wtorek, 24 września 2013

"Pustik dzidunegry czyli Księga żywych", Anna Teluk-Lenkiewicz - fragment


"Kilka wozów wjeżdżało w leśne dukty. Szelest liści i delikatny szum wiatru przerywał raz po raz śpiew leśnego ptactwa. Wolność, nieskrępowana niczym przynależność do natury była dla nich ważniejsza niż wszystko. Pogoda, następny sprzymierzeniec. Bezchmurne niebo zapowiadało  dobrą wróżbę. Las miał dać schronienie, aż do nadejścia mrozów.
Każdego roku zimową porą najmowali chatę na kolonii wsi, z dala od Gadziów[1],  Polaków. Nazywali to własnym prawem życia. W drodze, w pogoni za szczęściem. 
Wypatrzyli wreszcie tę samą polanę, która co roku o tej porze wypełniała się gwarem cygańskich rodzin. Kobiety, ubarwiły i tak soczystą już zieleń wielobarwnymi sukienkami. Kolorowe chusty, które przykrywały włosy, przerzuciły na ramiona. Mężczyźni w połyskujących koszulach i błyszczących kamizelkach rozjaśniali wkradającą się w głąb lasu szarość. Pisk dzieci nadawał swoistej rangi uroczystości, do której się szykowali. Młodzi Cyganie obłożyli chrustem potężne konary i rozniecili ogień. Zręcznie ustawiono prowizoryczne trójnogi na wykonane własnoręcznie naczynia, w których kobiety  szykowały strawę. A gdy już nad polaną roznosił się zapach zupy, gotowanej z kwaśnych wiśni, a jeż oprawiony w glinę oczekiwał na swą porę w ogniu, muzykanci szykowali instrumenty.
„Stary Roma przycupnął na pniu i powiedział: „Kon hadeła mariben, dava chała...”[2] i zaczął świństwa różne gadać, co po kolei będą jedli awanturnicy. Taki zwyczaj my mieli, żeby bijatyki nie było. Jak już to powiedział, to poprawił się na pniu i rozpoczął opowieść : W Egipcie faraona mieli, a ten kazał wypędzić wszytkie Żydy z kraju. Faraon miał piękną córkę Kali Mura – Czarna Jagoda ją wołali. Ta piękność raz jeden przychodzi do Cyganów i mówi. Wam trzeba jak Żydom iść i będziecie wędrować wiele, wiele lat, wtedy nauczą się jedni być kowalem inni wróżyć będą, a jeszcze inni koniarzami się staną, a i myzykantów nie zbraknie. Jak już się wasze dzieci dobrze fachów nuczą, a później ich dzieci, znajdziecie piękny, ciepły kraj i będzie wam on ojczyzną. Czarna Jagoda miała złotą laskę i wstrząsnęła nią nad morzem wielkim, wody się cofnęły, morze wyschło i ruszyli Cyganie w drogę. Po dziś dzień my więc wędrujem i ciepłej ojczyzny szukać dalej będziem.[3]
 Skończywszy legendę  rozsunął harmonię i wypuścił na wolność akordy. Dźwięki przenikały powietrze  jak poranne ćwierkanie ptaków. Raz ciszej, to głośniej podobnie strumieniom czystym tłukącym się  po górach. Rozsunął miech i wypuścił powietrza. Zamknęła oczy i zobaczyła ja ten deszcz spadających kropel, a w jednej chwili dołączyły  skrzypce i obczepiły polanę jak wiatr targający gałęzie. Zawodziły cichutko. Płakały i szarpnięciem strun dodawali radości. Coraz szybciej i szybciej.  Wtedy  piękna Romni ruszyła w tany. Tamburyn drgał w jej ręku i dodawał dźwięku bransoletom swobodnie zawieszonym na nadgarstkach. "Przyglądała się i wtedy moja daj[4] mrugnęła przyzwalając na zabawę. Zdjęła chustę i rozłożyła ręce, pomyślałam, że gdybym mocniej nimi ruszała mogłabym  wzlecieć w niebo i jak te jaskółki ścigać się, aż do obłoków przykrywających słońce. Muzyka grała, a ja dalej wirowała jak szalona.  Ciepły wiatr muskał rozgrzane policzki, byłam jak on, nieuchwytna, nie dająca się zważyć, ani dotknąć.  