wtorek, 28 sierpnia 2012

Moja wyprawa:)

Dzisiaj będzie inaczej. Chwilowo nie mam głowy do pisania recenzji, bo muszę upchnąć tysiąc i jeden potrzebnych drobiazgów w walizce - wcale znowu nie takiej wielkiej. Znikam na dłuższy czas, mam nadzieję, że po powrocie znowu mnie odwiedzicie:)

Zamieszczam kilka moich podróżniczych zdobyczy, a teraz udaję się po nowe:)

1. Kapadocja



2. Abu Simbel

3. Assuan - wioska nubijska

4. Austin - wschód słońca

5. Austin - wieczorem



Serdecznie pozdrawiam,
Do usłyszenia,
Ola


środa, 22 sierpnia 2012

Zły, Tyrmand Leopold


Autor: Leopold Tyrmand
Tytuł: Zły
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 540

Z CYKLU: DOBRE, BO POLSKIE

 "Noc całą Mańka bawiła się,
 Lecz czasem coś ją tak za serce ściśnie
 I sama nie wie czemu się cni.
 Psia krew! aż szklanka rzucona pryśnie
 Ech! co tam, Mańka, w oczach twych łzy?”*

 „Mojemu rodzinnemu miastu – Warszawie
Autor”**


Sięgnęłam po powieść Leopolda Tyrmanda dosyć późno, bo dopiero pół wieku od jej wydania. Być może stało się tak dlatego, że kończyłam liceum w czasach, kiedy tytuł, ani autor powieści – nie przechodził jeszcze polonistom  przez usta. Nie czytałam książki „w konspiracji”, kiedy zakazane woluminy krążyły między znajomymi. Nie mieszkam w stolicy, więc nie kieruję mną „lokalny patriotyzm”, jednym  słowem -  nie doświadczyłam chęci poznania smaku zakazanego owocu, a potem tej „romantycznej” otoczki, atmosfery skandalu i tajemnicy, która powieści towarzyszyła. Trafiła natomiast teraz w me  ręce książka, która cieszy się pewną ugruntowaną sławą, powieść–legenda, wymykająca się próbom klasyfikacji, okrzyknięta kryminałem, romansem brukowym, powieścią komiksową lub sensacyjną, posiadającą tak licznych wielbicieli jak i zagorzałych przeciwników…Wypada po przeczytaniu  powieści wstąpić do odpowiedniej frakcji …


„Zły” to powieść  obrazująca powojenne społeczeństwo warszawskie.  Niekoniecznie jest to obraz „politycznie poprawny” i  sielankowy (wyobrażam sobie wrażenie jaki wywołała na ówczesnej władzy), autor skupia się na ukazaniu „ciemnej strony ulicy” – na zobrazowaniu marginesu społecznego i półświatka. Autor portretuje całą gamę „czarnych charakterów” od zwykłych chuliganów,  poprzez koników, malwersantów, cinkciarzy, aż do oprychów ubranych w nienaganne garnitury, zorganizowanych w niemal mafijną strukturę. Dla kontrastu ukazuje także jednostki uczciwe i szlachetne: zakochaną dziewczynę, staruszka o bujnej, chwalebnej wojennej przeszłości, tramwajarzy, lekarzy, inteligentnego milicjanta, śmietankę warszawskich reporterów. Wszystkie te postaci łączy jedno – są w jakiś sposób związane lub chcą rozwikłać tajemnicę nieuchwytnego mściciela, który pojawia się wszędzie tam, gdzie dzieje się zło i wymierza własnymi pięściami sprawiedliwość   Wobec mściciela toczy się  równolegle kilka śledztw – dotrzeć do niego chcą zarówno sprzymierzeńcy jak i wrogowie (cały chuligański światek), dziennikarze goniący za sensacją, wreszcie władze, bo działalność „Złego” wymyka się wszelkim konwenansom, a samosąd jest sprzeczny z prawem.


„Zły” to powieść z epickim rozmachem ukazująca powojenną, PRL-owską Warszawę, jeszcze do końca nie odgruzowaną, pełną ruin i okaleczonych domów, ale też pełną rusztowań i innych śladów świadczących o „powszechnej odbudowie”. To powieść , w której autor  uchwycił „specyfikę” miasta –jego stołeczny, powojenny klimat - z  przepełnionymi tramwajami, krzykliwymi bazarami, ulicami i dzielnicami, szczegółami architektonicznymi, ciemnymi bramami, kawiarniami (a zwłaszcza spelunami); a także zobrazował „warszawskość” jego mieszkańców w ich gwarze, modzie, a nawet w sposobie chodzenia. Książka Tyrmanda to PIEŚŃ O WARSZAWIE i o jej mieszkańcach, przedstawiona z dużą dozą realizmu, z miłością, z lekką skłonnością do karykatury, ale też nie pozbawioną kpiny.

