piątek, 26 października 2012

Medicus z Saragossy, Gordon Noah


Schyłek XV wieku w Hiszpanii to okres, w którym kościół chrześcijański, między innymi - dzięki polityce prowadzonej przez gorącą orędowniczkę katolicyzmu - Izabelę Kastylijską, osiągnął  olbrzymie znaczenie i niezachwianą pozycję.  W roku 1391 królowa wydała edykt zmuszający Żydów do opuszczenia Kastylii rozpoczynając kolejny w historii exodus tego narodu. Wygnańcy udali się na tułaczkę, albo zmuszeni zostali do zmiany wyznania. Nowa wiara stawała się często jedynie przykrywką.  Żydzi potajemnie kultywowali swoje praktyki (co jest oczywiste),  natomiast „pobożni chrześcijanie” bardzo chętnie każde „podejrzane” zachowanie denuncjowali władzom, zwłaszcza, kiedy płynęły z tego jakieś korzyści. Żydzi od czasu wydania edyktu - źle widziani i właściwie wyjęci spod prawa, stali się łatwym łupem bandyckich napaści, ale też samosądów dokonywanych czasem  przez bardzo bliskich sąsiadów.  Kiedy tego rodzaju praktyki  wymknęły się spod kontroli  – Izabela Kastylijska zwróciła się do Papieża Sykstusa VI o powołanie Inkwizycji, która miała być instytucją powołaną z ramienia Kościoła do walki z herezją, ale też miała ukrócić proceder samosądów. Wiadomo jak potoczyły się dzieje.  Raz powołanej Świętej Inkwizycji nie można ot tak sobie odwołać i już  wkrótce ta szacowna instytucja stała się niezależna nawet od władzy królewskiej…. Jesień średniowiecza w Hiszpanii, czasy w których rozgrywa się powieść Gordona to czasy dewocji,  prześladowań innowierców i donosów. To czasy ochoczo palonych stosów…

Kościół w owym czasie był  instytucją bardziej zainteresowaną władzą, niż niesieniem duchowej nauki. W tle powieści przewija się gdzieś nazwisko Borgiów (to akurat mało istotny dla akcji, ale wielce wymowny szczegół…). Dostojników kościelnych charakteryzowały przerośnięte ambicje i chorobliwie wysokie „ego”, sama wiara często schodziła na dalszy plan. Wreszcie - schyłek średniowiecza, to okres zadziwiającego wprost wysypu świętych relikwii oraz pokątnego, ale intratnego handlu nimi. Po co? Czyż istniał jakiś lepszy sposób, aby przyciągnąć prostych,  niewykształconych ludzi do kościoła, niż  przekonanie ich,  że  w jego murach znajduje się „drzazga z krzyża, na którym zawisł Jezus”, „gwóźdź”, „rąbek jego szaty” albo „palec któregoś świętego”?…

Oto opat pewnego klasztoru otrzymał (właściwie wyżebrał uruchamiając rodzinne koligacje) relikwię – kość świętej Anny, matki Marii, a zarazem babki Jezusa. Zamówił  naczynie u najlepszego złotnika, w którym relikwia miała być przechowywana. Niestety posłaniec niosący cenny przedmiot - został zamordowany, naczynie zniknęło; później wykradziono samą relikwię, a opat i wszyscy mnisi w tajemniczych okolicznościach zniknęli…Tropy prowadzą do księdza Bonestruki, ale podjęcie śledztwa nie byłoby zbyt mądrym posunięciem,  jako że ksiądz  jest… Inkwizytorem.

Muszę przyznać, że czasy, w których autor umieścił swoją powieść i wątki, które rozwinął - niesłychanie mnie zafrapowały, obiecując wielce interesującą lekturę. Niestety potem potoczyło się już w niezbyt dobrym kierunku… Autor uczynił swoim bohaterem chłopca, który utracił wszystko: rodzinę, majątek, ojczyznę nawet. Musi teraz ukrywać swoją tożsamość i wyznanie wiary, chce odnaleźć swoje miejsce w świecie, wyjaśnić tajemnicę morderstwa swego brata i zaginięcia relikwii…Autor sięga po jakże często eksploatowany motyw skrzywdzonego chłopca – mściciela, mam jednak wrażenie, że nie do końca wykorzystuje swoje możliwości. Czytelnik powinien śledzić losy chłopca uwikłanego w tak dramatyczne wydarzenia z zapartym tchem, natomiast emocje towarzyszące mi podczas tej lektury były - co najwyżej letnie…