Uniosłam głowę i wtedy włosy spłynęły mi na plecy, potrząsnęłam nimi, chciała by swoboda dodała mi lat. Przecież włosy były ozdobą każdej Romni. Musiały zadziwiać długością, a każdy kosmyk powinien mienić się w słońcu   I wtedy młodzi Roma, którzy w tej chwili nie grali, zaczęli swój taniec. Naraz wyobraziłam sobie  Hektora,  lekkim skinieniem głowy okazał mi zainteresowanie, od teraz będzie tańczył przy mnie. To był najładniejszy chłopak w taborze. Jego oczy błyszczały jak zmyte deszczem węgły. Biała koszula odbijała czekoladową cerę. Może zechciałby mnie porwać, a potem: Bachtałe Terni Roma [5]i przysięga, którą stary Cygan wypowie wiążąc nam chustą ręce„:”Rzucam klucz do wody. Tak jak nikt go z niej nie wydobędzie i nic nim nie otworzy, tak i was nic już nie rozłączy"[6]
Trzask palących się gałązek i maleńkie iskierki lecące wprost do nieba, to było szczęście - baszt. Cyganką jestem i dzięki ci Baro Devel[7], żeś mnie taka stworzył.
Piękny wieczór miał dopiero nastać, a wraz  z nim starszyzna szykowała się do właściwej uczty, ale nagle pośród śpiewu i odgłosów lasu usłyszała coś jeszcze. W tamtym czasie  lasy  patrolowali żołnierzy niemieckie. Gdzie nie sięgnęłam wzrokiem wszędzie ich widziała. Zamarli my, Niemce wychodzili zza drzew, krzaków, jakby to spod nich wyrastali na naszych oczach. Pomyślęli my,  kogoś szukają. Nie mięli pojęcia, że tym kimś byliśmy my. 
Otoczyli nas: „Raus, raus!” - wrzeszczeli esesmani,  a my posłusznie zebrali się przy wozach. Warkot motorów właśnie usłyszeli, gdzieś w oddali. Przybywało ich i wciąż nadjeżdżali kolejni.
> Wurden[8] własnoręcznie budowany przez ojca, był moim domem. To tuż przy nim, w namiocie  przyszła ja na świat. Babcia mówiła jak było. Tata z dziadkiem i innymi Roma ognisko zapalili ale nie wolno było ogniu buchać nim ja na świat przyszła. Potem jak już powiedzieli, że Daj mnie powiła młoda Romni wzięła rózgi i namoczyła w wodzie, by każdy namiot pokropiwszy szczęścia nadać: Tje avjen bach tale[9]
Maleńka kuchenka usytuowana w końcu drewnianego domku na kołach, ogrzewała nas w zimne noce. Metalowe palenisko połączone z wyrastającym nad zaokrąglony dach kominem, zwykle zajmowała mama-Daj, przygotowując jedzenie. Dad sam wytwarzał kotły i zajmował sie naszymi dwa koniami.
Niemcy wrzeszcząc popędzali wszystkich.  Najpierw kazali stanąć z boku naszym Roma. Jak się ustawili dostali łopaty i kazali im kopać dół. Głęboko już było, wtedy Niemcy chwycili Karę z jej małą i młody Rubin z nimi. Tak głośno się śmiali. Wysoki, chudy esesman podchodził wolno do nich. Kara ściskała maleńkie dziecie. Śmiech był tak głośny, że wystraszył ptaki siedzące na drzewach. Niemiec był tuż przy Karze. Tak dziwnie przekręcił głowę i patrzył na nią. Cały czas się uśmiechał. Naraz zaczął wyrwać z rąk Kary mała dziecko. Romni trzymała zawiniątko dusząc do siebie. – Du Vergi![10] - Strasznie wrzasnął  i  z całej siły zamkniętą pięścią uderzył Kara. Zalała się krwią, nie puszczała dziecka. Szarpnął za szmaty otulające mała, Kara przechyliła się ku niemu, opadała z sił. Robin podtrzymał ją i krzyczał po polsku – Zostawić dziecko! Zostawić ! – Któryś z Niemców podbiegł. Robin dostał rączka karabina w nos. Upadł. Jazgot rozdzierał las. Zaczęli strzelać w górę. A my chowali głowy. Kręcili się w kółko. Kara już ledwo trzymała się na nogach. – Du Vergi ! – darł się i kopnął Romni z siłą w brzuch. Upadła na kolana. On złapał dziecko, odwinął bety i trzymając tylko za rączkę uderzył nim w drzewo. Wrzeszczeć zaczęli  wszyscy. Dziecina spadła obok. Taka bezwładna jak szmaciana lalka. Leżała tam na ciemnej ziemi i tylko sowa huczała na nią. Liście przesiąkały brunatną wodą. Rubin wyskoczył do esesmana ale zrobił dwa kroki, drugi z żołnierzy strzelił mu w głowę. Widziała pierwszy raz taką dziurę nad oczami. Świat zaczął się obracać, ktoś mnie podtrzymywał z tyłu.  