piątek, 27 lipca 2012

Urlopik:)



Taki zachodzik upolowałam w zeszłym roku na urlopie. Właśnie pakuję walizkę, lekturki i znikam na chwilkę, (może coś fajnego pstryknę). Na blogu jestem od niedawna i bardzo mi się ta zabawa spodobała. Bardzo lubię kontakt z tak sympatycznymi i inspirującymi czytelnikami.  Dziękuję za Wasze odwiedziny, miłe słowa i komentarze:) Teraz na chwilę wracam do świata bez telewizora, radia i bez zasięgu. Mam nadzieję, że całkiem nie zapomnicie o mnie i wpadniecie znowu, po moim powrocie. Serdecznie pozdrawiam!!!

A czytajcie dużo!

Ola

czwartek, 26 lipca 2012

Kłopoty Pettsona, Nordqvist Sven


Tytuł:    Biedny Pettson
Autor:   Nordqvist Sven
Wydawca:  Media Rodzina
Rok wydania: 2009
Ilość stron:  24

DLA DZIECI, ZWŁASZCZA TYCH - UKRYTYCH W DOROSŁYCH POSTACIACH…

Dzisiaj będzie nieco odmiennie. Chcę się z Wami podzielić wrażeniami z mojego najświeższego nabytku i – jak sądzę - początku wielkiego zauroczenia…

Poszukuję niebanalnych książek dla dzieci i ponieważ zawsze słucham dobrych rad, za namową Vandenesse (której bardzo dziękuję), zakupiłam książkę Svena Nordqvista „Kłopoty Pettsona”. Jest to tylko jedna z części całej serii, którą napisał  autor, który co prawda z wykształcenia jest architektem,  ale za to z całą pewnością z powołania i z miłości – jest pisarzem dla dzieci.  

Boheterem książeczek jest starszy, gderliwy pan - Pettson  i jego psotny, uparty i pomysłowy kot – Findus.  Oczywiście w otoczeniu Pettsona – jak to na wsi – zwierzątek jest znacznie więcej, (ech, te urocze kurki pijące kawę z filigranowych filiżaneczek!), a jeszcze sporo innych zwierzaków  zagości w pozostałych częściach serii, o czym mam zamiar osobiście się przekonać.

„Kłopoty Pettsona” to krótka historyjka o staruszku, który wstał z łóżka lewą nogą i ma ochotę tylko użalać się nad sobą, ale jego kot – no cóż – kot ma zupełnie inne plany…


Pettson – to staruszek z trochę niechlujną brodą i w obwisłym ubraniu… ale kot Findus! Kot jest genialny. Warto przyjżeć się ilustracjom i zobaczyć co wyrabia ten zwierzak, do jakich podstępów się ucieka, aby tylko zwrócić na siebie uwagę… Jaką zdolną rękę ma rysownik! Kot Findus znudzony, rozwalony, bujający się na krześle – to po prostu kwintesencja znudzenia…nuda w najczystszej, krystalicznej postaci….

Treść książki – to krótka, nieskomplikowana historia, z przesłaniem, wnosząca w proste, codzienne, szare życie sporo pozytywnej energii. W „Kłopotach Pettsona” przesłanie dotyczy przyjaźni. Największym walorem jednak książki są jej ilustracje, które powinny zachwycić zarówno dzieci jak i dorosłych. Obrazki są oryginalne, pełne humoru i ekspresji, a w charakterze rysunku wyczuwa się pewną skłonność rysownika do karykatury. Są one tak naładowane szczegółami, że za pierwszym razem wiele fajnych detali umyka. Za każdym razem odkrywa się coś nowego. Ilustracje są po prostu genialne. Warto wspomnieć, że tym uzdolnionym ilustatorem książki jest sam jej autor.

Jestem oczarowana książeczką i polubiłam jej bohaterów, a zwłaszcza stałam się fanką kota Findusa. Polecam gorąco!


I tylko jest jeden problem: kupiliśmy dziecku…więc trzeba dziecku oddać!




wtorek, 24 lipca 2012

Ziarno prawdy, Miłoszewski Zygmunt


Autor:   Miłoszewski Zygmunt
Seria:  Mroczna seria
Wydawca:  Wydawnictwo W.A.B.
Rok wydania:  2011
ilość stron: 400

Dzisiaj coś lżejszego, żebyście nie myśleli, że ja sobie tylko lubię komplikować  życie…

Z CYKLU: DOBRE, BO POLSKIE

Z czym kojarzy się Wam pojęcie dobrego kryminału? Ostatnio płyniemy na fali (ba, to już powódź)  modnych, skandynawskich, mroźnych klimatów…albo klasyka…ale jeśli chcemy czegoś rodzimego? Czegoś z naszego podwórka? W dodatku na najwyższym poziomie?
Nie czytam kryminałów nazbyt często, ale jeśli już za czymś się rozglądam, to taka pozycja musi spełniać kilka kryteriów. Ważne jest, aby śledzić rozwiązanie zagadki kryminalnej na oryginalnym tle,  żeby autor potrafił sprzedać jakąś ciekawą historię obok najważniejszego wątku, żeby nie eksponował jedynie zbrodni.  Dobry pisarz pozwala otrzeć  się inteligentnemu czytelnikowi o prawdę, pozwala domyśleć się przez jedno uderzenie serca, kto jest  prawdziwym  sprawcą, pozwala niemal zajrzeć mu w oczy,  po czym równie szybko i umiejętnie zmyli wszystkie tropy i zwiedzie na manowce …i wreszcie – pozwólcie wypowiedzieć mi się  jako kobiecie – autor powinien zadbać, aby  rozwiązanie zagadki przypadło w udziale szalenie inteligentnemu przedstawicielowi prawa… Niedawno przeczytałam książkę, która spełniła wszystkie moje powyższe kryteria, która oczarowała mnie i na zakończenie pozostawiła z nieodpartym wrażeniem, że teraz długo poczekam na tak wysmakowany i dobry kryminał.


Co prawda „Ziarno prawdy” to drugi tom przygód Teodora Szackiego, pierwszy (dość przyzwoity)  kryminał tej serii „Uwikłanie” przeczytałam później – przestawiając kolejność bez żadnego uszczerbku dla zdrowia.  Teodor Szacki to białowłosy prokurator z Warszawy (w tym miejscu miałam sporo problemów, żeby wyobraźnia przestała mi podsuwać w jego roli Huberta Urbańskiego). Prokurator Szacki na skutek niepowodzeń i perturbacji życiowych przenosi się do Sandomierza. Nie potrafi się odnaleźć w nowym środowisku, ale już wkrótce…jego umiejętności staną się bardzo użyteczne. Zamordowana zostaje jedna z najbardziej znanych i lubianych osób w mieście, a tropy prowadzą daleko w przeszłość… przy okazji naświetlając sprawy zgromadzone wokół „mitów” narosłych w związku ze  skomplikowanymi polsko – żydowskimi  stosunkami.


Z pewnością Sandomierz to miasto, którego nie trzeba specjalnie reklamować, posiadające niepowtarzalny klimat, który autor umiejętnie oddał w swojej powieści wraz z zabytkami, ciekawostkami, nawet anegdotkami dotyczącymi kręcenia serialu „Ojciec Mateusz”.  Powieść zawiera wszystkie elementy gwarantujące rozrywkę najwyższego gatunku: świetną historię, dobrze wykreowane postaci pod względem ich konstrukcji psychologicznej, przebłyski humoru dla rozładowania napięcia oraz głównego bohatera - detektywa, który – uwierzcie – nie zatrze się w bezimiennym tłumie postaci literackich. Dużym atutem naszego rodzimego pisarza jest jego warsztat literacki. Pana Miłoszewskiego po prostu świetnie się czyta! Czekam z niecierpliwością w jaką kolejną kabałę zostanie uwikłany  nasz  przystojny prokurator.

piątek, 20 lipca 2012

Bóg rzeczy małych, Roy Arundhati


Autor: Arundhati Roy
Tytuł oryginału: The God of Small Things
Wydawnictwo:  Zysk i S-ka , 1997
Seria:  Kameleon
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Stron: 320

CYKL: KSIĄŻKI NIEDOCENIONE

Nie macie wrażenia, że czasem w zalewie nowości umyka nam jakaś wartościowa rzecz? Mam taką ukochaną powieśc i bardzo boleję nad tym, że jest mało znana i niedoceniona.
Wy też z pewnością znacie taką pozycję. Jeśli chcecie, podzielcie się doświadczeniamiJ

Arundhati Roy to indyjska działaczka społeczna i polityczna, urodzona w 1961 na prowincji Indii, mieszkająca w New Delhi. Koncentruje się głównie na publicystyce związanej ze swoją działalnością (jest zagorzałą przeciwniczką globalizacji), ale jest też wszechstronnie utalentowana, tworzy scenariusze filmowe i eseje, a w roku 1996 napisała powieść: "Bóg rzeczy małych", którą spowodowała niemałe zamieszanie w świecie literackim. Utwór ten przyniósł jej natychmiastową międzynarodową sławę (przełożono go na 17 języków) i komercyjny sukces, a w 1997 roku dzięki niemu autorka zdobyła Booker Prize.

Książkę przeczytałam w 2000 roku, kiedy ukazała się w polskim przekładzie i od razu podbiła moje serce.
"Bóg rzeczy małych", to powieść w dużym stopniu autobiograficzna. Akcja umiejscowiona jest w Kerali, w której urodziła się i dorastała autorka. Jest to stan w południowo-zachodnich Indiach, na Wybrzeżu Malabrskim. Nazwa: Kerala pochodzi od słów "kera" i "alam" (kraina palmy kokosowej) i trzeba przyznać, że jest ona wysoce adekwatna i trafna jak na określenie tak malowniczego miejsca. Arundhati Roy na tyle blisko związana jest ze środowiskiem filmowym (jej mąż Pradip Krishen jest reżyserem), że doskonale zdawała sobie sprawę, że miejsce w którym spędziła dziecińswo stanie się idealną scenerią i świetnym kontrastem dla historii, którą chciała przekazać. Kerala to teren rolniczy, z plantacjami herbaty, uprawami ryżu, palm kokosowych, kauczuku, pieprzu, wanilii i cynamonu. Wszystko to stanowi feerię barw i zapachów, którymi powieść jest przesycona.