Czy można zachwycić się obrazem takiej Warszawy, jaką z wielkim pietyzmem, realizmem do bólu, ale przecież z miłością odmalował Tyrmand? Nie jest to przecież wizja sielankowej Arkadii…Przyznaję się, że z niekłamaną przyjemnością przepadłam  na długie godziny w tym świecie, gdyż jest dokładnie, tak jak  o „Złym” pisał Witold Gombrowicz:  bo to wszystko lśni, tryska, brzmi, śpiewa... Warszawskie ulice tętnią życiem, a postaci żyją, kochają, cierpią, przeżywają rozterki miłosne i wyrzuty sumienia. Powieść tchnie autentyzmem, a efekt ten pisarz uzyskał dzięki żywemu, plastycznemu językowi i własnym znakomitym obserwacjom społeczno-obyczajowym. To nic, że powieść troszkę „trąci myszką” – odpowiadam przeciwnikom - pozostaje przecież walor historyczno-społeczny.

* Fragment ballady warszawskiej "Czarna Mańka" autor: Stanisław Grzesiuk
** Dedykacja od autora

piątek, 17 sierpnia 2012

Prawiek i inne czasy, Tokarczuk Olga


Autor:   Tokarczuk Olga
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011

Z CYKLU: DOBRE, BO POLSKIE

TEOLOG wertuje zakurzone księgi i twierdzi, że Bóg stworzył świat w sześć dni. W kolejnych dniach oddzielił światło od ciemności, niebo od wód, potem stworzył ląd, roślinność, planety i gwiazdy, zwierzęta, człowieka wreszcie. W siódmym dniu odpoczął.
NAUKOWIEC cierpko spogląda na Teologa. On wierzy tylko w to co zobaczy przez swój mikroskop i teleskop.

NAUKOWIEC bierze kalkulator i wylicza: świat powstał ok. 14 mld lat, a Ziemia 4,6 mld lat temu. Razem ze światem powtały przestrzeń, materia, energia i czas.

NAUKOWIEC tworzy tabele i rysuje wykresy. Historię świata ujmuje na wykresie przedstawiającym zegar, uwzględniającym dwudziestocztero godzinną dobę. Każda sekunda, to 53 tysiące lat. Świat według tej miary powstał zaledwie trzy dni, a Ziemia - dwa dni temu.
Zegar zaczyna tykać równo o godzinie 0.00.

Skupmy się na wykresie. Jeśli dobrze się przyjrzymy 24-dobowemu zegarowi, to ze zdumieniem odkryjemy, że przez dwadzieścia trzy godziny na tym zegarze nie bylo wcale ludzi. Nasze współczesne czasy przypadają na godzinę 24.00, a utworzenie pierwszej cywilizacji SUMERÓW - miało miejsce ZALEDWIE 10 sekund temu...

Uprzedzam, że NAUKOWIEC będzie niezadowolony, jeżeli zapytamy go, co było wcześniej, przed godziną 0.00. Twierdzi, że czas narodził się dopiero z chwilą owego spektakularnego - B U M!
Co do TEOLOGA - gdy zapytamy go jak powstał czas - wzruszy tylko ramionami. Cóż za głupie pytanie, jest oczywiste, że czas stworzył Bóg...
Czymże w końcu jest CZAS? Ten, który wystartował o godzinie 0.00 i który jest tak znamienny w życiu człowieka? Najważniejszą cechą czasu jest PRZEMIJANIE, które jednakowo nas nurtuje i zatrważa. Czas od wieków był przedmiotem rozważań filozofów, uczonych i pisarzy - i to właśnie czas jest przewodnim tematem, którym przesiąknięta jest powieść "Prawiek i inne czasy" Olgi Tokarczuk.
Jest to bowiem powieść o doświadczaniu czasu.

"Prawiek i inne czasy" to niezbyt obszerny utwór, nie zabierze Wam tego CZASU zbyt wiele. Ostrzegam jednak, nie ulegnijcie złudzeniu, później dwa razy tyle - poświęcicie na rozmyślaniu nad wszystkimi aspektami powieści i znaczeniami, bo ta lektura - to prawdziwe Eldorado dla interpretatorów...
W swojej powieści autorka ukazuje losy kilku pokoleń ludzi żyjących na prowincji, a przecież wplątanych w tryby Wielkiej Historii. Pod tym względem utwór ma rozmach, akcja bowiem toczy się w czasach PRL-u, obejmuje lata osiemdziesiąte, a rozpoczyna się dużo wcześniej, zahacza o okres I i II Wojny Światowej.
NAUKOWIEC łapie za kalkulator i wylicza, że na zegarze świata - I i II Wojna Światowa wydarzyła się dokładnie 0,0017 i 0,0012 sekundy temu.