Czy  definitywnie odradzam  lekturę? Ujmę to tak: jeżeli  komuś podobał się Władca Barcelony Chufo Llorensa, albo Katedra w Barcelonie Ildefonso Falconesa, to z  pewnością zadowolony  także będzie ze spotkania z  Medicusem z Saragossy, bo to jest książka dokładnie z tej samej półki.  Ja natomiast  odnalazłam we wszystkich  tych  powieściach jedynie dalekie echa mistrzostwa „Filarów Ziemi” Kena Folletta, które uważam za arcydzieło w swoim gatunku. 

czwartek, 18 października 2012

Międzyblogowe spotkanie:)

W zeszłym tygodniu spotkała mnie niespodzianka, z którą chcę się z Wami podzielić  Otóż zadzwoniła do mnie Alison2, która mieszka poza granicami Polski i oznajmiła, że odwiedza swoje rodzinne miasto. Bardzo się ucieszyłam, kiedy zaproponowała mi spotkanie...Alison2 jest dla mnie - ciągle raczkującej blogerki - osobą niezwykle ważną. Znamy się jeszcze z LC i to ona wspierała mnie, gdy nieśmiało zaczęłam myśleć o stworzeniu bloga, podtrzymywała mnie na duchu i wreszcie - BARDZO MI POMOGŁA zarówno w kwestiach technicznych, a zwłaszcza tym, że pomogła mi "zaistnieć" w tym świecie - rzucając dobre słowo o moich tekstach...(cóż zaistnienie w blogerskim świecie nie jest łatwe, to ciężka i wyboista droga).

Do tej pory znałam Alison2 jedynie z korespondencji ( i ze zdjęć z jej fascynującej podróży), więc niezwykle ucieszyła mnie możliwość osobistego jej poznania. Spotkałyśmy się w uroczej kawiarence przy kawie, ciastku i ...oczywiście przy książkach. Rozmowa z nią okazała się niezwykle pasjonująca. Jest to dziewczyna niezwykle inteligenta i oczytana (of course!), w dodatku entuzjastycznie nastawiona do nowinek technicznych i przeróżnych gadżetów czytelniczych, uwielbia wyzwania i jest przedsiębiorcza.  Głównym tematem naszej rozmowy były książki - jakżeby inaczej, oczywiście spodziewałam się jej entuzjastycznego nastawienia w tej kwestii, ale najbardziej zafascynowało mnie to, że wyczuwam w niej - niekłamaną sympatię i przychylność dla drugiego człowieka. Cechę, którą bardzo sobie cenię.

Założenie bloga traktuję jako bardzo osobistą i twórczą przygodę, ale najcenniejsze pozostaje przecież zawieranie przyjaźni. Bardzo się cieszę, Alison2, że mogłam Cię poznać i jeszcze raz dziękuję za Twoje zaangażowanie:) 
Pozdrawiam serdecznie, 
Ola

Zdjęcie jest niewyraźne, zrobiły nam je - telefonem - dwie urocze staruszki, które siedziały przy stoliku obok:)


niedziela, 14 października 2012

Siedem dalekich rejsów, Tyrmand Leopold


Z CYKLU:  DOBRE, BO POLSKIE

Pisarz tworzący powieść nie podlega ograniczeniom. Stopniowo  w swojej narracji określa miejsce akcji, buduje napięcie i klimat. Swoimi bardziej lub mniej zwięzłymi opisami buduje przed  oczami czytelnika obraz, wypełniając go po brzegi najdrobniejszymi szczegółami. Dialogi występują bądź nie, (znowu zupełna dowolność konwencji)  i wreszcie otrzymujemy gotowy - podany na talerzu –  świat widziany oczyma pisarza.