Warto przed przystąpieniem do lektury przyswoić sobie nieco wiedzy na temat stosunków połecznych panujących w Kerali, bo jest to region niezwykły, gęsto zaludniony, a populację tworzy szczególny zlepek wielu kultur. Obok siebie współisnieje kilka religii, które koegzystują na zasadzie względnej tolerancji (niestety zdarzają się krwawe ekscesy). Większość mieszkańców (jak nestorzy rodziny głównych bohaterów powieści) to ortodoksyjni hinduiści (ok 56% społeczeństwa), poza tym żyje tu sporo chrześcijan, wyznawców islamu oraz judaizmu i innych religii. Teren ten w przeszłości wielokrotnie poddawany był wpływom brytyjskim, holenderskim i portugalskim (kolonie), silne były wpływy komunistyczne, więc nie może dziwić swoisty misz-masz kulturowy. Mieszkańcy tego regionu (tak jak bohaterowie powieści) często wykazują pro-brytyjskie lub pro-amerykańskie nastawienie. Wydawać by się mogło, że powyższe okoliczności, a także fakt, że zdarzają się małżeństwa "mieszane" - nastawia mieszkańców kosmopolitycznie i tolerancyjnie, ale Arunhati Roy szybko obala ten mit. Trzeba wyraźnie podkreślić, że pomimo fascynacji życiem "zachodnim" - ortodoksyjni Hindusi w swoich domach pod płaszczykiem nowoczesności nadal sztywno przestrzegają podziałów społecznych, kast, rozgraniczenia ról i praw mężczyzn i kobiet. Małżeństwa dopuszcza się w zasadzie tylko z przedstawicielami własnej społeczności, córki po rozwodzie trafiają poza margines społeczny, a dzieci, których rodzice się rozwiedli stają się dziećmi gorszego gatunku... Przykładem - taką swoistą "alegorią" stosunków społecznych panujących w Kerali jest w powieści postać Pappaćiego. Wygląda jak angielski dżentelmen, jeździ plymouthem, a przy każdej okazji maltretuje swoją rodzinę, odgrywając na niej własne frustracje zawodowe.

Spotkałam się z zarzutami czytelników, że książka nie spełnia oczekiwań, ponieważ nie ukazuje tradycyjnych Indii. To przecież nie miała być tradycyjna książka! Co prawda, Arundhati Roy dostarcza sporą dawkę egzotyki wraz z pejzażem, korzennymi zapachami, strojami czy z opisem tancerzy Kthakali (słynnego teatru wywodzącego się z religijnych ceremonii), ale pisarka chciała pokazać coś innego, wpływ globalizacji, kulturowy indyjsko-brytyjso-amerykański melanż.

Tej powieści potrzeba przecież szerszej perspektywy! Wtedy zaobserwujemy zjawisko podobne do tego, jakie zachodzi w Europie  - ciągłe zacieranie różnic między regionami. To dotyka nie tylko nas, staje się także udziałem innych społeczności, w tym przypadku prowincji Indii. Musimy też zdawać sobie sprawę, że każdy kraj, który chcemy poznać, ma różne oblicza (Indie, to nie tylko barwne sari) i trzeba otworzyć się na jego różne odcienie. Wyobraźmy sobie, że ktoś uparcie chce poznać Polskę tylko przez pryzmat serialu o Janosiku...(!)

Czytając powieść zyskujemy świadomość, że w coraz większym stopniu zarówno my - Europejczycy, jak i Hindusi po drugiej stronie kuli ziemskiej - jesteśmy mieszkańcami wielkiej globalnej wioski, niestety z wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami. I chociaż autorka zachowuje spory dystans do tego zjawiska - zaczynamy rozumieć alterglobalistyczne dążenia Arunhati Roy już jako społecznej działaczki...

Największym atutem książki jest jej język. Autorka od pierwszej strony zachwyciła mnie liryczną stylistyką, a przy tym wykazała się niezwykłą znajomością psychologii i wrażliwości dziecka, by przedstawić świat z jego punktu widzenia. Jej proza jest pełna magii i bardzo plastyczna. Zachwyca mnie to, że że poszczególne sceny (wypełnione rekwizytami i detalami; harmonijnie i z lekkością skomponowane w rytmie: teraźniejszość - retrospekcja) przesuwają się jak kadry w gotowym scenariuszu. Nie powinno to jednak dziwić, skoro wiemy, że autorka zna świat filmowy od podszewki. Jej dramatyczna, pełna poezji i pod każdym względem wyjątkowa powieść ma DUSZĘ...Czytelnik od pierwszej strony, zatapia się w sugestywnych opisach przyrody, oddycha gorącym, pełnym kurzu - w okresie suszy i wilgotnym, parnym, przesyconym różnymi zapachami powietrzem - w okresie monsunów; a także zanurza się w dusznych od emocji relacjach bohaterów powieści.

" - To co, jakie masz plany? - spytała niepewnym głosem - Jak długo zostajesz? Już zdecydowałaś?
Rahel próbowała coś powiedzieć. Efekt był poszarpany jak kawałek blachy z puszki. Podeszła do okna i otworzyła je, aby zaczerpnąć świeżego powietrza.
- Zamknij, kiedy już się naoddychasz - powiedziała Baby Koćamma, zatrzaskując twarz jak szafę."


Bohaterami książki są biźnięta, które przejeżdżają wraz z matką po jej rozwodzie do Ajemenem - małej wioski w Kerali, gdzie żyją w miarę szczęśliwie przeżywając swoje dziecięce radości i troski, aż do momentu, gdy wydarzyło się WIELKIE ZŁO, i spowodowało, że ich dzieciństwo rozbiło się jak kruche szkło. Dramat, który się rozegrał jest osią powieści. Czytelnik rzucony zostaje w sam środek rodzinnej tragedii, po czym cofa się w czasie i przygląda się jak bohaterowie kroczą bezwiednie lub pchani są ku swemu przeznaczeniu. Jednak nie tylko tragiczny wypadek wpłynął na los tych dzieci o wrażliwych sercach i ich matki o niepokornej duszy, (tak jak mały kamyk jeszcze nie zapowiada lawiny) lecz suma różnych z pozoru nic nieznaczących zdarzeń, złych decyzji, opacznie zrozumianych słów, manipulacji i uprzedzeń społecznych.

"Może to prawda, że wszystko może się zmienić w ciągu jednego dnia. Że parędziesiąt godzin moe wpłynąć na bieg całego życia. A kiedy tak się stanie, te parędziesiąt godzin, jak ocalałe resztki spalonego domu - zwęglony zegar, osmalona fotografia, przysmalone meble - trzeba wyjąć spośród zgliszczy i obejrzeć. Zachować. Wytłumaczyć. Małe zdarzenia, zwyczajne rzeczy, stłuczone i na powrót sklejone. Nasycone nowym znaczeniem, nagle stają sie zbielałym kośćcem opowieści. A jednak teza, że wszystko zaczęło się od przyjazdu Sophie Mol do Ajemenem, jest tylko jedną z możliwych. Równie dobrze można utrzymywać, że naprawdę (...) wszystko zaczęło się w dniach, kiedy stanowiono Prawa Miłości. Prawa, które mówiły kogo i jak należy kochać. I jak bardzo."

Szperamy więc w zgliszczach i nadwęglonych skorupach utraconego dzieciństwa młodej kobiety, dokonujemy wiwisekcji jej wspomnień, przeglądu parudziesięciu godzin feralnego lata i próbujemy znaleźć jakiś wartościowy przedmiot, okruch, coś co pozwoli przywrócić jej brata do życia...


"Bóg rzeczy małych" jest wciąż książką niedocenianą... Nie mogę zgodzić się z opinią, że jest zbyt dołująca i tragiczna, bo co prawda - jest opowieścią o bolesnych powtarzających się powrotach do domu rodzinnego...o kruchości magicznego okresu jakim jest dzieciństwo i dramacie wynikającym z bycia dorosłym... o zgorzkniałości serca starej kobiety... o współczesnych Indiach, którecia - ale przecież nade wszystkim, książka niesie przesłanie, że walka o ukochaną osobę jest ciężka, ale nie beznadziejna...

Nie przeczę, że książka może być odebrana jako trudna, osobiście odbieram ją jako powieść - manifest, z mocnym akcentem na krzywdę ludzką. Prawdą jest jednak, że Arundhati Roy coś ze mną zrobiła, urzekła mnie tak, że ciągle do niej wracam i wciąż od nowa chcę czytać o uroczych bliźniętach, o dzieciach, które Bóg na chwilę stracił z oczu, a potem jakoś zapomniał się o nie upomnieć. Patronem zaś ich zostały tylko bóg rzeczy małych.



czwartek, 19 lipca 2012

Podróże z Herodotem, Kapuściński Ryszard


Tytuł:    Podróże z Herodotem
Autor:   Kapuściński Ryszard
Wydawca:  Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Rok wydania:  2005
Ilość stron:  262

Z cyklu: DOBRE, BO POLSKIE

Podróże z Herodotem to autobiograficzny utwór literacki, od którego, jak mi się wydaje - pomimo, że powstał tak późno, należałoby rozpoczynać swoją przygodę z Ryszardem Kapuścińskim. Jest to utwór z pogranicza literatury pięknej i reportażu, w pewnym sensie pamiętnik, pełen autentycznych wrażeń i emocji autora, zdecydowanie doceniony przez czytelników, bo nagrodzony literacką nagrodą NIKE w 2005 roku.

 Jest to dzieło niezwykłe. Z jednej strony przedstawia inicjację naszego najwybitniejszego reportażysty w zawodzie, a z drugiej strony - jest to hołd złożony wybitnemu człowiekowi, żyjącemu dwa i pół tysiąca lat przed nami, pierwszemu historykowi i dokumentaliście, przewodnikowi duchowemu autora - Herodotowi.
 Ryszard Kapuściński urodził się w 1932 roku, studiował w trudnych warunkach, w powojennej Polsce. Ta informacja ważna jest zwłaszcza dla młodych czytelników, dla których wyjazd za granicę jest tak powszedni, jak bułka z masłem. W czasie, kiedy Ryszard Kapuścinski studiuje, w Polsce jest sytuacja polityczna tego typu, że  wydrukowanie dzieła Herodota zostaje wstrzymane, bo lepiej nikogo nie drażnić, nie narażać się, dopiero zmarł towarzysz Stalin...Jakże nierealne w takim klimacie wydawały się marzenia o wyjeździe - chociażby do Czechosłowacji!


