wspólnego. „Godot…” może zostać uznany za dopełnienie „Madame”, gdyż obie  powieści utkane są  na tej samej kanwie, ich duch się wzajemnie przenika. Gdyby pisarz malował obrazy, powiedzieć byśmy mogli, że artystę zdradzają te same pociągnięcia pędzla. Narrator  powieści (w każdym przypadku - alter ego autora) mógłby być tym samym młodzieńcem, literatem wychowanym w PRL-u, wyrażającym ostrą krytykę reżimu komunistycznego. W powieściach znajdujemy znacznie więcej tropów… Słowa dotyczące emigracji, które wypowiada nauczycielka francuskiego – w  „Godocie…” powtórzone zostają jak echo - przez tajemniczego przyjaciela rodziny, Arnolda Meyera. Madame przy pożegnaniu wręcza chłopcu książkę w wydaniu francuskim, a jest to jeden z dramatów Becketta (!), Arnold Meyer natomiast zmuszony przez władze polskie do opuszczenia kraju żegna się słowami pochodzącymi  dokładnie z tego samego utworu…Wreszcie mitologizacja. „Madame” to mit, a raczej pokazanie mechanizmu, w jaki sposób „życie zmieniane jest w mit za pośrednictwem słów, czyli literatury”/słowa autora/, natomiast  „Godot i jego cień” pokazuje artystyczną drogę pisarza, niemal mitologiczną, intelektualną odyseję.

W obu powieściach zwraca uwagę odmienny stosunek  ich „narratorów”  do zawodu literata. W „Madame” chłopiec otrzymuje w prezencie  pióro, atrybut pisarza. Jest niejako przez swoją muzę pasowany na „rycerza słowa”. To pewne, że wyposażony w taki oręż wybierze świadomie drogę literacką i będzie dumny z powołania. W „Godocie…” mamy skrajnie inną postawę. Autor we wstępie wyraża się o swych skłonnościach literackich cierpko, usprawiedliwiając się, że został pisarzem dopiero, gdy wszystko inne zawiodło. Dopiero spotkanie z Beckettem stało się punktem zwrotnym, skłania do szacunku do własnych dokonań - wyzwala w nim pisarza… Dopiero też w trakcie lektury, gdy  doszło już do spotkania, kiedy mogę spojrzeć do tyłu,  zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja  była niezbędna, aby historia mogła zatoczyć idealne koło, a narrator mógł ulec wewnętrznej przemianie.

Forma i styl obydwu powieści jest odmienna. „Godot…” to  książka bardziej osobista, refleksyjna i głęboka. Mniej  wysublimowana,  nadal jednak  wyrafinowana, elegancka i zdradzająca erudycję autora. Jest trudniejsza w odbiorze, przeznaczona dla czytelnika dociekliwego. Antoni Libera  nie wymaga stopnia naukowego z literatury, ani tym bardziej znajomości Becketta (autor chce nas do niego dopiero przekonać), ale sporo ułatwia chociażby umiejętność abstrakcyjnego myślenia… Wędrówka z autorem przeważnie stanowi  niesamowitą i przyjemną przygodę, szlak wiedzie prostą drogą, miejscami jest „z górki”, ale bywa, że autor zmusza  do ostrego podejścia, skłania do wysiłku. Ale czy ktoś, komu zdarzyło się wspiąć  na  szczyt – stwierdził, że nie było warto?

Tematyka „Godota…” może niektórych czytelników przerażać, ale pragnę podkreślić – forma  książki niczym nie przypomina suchej analizy naukowej, ani ciężkiej dla wątroby literackiej rozprawy. Po prostu chcąc poznać bliżej naszego autora, otrzymujemy Becketta w prezencie - albo odwrotnie. 

Skąd  fascynacja tym twórcą „teatru absurdu”?
Częściowo można wytłumaczyć przypadkiem, zbiegami okoliczności, historią, ale też podobnym postrzeganiem świata, wrażliwością obu artystów. Nasz autor dorasta i dojrzewa w momencie przełomowym, jest świadkiem wielkich odkryć (np. eksploracja kosmosu), która miast przynieść człowiekowi poczucie „zdobywcy” i „nieustraszonego podróżnika”, w zamian daje mu  zwątpienie w swoje znaczenie. Człowiek nagle pozbawiony został swego uprzywilejowanego miejsca w centrum wszechświata, a w zamian dostał do przełknięcia gorzką pigułkę wiedzy o jego „przypadkowej” naturze. Zdegradowany został z roli wybrańca Bogów do „wybryku natury”, po raz wtóry  został „wypędzony z raju”  i to znajduje swój wyraz zarówno w  sztuce jak i filozofii.  Beckett jak nikt inny oddał w swoich dziełach odartą ze złudzeń kondycję człowieka.

W powieści jednak nie oddajemy się bez przerwy egzystencjalnym refleksjom. W kompozycji panuje równowaga i harmonia. Smakujemy subtelny humor autora i towarzyszymy w jego bardziej prozaicznych przygodach. Razem z ośmioletnim narratorem bierzemy udział w jego pierwszej "dorosłej" sztuce teatralnej, a uczestnictwo w niej zawdzięcza w dużej mierze pewnemu psu o imieniu Łajka, który został wystrzelony w kosmos; wykradamy w zbawiennej misji książkę z wojskowej biblioteki, odwiedzamy legendarną polską księgarnię w Paryżu i przemycamy dzieła Gombrowicza, uciekamy na hulajnodze przed francuskim kloszardem; poznajemy polskie absurdy, gdy autorowi - jako podejrzanemu agentowi CIA odmawia się paszportu, albo przed samym wylotem do Stanów - towarzyszymy w rewizji osobistej, której nie powstydziłby się w swej powieści Franz Kafka...

