niedziela, 23 grudnia 2012

WESOŁYCH ŚWIĄT!








 Z okazji  najpiękniejszych , najbardziej rodzinnych
i radosnych  świąt  Bożego Narodzenia  życzę wszystkim czytelnikom nadziei,  
własnego skrawka nieba,  
zadumy nad płomykiem świecy,  
filiżanki dobrej pachnącej kawy.  
 
 
Życzę  pogodnych świąt, odpoczynku,  
zwolnienia oddechu, nabrania dystansu do tego co wokół,  
chwil roziskrzonych kolędą, śmiechem i wspomnieniami
oraz nadziei na lepsze jutro w chwilach niepokoju.
 
Życzę by wszystkie noworoczne plany zostały zrealizowane              w nadchodzącym 2013 roku.

                                                  Ola
                             
  




sobota, 22 grudnia 2012

Wieża, Gustaw Herling-Grudziński


W Nowej Słupii, przy Drodze Królewskiej prowadzącej do klasztoru na Świętym Krzyżu, znajduje się osobliwa, kamienna figura, przedstawiająca klęczącą postać. Nikt nie pamięta fundatora, wykonawcy, ani zbliżonej daty powstania tego dzieła, a przecież nic tak nie pobudza ciekawości i fantazji ludzkiej - jak tajemnica zaklęta w kamień…Legenda głosi, że jest to rycerz zaklęty,  który swą pychą obraził Boga. Musi więc  pozostać w  pozycji, z której był onegdaj tak dumny, aż do momentu, gdy dotrze do celu swej pielgrzymki, do klasztoru. "Świętokrzyski" pielgrzym to symbol pobożności, ale też ukaranej, ludzkiej pychy.
W literaturze chętnie wykorzystywane są  podobne, pełne dwuznaczności symbole. Jednym z nich jest wieża - budowla architektoniczna nieodzowna przy budowie warowni, ale też kościołów. Daje możliwość obserwacji terenu aż po horyzont,  daje też wrażenie wznoszenia człowieka do nieba, poczucie boskiej bliskości. Z jednej strony wieża to strzelistość, strefa sacrum, ale  Biblia wspomina też Wieżę Babel. Babel to  przestroga przypominająca, że istnieje bardzo cienka granica, po przekroczeniu której działanie ludzkie poświęcone nawet wyższym celom,  może zmienić się w działanie, które ma na celu jedynie wywyższenie  człowieka w oczach bliźnich…”Wieża” – jako symbol daje spore możliwości interpretacyjne. Może symbolizować  wywyższenie, albo wręcz przeciwnie – upadek i taką właśnie dwuznaczność wykorzystuje w swoim utworze  Gustaw Herling-Grudziński.
 „Wieża” to opowiadanie, które zostało opublikowane w 1958 roku, w paryskiej „Kulturze”, a w Polsce swoją premierę miało dopiero po trzydziestu latach, w roku 1988.  Utwór stanowi kompilację stylów, gdyż zawiera elementy opowiadania, reportażu i eseju, a napisana jest eleganckim stylem i zachwyca krystalicznie piękną polszczyzną. "Wieża" jest jednym z opowiadań zawartych w zbiorze "Skrzydła ołtarza".
Tytułowa „wieża”, to budowla znajdująca się w malowniczej, piemonckiej wsi, u stóp Alp. Posiada ona własną udokumentowaną legendę, gdyż zamieszkana była pod koniec XVII wieku przez człowieka chorego na trąd. Człowiek ten odizolowany od społeczeństwa  w młodym wieku, mieszkał w swej samotni praktycznie do końca życia. Zajmował się ogrodem, kontemplował widoki i spędzał czas na modlitwie. Poza tym bezbrzeżnie cierpiał. Cierpiał na samotność, bezsenność, cierpiał fizycznie z powodu choroby. Rozmyślał o swym położeniu, miotał się między chęcią popełnienia samobójstwa, a pragnieniem przeżycia bliskości z innym człowiekiem. Pielęgnował ogród, ale nie dotykał kwiatów, by ich nie skalać dotykiem. Kontemplował widoki, ale tylko z dala od oczu ludzkich, bacząc by nikogo nie spotkać,  a spotykając umykał. Piękna panorama z lasami i ośnieżonymi szczytami na horyzoncie podkreślała ciasną przestrzeń, w której był zamknięty. Modlił się, ale też buntował, przeklinał swój los. Nawet, gdy zyskał towarzyszkę, to tylko po to, by w większym stopniu poczuć swoje wyalienowanie.  Ironia losu polegała na tym, że jego chora siostra była w mniejszym stopniu zarażona, więc pustelnik nie chcąc straszyć jej swoim wyglądem, ani przekreślić ewentualnej możliwości jej powrotu do zdrowia, odgrodził swoje mieszkanie i wyznaczył dla niej  ścieżki w ogrodzie. Całe życie pilnował, by nikogo nie zarazić i nie skazać na podobny los…
