poniedziałek, 30 września 2013

CZUJĘ, ŻE ROBIĘ COŚ, CO MA SENS - rozmowa z pisarzem i tłumaczem Pawłem Pollakiem; LiteraTura, Wrocław 2013



Jest Pan skandynawistą, tłumaczem, pisarzem i wydawcą…
Wydawcą już nie. Publikowałem samodzielnie te swoje przekłady z literatury szwedzkiej, dla których inni wydawcy nie widzieli rynku, ale nie najlepiej mi to szło. Głównie dlatego, że po wydaniu książki przestawałem się nią interesować i zamiast dbać o sprzedaż, wolałem tłumaczyć następną.
Zajmuje się Pan i zajmował różnymi rodzajami działalności. W jaki sposób ułożyłby je Pan według priorytetów?
Jeśli Pani pyta, co jest dla mnie najważniejsze, to postawiłbym na równi tłumaczenie literatury i jej tworzenie, pisanie książek. Natomiast wydawcą zostałem niejako z musu i było to dla mnie męczące, bo do prowadzenia firmy nie mam większych predyspozycji.
[źródło zdjęcia]

Jest Pan skandynawistą…
Konkretnie filologiem szwedzkim.
Skąd takie zainteresowania i wykształcenie? Bo trzeba przyznać, że są one dosyć oryginalne.
Ten oryginalny kierunek wziął się stąd, że chciałem studiować mniej popularną filologię niż germanistyka. Myślałem także o hispanistyce, ale tu na egzaminach wstępnych nie mogłem zdawać języka niemieckiego, więc zdecydowałem się na filologię szwedzką.
Tłumaczy Pan szwedzkich pisarzy – przekładał Pan kryminały, książki Johanny Nilsson, ale przede wszystkim jest Pan tłumaczem Hjalmara Söderberga.
Kryminały to były propozycje z wydawnictw, wiadomo, że wydawnictwa najchętniej taki rodzaj literatury publikują. Tymczasem dla tłumacza przekłady kryminałów nie są jakimś wielkim wyzwaniem, bo najczęściej są one pisane prostym językiem. Nie wyłączając moich. Natomiast Hjalmar Söderberg jest autorem naprawdę trudnym do przełożenia na polski. Potwierdzają to wszyscy tłumacze, którzy próbowali się z nim zmierzyć. Chyba dużo łatwiej tłumaczyć jego utwory na niemiecki czy angielski. Söderberg pisze bardzo ładnym, ale prostym językiem, który w przekładzie na polski wypada często prymitywnie. Trzeba się naprawdę napracować, żeby tego uniknąć. Może dam taki przykład: w jednym z opowiadań autor charakteryzuje paryżanki jako… tu pada określenie, którego właściwym odpowiednikiem w dziewięciu przypadkach na dziesięć będzie słowo „chciwe”. W tym wypadku nie pasowało do stylu. Musiałem się zatrzymać i poszukać innego tłumaczenia, zdecydowałem się na „zachłanne”. U Söderberga taka trudność pojawia się co kilka zdań. Jego utwory są niewielkie objętościowo, ale ich tłumaczenie zabiera sporo czasu. Za to satysfakcja z dokonanego przekładu jest ogromna.
Był Pan również wydawcą tego autora…

Tak, opublikowałem „Opowiastki”, „Jezusa Barabasza” i „Niebłahe igraszki”.
Czy przetłumaczył Pan już wszystkie jego pozostałe utwory?
Nie, ale niedużo już zostało. To jest autor, który stosunkowo mało napisał. Powieści są przełożone wszystkie, choć nie wszystkie przeze mnie, „Doktora Glasa” przetłumaczyła Ewa Gruszczyńska. Pozostaje jeszcze kilka zbiorów opowiadań i dramaty. Bardzo chciałbym przełożyć biografię pióra Burego Holmbäcka, wybitnego znawcy Söderberga, która ukazała się w 1988 roku. Te moje plany tłumaczeniowe nie są zresztą tak wcale wbrew rynkowym trendom. Na świecie, i to na całym, od Japonii po USA, Söderberg jest obecnie bardzo chętnie tłumaczony. Co ciekawe, za życia (apogeum jego twórczości przypada na pierwszą dekadę XX wieku) doczekał się stosunkowo niewielu przekładów.
Czy jest on Pana przewodnikiem literackim, Pańskim guru?
Może to nieco dziwne nastawienie, ale Söderberga postrzegam jako przyjaciela. Przyjaciela, którego nie miałem możliwości poznać osobiście, ale z którym „rozmowy” w postaci lektury jego książek ogromnie dużo mi dają.
W jaki sposób zetknął się Pan z tym pisarzem? Zainteresował się Pan nim na studiach czy odkrył go dzięki własnej lekturze?
Ponieważ to klasyk mający zapewnione miejsce w historii literatury szwedzkiej, z jego książkami zetknąłem się na studiach. Najpierw ze sztandarowymi utworami, jak „Doktor Glas” czy „Futro”, a później przeczytałem wszystko, co napisał, gdyż postanowiłem poświęcić mu swoją pracę magisterską.
W Pana pierwszej książce „Kanalia” nawiązał Pan do tego autora.


