piątek, 4 października 2013

PISANIE JEST DLA MNIE ODSKOCZNIĄ OD CODZIENNYCH ZAJĘĆ - rozmowa z Łukaszem Zarankiem, poetą, autorem książek „Nadyia” i „Torsje” LiteraTura, Wrocław 2013

Dwa lata temu zadebiutował Pan wydając „Nadyię”, a w sierpniu br. ukazały „Torsje”. Pisze Pan także wiersze. W czym Pan lepiej wyraża siebie: w poezji czy w prozie?
Lubię obydwie formy i chyba obie mi służą, ale jeśli chodzi o wyrażanie własnych przeżyć, emocji i nastrojów, atmosfery, jaka panuje w duszy, to skłaniam się ku poezji. Jestem zwolennikiem poglądu, że każdy, kto pisze poezje – nurza pióro we własnej krwi, jak mawiał Grochowiak. Doświadczam właśnie czegoś takiego. Wszystko, co chcę zawrzeć w poezji, wywodzi się z mojej duszy i z mojego serca, czasami z umysłu. Natomiast jeśli chodzi o książki prozatorskie, zostawiam sobie sporo swobody. Gdybym miał podsumować w kilku słowach, powiedziałbym, że proza jest dla rozrywki, a poezja dla wyrażenia własnego ja.
Jest Pan człowiekiem bardzo aktywnym. Udziela się Pan społecznie i sportowo, pracuje Pan z osobami niepełnosprawnymi. Jest Pan bardziej społecznikiem czy pisarzem?
Jednak bardziej społecznikiem, bo działalność filantropijna i społeczna jest wpisana w moje życie mocniej niż pisarstwo.
Ale przecież „Nadyia” to w jakiś sposób też misja społeczna?
Tak, książka nie wzięła się znikąd. W latach studenckich dorabiałem sobie jako diskdżokej w wielkopolskich klubach i tam musiałem się przyglądać rzeczom, których wolałbym nie widzieć. Można powiedzieć, że moja artystyczna dusza cierpiała. Na tej kanwie wyrosła „Nadyia”.
                                                                                                                                         [źródło zdjęcia]



Co się zmieniło w Pańskim życiu, kiedy opublikował Pan tę książkę? Czy był to moment przełomowy? Pomyślał Pan o sobie jako o pisarzu? A może jest to myśl, do której dojrzewa się powoli?
Kiedy zobaczyłem swoją książkę na wystawie księgarni, momentalnie w mojej głowie narodziły się plany, jakim to pisarzem będę. Jednak stosunkowo szybko wróciłem na ziemię. Mam duży dystans do siebie i nie piszę po to, żeby było o mnie głośno. Robię to w dużej mierze dla siebie, a nie pod „publikę”. Na co dzień pracuję z osobami niepełnosprawnymi umysłowo. To wymaga ode mnie ogromnej cierpliwości, zaangażowania, energii i wyrobienia w sobie mechanizmów, które nie pozwalają popadać w rutynę. Pisanie jest dla mnie odskocznią od codziennych zajęć.

Czy „Nadyia” jest oparta na prawdziwej historii?
To historia całkowicie wymyślona. Pisząc „Nadyię” chciałem, aby była ukazującą konkretny problem nowelą, z której można wyciągnąć wnioski bez żadnych niedomówień, książką dającą czysty obraz.

Jej narrator jest podmiotem wszechwiedzącym, który zawsze wyprzedza o krok bohaterów, a nawet czytelników. Czy to świadomy zabieg?
                                                                           
                                                                                                                              
Zgadza się. Wzorowałem się na powieściach tendencyjnych w rozumieniu pozytywistycznym.
W efekcie otrzymaliśmy nowelę, a raczej baśń z bardzo mrocznym i niepocieszającym morałem.
Tak. Można to tak nazwać. Przekaz, mam nadzieję, jest wyraźny. Docierały do mnie opinie, że jest bulwersujący, ale prawdziwy. Czyli – osiągnąłem swój cel.
„Nadyia” nie tyle jest książką młodzieżową, co raczej o młodzieży. A właściwie przestrogą. Pokazuje Pan tragiczne zdarzenie, do którego doszło przypadkowo. Nie orzeka Pan jednoznacznie o winie. Pokazuje Pan dwie strony dramatu, a właściwie dwa światy. Widzimy co się dzieje, gdy rodzice nie angażują się w życie swojego dziecka. Dziecko wówczas na różne sposoby szuka akceptacji. W noweli kończy się to tragedią, bo młoda osoba sięga po alkohol, narkotyki i przygodny seks. Z drugiej strony mamy młodego człowieka, który sam przeżył ogromną traumę i świadomie wybiera drogę destrukcji. W pewnym momencie oba światy się spotykają i czytelnik dowiaduje się, do czego to doprowadziło.

