niedziela, 14 października 2012

Siedem dalekich rejsów, Tyrmand Leopold


Z CYKLU:  DOBRE, BO POLSKIE

Pisarz tworzący powieść nie podlega ograniczeniom. Stopniowo  w swojej narracji określa miejsce akcji, buduje napięcie i klimat. Swoimi bardziej lub mniej zwięzłymi opisami buduje przed  oczami czytelnika obraz, wypełniając go po brzegi najdrobniejszymi szczegółami. Dialogi występują bądź nie, (znowu zupełna dowolność konwencji)  i wreszcie otrzymujemy gotowy - podany na talerzu –  świat widziany oczyma pisarza.

W sztuce teatralnej dzieje się jednak inaczej. Rolę opisów spełniają dekoracje, często okrojone do niezbędnego minimum. Twórca sztuki, scenograf – posługują się symbolami. Drewniany stół na środku  sceny, w tle namalowane okno z zasłonami, a widz w teatrze od razu orientuje się, że akcja będzie się toczyć w domu rodzinnym... Symbole działają na naszą podświadomość i stymulują  odpowiednie skojarzenia i obrazy. Natomiast dialogi w sztuce mają znaczenie fundamentalne - ponoszą całą odpowiedzialność za przekaz utworu.  Z nich musi wyłonić się rys i głębia postaci, dialogi muszą stworzyć  akcję, odpowiadają za dynamikę i dramaturgię.

Czytając  „Siedem dalekich rejsów” przez cały czas uparcie odnosiłam wrażenie, że nie czytam typowej powieści, ale że obcuję ze sztuką teatralną. W tej krótkiej formie autor świadomie odrzucił cały rozmach kwiecistych opisów.  Podobnie jak scenograf - odwołał się do symboli. Jego styl jest zwięzły, niemal lapidarny. Rzuca zdawkowo słowa klucze: Darłowo, marzec, rok 1949 - a nasza podświadomość sama już podsuwa nam obrazy.  Oto widzimy zarówno port jak i statki unoszące się na niespokojnych falach, surowy klimat z siekącym deszczem, powojenne miasto, wyludnione uliczki chłostane wiatrem i niemal słyszymy krzyk mew nad głowami…Ta prostota stylu jest niezwykle sugestywna, a jednocześnie jest wyrazem genialności pisarza.

„Siedem dalekich rejsów” jest utworem kameralnym. Tak jak w sztuce teatralnej, w powieści Tyrmanda  zachowana jest jedność akcji, miejsca i czasu. Całość dramatu  rozgrywa się między garstką bohaterów w ciągu trzech dni, w sennym miasteczku, w kilku miejscach zaledwie – ukazanych w paru odsłonach.  
Największe znaczenie w powieści i zarazem największym jej atutem są dialogi. Podobnie jak dzieje się to na scenie – to z dialogów poznajemy relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, poznajemy ich głębię psychologiczną i wreszcie – na dialogu głównie opiera się dramaturgia wydarzeń. Czy w tej powieści nic się nie dzieje? Jestem zgoła innego zdania! Dialogi płyną niewymuszonym strumieniem…Znajdziemy tu wszystko: jest akcja, są zaskakujące zdarzenia, ale także jest dużo…przestrzeni. Jestem oczarowana pełnym elegancji językiem i stylem pisarza. Tyrmand posługuje się piórem z wirtuozerią, bawi się słowem z wdziękiem i finezją wyrażając nostalgię i melancholię bohaterów,  ich żywe emocje, niespełnione marzenia, to znowu rozładowując napięcie sporą dawką humoru.

Bohaterowie  dramatu? Tu także jest oszczędnie. Są nieliczni, ale wszyscy znajdują się   nieprzypadkowo,  a postaci – nawet drugoplanowe - skrojone zostały po mistrzowsku. Po prostu kilka osobistości lokalnych i para przyjezdnych intruzów.  ONA - historyk sztuki u progu dobrze rokującej kariery; świadoma swej urody, młoda kobieta, pewna swego losu, u boku narzeczonego w Warszawie.  ON – dziennikarz,  trochę Don Juan, ale też trochę malwersant i „przemytnik” – człowiek, który chce uciec z kraju, w którym nie widzi perspektyw. Od jakiegoś czasu pieczołowicie przygotowuje się do tego przedsięwzięcia, bo przy okazji chce wywieźć  za granicę dzieło sztuki,  które ma stać się  polisą na jego dostatnie życie. Ewa i Jan Roland – to nieznajomi, którzy znaleźli się w tym samym miejscu i w tym samym czasie…i właściwie z tego samego powodu…Między nimi nieoczekiwanie coś zaiskrzyło i pojawia się uczucie.  Miłość? Może zbyt prędko byśmy mogli zawyrokować, bardziej głęboka namiętność. Podoba mi się sposób, w jaki autor przedstawił kochanków. Między nimi toczy się wyrafinowana gra słów, aluzji  i niedopowiedzeń, ale nie ma taniego romansu ani banału…Po prostu dwoje obcych ludzi spotyka się …i nagle zaskoczeni dowiadują się o sobie czegoś nowego…Czy oboje w równym stopniu gotowi są, by podążyć  nieznaną drogą?