To samo zrobili z Karą, jej daj i Hektorem, który na ratunek im ruszał. Spojrzałam na nich. Jego biała koszula przemokła od krwi, a oczy, te jego węgły czarne całkiem znieruchomiały.
Podchodzili do nas. Złapałam ojca rękę, szarpałam bo uciekać trzeba nam było. Ojciec trzymał się za głowa i w zamieszaniu podsuwał do mame. Krzyczeli wszyscy i co rusz ktoś padał na ziemię. Strzelali do naszych jak do nieprzymierzając zwierza dzikiego. Biegali my w miejscu, bo gdzie nie zrobił kroku tam padali nasi. I ten śmiech. Czemu tak śmiali?
Aż podjechał samochód, taki czarny i czysty. Żołnierze stanęli na prosto, gdy wysiadał ładnie ubrany oficer. Coś krzyczał na nich, a za krótka chwila powiedział po polsku: - Nie bać się, cicho, nie bać. Wrócił do nas i zawołał pokazując palcem paru Roma, znów zaczęliśmy krzyczeć, ale on pokazał, że cicho i kazał naszym zakopać dół. Tam Kara z dziurą w głowie, Robin we krwi, jakby go z dzbana zlali i mała kruszyna, którą ktoś rzucił na  czerwone już całkiem gałgany, resztę zastrzelonych położyli nasi do tego samego grobu. Ciemno już było, tylko wielkie lampy świeciły z ciężarówki. Daj wyszeptała: Tje avjen leske droma phandadże,aj chara puterde.[11].
W końcu  zostaliśmy wpędzeni do skrzyni ich wozu.  Długo jechaliśmy. Wreszcie zatrzymali przed wielką brama otoczoną murem.
> - To wasze tymczasowe gospodarstwo - usłyszeliśmy od oficera. - Teraz wy tu, aż my znaleźć wam nowe domy. - Wrota otworzyły się, a my ujrzęliśmy ludzi snujących się bez celu wąskimi uliczkami. Wszystkie bagaże, które mięliśmy w taborze zostały przeglądnięte, a po ograbieniu oddane. Wskazano nam cztery kamienice, przeznaczone tylko dla nas. Drut kolczasty oddzielał je od reszty dzielnicy, zamieszkałej przez Żydów. Ktoś z osiadłej tam starszyzny wskazał nam  pierwszy z budynków. Weszli my do środka. – Baro Deweł jak tam nos musiała zatykać. Fetor tak miało mięso, co gniło. W jednej izbie było siedem osób. Kilka z nich chyba nigdy nie wstawali z swoich legowisk. Pamiętam przechodziła przez nich jak przez kamienie kładzione na drodze. Pytała Daj czemu oni tak leżą, ale nic nie powiedzieli. Wyszli my na podwórze,, a tam była izba. Mama i ojciec znaleźli nam kąt w suterenie. Nie mieliśmy kuchni, ani nawet latryn. Dobrze, że choć tobołów nam nie zabrali. Mieli my swoje dużo rzeczy. Ojciec przyniósł jeszcze od Żyda dwa garnki i stare wiadro. Gdy chcieliśmy za potrzebą, szli na ganek i załatwiali do wiadra. Mama szukała pokrzyw w pobliżu, żeby zupy nagotować. Martwa była to ziemia, tylko ulice, stworzone przez człowieka, a na podwórzu jałowy piach, I to właśnie miejsce miało stać się naszym domem. Zabite ścianami z sufitem przykrywającym błękit. Jak mięliśmy tu żyć? Bez zapachu zieleni, bez wędrówek, bez nut podkradanych ptakom i bez iskier strzelających radośnie.    Baszt, chociaż tyle szczęścia, że wciąż byliśmy razem.