Pisarz odsłania także kulisy powstawania przekładu dzieła z innego języka. Wpuszcza nas od kuchni do "swojego warsztatu". Dzięki temu zaczynamy sobie zdawać sprawę z tytanicznej pracy, jakiej przekład wymaga. Najpierw poszukiwanie klucza do interpretacji, potem  rozbiór tekstu na czynniki, wreszcie walka z materią słowa. Idiomy, różnice wynikające z innego rytmu i melodyki słów, karkołomna odmiana przez przypadki, ale też gra niuansów. W przypadku Becketta znaczenia ma nawet znajomość prawideł muzyki, gra w szachy i  matematyka...

Antoni Libera - twórca i "odtwórca". Oczywiście nie należy pytać autora o to, ile jego samego znajduje się w powieści. To uczeń wielkiego mistrza. Jego narrator to w wysokim stopniu kreacja autorska, projekcja, sposób na "wymyślanie się", natomiast droga literacka i kontekst historyczny - to przecież fakty. Mamy więc tyle prawdziwego Libery - na ile jest to konieczne, reszta - to artyzm.

"Godot i jego cień" - jest dla mnie ze wszech miar książką niezwykłą i fascynującą. Zupełnie uległam jej czarowi... Jest dla mnie wielowymiarową podróżą. Misterium sztuki. Fragmenty, które szczególnie zapadły mi w pamieć dotyczą uczestnictwa autora w inscenizacjach teatralnych i chociaż zdaję sobie sprawę, że przecież pochodzę z innego wymiaru i przestrzeni, że pan Libera ogląda sztukę przy całkowicie odsłoniętych kurtynach, mnie zaś jest dane podglądanie jej jedynie "przez dziurkę od klucza", to i we mnie przecież uderza okruch tej magii...

Dziękuję i polecam. Gorąco polecam czytelnikowi, który szuka czegoś więcej...


Osobiste publikacje autora /Wikipedia/:
- Madame, Znak 1998
- Błogosławieństwo Becketta i inne wyzwania literackie, Sic! 2004
- Liryki lozańskie [w:] Pokaz prozy, WL 2006
- Niech się panu darzy...[w:] 9 Wigilii, Świat Książki 2007
- Godot i jego cień, Znak 2009
- Widok z góry i z dołu [w:] Mówi Warszawa (Muzeum Powstania Warszawskiego/Wydawnictwo Trio 2011)


Cytat* „Godot i jego cień” str. 15
Cytat** motto książki „Godot i jego cień”





piątek, 30 listopada 2012

Zrób sobie raj, Mariusz Szczygieł


We wrześniu 2009 roku papież Benedykt XVI udaje się na pielgrzymkę do państwa „X”… Przejeżdża w cywilnym samochodzie, ukryty przed światem, przez kompletnie puste ulice. Żadnych plakatów, wiernych z chorągiewkami, dzieci ani kwiatów… W telewizji nadawany jest program rozrywkowy…

W roku 2004 Państwo „X” zostaje przyjęte do Unii Europejskiej i dla uczczenia tego wydarzenia artysta tworzy pomnik. Dzieło to znajduje się w stolicy i jest to nic innego jak basen, który ma kontury państwa „X”, do którego dwie postaci mężczyzn oddają mocz (jeden na stolicę).

Ten sam artysta tworzy serię dzieł, które przypominają plastikowe dziecięce zabawki (małe elemenciki, które należy najpierw oderwać od ramki, a potem skleić), tylko w większej skali. Jednym z produktów jego artystycznej wyobraźni jest: „Syn Boży – model do sklejania”… 

Pewien mężczyzna stracił matkę. Ciało zostało skremowane, popiół umieszczono w urnie. Mężczyzna odebrał urnę po… pięciu latach. To nie jest jedyny przypadek. W państwie „X” nie odbieranie „swoich krewnych” z zakładów pogrzebowych  jest  rzeczą nagminną. W państwie „X” w ogóle zaprzestano urządzania pogrzebów…


Czy powyższe historyjki to wytwory literatury science fiction? Bynajmniej. Są niepojęte i nieprawdopodobne dla przeciętnego Polaka, zdarzają się jednak dosłownie za miedzą, u naszych bliskich sąsiadów. „Jeśli to nie jest zmyślone, to mogło zdarzyć się tylko w Czechach” /Mariusz Szczygieł/.