 Zaraz po studiach Ryszard Kapuściński rozpoczął pracę w redakcji Sztandaru Młodych jako goniec, ale już wkrótce zauważono jego potencjał (w 1956 roku otrzymał nagrodę - Złoty Krzyż Zasługi - za reportaż o trudnych warunkach życia robotników w Nowej Hucie) i wkrótce otrzymał możliwość wyjazdu w swoją pierwszą zagraniczną  podróż - niebagatelka - bo do Indii, a wkrótce - do Chin. W "Podróży z Herodotem" zostały opisane między innymi wrażenia związane z tymi pierwszymi podróżami.
 Ciężko uwierzyć, ale najważniejsze wrażenia, jakie odniósł autor z tych wypraw to - FRUSTRACJA i PORAŻKA. Kiedy jego marzenia się spełniają i uzyskuje upragniony stempel w paszporcie, okazuje się, że rzeczywistość go przerosła, niemal przygniotła. Uzmysłowił sobie, że jest kompletnie nieprzygotowany, nie zna języka, kultury, brakuje funduszy - zewsząd bariery! Poczuł się wyalienowany. Zrozumiał, że rzucony na głębokie wody, nie tylko stał się obiektem obserwacji napotkanych Europejczyków (jako trochę dziwaczny, źle ubrany przybysz  spoza żelanej kurtyny), ale co ważniejsze - poczuł niezwykłą presję. W końcu został wysłany jako reporter, ofiarowano mu niezwykłą szansę, więc pomimo jego niedoświadczenia i nieprzygotowania, oczekiwano czegoś w zamian! Co robi? Zaczyna uczyć się języka angielskiego, zwiedza, studiuje dzieła, które wpadną mu w ręce, przygląda się ludziom, notuje spostrzeżenia i coraz bardziej ubolewa nad własną ignorancją.

 Przez długi czas jest przekonany, że jego dwie wielkie podróże były czasem zupełnie zmarnowanym. Dopiero po wielu latach, po przewertowaniu z trudem zdobywanych albumów i książek o kulturze, filozofii, religii, historii tych krajów, dochodzi do wniosku, że jednak to nie był czas stracony, że z każdą książką, z każdą  nową wiadomością, odkrywa nowy sens i nowe znaczenia wielu przeżytych wcześniej wrażeń i doznań, zaczyna rozumieć zaobserwowane reakcje ludzi. Zrozumiał, że wciąż i wciąż od nowa przeżywa te swoje pierwsze podróże. W "Podróżach z Herodotem" znajduje się fragment, bodaj najpiękniejszy cytat - perełka, prawdziwa esensja podróżowania: "Podróż przecież nie zaczyna sie w momencie, kiedy ruszamy w droge, i nie kończy, kiedy dotarlismy do mety. W rzeczywistości zaczyna sie dużo wcześniej i praktycznie nie kończy sie nigdy, bo taśma pamięci kręci sie w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej."


 Mocną stroną autora "Podróży z Herodotem" jest jego stosunek do ludzi. Ryszard Kapuściński opisuje człowieka z empatią i dużą wrażliwością. Dotyczy to zarówno jego rozważań wokół samego Herodota, jak i bohaterów przez niego opisanych (niemal mitycznych władców i wojowników), a także tej części książki, która poświęcona jest  człowiekowi współczesnemu. Zachwycił mnie fragment dotyczący Louisa Armstronga. Ryszard Kapuściński miał okazję w Chartumie uczestniczyć w koncercie tego wielkiego artysty, który zrobił na nim wstrząsające wrażenie, a później kiedy okazało się, że przypadkiem obaj zameldowani są w jednym hotelu, popijają kawę przy sąsiednich stolikach, autor snuje o Armstrongu kilka refleksji, ale dyskretnie, bez zakłócania jego spokoju i prywatności.
 "Dzieje" Herodota Ryszard Kapuścinski otrzymał w prezencie przed swoją pierwszą wyprawą i praktycznie nigdy się z tą pozycją nie rozstawał. To nie było chwilowe zauroczenie, książkę zabierał w każdą podróż i często kontemplował. Wiele swoich przemyśleń zawarł w "Podróżach...". Myślę, że wprowadzenie tego wątku było genialnym posunięciem, nie tylko poprzez uzyskany rozmach (miejsce akcji książki: ok 3/4 świata, czas akcji: ok 3 tysiące lat). Dzięki temu książkę czyta się dwutorowo. Śledzimy jednocześnie pierwsze podróże polskiego "cesarza reportażu" (zdając sobie sprawę, że przy okazji przekraczania granic między państwami - autor kładzie akcent na przekraczanie "własnych granic", ukazuje wszystkie bariery i przeszkody, jakie stanęły mu na drodze). Wreszcie Kapuściński przekracza jeszcze jedną granicę - "granicę w czasie" i streszczając w jakimś stopniu dzieło Herodota, a także opatrując je własnym komentarzem, uzmysławia nam jaką pracę wykonał jego wielki poprzednik, z czym musiał się borykać człowiek, którego pasja "wiedzy" dwa i pół tysiąca lat temu, w świecie bez kolei i samolotów, nakazała odwiedzać odległe zakątki Ziemi, pytać, szukać, dociekać, a później dokonać jeszcze tytanicznego wysiłku spisania wyników owych poszukiwań...

 Książka "Podróże z Herodotem" wydana została w 2004 roku, a więc stosunkowo późno. Można powiedzieć, że paradoksalnie - książka o początkach drogi zawodowej i pasji podróżowania autora - powstała u schyłku jego życia, jako jedna z jego ostatnich książek. Czy można zaryzykować i powiedzieć, że jest to jego "duchowy testament"?


środa, 18 lipca 2012

Chłopiec z latawcem, Hosseini Khaled


Tytuł oryginału: The Kite Runner
Autor: Hosseini Khaled
Wydawca: Bloomsbury Publishing
Rok wydania: 2008
Stron: 352

Oto moja kolejna propozycja na ciekawą, urlopową lekturę: Chłopiec z latawcem"


„Dla ciebie – tysiąc razy” -

 – słowa tak ważne i proste, płynące z serca, pełne oddania i szczerej przyjaźni… Wypowiadane w ważnych chwilach, działające jak uścisk dłoni, jak objęcie ramieniem przyjaciela…

 …ale też jednocześnie słowa, które tkwią jak drzazga i stanowią wyrzut,... które po latach ciągle wspomina się ze wstydem. Chciałoby się je zatrzeć w pamięci, a one uparcie powracają w snach, by przypominać bolesne wydarzenia…

 „Chłopiec z latawcem” to powieść przedstawiająca koleje losu mlecznych braci, ich wspólne dorastanie, a później rozłąkę. To historia chłopców, których wiele łączy i których jeszcze więcej podzieli…


 Pierwsze, co nasunęło mi się po lekturze powieści, to refleksja na temat samego tytułu. Dla polskich (europejskich) czytelników nie posiada on właściwego ciężaru znaczeniowego. Równie dobrze mógłby bzmieć: Chłopiec z wiaderkiem, z rowerkiem, z procą… Wszystko kojarzyłoby się nam jednakowo. Po prostu: chłopiec z zabawką. Latawiec – płachta i kawałek sznurka, niezbyt u nas popularny , bo co tu się czarować, w dzisiejszej dobie – nasze „skomputeryzowane” pociechy ze „skomputeryzowanymi” tatusiami nie mają czasu na puszczanie latawców. Czasem widujemy je podczas wakacji, na plaży...

 Gdyby jednak zastanowić się i poznać historię latawca, to okazuje się, że jest ona imponująca.

 Latawiec – najstarszy latający „przyrząd” - powstał prawdopodobnie kilkaset lat przed naszą erą w Chinach. Być może jakiemuś rolnikowi wiatr zerwał kapelusz, co natchnęło kogoś do konstrukcji latającego obiektu. Ciekawa legenda głosi, że generał Han Xin – około 200 roku p.n.e. chcąc zająć królewski pałac – dokonał za pomocą latawca pomiaru odległości między pozycją swoich wojsk, a murami pałacu. Istnieją informacje, że latawce używane były przez cesarzy chińskich w celach wojennych. Konstruowane były z papieru ryżowego lub jedwabiu i bambusowych listewek. Nadawano im kształt przedziwnych bestii i smoków, malowano na jaskrawe kolory i płoszono nimi szeregi przeciwników. Do dziś co roku w Chinach obchodzone jest niezwykle malownicze Święto Latawców, które przyciąga rzesze turystów.


 Z czasem latawiec stał się popularny w Korei, Japonii, Indiach, w krajach arabskich, także w kraju, z którego pochodzi amerykański pisarz Hosseini: w Afganistanie. W XIV wieku trafił do Europy, a do Polski mniej więcej w czasie najazdu Tatarów. Puszczanie latawców często było ulubioną rozrywką rodzin panujących. Podobno w Tajlandii zajęcie to zaaferowało władcę tak dalece, że zupełnie zaniedbał sprawy swego kraju. Dla opamiętania, w roku 1358 wydano edykt zakazujący puszczania latawców w obrębie pałacu… W krajach dalekiego wschodu tradycja puszczania latawców wiąże się często ze świętowaniem (czy to ukończenia sezonu zbiorów, czy dla uczczenia męskich potomków) – w każdym bądź razie ma wyraz wielce symboliczny. Latawiec – to przedmiot pożądania i kultu.

 W Afganistanie – co ważne, ze względu na akcję powieści, tradycja puszczania latawców jest niezwykle istotna. Jest nie tylko świętem, ale także rodzajem zawodów – chociaż z pewnością nie do końca sportowych. Chłopcy, którzy zaczynają brać udział w zawodach latawców – przechodzą swego rodzaju inicjację, a zdobyte latawce przeciwników, stanowią trofea, które wiesza się na honorowym miejscu – w salonie, na widoku wszystkich gości.


 Latawiec odgrywa istotną i symboliczną rolę w powieści Hosseiniego, ale nie wyobrażajcie sobie, że będziemy śledzić sielski obrazek małych baraszkujących chłopców. Otóż nic z tych rzeczy.