Pomimo tak szeroko nakreślonych ram czasowych, fabuła "Prawieku" jest oszczędna, lapidarna, ascetyczna wręcz, a pisarka akcentuje jedynie najważniejsze wydarzenia z życia swoich bohaterów. Nie jest to więc typowa saga w znaczeniu "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej.
Czym jest w takim razie ta powieść? Bo jest ona dość niezwykła. Ni to baśń, ni mit. Jest zadziwiająca i zaskakująca. Tak szerokie ramy czasowe - a tak krótka forma. Tak krótka forma - a powieść naładowana jest znaczeniami. Zawiera Liczne odniesienia do biblii, folkloru, do podań ludowych.
Wiele tu można znaleźć paradoksów. Autorka ściśle określa miejsce akcji (to fikcyjna wioseczka gdzieś pod Kielcami), a jest to jednocześnie centrum i metafora świata. Pisarka przedstawia fakty pozbawione komentarza, prawie beznamiętnie, ale przecież to stanowi największą siłę tej powieści. JEST ONA SUGESTYWNA PRZEZ SWOJE NIEDOPOWIEDZENIA. Język jest prosty, oszczędny i liryczny, nieco oniryczny lub dosadny, mistrzowsko stosowany w zależności od wątku, który jest poruszany.
W całej powieści można doszukiwać się symboli. Tokarczuk przedstawia losy kilku pokoleń z rodzin Boskich i Niebieskich (stworzeń bożych, jak sugerują ich nazwiska) oraz rodziny dziedzica Popielskiego. Czyż nie znaczące nazwisko? Na jego przykładzie autorka przedstawiła los i powolny upadek arystkracji w powojennej Polsce.

Stosunek do Boga? - niepokoi się TEOLOG. Spokojnie, ta ważna kwestia jest także poruszona. Dziedzic Popielski otrzymał od rabina przedziwną grę, pełną labyryntów, toczącą się na wielu poziomach, w której uczestniczy czytelnik, a która jest metaforą wiary człowieka.

W swojej książce Tokarczuk porusza tematy, które ocierają się zarówno o sacrum, jak i profanum. Wskazuje, że człowiek ma wolną drogę w kwestiach swojej wiary (Matka Boska Jeszkotlowska ma moc uzdrawiania tylko tych, którzy prawdziwie wierzą, są gotowi na cud), ale zaraz obok znajdziemy także pierwotne, niemal pogańskie uwielbienie dla natury.


Bohaterowie książki stanowią pewne uniwersalne wzorce zachowań, ale autorka również w tej kwestii niczego do końca nie definiuje. Szczególnie zafascynowały mnie dwie kontrastowo przedstawione postaci kobiece: Genowefa i Kłoska - kobieta cnotliwa i nierządnica. Jedna - szanująca konwenanse i szanowana, nieszczęśliwie kochająca; druga wyklęta, żyjąca poza marginesem, wolna. Przesiąknięta złem? Uległa, czy silna? A może niezwykle hojna, dająca każdemu to, czego najbardziej potrzebuje: człowiekowi z lasu, pijanym chłopom...ale daje przecież także ukojenie Florentynce, niesie ostatnią posługę zapomnianemu Izydorowi. Oddaje własną córkę mężczyźnie, któremu nie ufa (robi to z miłości do córki). A sposób w jaki to czyni! Autorka nawiązuje wyraźnie do mitu o Demeter i Persefonie. Kłoska jest pełna mądrości ludowej, to zielarka i znachorka, żyje w zgodzie z naturą, tylko jej się ukazuje kwiat paproci...

A nade wszystko w całej powieści słychać tykanie zegara, czuć niemal namacalnie destrukcyjną siłę czasu dla człowieka. Tik-tak, tik-tak. Monotonnie, ale nieubłaganie przemija Czas Genowefy, Czas Kłoski, Czas Michała, Czas Misi, Czas Pawła i Czas Izydora...Tak nazywają się króciutkie rozdziały, które także podkreślają ulotność zjawisk, kruchość ludzkego życia. Człowiek walczy z siłami natury, z historią, a nad jego głową ciągle wisi jak fatum owo "memento mori". Tik-tak, tik-tak..."Bóg widzi, Czas ucieka, Śmierć goni, wieczność czeka..."

Tytuł PRAWIEK to metafora. Tu czas zatacza koło, tu spotyka się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, a dzieje się tak nieodmiennie, od zarania dziejów. Tu się wszystko zaczyna i kończy. Prawiek to refleksja nad czasem i jego upływem, to także komentarz pisarki: "Prawiek - to historia świata." To uniwersalna prawda o  ludzkim losie i o znaczeniu czasu w jego życiu.


Często porównuje się "Prawiek i inne czasy" do "Stu lat samotności" Marqueza, co jest uzasadnione, gdyż realizm często splata się tutaj z elementami baśniowymi lub przypomina sny. Jednakże to porównanie ma najczęściej odcień zarzutu. Nie mogę się z tym zgodzić. Czytając książkę Olgi Tokarczuk nie można uniknąć skojarzeń z utworami Słowackiego, Mickiewicza, Orzeszkowej, Reymonta i innych polskich mistrzów pióra. Ta współczesna pisarka szerokim gestem czerpie z naszej literackiej spuścizny, tworząc swoje nowatorskie dzieło.