Mariusz Szczygieł – dziennikarz, reportażysta i pisarz - dzisiaj nie musi nikomu udowadniać  że jest wytrawnym czechofilem. Zrobił to już wydając w 2006 roku wybór reportaży „Gottland”, który został przełożony na 10 języków, był wielokrotnie nagradzany, a wreszcie okrzyknięty przez dziennik „Le Figaro” klejnotem. Cztery lata później ukazuje się książka ponownie dotycząca czeskiej tematyki: „Zrób sobie raj”.  Książka ta zdaniem autora - nie aspiruje do miana kompendium wiedzy, ale wydana została z sympatii przedstawiciela jednego kraju do innego kraju. Forma książki stanowi kompilację reportażu, wywiadu, rozmowy, a nawet wspomnień autora. Mariusz Szczygieł chce przez prezentowanie sylwetek (bardziej lub mniej wyzwolonych z konwenansów) znanych osobistości świata kultury, ale też poprzez rozmowy ze zwykłymi obywatelami - przybliżyć i wytłumaczyć niektóre cechy mentalności Czechów, które nam - Polakom wydają się kontrowersyjne i niezrozumiałe. Wiele uwagi poświęca autor problemowi wiary – a raczej niewiary Czechów, ich autoironii i wrodzonej niechęci do patosu. W pewnej chwili autor wpuszcza nas przez ukryte, tylne drzwi i niepostrzeżenie wracamy na własne podwórko. Oto przyglądamy się sobie samym, spektaklowi jaki rozpętaliśmy po tragicznej katastrofie samolotu w Smoleńsku. Widzimy siebie  oczami naszych sąsiadów i  przy okazji czegoś się o sobie dowiadujemy. Polecam do dokładnego przeanalizowania wszystkim Polakom fenomenalny rozdział: Chcesz rozśmieszyć Boga?

Jestem najzupełniej przekonana, że zamierzenie autora się powiodło. Myślę, że po przeczytaniu książki „Zrób sobie raj” przeciętny Polak – nawet jeśli nie zechce się utożsamić ze sposobem myślenia przeciętnego Czecha, to wiele zrozumie. Pojmie, że tak naprawdę niewiele się od siebie różnimy… A jeśli pozna się przyczyny – to także historyjki, które przytoczyłam na początku stają się mniej obrazoburcze i skandaliczne.

niedziela, 25 listopada 2012

Portret Doriana Graya, Oscar Wilde




„Portret Doriana Graya” to uniwersalna, a jednocześnie wielopłaszczyznowa powieść. Przedstawia upadek ogólnie uwielbianego człowieka, któremu los podarował  urodę, bogactwo i wpływowych przyjaciół. Kiedy zadebiutował, swoimi skrzydłami otoczyli go wpływowi ludzie: malarz, który go sportretował i lew salonowy, cyniczny intelektualista i dandys, który zapragnął ukształtować go na swoje podobieństwo.

Dorian widząc świeżo ukończony portet, a znajdując się pod wpływem hipnotyzujących słów lorda Henryka o skutkach utraty młodości - rzuca losowi fatalne we wszystkich późniejszych skutkach wyzwanie. Odtąd każdy postępek Doriana „odbije się” w jego portrecie, przejmując niejako odpowiedzialność za jego grzechy.

Słowa, które lord Wotton sączy Dorianowi do ucha, można  uznać za program  modernistycznego estetyzmu, którego Oscar Wilde był przedstawicielem („sztuka dla sztuki, artysta ponad moralnością). Hrabia Wotton przekonany jest, że jako esteta i indywidualista predestynowany jest do tego, aby uczynić dzieło sztuki z własnego życia. Celem egzystencji Doriana, który wkrótce przerasta swego mistrza, stało się  poszukiwanie piękna i wyrafinowanej formy we wszystkich przejawach życia, przy czym  stopniowo w osiąganiu swych celów staje się bezwzględny i okrutny. Staje się potworem, zachowując niewinną twarz.

Nie unika upadku (i tkwi w tym jakiś fatalizm), całe jego dekadenckie, skrajnie ekstrawaganckie życie zmierza ku demoralizacji i nieuchronnej zagłady, ale jednak zrobił co mógł, aby  jego istnienie  samo w sobie stanowiło formę uprawiania sztuki.

"Portret Doriana Gaya" jest dziełem niezwykłym. Owiane nutką skandalu, okrzyknięte arcydziełem, niełatwe w interpretacji. Autor z jednej strony przekonuje, że artysta jest "nadczłowiekiem", a z drugiej - z całą brutalnością odsłania amoralność takiej koncepcji sztuki. Być  może autor chciał przekazać, że dzieło sztuki, w tym powieść, ma bezlitośnie demaskować prawdę o ludzkiej duszy i naturze? 

niedziela, 18 listopada 2012

Liebster blog, zabawa




Konia z rzędem dla tego, kto jeszcze nie zna zasad tej zabawyJ Zostałam nominowana kilkakrotnie, bardzo za zaproszenia dziękuję, ale po przemyśleniu myślę, że umarlibyście z nudów, gdybyście mieli przeczytać odpowiedzi na czterdzieści pytań. Wybrałam zatem pytania Zbyszekspira. 

Oto pytania i odpowiedzi:

1   1. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Wybrać tylko jedną?! Mój ścisły kanon to: „Dzieci z Bullerbyn”, „Dolina Muminków” i „Mary Poppins” (zołza z niej była, ale ją kochałam).

2. Jaka książka non-fiction zrobiła na Tobie największe wrażenie?
„Podróże Herodota” R. Kapuścińskiego
za podróże, za zachwyt nad światem starożytnym, za to, że pisarz też czuł się czasem zagubiony, za empatię i sympatię dla drugiego człowieka.

3.Jakie 3 książki zabrałbyś/-łabyś ze sobą na bezludną wyspę?
Ponieważ miałabym świadomość  że teraz będę wałkowała te książki bez końca, musiały to być książki sprawdzone. Do których wraca się jak do wydeptanych, wygodnych kapci… Oto mój wybór:
- Mistrz i Małgorzata, bo za każdym razem odkrywam coś nowego
- Hrabia Monte Christo, bo wiąże się z moimi bardzo osobistymi wspomnieniami związanymi z moim dziadkiem.
- Bóg Nilu Wilboura Smitha, bo niewolnik Taita od lat poprawia mi humor.

