czwartek, 5 lipca 2012

Mag, Fowles John



Autor:   Fowles John
Wydawca: Zysk i S-ka Wydawnictwo
Data premiery: 2009-10-06
Język wydania: polski
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Fiszer Ewa
Rok wydania: 2009
Indeks: 65507216

"Każdy człowiek wart jest trochę więcej, niż sądzą o nim inni, a zarazem - trochę mniej, niż myśli o sobie sam."
Lubię sobie wyobrażać, jak wyglądałoby moje spotkanie z pisarzem, którego książkę akurat czytam. Taka rozmowa przy kawie - bo dla mnie każda książka, to w jakiś nietypowy sposób rodzaj rozmowy...Wyobrażam sobie pisarza i przenoszę na niego cechy powieści. Pat Conroy w mojej wyobraźni, to pełen ciepła, uroczy pan, z lirycznym i pełnym finezji humorem...John Irving ze skłonnością do megalomanii, patrzący na życie przez pryzmat tragedii (ta przytłaczająca, a zarazem fascynująca mieszanka gorzkiego i czarnego humoru!)...Orhan Pamuk z tym tureckim smutkiem...Stephen King - to geniusz, ale brrr...z tymi jego makabrycznymi wizjami (czy człowiek z taką fantazją jest duszą towarzystwa czy raczej odludkiem?)...A teraz najważniesze pytanie dnia: czy chciałabym spotkać kiedyś (oczywiście hipotetycznie) Johna Fowles'a i narazić się na jego spojrzenie? Spotkać zimne oczy Maurice'a Conchis'a? Czy przeniknąłby mnie na wylot i po paru minutach zaledwie miałby gotowy plan nowego spektaklu, w którym bezlitośnie i publicznie wytknąłby wszystkie moje słabostki i wady? To byłoby spotkanie...z posmakiem zimnej, rzeczowej, pozbawionej empatii, rzeczowej, suchej psychoanalizy.
Powieść Fowles'a - zarazem oryginalna, a jednocześnie tak klasycznie starogrecka...z greckimi, niemal antycznymi dekoracjami, bohaterami dramatu zmieniającymi teatralne maski i główną postacią pociągającą za sznurki: to manipulator, mag czy jak siebie sam postrzega - bóg (nie: Bóg, bardziej: ZEUS).
Nicholas Urfe, główny bohater i narrator powieści, niebieski ptak, młodzieniec przeżywający kryzys tożsamości i związku uczuciowego, znajduje ogłoszenie - poszukiwany jest nauczyciel języka angielskiego w Grecji. Oferta ta jest niezwykle obiecująca dla młodego człowieka, który jeszcze nie wie gdzie jest jego miejsce w świecie, daje bowiem obietnicę odcięcia się od wszystkiego, co wywołuje poczucie znudzenia i zblazowania...Młody człowiek postanawia podjąć wyzwanie. Trafia na Phraxos, piękną, ale odizolowaną wyspę, by wstąpić do prawdziwego, mitycznego labiryntu...Jest tutaj Minotaur i Ariadna, tyle tylko, że podana NIć zwodzi, przerywa się i...nie daje gwaracji na bezpieczne dotarcie do celu.
Mam bardzo ambiwalentne odczucia po przeczytaniu tej powieści ...Nicholas Urfe to tylko jedna z Biednych rybek złowiona przez Conchisa. Owszem, młodzieniec jak najbardziej zasłużył sobie na prztyczka w nos i przechodzi w końcu przemianę, ale jaka jest rola Conchisa? On się świetnie bawi! Z pewnością to wybitny psycholog, obserwator, znawca sztuki i erudyta, ale jego sposób przeprowadzania eksperymentów jest suchy, wyrachowany, pozbawiony uczuć i empatii...taki - nieludzki.  Te wszystkie psychologiczne gierki, opowieści, ruchome obrazy i dźwięki...tyle zachodu i kosztów na misteria dla Nicholasa! Urfe to intelektualista, więc Conchis wymyśla konkretny dla niego teatr i rekwizyty. A jak umiejętnie to robi! Przecież nie zmusza go do udziału w grze, tylko wyczuwa jego najczulszy punkt i rzuca przynętę, a jego gość sam zakłada sobie powróz na szyję i zaciska pętlę. Aż ciarki przechodzą mi po plecach, gdy pomyślę jaki "teatr" wymyśliłby dla mnie?
                                         * Ateny

Co do kreacji bohaterów, to uważam, że o ile postać Nicholasa nakreślona jest wybornie (powieść napisana jest z jego punktu widzenia, Nicholas jest narratorem, znamy jego myśli i uczynki, widać w tej postaci sporo szczerości), to dialogi Conchisa zbyt są nużące, zanadto teatralno-patetyczne. (Kiedyś z córką oglądałam film "bollywoodzkiej" produkcji "Czasem słońce, czasem deszcz", który w sumie był uroczy, ale zawierał sceny, za które ukarałabym reżysera chłostą. Oto kiedy nestor rodu zaczynał jakiś moralizatorski monolog dotyczący obowiązków dzieci względem rodziców, poszczególne kwestie podkreślane były prawdziwymi gromami z nieba. Efektowna pauza i TRACH! Ubawiły nas owe sceny do łez...) Myślę, że John Fowles jedynie o włos uniknął podobnej sztuczności i śmieszności...
Mam nieodparte odczucie, że tak jak Conchis zabawia się z Nicholasem, tak autor zabawia się z czytelnikiem...i z pewnością będę musiała przeczytać jakieś inne pozycje, zanim zdecyduję czy mogę obdarzyć Fowles'a sympatią (i przyjąc hipotetyczne zaproszenie na kawę).

Zakończenie - nie wydaje mi się, żeby było nijakie (jak często czytelnicy zaruzcają autorowi). Jest dokładnie przemyślane. Było wielkie BUM, potrzebny jest morał. Tyle tylko, że, to zakończenie...przypomina mi trochę morały bajki Pana Perrault'a...
Ogólnie przyznaję siedem gwiazdek (na dziesięc). Dlaczego, skoro mam takie mieszane uczucia? Sama się sobie dziwię. Z pewnością nie jest to najlepsza powieść, jaką przeczytałam. Jest za to najbardziej intrygująca i wkurzająca. Siedem gwiazdek za część opisującą związek Nicholasa i Alisson, bo to dla mnie mistrzostwo realizmu. Przedstawiony bez upiększeń i zbędnej czułostkowości, samo życie. Chwile uniesień, a potem morze codzienności, we wszystkich odcieniach szarości, zwyczajne przedmioty, zwyczajne gesty, upokarzające drobnostki - jak rozdeptane kapcie ukochanej osoby... i gdzieś między nimi ukryte kody miłości, które dopiero trzeba nauczyć się doceniać...Wreszcie uważam, że warto wraz z bohaterem przejść przez tę drogę przez mękę, odnaleźć się w jego niektórych wadach, a potem w bolesnej diagnozie i szczerze sobie odpowiedzieć na pytanie: czy gdybym otrzymała taką możliwośc, taki własny "bilet na Phraxos", przyjęłabym zaproszenie do gry?
                                         ** Meteory

*,** Zdjęcia pochodzą z moich prywatnych archiwów:)







2 komentarze:

  1. Jedna z moich ukochańszych książek sprzed kilku lat;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Autor nieźle przemaglował mi szare komórki:)

      Usuń