Właściwa akcja opowiadania „Wieża” zaczyna się  w roku 1945, po zakończeniu wojny. Narratorem jest żołnierz wojsk alianckich, który zamierza spędzić swój urlop w piemonckiej wsi. Od znajomego otrzymuje klucze do opuszczonego domu, którego poprzednim właścicielem był już nieżyjący, słynny w okolicy samotnik, emerytowany nauczyciel. Domostwo wywiera dosyć przygnębiające wrażenie. Całe wnętrze, sprzęty, meble, obrazy – świadczą o tragedii mieszkańca i wywiera tak przejmujące wrażenie, że  narrator próbuje za wszelką cenę dociec przyczyn jego pustelniczego życia.  Wśród rzeczy samotnika znalazł mocno zniszczony, świadczący o częstym czytaniu tomik Francois-Xavier de Maistre’a pt. „Trędowaty z miasta Aoste”, w którym opisane zostało życie dotkniętego trądem człowieka z „wieży”. Narrator zaczyna wzorem swego poprzednika zaczytywać się w losach chorego, a czytelnik nagle zaczyna odbierać wrażenie, jakie towarzyszy oglądaniu wielokrotnych odbić w taflach wiszących naprzeciw siebie luster. Poznajemy historię  nieszczęsnego „Lebbroso” i wyobrażamy sobie, jak fascynowała ona najpierw pisarza deMaiste’a, później stała się przedmiotem studiów stroniącego od ludzi nauczyciela, wreszcie – zwróciła uwagę narratora. Zaczynamy odczytywać historię - w historii i zdajemy sobie sprawę, że opowiadanie Herlinga-Grudzińskiego ma szkatułkową konstrukcję.
Nie do końca wiadomo jak zmarł trędowaty, ponieważ książka de Maistre’a jest zapisem jedynie faktycznego ich spotkania. Natomiast zupełnie odwrotnie wygląda sytuacja, gdy poznajemy samotnego nauczyciela. Nie wiadomo o czym myślał, bo odtrącił ludzi, mieszkańców, nawet wiarę. Wiadomo natomiast dokładnie jak zmarł, a odszedł pozbawiony szacunku, wzgardzony i napiętnowany przez całą społeczność, kiedy podczas okupacji pozwolił, by młody kapłan oddał swoje życie zamiast niego. 
Opowiadanie ma dwóch głównych bohaterów, którzy doświadczyli cierpienia. Obaj nie oszczędzani przez los,  stawiają czoła całemu światu, ale obaj przyjmują zgoła odmienną postawę w obliczu ostatecznej próby. I tylko jeden zachowa twarz i przychylne wspomnienie potomnych. Sylwetkę trędowatego, który całe życie walczy z własną chorobą, samotnością, cierpi na kryzysy wiary, ale też cierpliwie dzień po dniu wnosi swój krzyż wspinając się po stopniach swej samotnej wieży – autor porównuje do kamiennej postaci świętokrzyskiego pielgrzyma, który mozolnie, rok po roku – na odległość ziarnka piasku - zbliża się do końca własnej pokuty. Tym samym ta historia, przejmujący esej o samotności,  staje się powieścią uniwersalną, ponadczasową, odnoszącą się do kondycji człowieka, a jednocześnie stała się dla mnie pobudzającą do rozważań i oczyszczającą lekturą sprzyjającą adwentowej refleksji… 

piątek, 7 grudnia 2012

Godot i jego cień, Antoni Libera


„Godot…To ktoś lub coś, czego nie ma. Kto miał przyjść, lecz nie przyszedł. Co miało się stać, lecz nie stało i pewnie się nigdy nie stanie.”*

„Nie wiem kim jest Godot. Nie wiem nawet, czy w ogóle istnieje – Samuel Beckett”**

Nazwisko: Antoni Libera przywodzi bez trudu na myśl błyskotliwą powieść „Madame”, wydaną w 1998 roku, która od razu podbiła serca czytelników i z marszu weszła do kanonu polskich arcydzieł literackich. Czy jednak czytujemy inne publikacje autora, czy zatrzymaliśmy się na „Madame”? Czy zdajemy sobie sprawę, że Antoni Libera to człowiek-instytucja, który jest nie tylko pisarzem, ale także reżyserem i tłumaczem? Autor, wielokrotnie indagowany o to, w jakim stopniu „Madame” jest dla niego ważna i osobista, wyraźnie odsyła do innej swojej powieści, wydanej w 2009 roku: „Godot i jego cień”.  W utworze tym  zawarł swoją prawdziwą „pasję” i życiowe credo.