Czy nie miała prawa, by wziąć większy rozmach i sięgnąć po narzędzia, które pozwoliły jej zrealizować oryginalną koncepcję powieści? Przedstawiła swoją historię wykorzystując elementy realizmu magicznego, a nie splagiatowała utworu. Nie ma tu marquezowskiego fatalizmu, tylko umiejętne przeniesienie tego gatunku literackiego na rodzimy grunt. Nie zarzucajmy autorce, że porównywana jest do Marqueza, cieszmy się, że napisała książkę na jego miarę.

TEOLOG dba o nasze sumienie
NAUKOWIEC - o naszą samoświadomość
DOBRY PISARZ - nie tylko krzewi wartości. Jest jak wentyl bezpieczeństwa - dba, żebyśmy nie zwariowali, kiedy tamci dwaj obrzucają się argumentami...



sobota, 11 sierpnia 2012

Pchli pałac, Safak Elif


Autor: Elif Şafak
Tytuł: Pchli pałac
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Tłumaczenie: Anna Akbike Sulimowicz
Rok wydania: 2009
Ilość stron: 502

Z CYKLU: W KRĘGU OBCYCH KULTUR

"Pchli pałac" to druga powieść w dorobku wschodzącej gwiazdy znad Bosforu: Elif Şafak, która porównywana jest do noblisty - Orhana Pamuka. To ciągłe zestawianie może być męczące, ale też stanowi doskonałą wskazówkę dla osób, które nie wiedzą czego spodziewać się po książkach tureckiej "Jutrzenki", proza Pamuka jak i Şafak stanowi pewną charakterystyczną, niepowtarzalną jakość.

"Pchli pałac" w Turcji stał się bestsellerem, został też przychylnie przyjęty przez krytykę i czytelników w innych krajach. Jest to trzecia pozycja tej autorki jaką poznałam i jestem pewna, że jeszcze nie raz zagości w moim domu. Nie ukrywam, że Elif Şafak zawładnęła już moim sercem, kiedy przeczytałam książkę "Bękart ze Stambułu". Przywróciła mi wiarę w kobiece pisarstwo na najwyższym poziomie. (Chociaż muszę się też przyznać do wpadki, powieść  "Czarne mleko" wywołała moje zdumienie i konsternację). Mimo wszystko warto zwrócić uwagę, że książki pani Şafak się nie powielają, ani nie posiadają sztampowej fabuły, gdyż autorka posiada lekkośc dryfowania po różnych tematach, a dodatkowo powiada zdolność do konstruowania bohaterów zapadających w pamięć.

"Pchli pałac" to historia pewnej kamienicy i jej mieszkańców...
Kamienicę "Cukiereczek" wybudował i podarował żonie w ubiegłym stuleciu pewien rosyjski emigrant - arystokrata. Chciał tym prezentem zrekompensować Agrypinie Fiodorownej Antipowej wszelakie krzywdy, jakich doznała od losu. Arystokrata nie szczędził grosza...ale kamienica powstała w niezbyt fortunnym miejscu - na byłym cmentarzu. Od samego początku była też trochę passé, w niemodnym stylu - ale nie czepiajmy się - przecież wybudował ją cudzoziemiec, prawie stuletni starzec, sam pochodził z poprzedniej epoki...


Kamienica jest dosyć kuriozalna - każde piętro utrzymane jest w innym stylu (odmienny układ okien, balkonów i zdobnictwo z innej bajki). Właściciel poprosił żonę o nadanie jej imienia i pomimo iż nazwa CUKIERECZEK wprawiła go w konsternację, nie sprzeciwił się. Czyż mógł? Nazwa jednak, uwierzcie mi, nie jest taka głupia, jak się wydaje - w tym szaleństwie JEST METODA.

Skąd więc tytuł: Pchli Pałac? Jest on mocno uzasadniony, autorka przykleiła kamienicy dosyć ironiczną łatkę, odnosząc się do jej pretensjonalengo stylu, a zarazem do trywialnego, aczkolwiek niezwykle uciążliwego problemu...

Konstruując fabułę autorka wykorzystała prosty pomysł. Poznajemy historie mieszkańców (uwierzcie, prawdziwy korowód osobliwości) wędrując od drzwi do drzwi kamienicy. Czasem musimy przytknąć ucho do ściany, albo nawet poszukać luki w szczelnie zasuniętych zasłonach. Czasem wpadamy na krótko z wizytą, częstujemy się kawą, kosztujemy deseru lub kurczaka po czerkiesku, poznajemy rozterki (lokatora rzecz jasna, nie kurczaka), po czym...odwiedzamy innego sąsiada. Chwilami wydaje się, że za krótko gościmy w kolejnym mieszkaniu. Po jakimś czasie jednak wracamy to tu, to tam, autorka snuje historię pod jakimś innym kątem, rzuca garść informacji i wszystko harmonijnie układa się w całość.