Nie miałem zamiaru pokazywać, co jest dobre, a co złe w sposób bezpośredni. Nie mówię czytelnikowi: nie rób tego, trzymaj się od tych rzeczy z daleka. Tutaj rzeczywiście decyduje przypadek. Mam nadzieję, że moja nowela zmusi do refleksji. Sądzę, że problem, który poruszyłem, nie jest jednostkowy, ale dotyczy sporej części młodego pokolenia. Młodzi ludzie nierozważnie wpadają w złe towarzystwo, wchodzą na drogę, która nie prowadzi do niczego dobrego.
Czy „Torsje”, które świeżo się ukazały, to kolejna misja, czy ma już zupełnie inny charakter?

Pomimo iż książka napisana jest lżejszym stylem, to wydaje mi się, że to też rodzaj misji. Czytelnicy twierdzą, że dobrze się ją czyta. Przekaz znowu jest jasny, aczkolwiek wydarzenia, postacie nie są jednolite. Bohaterowie targani są emocjami. Fabuła zmusza czytelnika do uważnego czytania, aby pojął co się z nimi dzieje.
W swoich książkach kumuluje Pan sporą dawkę emocji. Wielu twórców w takich przypadkach musi jakoś odreagować, zregenerować się nawet. Czy Pan też długo dochodzi do siebie po napisaniu takiej książki?
Jak powiedziałem, zachowuję dystans do siebie i do tego, co piszę, więc nie mam z tym większych problemów. Ale rzeczywiście są momenty, że po napisaniu jakiegoś rozdziału muszę odpocząć. Wtedy pomagają mi rozmowy, podczas których wyrzucam z siebie negatywne emocje, dzielę się nimi z kimś innym. Jest mi od razu lżej.
Pisze Pan także wiersze. Myślał Pan o tym, by je opublikować?

Tak, miałem ofertę wydawnictwa Miniatura z Krakowa w ubiegłym roku, ale wtedy bardzo poważnie zastanawiałem się nad wydaniem „Torsji” i poszedłem w nieco inną stronę. Myślę jednak, że w przyszłym roku na rynku ukażą się moje wiersze.
Czytelnicy mogli poznać próbę Pańskiej liryki, gdyż w „Nadyi” przemycił Pan jeden taki utwór.



Tak, ten wiersz jest wstępem do książki.
A po jakie utwory sięga Pan dla własnej przyjemności?
Lubię hiszpańskiego pisarza Mendozę. Podoba mi się jego żart, komizm, jego bohaterowie, mimo że czasami mnie drażnią… Ostatnio przeczytałem jego najnowszą powieść „Walka kotów”. Świetna książka, chociaż nie do końca mnie zachwyciła. Jeśli chodzi o styl – bardzo specyficzny – to się nie zawiodłem, ale… zakończenie zrobiłbym jednak inaczej (śmiech).
Ta książka to rodzaj blagi. Mendoza nawet trochę żartuje z czytelnika. Jak by Pan zatem zakończył tę powieść?
To, czego mi brakowało, to drugie dno, związane z motywem obrazu. Po tych wszystkich opisach, wielkim sekrecie wokół obrazu i jego twórcy – czekałem na coś naprawdę głębokiego. A tymczasem historia się rozmyła, akcja skupiła się na samej rewolucji i to mnie trochę rozczarowało.


Nad czym Pan dzisiaj pracuje? Ma Pan gotowy nowy projekt czy bierze Pan dłuższy urlop?
W tej chwili odpoczywam.
Czy specjalnie szuka Pan inspiracji do swoich książek, czy musi ona sama do Pana przyjść?
Nie, nie szukam. W przypadku obu książek było tak, że coś mnie tknęło – na tyle mocno, a jednocześnie subtelnie – że nie mogłem nie zacząć pisać. W tej chwili czekam na takie odczucie. Z doświadczenia wiem, że szukanie czegoś na siłę jest nonsensowne. Natchnienie zjawi się w odpowiednim momencie.



Ponieważ Pana książka dopiero się ukazała i jest to bardzo dobry moment, by zachęcić czytelników do sięgnięcia po nią, w jaki sposób by Pan to zrobił? Co chciałby Pan im powiedzieć?
„Torsje” to książka o braku szczęścia. Każdy z nas, brnąc przez życie, szuka szczęścia. W książce bohaterowie gubią je na własne życzenie i własną odpowiedzialność. Zapraszam do lektury.
Bardzo dziękuję za rozmowę :)
Dziękuję serdecznie :)


Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

2 komentarze:

  1. "Torsje" wydają się być godną uwagi lekturą. Jak zawsze zadajesz ciekawe pytania.

    OdpowiedzUsuń
  2. Swietny wywiad, a autora bardzo podziwiam za dzialalnosc spolecznikowska - sama zawsze takie plany mialam wylacznie w teorii i bardzo zaluje, ze ich nie realizowalam, jak jeszcze mialam sporo wolnego czasu.

    OdpowiedzUsuń