4. Jakie pytanie zadałbyś/łabyś swojemu ulubionemu pisarzowi?
Gdybym miała hipotetyczną szansę spotkania R. Kapuścińskiego, zapytałabym go za czym, podczas swojej nieobecności w Polsce, najbardziej tęsknił. Czy w Polsce jest coś tak niepowtarzalnego, ale też pozytywnego, z czego był dumny… A gdybym spotkała R.R. Georgea Martina, zapytałabym dlaczego, na litość boską pozwolił Nedowi Starkowi uciąć głowę, bo do dziś jestem na niego o to wściekła.

5. Co sądzisz o e-bookach i audiobookach?
Jeszcze nie miałam przyjemności, za bardzo cenię sobie szelest kartek. Ale  będąc na urlopie obserwowałam pewną staruszkę na leżaczku, w kostiumie, eleganckim kapelusiku i z e-czytnikiem w ręku – przyznaję, że  obrazek ten mnie urzekł. Chciałabym być kiedyś taką babciąJ

6. Czy lubisz kryminały i fantastykę i dlaczego tak lub nie?
Lubię obydwa gatunki. Dobry kryminał – to musi być coś więcej niż drobiazgowe skupienie się na samej zbrodni, jakoś przeżyję bez poznawania wszystkich etapów przemiany larwy w muchę… Jeśli tylko historia niesie jakąś głębszą treść, jakieś przesłanie, to jest to dla mnie dobry kryminał. Tak jak „Ziarna prawdy” pana Miłoszewskiego.
Fantastyka? Zaczęłam się fascynować lata świetlne temu, kiedy przeczytałam trącącą dziś nie myszką, ale wielką myszą książkę: Na srebrnym globie. Stwierdziłam wtedy, że to była chyba najlepsza książka ukazująca człowieka pod kątem psychologicznym. Później wielokrotnie się przekonywałam, jakie głębokie prawdy o naturze człowieka można zamieścić w książkach fantasy…
Kiedy wkraczam do królestwa fantasy zaczynam wierzyć  w elfy, smoki, a nawet w krasnoludki, ale pisarz nie ma wcale łatwego zadania, bo musi mnie do tego świata przekonać.

7. Czy uważasz, że praca tłumacza jest tak samo ważna jak pisarza? Jacy tłumacze i jakie ich tłumaczenia są według ciebie najlepsze?
Oczywiście. Przez dłuższy czas w ogóle nie zauważałam, nie zwracałam uwagi na nich, a to chyba oznacza, że ogólnie mamy dobrych tłumaczy. Dopiero gdy przeczytałam książkę uznanej pisarki Philippy Gregory „Czerwona królowa”, przy której rwałam włosy i chciałam skoczyć z okna, zaczęłam ich pracę bardziej doceniać.  Jeśli mam wyróżnić kogoś, to niech będzie to: Tomasz Bieroń, który przetłumaczył książkę indyjskiej pisarki:„Bóg rzeczy małych”. Język tej powieści tak mnie zachwycił, że wyobrażam sobie ile trudu musiał kosztować przekład. To nie tylko świetna znajomość języka i kultury. Tłumacz musiał idealnie wczuć się, zrozumieć  wszystkie emocje, które zawarła autorka, a potem wyłuskać każde słowo spośród innych, przymierzyć,  przefiltrowaćposmakować i włożyć je w kontekst tak, aby perfekcyjnie oddać jej nastrój i myśl.

 8. Czy zdarza ci się nie pamiętać treści przeczytanej książki?
Oczywiście. Wiek już nie ten… Kiedyś czytałam książkę Nurowskiej „Hiszpańskie oczy” – czarna dziura - można nie pamiętać ani słowa.

9. Które książki są według ciebie przereklamowane?
Na początku oczywiście przereklamowane są wszystkie. Taka już cecha marketingu. Dopiero znacznie później można poznać wartość książki. A najlepszym klasyfikatorem jest czas.

10. Jaki jest Twój ulubiony cytat pochodzący z książki, którą kiedyś przeczytałeś?
„[...] Boże użycz mi pogody ducha abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić; odwagi abym zmieniał to, co mogę zmienić i szczęścia, aby mi się jedno z drugim nie popieprzyło [...]” 
S. King "Miasteczko Salem"


11. W jakim celu piszesz swojego bloga?
Ponieważ nie mam z kim podyskutować o tym co przeczytałam. Czasem myślałam, że eksploduję i muszę gdzieś wylać moje przemyślenia.
Najpierw zaczęłam pisać krótkie opinie na portalu Lubimy Czytać  jest tam bardzo anonimowo, trochę się ośmieliłam i rozkręciłam, ale zaczęło mi brakować kontaktu z innymi czytelnikami. Blog jest prawie idealny. Prawie - bo wbrew pozorom nie jest łatwo tutaj o ten kontakt. To hermetyczny świat. 
ALE ważne jest nie tylko pisanie bloga, ważne jest też czytanie, co mają do powiedzenia inni. Pisanie komentarza bez przeczytania wpisu jest bez sensu.
                                                                  
                                                              ********************

Wybaczcie mi proszę, nie będę nikogo nominować,  bo już chyba wszyscy zostali wymaglowani wzdłuż i w poprzek. Oczywiście mam jak każdy ulubione blogi i gdybym mogła je wyróżnić jakąś uśmiechniętą buźką, chętnie bym to zrobiła, ale nie będę już nikogo męczyć, wszystko już było...