 „Siedem dalekich rejsów” -  to nazwa restauracji. Mieszkańcy Darłowa zmagający się z szarą rzeczywistością, biedą i nękającą władzą – codziennie przyglądają się wpływającym do portu statkom – rozmawiają z marynarzami przybywającymi z dalekich, ciekawszych, zamożniejszych, bardziej kolorowych i normalnych – wreszcie krain. Czyż można było wymyślić  lepszą nazwę dla restauracji, której właściciel w pięknych, wielobarwnych, fantazyjnych butelkach pochodzących z całego świata sprzedaje „łyk ułudy”, „kropelkę marzenia” lub „smak wolności”? 
Czyż można było wymyślić  lepszy tytuł, dla powieści, która oddaje klimat swych czasów i pełen tęsknoty i melancholijny nastrój  społeczeństwa, któremu przyszło żyć  w powojennej, komunistycznej Polsce?


21 komentarzy:

  1. Piekna recenzja, odnalazlam w niej wiele ze swoich odczuc z czytania "Siedmiu dalekich rejsow" :-).

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ bym chciała sięgnąć w końcu po którąś z powieści Tyrmanda. Już czuję, że pisarz znajdzie się w gronie moich ulubionych.

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoje recenzje należą do moich ulubionych. Potrafisz zaczarować słowem. Ku mojemu rozczarowaniu w mojej bibliotece tej książki nie ma. Ale będę jej poszukiwać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo miło mi to słyszec:) Dziękuję, przy magicznych książkach - łatwo o entuzjazm:)

      Usuń
  4. Cudowne! Tak piszesz o tej książce, że nie sposób się oprzeć. Dawno już chciałam po nią sięgnąć, tylko mnie utwierdziłaś w przekonaniu, że warto:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że tak uważasz, przekonuję się, że Tyrmand to klasa i wysoka jakośc:)

      Usuń
  5. Twórczość tego pisarza mam w swoich planach czytelniczych...
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja po przeczytaniu "Złego" bardzo chcę sięgnąć po kolejne książki Tyrmanda, ale zacznę na pewno od tych, które mam w domu - "Dziennik 1954" i "Życie towarzyskie i uczuciowe". Jeśli mnie też tak oczaruje, to poszukam kolejnych :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede mną obie te pozycje i bardzo się cieszę, wiem już, że się nie zawiodę:)

      Usuń
  7. Tej książki Tyrmanda nie posiadam i jeszcze nie czytałam. Chyba już wiem, o co w tym roku poproszę Mikołaja. ;)

    OdpowiedzUsuń


  8. Serdecznie zapraszam do zabawy z okazji pierwszych urodzin naszego bloga :)

    http://ksiazeczki-synka-i-coreczki.blogspot.com/2012/08/urodzinowe-candy.html

    Z góry przepraszam za spam

    OdpowiedzUsuń
  9. Ach, jak ja uwielbiam Tyrmanda!:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Piekna recenzja:) Z wielką, wielgaśną przyjemnością przeczytałam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z niepokojem czekałam na Twoją opinię, w końcu wkroczyłam na Twój grunt:)

      Usuń
    2. eee bez przesady:) taki on mój, jak i twój:) A film widziałaś?

      Usuń
    3. no, teraz już trochę też mój:) na film poluję, jeszcze nie widziałam...ale go nie przepuszczę

      Usuń
  11. Mało któremu autorowi ufam tak bardzo jak Tyrmandowi, po jego książki sięgam nawet bez czytania opisów ;) Rejsów trochę zazdroszczę, bo te jeszcze przede mną ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przeczytaniu Złego - myślałam, że to świetny pisarz, ale powieścią Siedem dalekich... - po prostu ujął mnie za serce...

      Usuń
  12. Widzę, że zasmakowałaś w Tyrmandzie:) Kolejna, świetna skądinąd, recenzja jego książki utwierdza mnie w przekonaniu, iż warto sięgnąć po tego autora. A lakoniczność wypowiedzi, oszczędność, ale i finezja stylu oraz niezwykły klimat zdają się być zapowiedzią interesującej lektury. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam w planach tą książka, szczególnie, że uległam urokowi Tyrmanda i już wiem, ze przepadłam... :)

    OdpowiedzUsuń