„Godot …” to powieść  w pewnym sensie autobiograficzna, a ponieważ  pisarz twierdzi, że „urodził się pod znakiem Becketta”,  jest jego wielkim fascynatem -  wyznawcą nieomal, utwór ten w dużej części można odczytać także jako  „poszukiwanie sensu życia przez odkrywanie Becketta".

W trakcie lektury dochodzę do wniosku,  że obie powieści mają ze sobą dużo wspólnego. „Godot…” może zostać uznany za dopełnienie „Madame”, gdyż obie  powieści utkane są  na tej samej kanwie, ich duch się wzajemnie przenika. Gdyby pisarz malował obrazy, powiedzieć byśmy mogli, że artystę zdradzają te same pociągnięcia pędzla. Narrator  powieści (w każdym przypadku - alter ego autora) mógłby być tym samym młodzieńcem, literatem wychowanym w PRL-u, wyrażającym ostrą krytykę reżimu komunistycznego. W powieściach znajdujemy znacznie więcej tropów… Słowa dotyczące emigracji, które wypowiada nauczycielka francuskiego – w  „Godocie…” powtórzone zostają jak echo - przez tajemniczego przyjaciela rodziny, Arnolda Meyera. Madame przy pożegnaniu wręcza chłopcu książkę w wydaniu francuskim, a jest to jeden z dramatów Becketta (!), Arnold Meyer natomiast zmuszony przez władze polskie do opuszczenia kraju żegna się słowami pochodzącymi  dokładnie z tego samego utworu…Wreszcie mitologizacja. „Madame” to mit, a raczej pokazanie mechanizmu, w jaki sposób „życie zmieniane jest w mit za pośrednictwem słów, czyli literatury”/słowa autora/, natomiast  „Godot i jego cień” pokazuje artystyczną drogę pisarza, niemal mitologiczną, intelektualną odyseję.

W obu powieściach zwraca uwagę odmienny stosunek  ich „narratorów”  do zawodu literata. W „Madame” chłopiec otrzymuje w prezencie  pióro, atrybut pisarza. Jest niejako przez swoją muzę pasowany na „rycerza słowa”. To pewne, że wyposażony w taki oręż wybierze świadomie drogę literacką i będzie dumny z powołania. W „Godocie…” mamy skrajnie inną postawę. Autor we wstępie wyraża się o swych skłonnościach literackich cierpko, usprawiedliwiając się, że został pisarzem dopiero, gdy wszystko inne zawiodło. Dopiero spotkanie z Beckettem stało się punktem zwrotnym, skłania do szacunku do własnych dokonań - wyzwala w nim pisarza… Dopiero też w trakcie lektury, gdy  doszło już do spotkania, kiedy mogę spojrzeć do tyłu,  zdaję sobie sprawę, że taka koncepcja  była niezbędna, aby historia mogła zatoczyć idealne koło, a narrator mógł ulec wewnętrznej przemianie.

Forma i styl obydwu powieści jest odmienna. „Godot…” to  książka bardziej osobista, refleksyjna i głęboka. Mniej  wysublimowana,  nadal jednak  wyrafinowana, elegancka i zdradzająca erudycję autora. Jest trudniejsza w odbiorze, przeznaczona dla czytelnika dociekliwego. Antoni Libera  nie wymaga stopnia naukowego z literatury, ani tym bardziej znajomości Becketta (autor chce nas do niego dopiero przekonać), ale sporo ułatwia chociażby umiejętność abstrakcyjnego myślenia… Wędrówka z autorem przeważnie stanowi  niesamowitą i przyjemną przygodę, szlak wiedzie prostą drogą, miejscami jest „z górki”, ale bywa, że autor zmusza  do ostrego podejścia, skłania do wysiłku. Ale czy ktoś, komu zdarzyło się wspiąć  na  szczyt – stwierdził, że nie było warto?

Tematyka „Godota…” może niektórych czytelników przerażać, ale pragnę podkreślić – forma  książki niczym nie przypomina suchej analizy naukowej, ani ciężkiej dla wątroby literackiej rozprawy. Po prostu chcąc poznać bliżej naszego autora, otrzymujemy Becketta w prezencie - albo odwrotnie. 