Pozdrawiam serdecznie :)
Ola

czwartek, 15 listopada 2012

Ru, Kim Thúy


Tytuł: Ru
Autor: Kim Thuy
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Rok wydania: 2012
Tłumaczenie: Wiktor Dłuski
ilość stron: 157

Kim Thuy, kanadyjska pisarka, a także tłumacz i prawnik - urodziła się w 1968 roku w Sajgonie.  W wieku 10 lat wraz z rodzicami  wyemigrowała do Kanady.  „Ru” to jest jej debiut literacki,  książka wielokrotnie wyróżniana i nagradzana,   przetłumaczona dotąd na 15 języków.

Ru, to narratorka pamiętnika, ale książka jest tak osobista i refleksyjna, że z pewnością w dużym stopniu jest autobiografią autorki.

Ru – to imię, które w Wietnamie  kojarzy się z beztroskim dzieciństwem i bezpieczeństwem, a oznacza „kołysankę”. W nowym życiu -  w miejscu, gdzie bohaterkę rzucił  los,  jej imię nabrało odmiennego znaczenia. W języku francuskim „ru” oznacza „źródełko, mały strumyczek”, ale też „upływ łez, krwi i pieniędzy”. Śmiało można powiedzieć  że ta ostatnia, złowieszcza symbolika stała się motywem przewodnim książki, bo jest to historia gorzkich łez, przelanej krwi i utraconego dziedzictwa.

 „Ru” to pamiętnik ukazujący drogę, jaką przebyła dziewczynka wraz z rodziną, ale też z tysiącami uchodźców  z kraju ogarniętego przez wojnę;  przez podróż w nieznane pod pokładem statku w nieludzkich warunkach,  w towarzystwie przeraźliwego strachu przed chorobą, głodem, sztormem i piratami; przez trudne warunki w przeludnionym obozie dla uchodźców w Malezji, aż do miejsca  przeznaczenia i przystosowania się do nowego życia.

Książka jest pod wieloma względami niezwykła. Układ pamiętnika jest zwięzły, ot króciutkie rozdziały, poszczególne strony, notki – jak informacyjne fiszki. Tu nie ma nic zbędnego, żadnych pisarskich wygibasów, żadnego literackiego rozpasania. Krótkie odsłony, mocne obrazy – chwile, które najgłębiej utkwiły w pamięci przedstawione w zwarty, ale też poetycki sposób. Wydaje mi się, że uczestniczę w pokazie slajdów, albo oglądam stosik zdjęć wydartych z rodzinnego albumu…tyle tylko, że często pośród uśmiechniętych portretów rodzinnych oglądam także strzępy przejmujących wspomnień, migawki cierpienia.


Wydawać by się mogło, że poszczególne rozdziały – te wszystkie karteluszki - są luźno ułożone, przypadkowo, bo nie są podporządkowane czasowi. Ale to wrażenie jest  pozorne, tu nie ma chaosu.  Rozpoczynając rozdział, nowy temat,  autorka podejmuje jakąś myśl przerwaną w poprzednim miejscu. Jakiś ukryty impuls  naprowadza jej wspomnienia na inne tory. W ten sposób autorka uzyskuje spójną całość,  podobnie jak w koralach poszczególne paciorki  utrzymują się dzięki zgrabnie  ukrytej nici.

Język jest oszczędny, ale nie suchy. Obrazowy i przejmujący. Niezwykle sugestywny. Sprawiający, że od chwili przeczytania tej książki nic już nie zabrzmi tak głośno, jak szelest stu dolarowych banknotów rzucanych przez turystów do stóp nagich, wietnamskich dziewcząt… Sprawiający, że historia jednego rozstrzelanego dziecka bardziej wstrząsa czytelnikiem  niż opis  żołnierzy masowo ginących na froncie…

Nie powinny nikogo wprowadzić w błąd niepozorne rozmiary tej książeczki, bo to nie jest błaha nowelka. To wielopłaszczyznowy obraz, w którym zawarta została historia rodziny (z uwzględnieniem całej plejady barwnych postaci ciotek, wujów i kuzynów), historia konieczności przystosowania się do nowych warunków, kiedy trzeba porzucić salony, ugiąć kark i zacząć szukać łaski  u innego człowieka. To także wojna widziana oczami dziecka.  Historia Wietnamu  znana dotąd czytelnikowi głównie z hollywoodzkich produkcji (np. problem dzieci, które spłodzili amerykańscy żołnierze, a które zostały skazane na życie poza marginesem). To chwila zadumy  nad  rolą kobiet w Wietnamie, wreszcie liczne osobiste  refleksje autorki.

Narracja także jest wyjątkowa. Kim Thuy przedstawia koszmar wojny, tułaczkę, trud odnajdywania się w nowym życiu, chorobę dziecka – z dojrzałością osoby pogodzonej z losem, w sposób niemal surowy, bez upiększania ale też bez ciskania oskarżeń.

Myślałam, że sobie będę dozować  przyjemność płynącą z lektury, ale też stopniować wrażenia, jakie na mnie ona wywołuje. Nic z tego. Historia pochłonęła mnie bez reszty. Przepadłam na całą noc.

                                                               *************************

Recenzja została napisana dla wydawnictwa: DRZEWO BABEL.
Dziękuję za możliwość przeczytania tej książki. 