Najmocniejszą stroną książki, są owe historie mieszkańców "Cukiereczka". Ich problemy, smutki, zgryzoty, zakręty życiowe. Te poszczególne opowieści - literackie miniaturki, prawdziwe perełki, z dobrze skonstruowanymi bohaterami i niebanalnymi, a tak do bólu zwykłymi losami. Urzeka mnie każda postać, nad każdą warto się pochylić, poznać jej sekrety i obsesje: dozorczyni; rozmyślający o samobójstwie student; profesor-rozwodnik; staruszka, którą zawładnęły przedmioty; obsesyjna czyścioszka; utrzymanka z masochistycznymi skłonnościami (zbuntowana inaczej); bracia-bliźniacy; terroryzujący całą rodzinę, nieprzeciętnie inteligennty siedmiolatek...Wszyscy uwięzieni pod jednym dachem, wszystko o sobie wiedzą. Dobrze to znacie, sąsiedzi zawsze są ZORIENTOWANI. A czego jeszcze nie wiedzą  ...to usłyszą na parterze, w zakładzie fryzjerskim Celala i Cemala...

Akcja powieści toczy się w Stambule, ale nie poznamy topografii tego miasta (nie ma nawet cienia uwielbienia dla rodzinnego grodu jak u Pamuka czy Zafona). Skupiamy się na topografii duszy tureckiej, a wszystko spowite jest wyczuwalną mgiełką "hüzün" - tej pamukowskiej melancholii, ktora w dużym stopniu określa duszę Turków.

Kamienica w istocie to swoisty konglomerat, który stał się obrazem, symbolem i przekrojem tureckiego społeczeństwa.

Nieodmiennie zachwyca mnie erudycja pisarki i jej znajomość ludzkiej psychiki. Elif Şafak z dużym wyczuciem dotyka ludzkich słabości. Pozwala doznać różnych rodzajów emocji, które towarzyszą człowiekowi w obliczu zdrady, choroby, zazdrości, rozpaczy, niezabliźnionych ran z dzieciństwa, małych i wielkich smuteczków. Możemy też zupełnie nieoczekiwanie poczuć drżenie serca człowieka, który obdarzony został przyjaźnią, miłością lub dopiero rodzącym się poczuciem braterstwa i tak niezdarnie, trochę zaskoczony nie wie jeszcze co z tym darem począć...

Oczywiście można doszukać się drobnych mankamentów powieści. Jak już powiedziałam konstrukcja zespojonych miniaturek literackich zyskała moje najwyższe uznanie. Cała powieść poprzedzona jest jednak wstępem opisującym historię cmentarza, na którym powstała kamienica - trochę rozwlekłym, jakby pisarka dopiero rozgrzewała pióro... Dodatkowo powieść opatrzona jest "przedsłowiem" oraz dziwnym zakończeniem, które razem tworzą klamrę...w zamyśle autorki chyba chodziło o alegoryczne zatoczenie koła, o ukazanie nieprzewidywalności ruchu koła fortuny...W każdym razie jak dla mnie - wyszło jakoś niezbyt  fortunnie...

Czy warto więc sięgnąć po książkę?

Teraz muszę zadać pytanie: Czy lubicie cukierki?  ...bo jeśli porównam dzieło Elif Şafak do popularnego smakołyku (preferuję miętowe), to jasne jest, że chcąc delektować się miętusem, nie powinniśmy zrażać się koniecznością jego rozpakowania. Analogicznie - owe drobne mankamenty nie powinny nikogo aż tak zniechęcić, bowiem jeśli obierzemy naszą powieść z niepotrzebnego przedsłowia i zakończenia - zedrzemy celofanowy papierek, to w środku naprawdę znajdziemy: prawdziwy CUKIERECZEK.




czwartek, 9 sierpnia 2012

Reflektorem w mrok, Boy Żeleński Tadeusz


Z CYKLU: DOBRE, BO POLSKIE  (chociaż trochę passé)

Niedawno zakupiłam sobie książkę „Boy-Żeleński. Błazen - wielki mąż” Józefa Hena, ciesząc się, że  pojawiła się na rynku pozycja, która przypomni sylwetkę Polaka, który swego czasu brylował na salonach, ale też sporo dla polskiej kultury uczynił. Postanowiłam jednak przed biografią powrócic na chwilę do zbioru szkiców literackich „Reflektorem w mrok”, który zachwycił mnie swego czasu.