 Amir to inteligentny, oczytany, nadwrażliwy chłopiec, który urodził się w bogatej i uprzywilejowanej rodzinie, Hassan, to syn służącego, jego najbliższy towarzysz zabaw i powiernik. Sprytny, sprawny i szczerze oddany.
 Hassan jest usłużny i wierny jak przysłowiowy psiak. Amir żywi wobec swego kompana dość skomplikowaną mieszankę uczuć. Kocha go jak brata, ale jednocześnie jest świadomy wyższości swego pochodzenia, potrafi z dziecięcym okrucieństwem kpić z chłopca i jest o niego zazdrosny. Mocno się wydaje, że słowo PRZYJAŹŃ jest tu nie do końca na miejscu.

 Amir z wielu powodów nie czuje się szczęśliwy, dotkliwie brakuje mu matki, która zmarła przy porodzie. Wie, że jego ojciec podświadomie obwinia go o jej śmierć. Jest także zorientowany, że nie jest takim synem, jakiego ojciec sobie wymarzył. Chłopiec jednak wierzy, że wkrótce wszystko się odmieni, przygotowuje się bowiem do zawodów latawców i spodziewa się sukcesu. U jego boku będzie przecież niezawodny Hassan, najlepszy „łapacz” latawców. Razem zdobędą najważniejsze trofeum, będą wiwaty, tłum gości i wreszcie...uznanie ojca.

 Długo wyczekiwane zawody latawców istotnie stały się momentem zwrotnym w ich życiu. Tyle tylko, że …nie wszystko potoczyło się tak jak w wymarzonym scenariuszu.


Książka według mnie jest rewelacyjna...ale nie mogłam przyznać jej najwyższej noty, ponieważ pewien szczegół nie daje mi spokoju. Historia powieści zatacza koło, wszystko zgranie i logicznie z siebie wynika, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że istnieje pewien słaby punkt. Wydaje mi się, że po to właśnie, aby konstrukcja była tak idealna, potrzebne było, aby Hassan przyznał się do niesłusznego zarzutu kradzieży, a to zachowanie z psychologicznego punktu widzenia nie wydaje mi się prawdopodobne. O ile obraz Amira i jego ojca oddana jest bardzo realistycznie, z wadami i zaletami, portrety są pełne prawdy, to postać Hassana, wybielona i wyprana z instynktu samozachowawczego mnie do końca nie przekonała. Hassan zachował się jak doświadczony starzec, który zna i rozumie wszystkie rodzinne tajemnice i sekrety, który chce oszczędzić swemu ukochanemu PANU bólu i cierpienia. Niestety takie poświęcenie i szlachetność nie bardzo pasuje mi do zachowania kilkunastoletniego chłopca, wszystko ma swoje granice. Hassan powinien zbuntować się i wyjawić prawdę, sprawa zakończyłaby się niezłą awanturą i pewnie laniem, ale... runęłaby jednocześnie zgrabna konstrukcja powieści. W całej sprawie także do końca nie rozumiem postawy przyjaciela rodziny – Rahima Chana, który znał zarówno tajemnicę ojca Amira jak i Hassana i był całkowicie bierny. To ustawienie całej konstrukcji powieści na cienkim lodzie stanowi dla mnie istotny mankament, ale nie dyskwalifikuje powieści. Jej przesłanie jest zbyt ważne. Poza tym pisarz uchyla rąbka historii Afganistanu, przy okazji rozprawiając się z niektórymi stereotypami związanymi z naszymi wyobrażeniami o tym kraju.

 Powieść „Chłopiec z latawcem” w dużej części ukazana jest z perspektywy dziecka. Stanowi to dla pisarza spore wyzwanie, a zarazem ryzyko, ale Hosseini świetnie sobie poradził. Książka napisana jest nieskomplikowanym językiem, a temat potraktowany został z prostotą i szczerością, bez zbędnej czułostkowości, bez otarcia się o banał. Zawiera w sobie spory ładunek emocjonalny, niesie tak osobiste, a jednocześnie uniwersalne przesłanie, że odczuwa się tę książkę nie jak powieść, kolejną wydumaną historyjkę, lecz jak SPOWIEDŹ. Jest to historia zdrady, tym bardziej bolesnej, że dopuścił się jej przyjaciel. Jest to także historia borykania się z wyrzutami sumienia, bezustannie odczuwanego wstydu za ten czyn, szczere wyznanie winy i wreszcie... historia okupienia. Czytając powieść „Chłopiec z latawcem” ze wzruszeniem nabiera się wiary w człowieczeństwo...

 Gdybym miała dla Ciebie, drogi czytelniku wybrać nietuzinkową historię, to z czystym sumieniem zarekomendowałabym książkę Hosseiniego. „Dla ciebie – tysiąc razy”.


wtorek, 17 lipca 2012

Dopóki mamy twarze, Lewis C.S.


Tytuł: Dopóki Mamy Twarze
Autor: Lewis C.S.
Wydawca: Wydawnictwo Esprit
Rok wydania: 2010
Język oryginału: angielski
Ilość stron: 360

Glome, to barbarzyńskie państwo rządzone przez króla – tyrana. Król ma trzy córki różniące się od siebie charakterem i wyglądem zewnętrznym: interligentną Orual; płochą Rediwal  i wreszcie Istrę – uosobienie wdzięku i dobroci.  Dwie młodsze siostry zostały szczodrze obdarzone przez naturę urodą, natomiast najstarsza z nich – Orual, zarazem główna bohaterka i narratorka powieści - jest antytezą znanych z bajek pięknych księżniczek – jest po prostu niespotykanie brzydka. Księżniczka nie ma łatwego życia – pozbawiona matczynej miłości (ojcowskiej zresztą również), zmuszana jest do ciężkiej pracy i wyszydzana z powodu wyglądu. Jeżeli skądkolwiek może czerpać siłę w swej samotności  – to jest to tylko miłość do najmłodszej siostry. I ten jedyny skarb ma z woli bogów i ludzi utracić.


Glome, to państwo, w którym duże znaczenie ma dosyć okrutna religia (kult bogini Ungit), a społeczeństwo jest niesłychanie zabobonne. W celu zażegnania licznych nieszczęść kapłani żądają złożenia ludzkiej ofiary…
Księżniczka poddawana jest różnym wpływom – z jednej strony widzi pokorne i bierne posłuszeństwo swojego ludu wobec bogów, ale z drugiej strony jej wychowawca (wykształcony Grek) wpaja jej od dziecka ufanie jedynie własnemu rozumowi. Księżniczka analizuje, kwestionuje i rozkłada na czynniki, zaczyna buntować się przeciwko normom i zwyczajom, aż jej gniew zwraca się przeciw samym bogom…

Powieść - przyznam się - była dla mnie trochę zaskakująca. Pisarz zaadoptował znany mit o Psyche i Erosie, wplótł także pewne wątki biblijne (wypędzenie z raju, motyw niewiernego Tomasza), by stworzyć powieść fantasy - baśń dla dorosłych. Używa prostego języka i pisze w ascetycznym wręcz stylu, powieść jednak jest sugestywna i wymowna. Autor nie tylko ukazał psychologię brzydkiej kobiety, on sięgnął znacznie głębiej. Ujął mnie tym, że dotknął sedna ludzkiej natury, z wątpliwościami, rozterkami, inteligencją i ciekawością świata, emocjonalnością i walką z własnymi słabościami. To opowieść o wierze i zwątpieniu, o miłości absolutnej, wynikającej z pożądania i tej - egoistycznej, o stosunku do wiary i religii, o zazdrości i naturze samotności. Siła tego utworu tkwi głównie w tym, że każdy może po trosze odnaleźć siebie w zmaganiach księżniczki Orual. Każdy kto śledzi bardziej lub mniej piękne uczynki trzech księżniczek zastanawia się co jest właściwie piękne, a w czym tkwi brzydota. Księżniczka, w końcu – królowa Orual zmęczona znaczącymi spojrzeniami ukryła swoją twarz pod welonem, ale czyż każdy z nas nie ukrywa czegoś skrzętnie przed światem?



sobota, 14 lipca 2012

Dom Kalifa, Tahir Shah


Tytuł:    Dom Kalifa. Rok w Casablance
Autor:   Shah Tahir
Wydawca:  Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 2011-10-19
Język oryginału:               angielski
Tłumaczenie:  Glasenapp Małgorzata
Rok wydania:  2011
Str.

 Moim zdaniem świetna książka na urlop...

Założę się, że każdy chociaż raz w życiu chciał rzucić wszystko w diabły, spakować walizy, trzasnąć drzwiami i odjechać w siną dal. Każdy też ma jakieś wymarzone miejsce, na które zamieniłby swoje m4, swoją utopię z dostępem do plaży, z przeszkloną willą w Miami Beach, albo przeciwnie - z surowym domkiem z bali, z widokiem na ośnieżone szczyty. No cóż, dla pewnego angielskiego pisarza takim wymarzonym miejscem stało się Maroko. I - co ważne - Tahir Shah wcielił marzenie w czyn, on SIĘ ODWAŻYŁ.
 Nabył sporą, nadgryzioną zębem czasu posiadłość o wdzięcznej nazwie "Dom Kalifa". Spakował swój dobytek i mimo ostrzeżeń znajomych i przyjaciół - przeprowadził się wraz z żoną i dwójką dzieci. Wymienił szary, zamglony, wyprany z kolorów Londyn na pełną afrykańskiego słońca, bajecznie kolorową i pełną egzotycznych zapachów Casablancę.


 Maroko...
 Zabytki, specyficzna architektura, orientalna kuchnia i malowniczy krajobraz, wynikający z położenia między oceanem, morzem, pustynią, a także w pobliżu wysokich gór pokrytych śniegiem...
 Jak w bajce?
 Tahir Shah miał sporo odwagi, kiedy definitywnie zamknął jeden rozdział swego życia i rozpoczął przedziwną, niespodziewaną, magiczną przygodę. Powinienieś koniecznie poznać jego doświadczenia...jeżeli w twojej głowie zamajaczyła bodaj przez chwilę myśl, że porzucenie jednej kultury i rozpoczęcie życia w innym kraju jest proste i - że to będzie jedynie sielanka.