Tak, bardzo mi miło, że Pani to zauważyła (śmiech).
Lubi Pan podejmować takie tropy w literaturze, sytuacje, gdy jedna książka prowadzi do drugiej? A może to miała być promocja Pana ulubionego autora?
Promocja też, ale rzeczywiście lubię takie tropy podejmować. W „Kanalii” poza fragmentem „Niebłahych igraszek” jest także obszerny cytat ze „Zbrodni i kary”, a moi bohaterowie często sięgają po książki. Morderca z „Gdzie mól i rdza” czyta „Upiory spacerują nad Wartą” Ryszarda Ćwirleja, Edyta z „Niepełnych” „Dziewczynę z zapałkami” Anny Janko, a prokurator Edward Harrison z „Między prawem a sprawiedliwością” Stanisława Lema. Nie zawsze te wskazania są jednoznaczne. W szachowym opowiadaniu kryminalnym pt. „Fair play” nawiązuję do pewnego… hm, powiedzmy… słynnego dzieła, nie ujawniając ani tytułu, ani rodzaju, pozostawiam to erudycji czytelnika.
„Kanalia” to jest powieść kryminalna. Przedstawił Pan ciekawą historię, a dużym jej walorem są postacie, które Pan stworzył i zestawił na zasadzie kontrastu. Dwóch starszych stażem, współpracujących ze sobą policjantów, którzy rozumieją się niemal bez słów, otrzymuje pod opiekę adepta, młodego policjanta, popełniającego różne gafy, na którym można się troszeczkę „wyżyć”. To dość zabawny motyw. Pana drugą książką jest natomiast powieść społeczno-obyczajowa „Niepełni”. To dwa zupełnie inne gatunki i wydawać by się mogło, że książki nie mają wielu miejsc wspólnych. Nic bardziej błędnego – w obu książkach pokazuje Pan miłość trudną do spełnienia.
One tylko formalnie są od siebie odległe, tematycznie nie, gdyż obie opowiadają o niespełnionej miłości i samotności. Ale forma może zmylić, „Kanalia” jest kryminałem, „Niepełni” zaś to książka obyczajowa i w tym momencie trudno jest dostrzec związek. A tym powieściom bliżej do siebie niż na przykład „Kanalii” do „Gdzie mól i rdza”, choć te dwie ostatnie są jednorodne gatunkowo.
W „Kanalii” wprowadził Pan do polskiej powieści kryminalnej wątek sądowniczy. Kryminały kończą się zazwyczaj na ujęciu sprawcy, a Pan nie zatrzymał się w tym miejscu. Obserwujemy przebieg oskarżenia i ogłoszenie wyroku, czytelnik może zastanowić się, czy rzeczywiście każdy przestępca ponosi karę. Czy najpierw był taki nowatorski pomysł, czy wynikło to w sposób naturalny z tej konkretnej historii?
Sprawa sądowa w „Kanalii” wykluła się z intrygi, nie robiłem z góry założenia, że w powieści konieczny będzie opis procesu. Takie założenie przyjąłem natomiast w opowiadaniach ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością”. Tam po ujęciu mordercy sprawa trafia do sądu, gdzie okazuje się, że kwestia winy i kary nie jest wcale oczywista. Trudno tu jednak mówić o nowatorskim pomyśle, gdyż formułę zaczerpnąłem z amerykańskiego serialu „Law & Order”.
Podczas lektury Pana powieści kryminalnych rzuca się w oczy wiedza na temat procedur postępowania śledczego. Skąd ta znajomość realiów i metod stosowanych podczas dochodzenia oraz na sali sądowej?
Sporo podpatruję, kiedy jako przysięgły tłumaczę w trakcie rozpraw sądowych i policyjnych śledztw. Zawsze też przygotowuję się merytorycznie do pisania. Ale nie wrzucam całej swojej wiedzy do powieści, bo nie mają to być przecież reportaże. Pisarz może nagiąć realia, zmienić je, cała sztuka polega na tym, by wymyślone procedury sprawiały wrażenie prawdziwych.