Ze szkicami Boya-Żeleńskiego miałam przyjemność zetknąć się w liceum, kiedy mozoliłam się nad wypracowaniem o "Weselu" Wyspiańskiego. "Wesele" samo w sobie jest dziełem, którego nie czyta się źle, natomiast cała ideologia wokół niego potrafi doprowadzić sfrustrowanego ucznia do zawrotu głowy. Kiedy więc szukając materiałów do przenudnego – jak się wydawało - wypracowania, natknęłam się na "Plotkę o Weselu" (w zbiorze "Reflektorem w mrok"), najpierw byłam  mocno zaintrygowana, a potem zmieniłam zdanie i stwierdziłam, że wypracowanie jednak będzie interesujące. Poczułam, że niezmiernie potrzebowałam takiej wykładni i uzupełnienia, że książka Boya Żeleńskiego mi to dzieło, jakim jest "Wesele" w jakiś sposób przybliży.  Okazało się, że "Wesele" oprócz znanego patosu, kipi także od anegdot i opisów prawdziwych, często humorystycznych wydarzeń, a postaci dramatu, to osoby z otoczenia Wyspiańskiego, z ich charakterystycznymi powiedzonkami i stylem bycia, przeniesionym kunsztownie przez poetę na papier.
 Sam Wyspiański nakreślony przez Boya-Żeleńskiego w jego szkicach „zszedł” niejako  z piedestału, stał się człowiekiem z krwi i kości, utalnentowanym w wielu dziedzinach, wrażliwym, niezwykle  spostrzegawczym, ale także...bardzo złośliwym. Całe Wesele naszpikowane jest tymi jego złośliwostkami, które nieczytelne, a nawet nieuchwytne są dla dzisiejszego czytelnika, ale doskonale wyraźne były dla ówczesnej krakowskiej inteligencji i bohemy. Np. postać Pana Młodego, którego pierwowzorem był Lucjan Rydel, to ówczesny, popularny poeta, który ożenił się z "dziewczyną z ludu" i którego wesele stało się pretekstem i bodźcem do napisania dramatu. "Pan Młody", który był przyjacielem Wyspiańskiego, został potraktowany jak inne postaci nieco ironicznie i z nutką owej złośliwości, a świadczą o tym chociażby słowa - "trza być w butach na weselu". Dla zwykłego czytelnika nic one nie znaczą, a w rzeczywistości odnoszą się do  oryginalnego okazywania sympatii chłopom, przejawu "chłopomanii", która w wersji Lucjana Rydla była dziwaczna i wykoślawiona, a wynikała z kiepskiej znajomości zwyczajów wiejskich. Lucjan Rydel uderzał w konkury do swojej dziewczyny bez butów, jedynie we fraku, chcąc okazać szacunek chłopom, którzy na codzień bez owego obuwia chodzili. Stał się przez to celem ataku obydwu stron, zarówno znajomych (jakże musiał wyglądac komicznie we fraku, boso i z podwiniętymi nogawkami), a także społeczności wiejskiej, bowiem chłopi chodzili boso, ale tylko do pracy w pole, natomiast do kościoła i w odwiedziny należało buty jednak ubrać.


Boy-Żeleński opisał klimat panujący w Krakowie, w momencie, kiedy "Wesele" zaczęto wystawiać w teatrze i kiedy dramat ten wywołał skandal towarzyski, bowiem Wyspiański bynajmniej, w najmniejszym nawet stopniu nie zawoalował postaci występujących w sztuce. Sam był autorem plakatu reklamującego przedstawienie, na którym umieścił prawdziwe imiona bądź nazwiska bohaterów występujących w dramacie. Dopiero po interwencji dyrektora teatru, dramaturg - aczkolwiek niechętnie przemienił Lucjana Rydla w Młodego Pana, Włodzimierza Tetmajera w Gospodarza i wszystkie pozostałe postaci. Sztuka początkowo niezbyt ciepło została przyjęta. Podobno zdegustowany Henryk Sienkiewicz (który zresztą świadomy był swego mistrzostwa i nie miał problemów z miłością własną)  po zakończonym spektaklu miał powiedzieć "No, albo ja jestem grafomanem, albo to jest grafoman..."

Takich anegdotek znalazlam w szkicach Boya-Żeleńskiego wiele, co pozwoliło mi wielce polubić wcielenie Wyspiańskiego jako dramaturga, a także zaczęłam inaczej postrzegać "Wesele" - już nie tylko jako utwór "trudny, głęboki, ciemny i symboliczny", ale jako sztukę z ukrytym dnem,  pełną humoru i ironii.

 
Zbiór szkiców Boya-Żeleńskiego zawiera wiele innych esejów. Z zachwytem odkryłam, że Żeleński kilkakrotnie jeszcze powraca do Wyspiańskiego. Szkice traktują o jego licznych talentach: o rzeźbie, architekturze i - co szczególnie mi bliskie - o jego malarstwie. Między innymi z prawdziwą sympatią wspominam przezabawny esej (prawdziwą perełkę) "Historia pewnych mebli", w której Boy-Żeleński opisał meble, które zostały zaprojektowane przez samego Wyspiańskiego, które były niezwykle piękne, słynne niemal w całej Polsce, ale...zupełnie niepraktyczne.