W sztuce teatralnej dzieje się jednak inaczej. Rolę opisów spełniają dekoracje, często okrojone do niezbędnego minimum. Twórca sztuki, scenograf – posługują się symbolami. Drewniany stół na środku  sceny, w tle namalowane okno z zasłonami, a widz w teatrze od razu orientuje się, że akcja będzie się toczyć w domu rodzinnym... Symbole działają na naszą podświadomość i stymulują  odpowiednie skojarzenia i obrazy. Natomiast dialogi w sztuce mają znaczenie fundamentalne - ponoszą całą odpowiedzialność za przekaz utworu.  Z nich musi wyłonić się rys i głębia postaci, dialogi muszą stworzyć  akcję, odpowiadają za dynamikę i dramaturgię.

Czytając  „Siedem dalekich rejsów” przez cały czas uparcie odnosiłam wrażenie, że nie czytam typowej powieści, ale że obcuję ze sztuką teatralną. W tej krótkiej formie autor świadomie odrzucił cały rozmach kwiecistych opisów.  Podobnie jak scenograf - odwołał się do symboli. Jego styl jest zwięzły, niemal lapidarny. Rzuca zdawkowo słowa klucze: Darłowo, marzec, rok 1949 - a nasza podświadomość sama już podsuwa nam obrazy.  Oto widzimy zarówno port jak i statki unoszące się na niespokojnych falach, surowy klimat z siekącym deszczem, powojenne miasto, wyludnione uliczki chłostane wiatrem i niemal słyszymy krzyk mew nad głowami…Ta prostota stylu jest niezwykle sugestywna, a jednocześnie jest wyrazem genialności pisarza.

„Siedem dalekich rejsów” jest utworem kameralnym. Tak jak w sztuce teatralnej, w powieści Tyrmanda  zachowana jest jedność akcji, miejsca i czasu. Całość dramatu  rozgrywa się między garstką bohaterów w ciągu trzech dni, w sennym miasteczku, w kilku miejscach zaledwie – ukazanych w paru odsłonach.  
Największe znaczenie w powieści i zarazem największym jej atutem są dialogi. Podobnie jak dzieje się to na scenie – to z dialogów poznajemy relacje pomiędzy poszczególnymi bohaterami, poznajemy ich głębię psychologiczną i wreszcie – na dialogu głównie opiera się dramaturgia wydarzeń. Czy w tej powieści nic się nie dzieje? Jestem zgoła innego zdania! Dialogi płyną niewymuszonym strumieniem…Znajdziemy tu wszystko: jest akcja, są zaskakujące zdarzenia, ale także jest dużo…przestrzeni. Jestem oczarowana pełnym elegancji językiem i stylem pisarza. Tyrmand posługuje się piórem z wirtuozerią, bawi się słowem z wdziękiem i finezją wyrażając nostalgię i melancholię bohaterów,  ich żywe emocje, niespełnione marzenia, to znowu rozładowując napięcie sporą dawką humoru.

Bohaterowie  dramatu? Tu także jest oszczędnie. Są nieliczni, ale wszyscy znajdują się   nieprzypadkowo,  a postaci – nawet drugoplanowe - skrojone zostały po mistrzowsku. Po prostu kilka osobistości lokalnych i para przyjezdnych intruzów.  ONA - historyk sztuki u progu dobrze rokującej kariery; świadoma swej urody, młoda kobieta, pewna swego losu, u boku narzeczonego w Warszawie.  ON – dziennikarz,  trochę Don Juan, ale też trochę malwersant i „przemytnik” – człowiek, który chce uciec z kraju, w którym nie widzi perspektyw. Od jakiegoś czasu pieczołowicie przygotowuje się do tego przedsięwzięcia, bo przy okazji chce wywieźć  za granicę dzieło sztuki,  które ma stać się  polisą na jego dostatnie życie. Ewa i Jan Roland – to nieznajomi, którzy znaleźli się w tym samym miejscu i w tym samym czasie…i właściwie z tego samego powodu…Między nimi nieoczekiwanie coś zaiskrzyło i pojawia się uczucie.  Miłość? Może zbyt prędko byśmy mogli zawyrokować, bardziej głęboka namiętność. Podoba mi się sposób, w jaki autor przedstawił kochanków. Między nimi toczy się wyrafinowana gra słów, aluzji  i niedopowiedzeń, ale nie ma taniego romansu ani banału…Po prostu dwoje obcych ludzi spotyka się …i nagle zaskoczeni dowiadują się o sobie czegoś nowego…Czy oboje w równym stopniu gotowi są, by podążyć  nieznaną drogą?