środa, 14 listopada 2012

Dziewczyna z perłą, Chevalier Tracy


Tytuł: Dziewczyna z perłą
Autor: Tracy Chevalier
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2004
Ilośc stron: 214

W muzeum Mauritshuis w Hadze znajduje się najsłynniejszy obraz Jana Vermeera: „Dziewczyna z perłą”. Dzieło owiane tajemnicą. Powstało prawdopodobnie w roku 1664,  nie wiadomo kogo przedstawia, ani na czyje zlecenie zostało wykonane. Niezwykle zmysłowy portret jest przykładem mistrzostwa w wykorzystaniu efektów świetlnych, harmonii kolorów i finezji rysunku. Zachwyca układ ciała modelki, która spędziła z pewnością na pozowaniu całe nudne godziny wypełnione bezruchem. Malarz jednak uchwycił w jakiś magiczny, „fotograficzny sposób” moment, kiedy dziewczyna odwraca głowę i spogląda na widza. Zagadkowe spojrzenie dziewczyny od lat jest przedmiotem spekulacji, interpretacji i domysłów przez co  zasłużył na miano „Holenderskiej Mona Lisy” lub „Mona Lisy z Północy”.

Reprodukcja obrazu podobno znajdowała się w domu  Tracy Chevalier,  która również uległa jego magicznemu wpływowi. Pod hipnotyzującym, ale łagodnym spojrzeniem dziewczyny, pisarka zaczęła się zastanawiać nad relacjami między modelką i jej portrecistą. Próbowała sobie wyobrazić co  wydarzyło się między nimi, co mistrz zrobił lub powiedział, gdyż tajemnicze oczy modelki  wydają się jednocześnie radosne i smutne…Tracy Chevalier napisała powieść, która ma uchylić rąbka tajemnicy powstania  enigmatycznego portretu.

Niewiele wiadomo na temat wykształcenia i życia samego  mistrza Jana Vermeera. Pozostawił po sobie jednak 30 obrazów, w tym panoramę miasta Delft, widok z okien swego domu, a także obrazy powstające najczęściej w jego pracowni, przedstawiające w najdrobniejszych szczegółach przedmioty użytkowe, meble, ubiory domowników i służby. Pozostało zatem pisarce wykorzystać te atuty, które posiadała: gotową niemal scenerię XVII-wiecznego miasta, tajemnicze przesłanie obrazu, a także swój warsztat literacki i sporo wyobraźni, aby zinterpretować okoliczności powstania arcydzieła i zachwycić rzesze czytelników.

Czy tak się stało?

Tracy Chevalier wykorzystała prosty pomysł. Griet to młodziutka dziewczyna, nad wyraz dojrzała, córka artysty kaflarza (któż nie słyszał o słynnych, ręcznie malowanych kaflach holenderskich!). Jej ojciec  stracił wzrok i pracę, rodzina popada w nędzę i dziewczyna trafia jako służąca do domu Vermeerów. Jej obowiązki polegają na praniu, prasowaniu, sprzątaniu, robieniu zakupów i pilnowaniu gromady dzieci. Griet ma jednak w genach zamiłowanie do piękna, poczucie kolorów i docenia obrazy swojego mistrza i pracodawcy, a malarz to dostrzega. Dziewczyna powoli staje się  jego zdolną pomocnicą, później pokrewną duszą, wreszcie – muzą. Obustronna fascynacja jest coraz większa, wreszcie musi dojść do tragedii.

Podoba mi się oszczędny, sugestywny język przedstawionej historii i niespieszna akcja.  Malarz nie jest na pierwszym planie, ale też powieść nie miała być jego biografią. Niby go tu nie ma, chyłkiem gdzieś wychodzi, pojawia się i znika, a jednak ciągle czujemy jego obecność w jego obrazach, rozłożonych sztalugach, fałdach materii rzuconej na stół w pracowni, w rozmowach, w marzeniach Griet. Pisarka świetnie uchwyciła nastrój, ukrywane emocje, rodzącą się fascynację w relacjach uczennicy i mistrza, w gestach, spojrzeniach, niedopowiedzeniach, małych kłamstwach. Atmosferę gęstą, magiczną i w pewien sposób subtelnie erotyczną. Prosty pomysł, świetny nastrój i klimat to największe atuty powieści.

Niestety wydaje mi się jednak, że do końca pisarka nie wykorzystała potencjału. Trochę zawiódł mnie jej warsztat literacki, książce brakuje rozmachu. Nie zachwyca także głębia psychologiczna postaci. A najbardziej razi mnie nieprawdopodobieństwo sytuacyjne. Wyobraźmy sobie oto damę w  średnim wieku (pamiętajmy, to wiek XVII) posiadającą sześcioro dzieci (siódme w drodze), co musiało zostawić ślad w jej urodzie i  figurze. Dama potrzebuje służby, ale nawet jeśli skrajnie sobie nie radzi w domu -  czy naprawdę przyjmie pod swój dach  młodziutką piękność,  dla której wszystko co się rusza, a nie ucieka na drzewo – traci głowę? Naprawdę, jeśli owa dama jest tak nierozsądna, to jeszcze jest jej matka,  teściowa Vermeera – przedsiębiorcza matrona Maria Thins, która z pewnością potrafi zadbać o interesy swojej córki. Na służącą przyjmowano z pewnością kobiety znacznie starsze, a jeśli już były młode, to z pewnością wyglądem niewiele różniące się od kaszalota. Prędzej posadę służącej mogłaby otrzymać  matka Griet. Moim zdaniem pisarka powinna pozwolić  by jej bohaterka była bardziej pospolita, wtedy cała sytuacja byłaby bardziej prawdopodobna. Przecież mistrz mógł dostrzec w dziewczynie jej wewnętrzne piękno, albo wydobyć je dopiero w pełni na portrecie…

W sumie pomimo kilku godzin przyjemnego czytania i całego początkowego entuzjazmu, pozostał spory niedosyt.  