 "The Caliph's House", to wiekowy dom (źle powiedziane: to kompleks budynków, ze stajniami, domkiem gościnnym, ogrodami, pomieszczeniami dla służby i Bóg wie jeszcze czym). Ten dom wymaga sporo nakładu, ale posiada "duszę", ma swoją legendę, a także - co nie jest zbyt fortunne - znajduje się w posiadaniu złośliwych dżinnów...



 Wraz z domem - z dobrodziejstwem inwentarza - pisarz nabył niejako na własność trzech dozorców, którzy przez dziesięc lat opiekowali się tym miejscem (czytaj: robili co chcieli). Zupełnie nieświadomie został także sąsiadem prawdziwego gangstera, który wyraźnie ma niecne
 zamiary. Teraz musi zapanować nad nowym miejscem, nad swoimi podwładnymi, okiełznać dżinny, zorganizować ekipę przeznaczoną do prac domowych i przeprowadzić bardzo poważny remont. Ale przede wszystkim musi zasymilować się z nowym miejscem i jego mieszkańcami. To jest absolutnie niezbędne, bo jak się przekona, każda kucharka, stróż czy służąca dobrze traktuje osobę, u której pracuje tylko wtedy, kiedy nabierze do niej szacunku. Tahir Shah jest osobą ciepłą, przyjazną, troskliwą i pełną współczucia...więc posiada wszystkie te cechy, które w Maroku, zdobycie szacunku raczej mu utrudnią. W dodatku nie wierzy w dżinny, a to się już nikomu nie mieści w głowie.

 Jego ambicją jest przywrócenie posiadłości dawnego blasku, ale wkrótce przekonuje się, jak niezwykle trudnego zadania się podjął. Na każdym kroku napotyka na przeszkody, zarówno w poszukiwaniu ekipy remontowej, zdobyciu materiałów czy wynajęciu kucharki. Tu wszystko dzieje się na innych zasadach niż w Europie! Nie można zakupić samochodu, drewna, ani nawet pędzla do farb, jeżeli jedno czy drugie nie jest załatwione przez rodzinę któregoś pracownika, (jeśli wynająłeś pracownika, problemy jego rodziny stają się twoimi problemami)...
 Kupując piasek, szukając uczciwego stolarza, załatwiając sprawy w urzędzie celnym - autor przechodzi swojego rodzaju złożony, groteskowy rytuał inicjacji, czy raczej "chrzest bojowy". Czasem czuje się niczym bohater "Zamku" Kafki, jego optymizm wystawiony jest na ciężką próbę. Sytuację, w jakiej się znalazł zrozumieć mogłaby
 osoba podróżująca w czasie, która przeniosłaby się z dzisiejszych czasów i próbowałaby załatwić coś w PRL-u. Wszystko trzeba ZAŁATWIAć PRZEZ ZNAJOMOŚCI, zawsze trzeba przebić jakiś mur.



 Zwiedzając egzotyczne kraje mamy świadomość, że dopuszczeni jesteśmy zwykle do tego, co jest zewnętrzne. Podziwiamy zabytki, wtapiamy się w tłum na bazarze, oglądamy starannie wyreżyserowany spektakl dla gości w hotelu, albo sztuczną wioskę Beduinów na pustyni. wszystko staje się coraz bardziej komercyjne. Natomiast ten wewnętrzny, ale na wskroś prawdziwy świat pozostaje ukryty przed naszymi oczami w domostwach mieszkańców...

 Do takiego świata zaprosił nas Tahir Shah. Czytamy powieść i widzimy jego oczami tę niedostępną zwykle "intymną" sferę egzotycznych krajów.
 Tahir Shah krok po kroczku walcząc z gąszczem w ogrodzie, pleśnią, gruzem w domu chce przywrócić temu domostwu dawny blask, odkryć jego tajemnice. W powieści słychać stukanie młotków, gwar rzemieślników burzących ściany, zrywających podłogi, a później kładących tynk (tadelakt) - a jest to prawdziwa SZTUKA. Wiele dowiesz się o sposobie kładzenia kafli na ścianach (bedżmat)i podłogach oraz o robieniu przepięknych ornamentów i mozaik (zellidż). Ale Dom Kalifa to nie jest przewodnik remontowy. Jest to powieść wielowarstwowa, niezwykle lekko napisana, ze sporą dawką dobrego humoru, w której autor przy okazji porusza inne tematy: poszukuje śladów życia swojego dziadka, który przeprowadził się do Maroka po śmierci żony, rozprawia się z mitem filmowej Casablanki Humphreya Bogarta i Ingrid Bergman, wreszcie ukazuje poprzez zwykłe, codzienne wydarzenia - zderzenie dwóch kultur i mentalności. Jesteśmy świadkami jego głębokiej przemiany. Dom kalifa - to podróż autora wgłąb siebie.



 Obowiązkowa lektura, jeżeli wybierasz się w podróż do Maroka i nie chcesz poznać jedynie jego zewnętrznej warstwy, tego poprawnego politycznie wizerunku, który udostępnia się turystom. Jeśli zapukasz do drzwi, które widnieją na okładce (ozdobionych mozaikową techniką azulejo, w pięknym kobaltowym kolorze), zapewne otworzy Ci Hamza, jeden ze stóżów. Nie obawiaj się, na pewno Cię wpuści, Tahir Shah jest bardzo gościnny!


piątek, 13 lipca 2012

Sklepy cynamonowe, Schulz Bruno


Tytuł:    Sklepy Cynamonowe. Sanatorium pod Klepsydrą
Autor:   Bruno Schulz
Wydawca: Wydawnictwo Zielona Sowa
Rok wydania: 2003
Ilość stron: 240

Nieśmiały nauczyciel, samotnik, przyjaciel poetów i literatów (Nałkowska, Gombrowicz, Witkiewicz), utalentowany literacko i plastycznie samouk, czarodziej z Drohobycza - Bruno Schulz. Niesamowite jest to, że pomimo, iż jego dorobek jest tak niewielki (dwa zbiory opowiadań, kilka utworów wydrukowanych w pismach literackich jeszcze przed wojną oraz szkice nieukończonej powieści "Mesjasz"),to co wydał - wystarczyło by zachwycić krytyków i polskie, a z czasem zagraniczne środowisko artystyczne. Poczyniono nawet próby przełożenia jego prozy na język sztuki teatralnej i filmowej (przez W.J. Hasa, a później przez braci Quay), a nawet adaptacji... muzycznej. W 2005 roku ukazała się płyta "Sanatorium under the sign of the Hourglass", którą krakowska grupa "The Cracow Klezmer Band", uprawiająca współczesną muzykę z elementami jazzu, złożyła hołd pisarzowi, zainspirowana jego twórczością.



 "Sklepy cynamonowe" to dosyć szczególny zbiór opowiadań, pozbawionych chronologii, ubogich w wydarzenia, wręcz statycznych pod względem akcji. Ogniwem łączącym poszczególne teksty jest Józef, narrator (raz jest to dziecko, raz młody chłopiec, wreszcie - mężczyzna), którego oczyma oglądamy świat - dom rodzinny, najbliższe osoby i rodzinne miasto autora.

 W centrum tego wykreowanego świata znajduje się wręcz patriarchalna postać ojca - pochłoniętego myślami i pogrążonego w swoich dziwactwach. W tle ukazane są inne osoby z otoczenia autora - matka zaniedbująca dom, panosząca się, emanująca kobiecością Adela, inne pomocnice domowe oraz członkowie rodziny: ciotki i wujowie i kuzyni.


 Dlaczego opowiadania Schulza są statyczne? Głównie dlatego, że akcja nie rozwija się dynamicznie, nie ma kulminacji, ani zwrotów akcji, nieczęsto zdarzają się dialogi. W każdym opowiadaniu autor roztacza nam przed oczami pewną scenę, w toku narracji buduje atmosferę, zagęszcza ją, potęguje wrażenie - jednym słowem: stwarza klimat. Sprawia, że się w tą scenę wtapiamy, zaczynamy ją kontemplować. Zatrzymujemy się przed nią, jak przed płótnem w galerii obrazów...Schulz nie pisze swoich opowiadań, on je...maluje.


 Malarz najpierw gruntuje płótno, a potem nanosi kolejne warstwy farby, aż do uzyskania odpowiedniego efektu. Bruno Schulz maluje słowami. Składa zdania. Grupuje, ścieśnia, upycha te swoje metafory i przenośnie, personifikacje, animizacje i symbole. Bawi się słowem - tak jak malarz bawi się formą, światłem, cieniem i barwą. Stosuje artystyczne sztuczki - wtrąca jakieś staroświeckie słowa, archaizmy, wykorzystuje wyrazy w nowych znaczeniach i kontekstach. Co robi malarz, jeśli w dostępnej palecie farb brakuje mu barwy - tej konkretnej, niepowtarzalnej, potrzebnej do odwzorowania ulotnej chwili lub własnego wrażenia? Łączy dowolnie farby, by uzyskać nowe...Tak samo robi nasz autor. Jemu ciągle mało ozdobników, wygibasów językowych i napuszonych metafor. Bierze słowa, rozdziela je, łączy na nowo i eksperymentuje. On je "ODPOZNAJE" we własnym umyśle i nadaje im nowe znaczenia. Co rusz napotykamy jego neologizmy...I wreszcie powstaje opowiadanie - obraz. Na koniec - malarz spogląda krytycznym wzrokiem na prawie ukończone dzieło i pieszczotliwie dodaje ostatnie machnięcia pędzlem ...wtedy nasz autor od niechcenia dorzuci jeszcze parę dekoracji, tych swoich "liszajów cienia", "pasożytniczych grzybów zmierzchów" i "puszystych pleśni"... i dopiero wtedy zadowolony jest z efektu.