Czy myśli Pan o tym, by w przyszłości wrócić do powieści obyczajowej?
Tak, mam już nawet (w głowie) zarys tej powieści. Z „Kanalią” i „Niepełnymi” utworzy ona swoistą trylogię. Zasadniczym tematem „Kanalii” jest miłość, „Niepełnych” samotność, temat trzeciego utworu będzie dopełnieniem tych dwóch. Ale co to będzie, nie ujawnię, dopóki go nie napiszę. A trochę wody w Odrze upłynie, nim ta książka pojawi się w księgarniach. Na razie pracuję nad drugą częścią cyklu o Marku Przygodnym, w kolejce czeka kontynuacja „Między prawem a sprawiedliwością”, planuję też przekład szwedzkiej powieści.
Ponieważ uczestniczymy w „LiteraTurze”, pozwolę sobie spytać o najbardziej „wrocławską” Pana książkę.
We Wrocławiu umieściłem akcję dwóch moich powieści, „Niepełnych” i „Gdzie mól i rdza”. Nie sądzę, by któraś była bardziej „wrocławska” od drugiej.
W wydanej w zeszłym roku powieści „Gdzie mól i rdza” prowadzi Pan czytelnika w różne ciekawe miejsca Wrocławia (Plac Solny, Piwnica Świdnicka). Co zainspirowało Pana do napisania tej książki?
Chciałem napisać trochę lżejszy, bardziej rozrywkowy kryminał, w którym problemy poważnej, egzystencjalnej natury znajdą się niejako na marginesie. W odróżnieniu od pozostałych książek, w których dominują. Natomiast za wyborem Wrocławia jako miejsca akcji nie stał żaden szczególny zamysł – po prostu tu mieszkam.
W tej powieści ponownie zestawia Pan swoich bohaterów na zasadzie kontrastu. Komisarz Przygodny, jego przyjaciel redaktor gazety (przeciwieństwo policjanta) oraz dopełniający obrazu zgryźliwy lekarz patolog. Duży nacisk kładzie Pan na psychologiczną konstrukcję postaci. Pomijając ciekawą fabułę książki, konfrontacja bohaterów, ich sposobów myślenia oraz dialogi stanowią wartość samą w sobie. Z jakich elementów powinna, według Pana, składać się dobrze skonstruowana historia? Jakie wymagania stawia Pan sobie samemu, ale także czego oczekuje Pan od innych pisarzy?
Chciałbym, żeby mój czytelnik miał kłopoty z odłożeniem książki, żeby zdziwił się przy zwrotach akcji albo przy zakończeniu, żeby poruszyły go przeżycia bohaterów, żeby utwór skłonił do refleksji. Niekoniecznie tego samego oczekuję od innych pisarzy, równie chętnie sięgam po takie utwory, gdzie dominantą jest język.
Analizując Pańskie powieści kryminalne można stwierdzić, że ich myślą przewodnią jest ukazanie luk prawnych, niedoskonałości systemu (np. problem samosądu lub niepoczytalności mordercy, niedoskonałość wymiaru sprawiedliwości), a prócz tego interesują Pana dylematy natury moralnej. Czy to właśnie zadecydowało o Pańskich preferencjach gatunkowych (powieść, opowiadanie kryminalne)?