środa, 7 listopada 2012

Szczęście małych rybek, Leys Simon



Tytuł: Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko.
Autor: Simon Leys
Wydawnictwo: Drzewo Babel
Rok wydania: 2011
Ilośc stron: 152




„Szczęście małych rybek” to zebrany w jeden tomik zbiór felietonów, które ukazały się w latach 2005-2006  w „Le Magazine litteraire” – we francuskim miesięczniku literacko-kulturalnym.  Autor to wykładowca sinologii na Uniwersytecie w Sydney, członek Australijskiej Akademii Nauk Humanistycznych i Królewskiej Akademii Literatury Francuskiej, a także laureat prestiżowej, literackiej nagrody: Prix mondial Cino Del Duca.  Wszystkie przytoczone tytuły, cała ta naukowa otoczka jest ważna, bo pozwoli czytelnikowi uzmysłowić sobie,  że autor będzie miał wobec niego spore wymagania. Zabierze go w niezwykłą podróż, ale zarazem zmusi do wspinaczki na intelektualne wyżyny. Jestem przekonana, że spotkanie z prozą Simona Leysa może dostarczyć maksimum satysfakcji, jeżeli zapewni się tej lekturze odpowiednio dużo przestrzeni i skupienia…jeżeli poświęci się mu trochę czasu i -  nie będzie się chciało „ skonsumować Leysa” zbyt dużymi porcjami.

Tytuł zbiorku zaczerpnięty jest z pierwszego felietonu, w którym najogólniej mówiąc autor rozwodzi się nad naturą prawdy, a „szczęśliwe małe rybki” zaczerpnięte zostały z symbolicznej przypowieści Zhuangzi (369-298 r p.n.e.), jednego z najważniejszych mistrzów taoizmu, stając się pretekstem  rozmowy między logikiem, a poszukiwaczem „prawdziwej natury”…

Każdy utwór ze zbioru to felieton w klasycznej, najczystszej postaci. Spełnia wszystkie cechy i założenia tego gatunku.  Każdy jest króciutkim artykułem dziennikarskim, literackim majstersztykiem, utrzymanym w lekkim, osobistym tonie. Tematem przewodnim każdego utworu jest  wydarzenie (nie zawsze poważne - np. zatrzymanie znanego aktora Hugha Granta z prostytutką), które uruchamia w pisarzu  lawinę skojarzeń. Poznajemy obserwacje pisarza, poparte rzeczową analizą ale też gęsto zobrazowane anegdotami. Autor z dużą swobodą i ze swadą (w stylu gawędziarskim, ale nie nadętym) wiedzie swoją myśl, gładko prześlizgując się między tematami, od wydarzenia, które go zainspirowało,  poprzez skojarzenia garściami zaczerpniętymi z historii, literatury, kultury, filozofii i religii aż do…mistrzowskiej puenty.  Tematy - wydawać by się mogło - dowolne. Autor jednakże wiedzie nas swoimi, często krętymi, literackimi ścieżkami, sprowadzając do jednego wniosku, bowiem „Szczęście małych rybek” to apoteoza czytania.

Najciekawsze utwory? Najbardziej podobały mi się „Słowa” i „Imperium brzydoty”. Z kolei felieton „O kłamstwach, które mówią prawdę”  jest najmniej dowcipny, a zarazem najmocniej mnie poruszył  i chyba najgłębiej zapadł w pamieć.  

Komu polecam ten niepozorny a paradoksalnie – naładowany treścią tomik? Tobie czytelniku, jeśli cenisz dobrą rozmowę, poczucie humoru, barwny język i styl, sprawny przepływ myśli i dobrą puentę. Jeśli doceniasz to, że pisarz szanuje Twoją inteligencję. Gwarantuję dobrze zainwestowany czas, bo  będziesz się pysznie bawić podążając tropem myśli autora, bo te -  skaczą po tematach, skrzą się, mienią erudycją…płyną bystrym nurtem skojarzeń niczym „szczęśliwe małe rybki” w nurtach rzeki Hao.


Recenzja została napisana dla Wydawnictwa: DRZEWO BABEL.
Serdecznie dziękuję wydawnictwu za możliwość podjęcia współpracy.





piątek, 2 listopada 2012

Nie ogarniam świata, W. Bereś, K. Burnetko


REQUIEM DLA KAPUŚCIŃSKIEGO

„Wiem, że nic nie wiem – Sokrates”
„Nie ogarniam świata – Kapuściński"

Pokora jest cnotą  ludzi z otwartymi umysłami. Nie ta pokora,  która każe schylać kark i zginać kolana, ale ta, która wynika z wiedzy, doświadczenia, z głębin ludzkiego intelektu. Pokora wobec złożoności świata.

Ryszard Kapuściński to wielokrotnie nagradzany, uznany na świecie publicysta, fotograf, korespondent prasowy; to reporter, ale też erudyta i prozaik, człowiek, który  spowodował,  że  reportaż podniesiony został do rangi gatunku literackiego;  as polskiego  reportażu, już za życia uznany za legendę;  obok Stanisława Lema najczęściej  tłumaczony za granicą polski autor. 