 „Siedem dalekich rejsów” -  to nazwa restauracji. Mieszkańcy Darłowa zmagający się z szarą rzeczywistością, biedą i nękającą władzą – codziennie przyglądają się wpływającym do portu statkom – rozmawiają z marynarzami przybywającymi z dalekich, ciekawszych, zamożniejszych, bardziej kolorowych i normalnych – wreszcie krain. Czyż można było wymyślić  lepszą nazwę dla restauracji, której właściciel w pięknych, wielobarwnych, fantazyjnych butelkach pochodzących z całego świata sprzedaje „łyk ułudy”, „kropelkę marzenia” lub „smak wolności”? 
Czyż można było wymyślić  lepszy tytuł, dla powieści, która oddaje klimat swych czasów i pełen tęsknoty i melancholijny nastrój  społeczeństwa, któremu przyszło żyć  w powojennej, komunistycznej Polsce?


poniedziałek, 8 października 2012

Kair. Historia pewnej kamienicy; Alaa Al Aswany

"Kair..." to doskonałe uzupełnienie przewodnikowej wiedzy dla każdego podróżnika odwiedzającego Egipt, który chce zrozumieć mentalność jego mieszkańców. Egipt bowiem to nie tylko zapierające dech w piersiach zabytki, ale także prawo Koranu stojące „na straży moralności”, korupcja i kastowość, bo panuje tu skostniały system blokujący dostęp do wyższych stanowisk i uniemożliwiający zrobienie kariery osobom nawet nieprzeciętnie inteligentnym, jeśli wywodzą się one z warstw uboższych.

Bohaterami powieści są lokatorzy jednego budynku. Motyw podobny jak w Pchlim Pałacu Elif Safak, ale ujęty zgoła inaczej. Dom w powieści tureckiej pisarki jest czynnikiem cementującym mieszkańców, sprawia, że konglomerat obcych sobie ludzi tworzy wspólnotę. W książce Alaa Al. Aswany – eksponuje zróżnicowanie społeczne, symbolicznie dokonuje podziału na „gorszą i lepszą” kastę. Okazała kamienica przy ulicy Sulimana-Paszy w centrum Kairu ma ciekawych mieszkańców. Jej apartamenty na niższych piętrach zajmowane są przez elity i bardziej zamożnych ludzi, natomiast dach zamieszkany jest przez najuboższych. W ciągu kilkudziesięciu lat małe komórki lokatorskie – blaszaki – wybudowane na najwyższej kondygnacji - pierwotnie w celach gospodarskich przekształcone zostały w ciasne, ciemne i duszne „mieszkania”. W ten sposób powstało prawdziwe „miasto” na dachu. Cała kamienica wraz z jej mieszkańcami „na dole” i „na górze” - obrazuje przekrój kairskiego społeczeństwa. Im wyżej mieszka lokator – tym niższy jego status. Miarą sukcesu i awansu życiowego i najczęściej niemogącą się spełnić mrzonką jest chęć zamieszkania na niższych piętrach…

 W powieści śledzimy zarówno losy bogatszych mieszkańców, zajmujących obszerne apartamenty, ale też losy rodzin gnieżdżących się w ciasnych klitkach, walczących o każdy kawałek wolnej przestrzeni na dachu – i myliłby się bardzo, kto pomyślałby, że mieszkańcy niższych kondygnacji są szczęśliwsi…Niezależnie od statusu – wszyscy bohaterowie mają swoje problemy, a splątane losy zarówno bogaczy z dołu, jak i biedoty z dachu niejednokrotnie wzajemnie się zazębiają.