 "(...)Co się tyczy mebli, Wyspiański miał swoje odrębne pojęcia. Pojedynczy mebel nie był dla niego rzeczą samą w sobie, ale składową cząstką architektonicznej niejako kompozycji, którą był cały pokój. Miejsce i ustawienie każdego mebla było ściśle oznaczone. (...)Z jednym tylko nie liczył się Wyspiański zupełnie, mianowicie...z anatomią ciała ludzkiego i z ludzkimi potrzebami. Sam nie miał tych potrzeb zupełnie, będąc czystym niejako duchem, ożywionym niezłomną wolą; może wogóle nie zastanawiał się nad tą stroną, a jeżeli się zastanawiał, to raczej w duchu rozmyślnej surowości. Surowośc była najwybitniejszą cechą tych mebli, dużych, ciężkich, z ogromną przewagą kloców drzewa, o chudo wysłanym siedzeniu, zbudowanych z samych linii prostych, bez jednej falistości, bez jednego wygięcia. (...) Kołyska mego syna była monumentalna; bieguny jej to dwa zaokrąglone bale, które przy  kołysaniu wydawały taki łomot, że trzeba je odjąc wskutek protestu całej kamienicy. Istna kołyska Bolesława Chrobrego!"


Dzisiaj mało kto pamięta sylwetkę Tadeusza Boya-Żeleńskiego, erudyty, tłumacza najwybitniejszych dzieł francuskiej literatury, krytyka literackiego, publicysty, twórcy kabaretu "Zielony balonik", bywalca salonów i bohemy Młodej Polski. Jego twórczość jest "passé", a zupełnie niesłusznie. Jeśli kogoś interesuje obraz młodopolskiej bohemy od podszewki albo fenomen "przybyszewszczyzny", eleganckie anegdoty z życia wyższych sfer ówczesnego Krakowa, ale także  poważniejsze ówczesne tematy społeczne (epoka w jakiej żył - była niezwykle barwna, ale też pełna kontrastów), to gorąco zachęcam do lektury.


niedziela, 5 sierpnia 2012

Madame, Libera Antoni


Tytuł:    Madame
Autor:   Libera Antoni
Wydawca:  Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Rok wydania:  1999
Ilość stron:  390

Z CYKLU: DOBRE, BO POLSKIE

Czy powieść można smakować wszystkimi zmysłami? A co, jeśli jest utkana z dźwięków jazzu, łagodnych tonów utworów granych na pianinie... jeżeli jest liryczna jak poezja...jeżeli ma przestrzeń, ale też wnika w duszę człowieka...jeżeli wiedzie w Alpy, by po chwili pochylić się wraz z chłopcem nad jego zeszytem...jeżeli dotyka spraw codziennych ale też ludzkich dramatów...
Już dawno nie obcowałam z tak subtelną i wysublimowaną powieścią. W dodatku trzeba dodać - z polską powieścią! Napisana przez erudytę, wyrafinowanym i niezwykle plastycznym językiem. Troszeczkę nostalgiczna, a trochę ironiczna i niebywale wysmakowana.
 Osnowę powieści stanowi historia fascynacji młodego chłopca dojrzałą kobietą. Nie jest to raczej naturalistyczny obraz zadurzenia, już raczej fantazja, wyraz dojrzałego mężczyzny - artysty, na temat  tego co może w takich chwilach przeżywać nastolatek. Przez to historia nie jest infantylna, pokazana jest w sposób liryczny i niebanalny. Chłopiec wielbi swoją muzę poprzez odnajdywanie podobieństw i aluzji do niej w wierszach, książkach, nawet w sztukach teatralnych. Największą wartość książki stanowi dla mnie właśne to, że jest ona wielowarstwowa i ów wątek "niekonwencjonalnego romansu" stanowi pretekst dla wielu dywagacji na temat sztuki, literatury, mitologii i historii, a także ukazania realiów życia w komunistycznym kraju.
 Akcja powieści umiejscowiona jest w latach sześcdziesiątych w PRL, nie jest to okres znany mi z autopsji, są to lata młodości moich rodziców, którzy starali się jak mogli uzmysłowić jak wyglądały realia. Przyznać muszę, że od czasu gdy zobaczyłam film "Yesterday" Radosława Piwowarskiego z 1984 roku ukazanego z perspektywy uczniów prowincjonalnej szkoły, żadna inna produkcja ani książka nie zachwyciła mnie w takim stopniu, jak w powieść pana Libery. Żadna inna w tak prawdziwy, a jednocześnie poetycki sposób nie ukazała tych trudnych czasów.