Ryszard  Kapuściński zmarł  w 2007 roku w Warszawie. Jeszcze w tym samym roku cieszący  się sporą popularnością dziennikarze: Witold Bereś i Krzysztof Burnetko, związani na co dzień z „Przeglądem powszechnym” wydali książkę, która z jednej strony ukazuje sylwetkę  wielkiego Polaka,  z drugiej - oddaje mu  hołd.

Książka została wydana  krótko po śmierci mistrza, nie powinniśmy jednak wyciągać pochopnych wniosków, że została napisana w pośpiechu. Jest to rzetelnie przygotowana pozycja, której główny motyw – wywiady z mistrzem przeprowadzone były w latach 1991-2001. W tym czasie panowie Bereś i Burnetko skrzętnie gromadzili materiały, gdyż nosili się z zamiarem napisania biografii Kapuścińskiego. Ostatecznie do tego nie doszło. „Nie ogarniam świata” to pozycja zawierająca obszerne fragmenty  rozmów, ale nie jest to typowy wywiad – rzeka. Książka stanowi interesującą kompilację fachowego dialogu i rozważań mistrza o zdarzeniach, których był świadkiem. Obrazu dopełnia garść autorskich refleksji młodych dziennikarzy, tu wtrącona czyjaś polemika z poglądami pana Ryszarda, zaprezentowane są fotografie z rodzinnego albumu. W końcowej części – zamiast biografii, zamieszczone zostało kalendarium jego życia.  Wreszcie panowie Bereś i Burnetko na podstawie wypowiedzi ich zawodowego guru, ale też analizy tego wszystkiego, co Kapuściński sobą prezentował,  co zaobserwowali -  przedstawili zasady, którymi kierował się w swojej pracy, a które określili  swoistym „kanonem rzetelnego dziennikarstwa”.

Motyw przewodni wywiadu? To  sytuacja społeczno-polityczno-kulturalna na świecie, we wszystkich miejscach, gdzie Kapuściński zdołał dotrzeć.  Dziennikarze pytając o sytuację w Rosji  w dobie wielkich przemian dokonujących się w latach 1985-1991, otrzymują sporą dawkę historii, analizę z uwzględnieniem roli  komunizmu,  religii,  natury nawet i pesymizmu Rosjan. Dotykając spraw Afryki - Kapuściński mówi o konsekwencjach zakończenia Zimnej Wojny.  Konflikt między Wschodem a Zachodem paradoksalnie stwarzał korzystną sytuację dla tego kontynentu, gdyż obie strony szukały sojuszników i partnerów. Mistrz ukazuje mechanizmy przeróżnych podziałów,  wynikających z uwarunkowań historycznych, klimatycznych i geograficznych. Podkreśla największe problemy: biedę, brak wody, brak żywności przy jednoczesnym galopującym przyroście naturalnym. Wskazuje także  inne dylematy:  rasizm, a także krzywdzące stosowanie  (tak, tak - przez nas, Polaków) skrótów myślowych – przykładowo - sprowadzających wszystko, co związane z islamem, islamistami, mahometanami pod wspólny mianownik: fundamentalizm. Kapuściński przedstawia obraz państw afrykańskich, który stanowi mozaikę problemów - ale nie kompleksów, a jednocześnie  podkreśla, że region ten absolutnie nie ma możliwości wyjścia z kryzysu i impasu bez uzyskania  pieniężnego wsparcia od krajów rozwiniętych…Tych pasjonujących tematów znajdziemy w książce o wiele więcej. Kapuściński wypowiada się o sytuacji Europy po runięciu muru berlińskiego, omawiany jest globalizm, terroryzm i inne bolączki XXI wieku. I nie jest to powierzchowne muskanie tematu. To głęboka historyczno – geograficzno- gospodarcza analiza.

Czy książka pomimo upływu kilku lat od śmierci mistrza utraciła aktualność?  Z pewnością nie! Oczywiście siłą rzeczy – nie znajdziemy tu analizy najnowszych wydarzeń, ale pamiętać należy, że wszystko co dzieje się dzisiaj – ma swoje korzenie w przeszłości.

Z dzieł, które pozostawił Kapuściński wyłania się powoli obraz świata: Europa, Azja, Afryka, Ameryka Poludniowa i Północna. To obraz świata Ryszarda Kapuścińskiego. Nie jest to obraz kompletny, widoczne są dziury i białe plamy. Jeśli któryś znajomy pytał  mistrza o wydarzenia, w którym ten nie brał udziału, któremu nie przyjrzał się z bliska – Kapuściński odpowiadał: Stop! Nie mogę wydać opinii. Nie byłem, więc nie wiem…


Na okładce autorzy zamieścili fragment ich ostatniej rozmowy: „panowie piszecie tę moją biografię (…) i ja się zgodziłem i zgadzam, ale bardzo mi niezręcznie o tym mówić  Po prostu nie umiem mówić o sobie. Nie lubię. Takie pisanie biografii to zawsze jest jakoś stawianie pośmiertnych pomników, a ja na pomnik to bym jeszcze nie chciał. MAM TYLE JESZCZE DO NAPISANIA.” 

Mistrz świadomy jest istnienia luk i białych plam. Wie, że jego mapa świata jest jeszcze niedoskonała. Jeszcze nie był we wszystkich miejscach, gdzie dzieje się coś ciekawego…Ciągle nie ma dosyć,  ciągle jeszcze czegoś nie rozumie, czegoś NIE OGARNIA…Wcale mnie nie dziwi ta jego pokora, w końcu jego duchowym przewodnikiem i ideałem był Herodot – niestrudzony podróżnik,  pierwszy historyk i dokumentalista.