„Kair…” to pierwsza powieść (na dodatek debiut autora, który z wykształcenia jest stomatologiem!), a ja pozostaję pod wrażeniem warsztatu literackiego autora. Historia napisana jest językiem prostym, żywym i obrazowym. Najpierw jest interesująca, potem staje się frapująca i wreszcie wstrząsa czytelnikiem… Z rosnącym zaangażowaniem śledzi się losy podstarzałego playboya, którego siostra chce pozbawić majątku; polityka robiącego zawrotną karierę; dziennikarza ze skłonnościami homoseksualnymi; ubogiej, ale pięknej dziewczyny, która chcąc utrzymać pracę musi godzić się na molestowanie seksualne;  nieprzeciętnie inteligentnego syna dozorcy, któremu pochodzenie zamyka wszystkie drzwi do kariery… Wszystkie wątki obnażają odwieczne ludzkie przywary i słabości i ukazują nieustanną gonitwę za pieniądzem bądź za uczuciem. Alaa Al Aswany nie stroni w swej powieści od tematów trudnych. Każe nam odpowiedzieć sobie szczerze na pytania: czy można „kupić” sobie karierę polityczną i jaka będzie jej cena? Czy biedna dziewczyna, która nie ma oparcia ani obrońcy, a która odpowiedzialna jest za rodzeństwo - może wieść uczciwe życie? Nade wszystko jednak pisarz stawia władzom ostre zarzuty o nepotyzm, korupcję i nieprzestrzeganie praw człowieka. Oskarża swój kraj, o to, że młodych, utalentowanych ludzi spycha na margines, albo wręcz popycha ich na drogę ekstremizmu, gdzie tylko jeden krok dzieli ich od zostania „męczennikiem w słusznej sprawie”.

Polecam książkę wszystkim tym, którzy myślą o mieszkańcach Egiptu jak i całego Bliskiego Wschodu mocno upraszczając – jedynie jak o fanatykach religijnych…

piątek, 5 października 2012

Jordania (3) Jerash


Około 50 km na północ od stolicy – Ammanu znajduje się miasto Jerash, jedna z najważniejszych po Petrze i Wadi Rum atrakcja turystyczną Jordanii; a obok Petry, Palmyry i Baalbek – to najciekawsze starożytne pozostałości na Bliskim Wschodzie.

 Miasto „Gerasa” (jak nazywało się w czasach rzymskich) robi na nas wielkie wrażenie. Widziane przez obiektyw fotograficzny wygląda fantastycznie, bo  na każdym kroku współczesność przeplata się z daleką przeszłością . 


Miasto założył w IV wielu p.n.e. Aleksander Wielki - w czasie swojej wyprawy na Bliski Wschód i do Indii. Dwieście lat później wraz z okolicznymi terenami zostało zajęte przez dynamicznie rozwijające się państwo żydowskie, a po roku 63 przeszło pod panowanie rzymskie. Pod auspicjami wodza rzymskiego - Pompejusza powstał związek 10 miast syryjskich, zwany Dekapolis, który uzyskał dużą autonomię. W skład Dekapolisu weszła Geraza i dynamicznie zaczęła się rozwijać. Największy rozkwit przeżywała za czasów Trajana (98-117 r n.e.). Miasto wtedy liczyło wtedy 25 tysięcy mieszkańców, miało dwa teatry, dwie wielkie świątynie (Zeusa i Artemidy), dwa kompleksy łaźni i wielki hipodrom. Wiele z tych zabytków możemy jeszcze zobaczyć – przynajmniej w ogólnym zarysie. Zachował się teatr, łuk triumfalny, hipodrom i owalne forum z olbrzymią kolumnadą.


"Zbudowany w II wieku  p.n.e. przez legionistów Aleksandra Wielkiego, potem przebudowany przez Rzymian w I i II wieku n.e., Jerash szczyci się dwoma świetnie zachowanymi rzymskimi teatrami, niczym klejnotami pomiędzy szerokimi, brukowanymi ulicami i placami, okolonymi jońskimi i korynckimi kolumnami, potężnymi łukami, świątyniami i łaźniami."*

Dokonane zniszczenia, które oglądamy nie zostały spowodowane działaniem wojen, ale siłami natury, bowiem w roku 749 trzęsienie ziemi obróciło miasto Gerasa w ruinę, z której nigdy się już nie podźwignęło…

Miasto zostało ponownie odkryte w 1806 roku przez niemieckiego podróżnika Ulricha Jaspera Seetzena.


* fragment pochodzący z książki "Autobiografia - opowieść o nieoczekiwanym życiu. Królowa Noor" - dotyczy Festiwalu Kultury i Sztuki, który zaczęła organizować królowa Jordanii pośród malowniczych, starożytnych ruin. 