Skąd  fascynacja tym twórcą „teatru absurdu”?
Częściowo można wytłumaczyć przypadkiem, zbiegami okoliczności, historią, ale też podobnym postrzeganiem świata, wrażliwością obu artystów. Nasz autor dorasta i dojrzewa w momencie przełomowym, jest świadkiem wielkich odkryć (np. eksploracja kosmosu), która miast przynieść człowiekowi poczucie „zdobywcy” i „nieustraszonego podróżnika”, w zamian daje mu  zwątpienie w swoje znaczenie. Człowiek nagle pozbawiony został swego uprzywilejowanego miejsca w centrum wszechświata, a w zamian dostał do przełknięcia gorzką pigułkę wiedzy o jego „przypadkowej” naturze. Zdegradowany został z roli wybrańca Bogów do „wybryku natury”, po raz wtóry  został „wypędzony z raju”  i to znajduje swój wyraz zarówno w  sztuce jak i filozofii.  Beckett jak nikt inny oddał w swoich dziełach odartą ze złudzeń kondycję człowieka.

W powieści jednak nie oddajemy się bez przerwy egzystencjalnym refleksjom. W kompozycji panuje równowaga i harmonia. Smakujemy subtelny humor autora i towarzyszymy w jego bardziej prozaicznych przygodach. Razem z ośmioletnim narratorem bierzemy udział w jego pierwszej "dorosłej" sztuce teatralnej, a uczestnictwo w niej zawdzięcza w dużej mierze pewnemu psu o imieniu Łajka, który został wystrzelony w kosmos; wykradamy w zbawiennej misji książkę z wojskowej biblioteki, odwiedzamy legendarną polską księgarnię w Paryżu i przemycamy dzieła Gombrowicza, uciekamy na hulajnodze przed francuskim kloszardem; poznajemy polskie absurdy, gdy autorowi - jako podejrzanemu agentowi CIA odmawia się paszportu, albo przed samym wylotem do Stanów - towarzyszymy w rewizji osobistej, której nie powstydziłby się w swej powieści Franz Kafka...

Pisarz odsłania także kulisy powstawania przekładu dzieła z innego języka. Wpuszcza nas od kuchni do "swojego warsztatu". Dzięki temu zaczynamy sobie zdawać sprawę z tytanicznej pracy, jakiej przekład wymaga. Najpierw poszukiwanie klucza do interpretacji, potem  rozbiór tekstu na czynniki, wreszcie walka z materią słowa. Idiomy, różnice wynikające z innego rytmu i melodyki słów, karkołomna odmiana przez przypadki, ale też gra niuansów. W przypadku Becketta znaczenia ma nawet znajomość prawideł muzyki, gra w szachy i  matematyka...

Antoni Libera - twórca i "odtwórca". Oczywiście nie należy pytać autora o to, ile jego samego znajduje się w powieści. To uczeń wielkiego mistrza. Jego narrator to w wysokim stopniu kreacja autorska, projekcja, sposób na "wymyślanie się", natomiast droga literacka i kontekst historyczny - to przecież fakty. Mamy więc tyle prawdziwego Libery - na ile jest to konieczne, reszta - to artyzm.

"Godot i jego cień" - jest dla mnie ze wszech miar książką niezwykłą i fascynującą. Zupełnie uległam jej czarowi... Jest dla mnie wielowymiarową podróżą. Misterium sztuki. Fragmenty, które szczególnie zapadły mi w pamieć dotyczą uczestnictwa autora w inscenizacjach teatralnych i chociaż zdaję sobie sprawę, że przecież pochodzę z innego wymiaru i przestrzeni, że pan Libera ogląda sztukę przy całkowicie odsłoniętych kurtynach, mnie zaś jest dane podglądanie jej jedynie "przez dziurkę od klucza", to i we mnie przecież uderza okruch tej magii...

Dziękuję i polecam. Gorąco polecam czytelnikowi, który szuka czegoś więcej...


Osobiste publikacje autora /Wikipedia/:
- Madame, Znak 1998
- Błogosławieństwo Becketta i inne wyzwania literackie, Sic! 2004
- Liryki lozańskie [w:] Pokaz prozy, WL 2006
- Niech się panu darzy...[w:] 9 Wigilii, Świat Książki 2007
- Godot i jego cień, Znak 2009
- Widok z góry i z dołu [w:] Mówi Warszawa (Muzeum Powstania Warszawskiego/Wydawnictwo Trio 2011)


Cytat* „Godot i jego cień” str. 15
Cytat** motto książki „Godot i jego cień”