Dylematy moralne postawiłbym na pierwszym miejscu, ale mógłbym je rozpatrywać również w powieściach obyczajowych, więc nie z ich powodu skupiam się na kryminale. Tak samo pociąga mnie to, co stanowi jego esencję, mianowicie zagadka i jej rozwiązywanie, kiedy jestem czytelnikiem, a konstruowanie, kiedy jestem autorem.
Pisze Pan nie tylko powieści, lecz sięga także po opowiadania. Jaki jest Pana stosunek do opowiadań? Są gatunkiem łatwiejszym od powieści czy równie poważnym wyzwaniem literackim?
Opowiadania kryminalne są zdecydowanie trudniejsze. Można napisać średnią powieść kryminalną, nie wychodząc poza schemat zabójstwo – śledztwo – ujęcie zabójcy, niczym go nie wzbogacając ani nie będąc w żaden sposób oryginalnym. Tego schematu nie da się wykorzystać w opowiadaniu, dlatego że powstaje zbyt długi tekst. Tutaj trzeba mieć niebanalny pomysł. I powiedziałbym, że średnich opowiadań kryminalnych nie ma. Są dobre albo złe, w zależności od tego, czy autor ten pomysł miał, czy nie.
W tomach „Między prawem a sprawiedliwością” oraz „Kwintet kryminalny” rozważa Pan problemy i powikłania na tle realiów amerykańskich. W jaki sposób przygotowywał się Pan do napisania tych opowiadań? Czy dla podkreślenia spraw, którymi się Pan zajmuje, realia amerykańskie nadają się lepiej niż polskie? Są bardziej „widowiskowe”?
Gwoli wyjaśnienia: „Kwintet” nie jest książką wydaną, to dostępne w formie elektronicznej pięć opowiadań, do których zamierzam dopisać dalsze dziesięć (z tym że tych już nie będę udostępniał) i dopiero wtedy całość zamierzam opublikować w formie książkowej.
„Między prawem a sprawiedliwością” umieściłem w amerykańskich realiach faktycznie dlatego, że tamtejsze procesy są bardziej widowiskowe, a wymogi proceduralne, np. niedopuszczanie nielegalnie zdobytych dowodów, pozwoliły mi pokazać tytułowe rozwarcie z całą ostrością. W przypadku „Kwintetu” motywacja była zupełnie inna, dużo bardziej przyziemna: chciałem przełożyć te opowiadania na angielski i dotrzeć z nimi do angielskojęzycznych czytelników, a polskie realia zdecydowanie by to utrudniły. Ale amerykańskie realia są w tych opowiadaniach pozbawioną znaczenia dekoracją, ich tematyka jest taka, że akcja mogłaby rozgrywać się w dowolnym kraju.
Czy tworząc swoich bohaterów przemyca Pan cechy swoich znajomych lub własne? Czy ktoś mógłby rozpoznać się na kartach Pańskich powieści?
Przemycam, co czasami prowadzi do nieuprawnionych wniosków, że jakiś bohater jest tą osobą ze świata rzeczywistego, od której jego cechy zaczerpnąłem.
Czym jest dla Pana pisanie książek? Dlaczego zaczął Pan pisać?