Książki królowej Noor może nie zaliczyłabym  do
wielkiej literatury, ale dla mnie stanowiła doskonałe
uzupełnienie podróży, przybliżyła mi obiekty, które
wcześniej zwiedziłam.  Dużo słyszałam o tym, że
Jordania utrzymuje przyjacielskie stosunki z wszystkimi sąsiednimi krajami. Dzięki lekturze autobiografii królowej Jordanii - dowiedziałam się jak się kształtowały i  ile "kosztowały" te przyjacielskie stosunki...

- wszystkie zdjęcia pochodzą z miasta Jerash
zdjęcie 1 - Łuk Trajana
zdjęcie 2 - fragment owalnego forum i głównej
ulicy

poniedziałek, 1 października 2012

Jordania (2) w dużym skrócie


Kiedy turyści chcą zwiedzić tzw. "Ziemię świętą" - najczęściej wybierają się do Izraela. Mało kto kojarzy,   że zwiedzając Jordanię - odwiedza się naprawdę wiele miejsc, o których istnieją wzmianki w biblii, gdzie miały miejsce ważne wydarzenia (z okien autokaru widzimy m.in. miasto Jerycho). Z Aqaby wyjeżdżamy w stronę stolicy - Ammanu i jedziemy malowniczą Drogą Królewską, która wiedzie starożytnymi szlakami handlowymi. Z pewnością - przynajmniej częściowo Trzej Królowie podróżowali tędy do Betlejem, a Mojżesz prowadził swój lud w poszukiwaniu Ziemi Obiecanej...Opisana wielokrotnie na kartach Starego Testamentu, wybrukowana przez Rzymian Droga Królewska jest podobno najstarszą, ciągle używaną trasą na świecie. Drogą Królewską dojedziemy do Ammanu, ale też do wielu innych turystycznych miejsc: Petry, Madaby i Góry Nebo.
Przez kolejne dni krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Zwiedzamy Betanię nad Jordanem (miejsce, gdzie ochrzczony został Jezus) i kościół Jana Chrzciciela. Nad rzeką trwa właśnie nabożeństwo z popem, więc mamy uroczą ilustrację do opowieści naszego przewodnika. Oglądamy wybrzeże Morza Martwego i zaliczamy kąpiel w zasolonej wodzie. Rzeczywiście odczucia są niesamowite, czujemy się jak korki ciśnięte do wody. Trzeba jednak uważać, gdyż zachłyśnięcie się solanką może grozić nawet śmiercią! 
Na dwa dni zatrzymujemy się w Ammanie, białym mieście położonym na 14 wzgórzach i stąd robimy wypad do prześlicznego starożytnego miasta Jerash oraz do twierdzy Ajlun.
W kolejnym dniu zwiedzamy Madabę i kościółek św. Jerzego ze słynną mozaiką przedstawiającą Ziemię Świętą, Górę Nebo, gdzie zmarł Mojżesz oraz Twierdzę Mukawir (Pałac Heroda) z przepiękną panoramą na Morze Martwe. Odwiedzamy także Al. Karak, zamek krzyżowców - znany z filmu "Królestwo Niebieskie" (przy czym zastajemy ruiny, a w filmie zamek został zrekonstruowany komputerowo). Wreszcie odwiedzamy Petrę, którą zostawię sobie jednak na deser...



Zdjęcia w kolejności:
1. Kościół Jana Chrzciciela z oddali, Betania
2. Rzeka Jordan, miejsce prawdopodobnego chrztu Jezusa - miejsce to jest uznane przez Watykan
3. Wzgórze zwane Twierdzą Mukawir (Zamek Heroda), z którego roztacza się piękny widok na Morze Martwe, na wzgórzu ruiny zamku, w którym
prawdopodobnie tańczyła Salome i gdzie ścięty został Jan Chrzciciel.
4. Góra Nebo, miejsce z którego Mojżesz zobaczył Ziemię Obiecaną, prawdopodobne miejsce śmierci i pochówku Mojżesza



5. Przykład rękodzieł (słynne mozaiki jordańskie -
motyw z drzewem i irysem - symbole kraju)
6. Zamek Al Karak, znany z filmu "Królestwo Niebieskie"