 Czytając Sklepy cynamonowe nie mogłam wprost opędzić się od licznych malarskich skojarzeń...Cały czas przesuwały mi się przed oczami obrazy malarzy. Początkowe opowiadania skojarzyły mi się z Aleksandrem Gierymskim, gdyż utrzymane są w stylu naturalistycznym, skrupulatnie oddającym rzeczywistość, jak na fotografii (z zaciekami zachodów, ludźmi wykrzywiającymi twarze do słońca, brudnymi, odpychającymi łachmanami głupiej Tłui, rojami much i kipiącą, aż tandetną bujnością przyrody). Kolejne opowiadania zmusiły mnie do nagłej zmiany percepcji. Nagle otaczająca rzeczywistość zaczyna żyć niezależnie, ożywają przedmioty... W jednym z opowiadań narrator opisuje pana Karola, który mocuje się z własną pościelą, rozlewającą się po pokoju, pełną własnego życia, rosnącą jak ciasto w dzieży, (istne oceany pościeli!), a w innym z kolei opisuje posmutniałe pokoje, w których zimą, w szarym świetle ustaje niemal życie - pozostały jedynie zamarłe tapety i omdlałe, zwiędłe żyrandole... zmienia się strumień moich skojarzeń, opuszczam obrazy Gierymskiego przechodząc do innej sali w galerii obrazów, a przed moimi oczami przesuwają się surrealistyczne, opadłe z sił, roztopione zegary Salvatore Dalego. Wreszcie w tytułowym opowiadaniu "Sklepy cynamonowe", raz jeszcze zmienia się konwencja. Motywem przewodnim jest wędrówka chłopca z teatru do domu. Chłopak ma wrócić po portfel, po drodze chce zajrzeć do sklepów cynamonowych, gdzie można kupić najdziwniejsze przedmioty, ale gubi się, zaczyna błądzić i przeżywa fantastyczne, wyjęte z marzeń sennych przygody. Opowiadanie zaczyna się całkiem realistycznie, a po chwili czytelnik śledzi jakąś niezwykłą fantasmagorię, zapis snu. W tym opowiadaniu zacierają się zupełnie granice między światem realnym i fantastycznym, czytelnik wsiada do najprawdziwszej "Zaczarowanej dorożki" Gałczyńskiego i niepostrzeżenie ocknie się...w samym środku obrazu Chagalla!

 
 Proza Brunona Schulza jest wymagająca. Żąda uwagi, wyobraźni i wrażliwości odbiorcy. Kunsztownie napisana, specyficzna, miejscami duszna i gęsta (wręcz barokowa) od rozbuchanych i spiętrzonych metafor i skomplikowanych figur poetyckich. Oniryczna i ulotna. Interpretatorzy doszukają się wielu znaczeń - biblijnych, mitycznych, nawet kabalistycznych. Znajdują się także zwolennicy psychoanalizy Freuda...Duża pojemność znaczeniowa jest jedną z cech wyróżniających arcydzieła - każdy może doszukać się własnych interpretacji i każdy dzięki niemu doznaje innych przeżyć estetycznych i wzruszeń. Arcydzieło musi także zwycięsko przejść próbę czasu. Wszystko to -moim zdaniem, przemawia za tym, że najzupełniej słusznie zalicza się "Sklepy cynamonowe" do arcydzieł polskiej literatury.


środa, 11 lipca 2012

Bękart ze Stambułu, Safak Elif


Tytuł: Bękart ze Stambułu
Autor: Safak Elif
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data premiery: 2010-03-10
Język oryginału: turecki
Tłumaczenie: Kłobukowski Michał
Str. 450



Przeczytałam książkę "Bękart ze Stambułu", (nie zniechęcił mnie beznadziejny tytuł, ani skrajne opinie na jej temat), ponieważ jestem zauroczona tym zmysłowym i pełnym sprzeczności miastem, którego cały orientalny urok zaklęty jest w baśniowo brzmiących słowach: Bizancjum, Konstantynopol i Stambuł). Czytam więc chętnie wszystko, co przypomina mi niezapomnianą podróż. Zwiedziłam najpiękniejsze zabytki Stambułu, przeczytałam "Wspomnienia" Pamuka i poznałam duszę miasta - jak by na to nie spojrzeć - z męskiego punktu widzenia. Pojawienie się pisarki, która porównywana jest do "Orhana w spódnicy" stało się dla mnie najlepszym sposobem dla wypełnienia luki, tego żeńskiego odniesienia i uzupełnienia całości - symbolicznego, tureckiego Yin i Yang. To, co podarował mi Pamuk, to opis słynnych budowli i uroków miasta, gwaru ulic - ukazanych przez pryzmat słynnej orhanowskiej, tureckiej melancholii, ale Stambuł to przecież też szczebiot dziewcząt w ich pięknych, kolorowych, mniej lub bardziej tradycyjnych strojach, z kwiecistymi jedwabnymi chustami na głowach lub wprost przeciwnie - ubranych zupełnie po europejsku. Każdy chyba, kto zwiedzał Stambuł, przyzna z pewnością, że kobiety to zaraz po perełkach architektury - najbardziej wdzięczny temat dla fotografii... 
Zabrakło mi też u Pamuka bazarów kipiących kolorami i zapachu kawy z kardamonem, więc przyjęłam zaproszenie pani Şafak, żeby to wszystko odnaleźć. Przespacerować się jeszcze raz po moście Galata i po zaułkach Stambułu, usiąść na drewnianej ławce przed Błękitnym Meczetem i podziwiać jego minarety, albo odwrócić się, bowiem o uwagę turysty vis-a-vis rywalizuje budynek Hagi Sophii.                              
                                                                                             *

 Udałam się więc kolejny raz w podróż, pozwalając by tym razem moim przewodnikiem stała się kobieta... 

 Zgodnie z moimi oczekiwaniami, głównymi bohaterkami powieści są kobiety. Spotykamy całą arcyciekawą galerię postaci Turczynek, Ormianek i Amerykanek. Są samotne, zaborcze, wyemancypowane albo konserwatywne, a zdarzają się też trochę szalone...Spotykamy tradycyjne matrony, zbuntowane, młode dziewczyny, ale też tarocistkę, tatuażystkę, nauczycielkę i schizofreniczkę. Myślisz: cóż za melanż, z pewnością to wariatki. Ale później odkrywamy bogactwo wewnętrzne tych poranionych, zagubionych istot, przepełnionych miłością i pragnących otaczać swoich bliskich miłością... 

 Poszczególne rozdziały o pysznych, bardzo kobiecych tytułach stanowią niemal odrębne opowiadania ukazujące najistotniejsze fragmenty życia dwóch rodzin (tureckiej rodziny Kazanci i ormiańskiej - Czachmaczian). Początkowo miałam pewien niedosyt, wątki wydawały mi się urwane, przypominały mi niedokończoną układankę lub zerwane korale, ale w trakcie poznawania nowych odsłon (a poszczególne rozdziały dzielą nieraz całe lata wprzód lub wstecz!) odkrywałam kunszt autorki. Owe rozdziały skonstruowane są misternie i umiejętnie, odnajdujemy wszystkie paciorki, zagubione elementy układanki. Pisarka tka swój kilim, aż wreszcie wyłania się wzór na kobiercu, utworzony z historii, emocji, melancholii i cierpienia; wzór, który mnie oszołomił i zadziwił. 
**

 Osią powieści jest spotkanie dwóch młodych kobiet: Asyi - Turczynki, mieszkanki Stambułu i Amerykanki ormiańskiego pochodzenia (o cudownym imieniu Armanusz). To spotkanie jest pretekstem do ukazania fragmentu mało nam znanej i nierozliczonej dotąd historii, bowiem rodzina Armanusz została wygnana ze Stambułu w 1915 roku, w czasach, kiedy miały miejsce wypadki zwane "ludobójstwem Ormian". Była to zbrodnia popełniona na ludności ormiańskiej w Imperium Osmańskim w czasie I Wojny Światowej, dokonana w latach 1915-17, w wyniku której zginęło 1,5 mln Ormian. Kiedy przed I Wojną Światową władzę w Turcji objął "Komitet na rzecz jedności i postępu", dążący do zjednoczenia ludów tureckich, uznał, że ludnośc ormiańska stoi temu na przeszkodzie (a teren Imperium Osmańskiego zamieszkiwało wówczas ok 3mln Ormian). 24 kwietnia 1915 rząd turecki wydał rozporządzenie nakazujące aresztowanie i zgładzenie ormiańskiej inteligencji, a później nakazano deportować pozostałą ludność . Rozpętała się okrutna rzeź, zatrzymanych topiono, palono żywcem, zakopywano, torturowano, a pozostałych przy życiu wypędzono bez wody i żywności na pustynię... Do dzisiaj 24 kwietnia każdego roku społeczność ormiańska na całym świecie obchodzi rocznicę rozpoczęcia eksterminacji swego narodu...

 Nie jest to temat wdzięczny, ani wygodny. Rząd turecki do dziś nie chce uznac exodusu Ormian za ludobójstwo. Orhanowi Pamukowi, który wspomniał o tych wydarzeniach, jak i Elif Şafak wytoczono procesy za obrazę tureckości, a nierozliczony "problem ormiański" jest także (abstrahując od obecnych problemów finansowych) jednym z czynników uniemożliwiającym Turcji przystąpienie do UE. 
                                                                                                       ***

 W powieści dochodzi do spotkania dwóch młodych kobiet, Turczynki i Ormianki, które ostrożnie próbują poznać się nawzajem. Ostrożnie, bo przecież są przedstawicielkami znienawidzonych nacji. Przedstawicielkami jakże charakterystycznymi: jedna z uporem odcinająca się od przeszłości, a druga oddycha martyrologią swoich przodków, mająca tę martyrologię we krwi. Po raz kolejny literatura wystawia rachunek historii i próbuje rozliczyć to, co powinni byli uczynić politycy. 
 Czy autorce udało się rzucić pomost? Wolno, między wierszami odnajdujemy jednak nadzieję, ponieważ młode bohaterki zwycięsko wyszły z tej próby, bo jak podkreśla pisarka już najwyższy czas, by jedna strona dopuściła do swej świadomości okrutne fakty, a druga - pozwoliła sobie wreszcie wytchnąć, otrząsnąć się i pozwolić żyć swoim dzieciom bez tego bagażu... "Prawda jest taka (...), że niektórzy Ormianie z diaspory wcale nie chcą, żeby Turcy przyznali się do ludobójstwa, bo w ten sposób tylko by nam pokrzyżowali szyki i zniszczyli najsilniejsze ogniwo, jakie nas łączy. Tak jak Turcy mają zwyczaj wypierać się swoich niegodziwości, tak i Ormianie przywykli tkwić w kokonie cierpiętnictwa i polubili jego ciepełko. Widocznie po obu stronach barykady zakorzeniły się pewne nawyki, które pora już zmienić." 