Pisać zacząłem z wewnętrznej potrzeby. Kiedy piszę, czuję, że robię coś, co ma sens. Mam nadzieję, że to stanowi odpowiedź na pierwszą część pytania.
Twórczość oryginalna i przekładowa w Pana przypadku wzajemnie się uzupełniają. Wygląda na to, że jest Pan pisarzem „na pełnym etacie”. W jaki sposób Pan pracuje? Ile godzin dziennie poświęca Pan na tłumaczenia, a ile na własne utwory? Jak wygląda Pański typowy dzień pracy?
To niestety jest trochę inaczej. Ani pisarstwo, ani tłumaczenie literatury nie daje mi takich dochodów, bym mógł zrezygnować z pracy zarobkowej (wykonuję tłumaczenia nieliterackie), a poza nią czasu zostaje albo na pisanie, albo na przekładanie książek. Obecnie piszę, więc przekłady literackie musiałem zawiesić na kołku. Zwykle pracuję od dziesiątej do trzeciej, a po południu jeszcze dwie, trzy godziny. Staram się tak rozkładać obowiązki, by, jeśli to możliwe, przez te pierwsze pięć godzin pisać. To znaczy – wolę jednego dnia pisać przez pięć godzin, a drugiego pięć godzin tłumaczyć dokumenty, niż rozbić ten blok po połowie na pisanie i tłumaczenie.
Bardzo wiele czasu poświęca Pan na czytanie, tłumaczenie i pisanie. Jak się Pan ratuje, jeżeli musi od tego wszystkiego czasem odpocząć?
Generalnie odpoczywam na bieżąco, uprawiając sport. Kilka razy w tygodniu biegam, około dziewięciu kilometrów (taki nieokrągły dystans, bo biegnę przez określony czas, godzinę, a nie zaplanowany odcinek), w weekendy chodzę na basen i przepływam co najmniej tysiąc pięćset metrów.
Czy planuje Pan jeszcze sprawdzić się w innych gatunkach? Czy szykuje Pan jakąś niespodziankę dla czytelników? A może na tyle dobrze czuje się Pan w sprawdzonych formach, że nie zamierza Pan niczego zmieniać?
Ciągnie mnie do powieści science fiction i tematyki religijnej (powieść apokryficzna w stylu „Ewangelii według Jezusa Chrystusa” Saramago, antyutopia z katolicką dyktaturą), mam też pomysł na powieść sensacyjną z gazem łupkowym w tle. Ale na razie muszę dać sobie na wstrzymanie, bo dotąd każda napisana przeze mnie książka była z innej parafii. Czas na kontynuacje.
Nie mogę nie zapytać o Pańską ocenę kondycji literatury kryminalnej w Polsce oraz o pisarza, którego ceni Pan najwyżej. I za co?
Polską literaturę kryminalną oceniam bardzo wysoko, mamy wielu wyśmienitych autorów. A żeby ze współczesnych nie pominąć nikogo zasługującego na wzmiankę, wymienię nazwisko Joe Alexa. To mistrz precyzyjnej, przemyślanej zagadki kryminalnej.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

16 komentarzy:

  1. Świetny wywiad, jak każdy zresztą. Nie każdy komentuję, ale czytam uważnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję i cieszę się z odwiedzin:)

      Usuń
  2. Tak doskonały wywiad :) Paweł to bardzo ciekawa postać

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny wywiad! Czytałam autora Gdzie mól i rdza i z całą pewnością sięgnę po inne jego książki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Interesująca osobowość i bardzo dobry wywiad:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo przyjemny wywiad , świetna robota Olu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No tak, na mnie czekają dwie książki pana Pawła i ciągle coś innego ładuje mi się w kolejkę co "muszę" przeczytać wcześniej. =/

    Wiesz, co mnie przygnębia? To, że z pisania książek (dobrych, nie mówię tu o masowej produkcji bylejakości) nie da się wyżyć.

    A wywiad - jak zwykle świetny. Zresztą wiesz. Potrafisz się do rozmowy przygotwać jak mało kto.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Aniu:) Kto jak kto, ale Ty wiesz co nieco na temat przygotowań i jeszcze raz Ci dziękuję za pomoc;)

      Usuń
  7. Rewelacyjny wywiad, fascynujaco bylo poznac pisarza i tlumacza ksiazek, ktore mi sie podobaly.

    Jesli chodzi Hjalmara Soderberga, to czytalam wprawdzie tylko dwie ksiazki, "Doktora Glasa" i "Nieblahe igraszki" - ale byly tak kunsztownie napisane, ze na pewno zapoznam sie z kolejnymi jego powiesciami.
    (i rzeczywiscie, przetlumaczone byly obie znakomicie, nie sposob tego zauwazyc)

    A Pawel Pollak wydaje mi sie tak ciekawa osoba, ze obowiazkowo przeczytam jego wlasne powiesci :-).

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie słyszałam do tej pory o Pawle Pollaku i jestem Ci bardzo wdzięczna, że zaprezentowałaś mi sylwetkę tego autora. Ps. Wywiad jak zawsze genialny! :)

    OdpowiedzUsuń
  9. "Kanalię" czytałam, dobra książka. Ostatnio glośno o autorze z powodu wpisu na blogu dotyczącego pisarzy i autorów publikujących w ramach self-publishingu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie z pewnością spodoba Ci się także "Gdzie mól i rdza", polecam:)

      Usuń
  10. Bardzo ciekawy wywiad. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się przeczytać książkę tego autora;)

    OdpowiedzUsuń