 Szara codzienność, nijaka, trochę rzekłabym - kołtuńska szkoła - lamperia na ścianach, podrapane ławki, jednakowe mundurki, napuszone i nadęte apele - i na tym tle narrator, nasz główny bohater,  wyrastający ponad przeciętność, niezwykle inteligentny, oczytany, wykształcony muzycznie i zafascynowany teatrem. Złakniony przeżyć estetycznych i kulturalnych, próbuje na różne sposoby, aby to życie szkolne nabrało rumieńców - przez marzenia o założeniu zespołu jazzowego, o stworzeniu grupy teatralnej.
 Chociaż...to też prawda, że uważa się za lepszego od innych, patrzy na kolegów nieco z góry, nie pospolituje się z nimi nawet na tyle, by przyznać, że tak jak inni uległ powszechnej fascynacji. Myślę, że autor nieco go przerysował. Zwykle nastolatkowie są dosyć niezdarni, nieśmiali, czasem przeciwnie - buńczuczni, bezczelni i zarozumiali; tymczasem bohater powieści to ideał: mistrz ciętej riposty i improwizacji, koneser sztuki i niemal tajny agent, z męskim wdziękiem niczym James Bond - czasem nieomal wyobrażałam sobie, że chodzi do szkoły w smokingu. Autor w dużym stopniu skupił się na jego nieprzeciętności i wartościach, jego bohater nieomal otarł się o megalomanię..Ale skoro zamysłem autora było wykreowanie niezwykle ambitnego i arcyinteligentnego bohatera, to powstała taka nasza rodzima kompilacji Tonio Krögera i Prousta z jego obsesją na punkcie Albertyny...

 A tytułowa Madame - nauczycielka i dyrektorka, jak wielobarwny motyl w tej szarej rzeczywistości, tak odmienna od pozostałych przedstawicieli grona pedagogicznego - "zgorzkniałych, nudnych,  w najlepszym razie nijakich", wydaje się, że pochodzi z innego wymiaru, że dopiero co zeszła z ekranu kina, niczym Elizabeth Taylor, piękna jak posąg, o nienagannych manierach, zimna i niedostępna, rozsiewająca zapach perfum i aurę tajemnicy...Nic dziwnego, że staje się dla uczniów (zarówno dla dziewcząt jak i chłopców) prawdziwą obsesją, ikoną i zagadką, a dla głównego bohatera - bardziej nawet niż kobietą do zdobycia, (boleśnie był świadomy niemożliwości spełnienia tego uczucia " jeżeli była - Heleną czy Kleopatrą, „contessą”, elegantką i lwicą salonową, to taki ktoś jak ja po prostu dla niej nie istniał, był jak bzyczący owad, w najlepszym razie - statysta."), stała się jego osobistym wyzwaniem, jego "świętym Graalem".
 Młodzieniec postanawia przeprowadzić śledztwo, aby dowiedzieć się czegoś o życiu swojej muzy i przy okazji poznawania dziejów rodziny nauczycielki - czytelnik odkrywa realia tamtych czasów, autor odsłania zakłamanie i mechanizmy zacierania śladów historii i komunistycznej propagandy, a nade wszystko, na czym chyba autorowi najbardziej zależało - ukazuje traktowanie przez system polskiej inteligencji. Przy okazji czytelnik poznaje także historię Maksymiliana, ojca pięknej Victoire i moim zdaniem, pomimo, że w książce jego dzieje znalazły się nejako na marginesie, jest to największy, a zarazem najbardziej tragiczny bohater tej książki.
 Można polemizować z autorem i postawić mu zarzut czy nie przeładował swojej powieści aluzjami i znaczeniami, ale nie można odmówić mu geniuszu i kunsztu. Chylę czoła przed autorem za to, że nie spuścił z tonu aż do ostatniej strony powieści i za pełen maestrii finał. Naprawdę nie wiem dlaczego tyle lat ta książka mi umykała, bardzo żałuję, że nie poznałam jej wcześniej. Jeżeli ktoś jeszcze się zastanawia, czy warto po nią sięgnąć - to nie będę go przekonywać, że jest ona piękna i niezwykła. Powiem tylko, że jest WAŻNA, zwłaszcza dla wszyskich, którzy pamiętają zakłamane podręczniki historii, ponieważ ta książka to więcej niż romans, ona spełnia MISJĘ.
 "Wykorzystałem tę okoliczność, aby wystawić tamtej epoce rachunek. Czyli zrobić to, czego nie zrobiono lub zrobiono nader pokrętnie tam, gdzie powinno było być zrobione, to znaczy na forum publicznym. To zresztą polska specyfika: spełnianie powinności przynależnych państwu przez literaturę piękną.(...) Moja książka, choć nie wytacza wielkich armat i nie przybiera prokuratorskiej togi, choć utrzymana jest w tonie ironiczno-żartobliwym, stanowi jednoznaczne potępienie peerelu. Osądza, że był to świat zdegenerowany, godny pogardy i odrzucenia. I że mieli rację ci, którzy tak to odczuwali i w związku z tym wyrywali się stąd za wszelką cenę."*
*fragment wywiadu Władysława Rajchera z Antonim Liberą "Nowe Książki" styczeń 1999.