 Uważam, że historyczny aspekt,który niezbędny był autorce do konstrukcji tej nowoczesnej baśni i do doprowadzenia do zaskakującego finału, nie jest przytłaczający i w żadnym wypadku nie powinien zniechęcić do lektury (jest raczej największym atutem powieści). Tak naprawdę jednak najbardziej wzruszyło mnie i najważniejsze w tej książce jest - spojrzenie jej autorki na kobietę: ze zrozumieniem jej wszyskich dziwactw i wewnętrznych konfliktów, ze współczuciem i prawdziwą sympatią.

****
 Czy znalazłam w tej książce tego, czego szukałam?
 TAK, a nawet o wiele, wiele więcej!!! Zwykle sceptycznie podchodzę do powieści pisanych przez kobiety, ale pióro Elif Şafak mnie zauroczyło. Jest to pierwsza jej powieść, którą przeczytałam, więc nie wiem czy powieściopisarka jest nowym Pamukiem (ale po co komu potrzebny drugi Pamuk?). Powieść wbiła mnie w fotel i nie pozwoliła się oderwać, wybaczyłam pisarce nawet niefortunny tytuł. "Bękart ze Stambułu" to nie tylko dobra powieść . Dzięki niej w wielobarwnym kilimie, jakim jest dla mnie Turcja i Stambuł, pojawiły się nowe kolory i nowe wątki, może nie do końca piękne i wygodne. Elif Şafak kazała mi przełknąć gorzką pigułkę, wyobrażam sobie jakże trudna była ona dla jej rodaków! Dla jej powieści zarwałam nockę (co do mnie niepodobne!), a kiedy przeczytałam książkę i wreszcie zgasiłam lampę, buzowało we mnie tyle emocji, że długo jeszcze wpatrywałam się po ciemku w sufit...



Wszystkie fotografie są mojego autorstwa:
* Dziewczęta w świątyni, Stambuł
** Sztuka uwodzenia, Stambuł
*** Uroczystośc obrzezania chłopca, Błękitny Meczet, Stambuł
****Trzy pokolenia - Kobiety na stopniach meczetu, Stambuł

poniedziałek, 9 lipca 2012

Ostatnia królowa, Gortner Christopher W.


Tytuł:    Ostatnia Królowa
Autor:   Gortner C. W.
Wydawca:  Książnica
Data premiery: 2011-05-04
Język wydania: polski
Język oryginału:  angielski
Tłumaczenie:    Siewior-Kuś Alina
Rok wydania:    2011


Szaleństwo – to postępowanie uznane przez społeczeństwo za wykraczające poza przyjęte normy i zwyczaje. Obłęd zaś, to choroba psychiczna.

 Joanna I Kastylijska, niezwykle tragiczna postać, która od wieków fascynuje historyków, dramaturgów, malarzy, a nawet twórców oper, przeszła do historii jako Joanna Szalona lub Obłąkana – JUANA LA LOCA. Powstało wiele dzieł ukazujących historię jej powikłanych losów i choroby psychicznej. Urodzona w 1479 roku w Toledo, zmarła w roku 1555 w Tordesillas, gdzie zresztą spędziła ostatnie 35 lat (!) swojego życia całkowicie odizolowana od świata, zamknięta w klasztorze przez swoją rodzinę.

 Istnieje wiele sprzecznych relacji dotyczących jej osoby i wyglądu. Miała czarne włosy – z portretu Juana de Flandesa spogląda jasnowłosa dziewczyna. Nie była zbyt atrakcyjna - według innych źródeł była piękna (w każdym razie Filip I Piękny był tak nią zauroczony kiedy przybyła na jego dwór, że niemal się na nią rzucił, podobno skonsumowali małżeństwo jeszcze przed uroczystą ceremonią zaślubin). W każdym razie z pewnością była niezwykle starannie wykształcona, cudownie tańczyła i stanowiła niezłą kandydatkę na żonę z politycznego punktu widzenia.
 Była córką Ferdynanda II Katolickiego i Izabeli Kastylijskiej (królowej Hiszpanii, która poparła wyprawę Kolumba przez Atlantyk, co doprowadziło do odkrycia Nowego Świata i uczyniło Hiszpanię jednym z największych imperiów kolonialnych). Joanna urodziła się w kraju, w którym respektowano prawo kobiet do panowania. Izabela była królową, a jej małżonek jedynie księciem. Joanna była trzecim dzieckiem, więc w ogóle nie brano pod uwagę, by kiedykolwiek korona miała przypaść jej w udziale. Los jednak zadecydował inaczej. Jej starsze rodzeństwo zmarło, wszystkie oczy zwróciły się na Joannę, a Filip I Piękny, syn cesarza Maksymiliana I Habsburga, jej małżonek – zobaczył w zaistniałej sytuacji nieoczekiwaną okazję dla zaspokojenia własnych ambicji. Rozpoczął walkę, aby wydrzeć koronę, która należała się jego żonie. Z całą pewnością jedną z form tej walki było przekonanie świata o tym, że Joanna nie nadaje się na królową, bo jest niezrównoważona psychicznie. Dla ich małżeństwa, które początkowo zapowiadało się niemal idyllicznie, sukcesja Joanny stała się prawdziwym fatum, a młoda księżniczka wpadła w tryby bezwzględnej machiny toczącej walkę o władzę, w którą zaangażowały się najważniejsze monarchie Europy.


  Czym przejawiało się szaleństwo Joanny? 

 Historycy podają, że podobno od najmłodszych lat była impulsywna i podatna na stres, a z czasem jej stan się pogarszał. Podobno godzinami potrafiła wpatrywać się w jeden punkt, albo pokutowała, nawet biczowała się lub głodziła w swoim pokoju. Wychowana w ultrakonserwatywnym, katolickim domu, raziła swego męża i jego dwór swymi religijnymi praktykami. W każdym razie ogólnie uznano, że zachowuje się „dziwacznie”. Podobno wszędzie wietrzyła spisek. Nikomu nie ufała. Którejś nocy niemal naga i bosa wybiegła z zamku szlochając. Nikogo do siebie nie dopuściła, odmówiła przykrycia i całą noc, przez wiele godzin stojąc przy bramie zamkowej przeklinała i obrażała każdą osobę, która się do niej zbliżyła. Podobno była histeryczką, a gdy wpadała w furię rzucała się na ludzi z nożyczkami. Podobno zaatakowała młodą kobietę, którą podejrzewała o to, że jest kochanką Filipa, obcięła jej włosy i pocięła twarz…Podobno oszalała z miłości do męża, a jeszcze bardziej z żalu po jego śmierci, pomimo, że podle ją traktował…Podobno długo nie pozwalała go pochować i wierzyła, że zmartwychwstanie…Podobno była tak zazdrosna nawet po jego śmierci, że nie pozwalała żadnej kobiecie zbliżyć się do trumny. Kiedy kondukt żałobny zatrzymał się na nocleg w klasztorze, nie pozwoliła ustawić trumny w jego murach, ze względu na obecność kobiet - zakonnic. Rozkazała, by ustawić ją w polu, gdzie czuwała przy ukochanym mężu całą noc.

 Podobno…podobno…
 ale… 

 …podobno w Klewkach mieliśmy tajne więzienie dla CIA…katastrofa w Smoleńsku to był zorganizowany zamach na śmietankę polityczną Polski, podejrzana jest też pewna brzoza…poseł Jan Palikot zaś był porwany przez kosmitów…więc wiedząc co nieco o teoriach spiskowych, znając ułańską fantazję niektórych polityków i skłonność mediów do „rozdmuchiwania” faktów - trzeba się zastanowić czy wierzyć bezgranicznie we wszystko co przypisuje się biednej Joannie, czy zaryzykować inne spojrzenie…

 Amerykański pisarz Christopher W. Gortner jest jednym z twórców, którego zainspirowała postać Joanny Szalonej. Jego książka „Ostatnia królowa” to zbeletryzowana powieść historyczna, w której potraktował naszą bohaterkę zgoła odmiennie. Jego dzieło to wielobarwna panorama życia wyższych sfer w XVI wieku, przedstawiająca obraz społeczeństwa, dworskiej etykiety i niekończących się intryg. Akcja książki przenosi nas z dworu Izabeli Kastylijskiej w Hiszpanii, na dwór Filipa Pięknego we Flandrii, to na dwór Ludwika XII z dynastii Walezjuszów we Francji, wreszcie na dwór Henryka Tudora w Anglii. Moje serce podróżnika dopieszczone zostało obrazami przedstawiającymi zamki i rezydencje w Granadzie, splendor Alhambry, Toledo – oficjalne miejsce zgromadzeń kortezów, warowni z grubymi murami w La Mocie, a także Madryt, a wreszcie sugestywnym opisem skalistego krajobrazu Hiszpanii, a także dla kontrastu - opisem bujnej roślinności we Flandrii. Na tym tle rozgrywa się dramat księżniczki, która miotana między miłością do ojczyzny i swoich rodziców, do męża i dzieci, wielokrotnie zdradzana i krzywdzona, silnie świadoma swojej pozycji i roli, zmuszana do wyrzeczeń, pragnie stać się godną następczynią swojej wielkiej matki. Gortner w swej powieści ukazał dobrze skonstruowaną pod względem psychologicznym postać kobiety, targanej niezwykle potężnymi emocjami, silnej, gotowej do poświęceń, bez przerwy otoczonej intrygami (nawet przez własnych rodziców). Pisarz przywrócił Joannie cechy człowieczeństwa, ukazał znane z historii epizody w takim kontekście, że zachowanie królowej uznane za "szalone” zaczynamy postrzegać z innej perspektywy. Uświadamiamy sobie, że najbliżsi Joanny: jej ojciec, mąż, wreszcie syn, to mężczyźni z przerostami ambicji, którzy mieli sporo interesu w tym, by świat uznał tę kobietę za niezdolną do władzy, aby usunąć ją od tronu i panować w jej imieniu. Joanna była postacią tragiczną, niektóre cechy jej charakteru specjalnie wyolbrzymiono i wykoślawiono. Być może nigdy byśmy o nich nie usłyszeli, gdyby jej bliscy nie byli tak ambitni, egoistyczni i okrutni.                                                                       


 Nie wiadomo, czy Joanna rzeczywiście już od dziecka przejawiała objawy obłędu. Wydaje mi się jednak, że każdy na jej miejscu, traktowany w podobny sposób: zastraszany, poniżany, zdradzany i dręczony – mógłby oszaleć. Czytając powieść Gortnera mamy raczej wrażenie, że Joanna była nieprzeciętnie inteligentna i silna psychicznie, a czasem doznawała „szewskiej pasji” wynikającej z jej temperamentu oraz jak najbardziej zrozumiałych okoliczności. Pisarz przedstawia sylwetkę kobiety, która przestaje być „dziwadłem” historycznym, a która staje się bohaterką, którą się podziwia i współczuje.