Co dzień ulicami dzielnicy przejeżdżały samochody SS. Widziałam jak żołnierze zabawiali się strzelając na oślep do ludzi chodzących uliczkami, przypomniało mi to las i ciała naszych Roma. Bałam się wychodzić z domu. Nikt z nas nie chciał przecież paść na bruk. Ojciec dostał przydział do pracy, budował drogę. Jak zmierzchało wszyscy czekali czy wróci. Tu nie wiadomo było czy wychodząc na dwór wrócisz do swoich."



[1] Gadzia – obcy nie-Cygan
[2] Kto wywoła bijatykę, ten zje...
[3] J. Ficowski – Cyganie w Polsce
[4] Daj - mama
[5] Szczęśliwi młodzi Cyganie
[6] Rota wypowiadana w trakcie udzielania ślubu
[7] Wielki Boże
[8] Wóz
[9] Byście szczęśliwi byli
[10] Dawaj – niem.
[11] Niechaj w nocy wszystkie jego drogi będą zamknięte, a jutro dopiero będą otwarte. – zaklęcie mające uwolnić zmarłego od błądzenia między żywymi.

10 komentarzy:

  1. Bardzo wstrząsający fragment. Aż mi się włosy zjeżyły na głowie. Nie czuje się na siłach, by czytać wojenną literaturę, gdyż jest zazwyczaj tak obrazowo opisana, że niemal widzę,jak Niemcy katują biednych, bezbronnych ludzi. A już szczególnie serce ściska na los matek i ich dzieci. Najgorszy horror, który napisało samo życie :-(

    OdpowiedzUsuń
  2. Mocna zapowiedź.
    To jest fragment tej książki, która ma wyjść w przyszłym roku?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. To jest książka, która ciągle jeszcze powstaje - na gorąco:)

      Usuń
  3. Niezwykle realistyczny opis zdarzenia. Na długo taka książka pozostanie w pamięci jak się ją przeczyta. Ze wspomnieniami Romów jeszcze nie miałam do czynienia więc chętnie bym książkę przeczytała. Pierwsza część fragmentu pięknie opisuje ich zwyczaje . Pamiętam tabory co roku koczujące w mojej miejscowości nad Dunajcem i śpiewy wieczorne przy ogniskach.

    OdpowiedzUsuń

  4. Po tym fragmencie wiem czego mogę się spodziewać po lekturze. Przejmujący.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za miłe słowa i polecam się na przyszłość :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jedna z tych scen, ktorych nie sposob wyrzucic z pamieci. Nie wiem, czy chce przeczytac cala ksiazke...

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam serdecznie
    Chciałabym przedstawić dwa konkursiki, może akurat nagrody przypadną komuś do gustu i zechce wziąć w nich udział...
    Jeden z nich to mega konkurs książkowy gdzie zwycięzców będzie aż 19, a nagrodami są przeróżne książki, zarówno literatura kobieca, fantasy, poradniki... Do koloru do wyboru :)
    W drugim konkursie natomiast do wygrania jest zestaw czterech kubeczków, ale nie byle jakich... Są to kubki muminkowe z cytatami...Z pewnością znajdzie się wielu fanów tej bajeczki wiec tym bardziej polecam :)
    Nie chciałabym nadużywać gościnności i linków nie zostawię, ale jeżeli ktoś byłby zainteresowany to zapraszam na mój profil, a tam znajdziecie Babylandię oraz Książeczki synka i córeczki, a w nich po boku są banerki i tak traficie na dany konkursik :)
    Z góry chciałabym ogromnie przeprosić za spam, wiem że pewnie wiele z Was ma już dość takich autopromocji, ale mimo wszystko spróbuję szczęścia i mam nadzieję, że znajdą się chętni na takie fajne nagrody :)
    Pozdrawiam cieplutko
    Marta

    OdpowiedzUsuń