 Czy mam jakieś zastrzeżenia do wariacji na temat losów Joanny w wydaniu Gortnera? Zaskoczyły mnie okoliczności choroby Filipa Pięknego. Głowię się dlaczego tyle starań włożył w to, żeby świat przestał myśleć o Joannie jako o sobie chorej psychicznie, a potem wyreżyserował ten epizod ( faktycznie książę zachorował na tyfus). Wydaje mi się, że w tym kulminacyjnym punkcie Joanna po prostu  udowodniła, że stała się …godna swojej matki.
                                                                                                                
 Pewnie nigdy nie dowiemy się kim ostatecznie była Joanna „La Loca”: niezrównoważoną psychicznie, histeryczną kobietą, przed którą należało „chronić” jej poddanych i najbliższych - czy wykorzystaną bez skrupułów przez ojca, męża i syna nieszczęśliwą córką, żoną i matką? Wariatką czy ofiarą miłości i polityki? Warto przewertować więcej publikacji na jej temat, żeby sobie wyrobić zdanie, ale nie zaszkodzi także poznać wersji Gortnera, w której autor przywraca biednej, niedocenionej księżniczce ludzką twarz i godność, a przy okazji stworzył wspaniałą, wielobarwną, wysmakowaną literacko powieść z najwyższej półki.




niedziela, 8 lipca 2012

Stambuł, Pamuk Orhan


Tytuł: Stambuł. Wspomnienia i miasto
Autor: Pamuk Orhan
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Język oryginału: turecki
Tłumaczenie: Polat Anna
Rok wydania: 2008


Gdyby nie pewna podróż, ta książka pewnie nigdy by mi się nie przytrafiła...

Każdy, kto planuje wyjazd, powinien się do tego solidnie przygotować. Mapy, foldery, przewodniki - to niezbędne minimum, ale żeby się dowiedzieć co ludziom w duszy gra, trzeba sięgnąć po coś więcej, a cóż byłoby lepszego niż odpowiednia książka? Parę miesięcy przed wyjazdem na wymarzoną wycieczkę po Turcji zaczęłam się rozglądać za "duchowym przewodnikiem", a ponieważ byłam już po lekturze książek: "śnieg" i "Nazywam się czerwień", Orhan Pamuk zaś był na ustach wszystkich z powodu Nagrody Nobla otrzymanej w 2006 roku, więc świeżutko wydany "Stambuł. Wspomnienia i miasto" (rok 2008) wydał mi się pozycją idealną, napisaną specjalnie dla mnie...

Wkrótce przekonałam się, że "Stambuł" to powieść niezwykła, którą czyta się na wielu płaszczyznach (słowo powieść jest w tym wypadku nie do końca prezyzyjne, jest to bardziej synteza powieści, pamiętnika i kroniki):
- jest historią autora, opowieścią o jego dorastaniu i dojrzewaniu, jego pierwszych fascynacjach i lękach.
- jest sagą jego rodziny, począwszy od przedsiębiorczego dziadka, który założył fabrykę i zbił fortunę, poprzez pechowe projekty ojca i wujów Pamuka, którzy doprowadzili niemal do ruiny całego rodu
- stanowi swoisty przewodnik po rodzinnym mieście autora, po zabytkach, ulubionych ulicach ale też po zrujnowanych pałacykach i po Bosforze
- wreszcie poprzez nawiązanie do historii Stambułu autor pragnie wytłumaczyć naturę mieszkańców tego miasta, zmagających się często z biedą, a przecież na codzień obcujących z zabytkami, świadkami minionej potęgi imperium osmańskiego, których z jednej strony cechuje melancholia "balansująca między smutkiem i fizycznym bólem", a z drugiej strony mocno zainteresowanych integracją z kulturą zachodu.

                                          * Haga Sophia, Stambuł

Autor przeplata swoje wspomnienia anegdotami o rodzinie, wspomina osobistości odwiedzające Stambuł - malarzy i literatów (np.Flaubert), ale także portretuje zwykłych mieszkańców od prostych sklepikarzy aż po znanych felietonistów piszących do poczytnych gazet. I jest wreszcie najważniejszy w powieści, powracający jak refren motyw miłości autora do Bosforu. Bosfor - piękny, czasem niebezpieczny -świadek licznych tragedii i wypadków, ale też malowniczy cel spacerów mieszkańców. Wokół cieśniny powstają pałacyki i rezydencje letnie przemieniając powoli ten teren w tętniące życiem "serce Stambułu". Bosfor jest wytchnieniem, miłością i niemal obsesją pisarza. "W przeciwieństwie do reszty miasta, przytłoczonej smutkiem i biedą, Bosfor tętnił radością życia, ekscytacją i szczęściem. (...) Podróż przez środek miasta tak wspaniałego, historycznego i tak zaniedbanego jak Stambuł, a potem smakowanie swobody otwartego morza - na tym polegał urok wycieczek nad Bosfor. Podróżnik przecinający silne prądy i orzeźwiany przez morskie powietrze wolne od brudu, dymu i hałasu zatłoczonego miasta zaczyna rozumieć, że mimo wszystko wciąż jeszcze można tu cieszyć się samotnością i swobodą." A kiedy nostalgia zbyt mocno pisarzowi doskwiera, widok otwartej wody stanowi nieodmiennie dla niego pociechę. " Życie nie może byc aż tak straszne - w końcu człowiek zawsze może przecież pójść nad Bosfor".


                                          Błękitny Meczet, Stambuł                                      

Nie mogę nie wspomnieć o dodatkowych atutach książki, o pełnej uroku okładce książki, która jest nawiązaniem do starych fotografii i pożółtych kart pamiętnika, na pierwszy rzut oka widać, że treścią tej powieści będą wspomnienia. Cała powieść zaś ilustrowana jest zdjęciami pochodzącymi z rodzinnego archiwum autora, a także zawiera przepiękne, czarno białe fotografie, wykonane przez artystę fotografika (Ara Guler, ur. w 1928r), przedstawiające ukochane miasto, w którym dorastał pisarz.

Po przeczytaniu książki mogłam rozpocząć przygotowania do wyjazdu do Turcji, a te spowodowały jak to zwykle bywa, taki zamęt, że chwilowo zupełnie zapomniałam o całym świecie, a także o Orhanie i jego powieści. Wylądowaliśmy w Antalyi i ze zdumieniem spostrzegłam, że powitało mnie zupełnie - ale to zupełnie europejskie miasto, z całym swoim gwarem i tłumem eleganckich młodych ludzi. Potem potoczyło się wszystko w obłędnym tempie. Ponieważ mieliśmy wykupione wczasy objazdowe, więc zafundowano nam prawdziwą "jazdę bez trzymanki". Walizy, autokary, ciągle zmieniające się hotele i pamiątki - ech jak ja to lubię...Zobaczyłam Pamukkale (Pamukkale to - bawełniana twerdza, więc Orhan Pamuk to po prostu Orhan Bawełna), Kappadocję, Konyę, Efez i Pergamon. Z zachwytem zwiedzałam ruiny Troi (jako, że w szkole przeszłam ostre zauroczenie Ceramem i jego książką o wykopaliskach archeologicznych, Schliemannem i mitologią), ale wciąż nie była to Turcja Pamuka. Nawet wtedy, gdy dotarliśmy wreszcie do punktu, na który nie mogłam się doczekać - do STAMBUŁU, nadal nie zdążyłam nawet przez ułamek sekundy pomyśleć o pisarzu i jego książce. Program był napięty, w zawrotnym tempie zwiedziliśmy Topkapi (pałac sułtana wraz z haremem), Błękitny Meczet oraz Hagę Sophię.

                                          Widok z rejsu po Bosforze, Stambuł

Po południu zapisaliśmy się na rejs po Bosforze i kiedy wsiedliśmy na wycieczkowy statek, a ten odpynął od brzegu, a za plecami zamajaczyła sylwetka Błękitnego Meczetu przypomniałam sobie, że przecież znam ten widok z fotografii Pamuka! Świat na chwilę zwolnił, czas się prawie zatrzymał...statek leniwie płynął wzdłuż brzegu, a przewodnik snuł opowieść o mijanych budowlach, mostach, meczetach. Orhan i jego książka stanęli mi przed oczami, pomyślałam - To przecież TEN BOSFOR! To są pałacyki, które Pamuk mija codziennie, mogę niektóre wręcz rozpoznać z opisu i fotografii! To jest most Galata, a tam mury twierdzy Rumeli Hisari, a tu znów budynki ze swymi charakterystycznymi balkonikami. Wreszcie dowiedziałam się jak wygląda słynny kolor "osmańskiej czerwieni" na elewacjach. Czas sobie leniwie płynął kiedy tak dryfowaliśmy między Europą i Azją i wtedy ZROZUMIAŁAM. Ja przecież już tutaj byłam! Orhan Pamuk osobiście zabrał mnie w podróż po tym wspaniałym mieście i po Bosforze, a w dodatku odbyliśmy ją w sposób komfortowy i kameralnie, bez tego zwariowanego tłumu turystów, nachalnych sprzedawców, zamętu, gwaru i pośpiesznie rozdawanych biletów. Pokazał mi nie tylko najpiękniejsze zabytki, ale także te miejsca mniej fotogeniczne, niewygładzone i zaniedbane.
Zrozumiałam też, że dopiero teraz naprawdę mogę powiedzieć, że przeczytałam i przeżyłam jego książkę. A poza tym...zawsze będę mogła tu wrócic, mam ten świat na półce, zaledwie na wyciągnięcie ręki.

                                          Meczet Ortakoy, widok z rejsu po Bosforze, Stambuł

*wszystkie zdjęcia mojego autorstwa