piątek, 25 października 2013

"Tam, gdzie urodził się Orfeusz" - Ałbena Grabowska-Grzyb, fragment



„…Naprzeciwko nas błyszczy jezioro, z drugiej strony wznoszą się wysokie skały. – To skały Orfeusza – mówię uroczystym głosem. Na rodzinie robi to wrażenie. Widok jest przepiękny. Surowa ogromna skała wyrasta jakby z wody. To z niej według legendy wyszedł Orfeusz. W tych właśnie lasach mieszkał i polował. Z trzciny zrobił pierwszy instrument. Może tu zakochał się w Eurydyce? Tego nie wiem. Jest praojcem wszystkich muzyków rodopskich, do niego odwołują się pieśniarze i muzycy. Legenda Orfeusza jest bardzo głęboko zakorzeniona w tych stronach. Rzymianie i Trakowie mieszkający tu szanowali legendę opiewającą tę niezwykłą postać i kultywowali muzyczne tradycje regionu. Rzymianie imieniem Orfeusza nazwali też niezwykłą roślinę. Orfeewo cwete to roślina, której wizerunek wytłaczany był na starożytnych monetach. Jest jedyną na świecie rośliną, która wyrwana z korzeniami nie umiera, ale zapada w letarg. Ususzona, nawet po wielu latach, jeśli zostanie zasadzona w ziemi, zaczyna rosnąć i kwitnąć. Pokazuję roślinkę, którą znalazłam na rysunku w encyklopedii. Zachęcam dzieci do szukanie tego niezwykłego gatunku. Potem zamierzam ją ususzyć, zabrać do Polski i na wiosnę zasadzić. Wtedy przekonamy się, czy to prawda, co o niej mówią. Patrzymy w trawę, ale oprócz znanej nam roślinności i koniczynek nie widzę orfeewo cwete. Przy kolejnym jeziorku typowy bałkański obrazek. Na brzegu stoi otwarty samochód, z którego dobiega głośna muzyka, obok samochodu rozłożono dwa koce, na nich siedzi grupka ludzi. W pobliżu nieduże prowizoryczne palenisko, na którym piecze się mały baran. Jeden z mężczyzn od czasu do czasu obraca mięso i przysiada na kocu, gdzie już czeka pokrojony chleb, kiseło mljako w słoikach i sałatka szopska. Właściwie kto powiedział, że nie można przyjechać z rodziną nad jezioro i upiec barana? Dzieci natychmiast zaczynają dopominać się obiadu. Odchodzimy szybko, bo gospodarze przyjęcia mogą zaprosić nas na pieczone mięso, jeśli zorientują się, że dzieci są głodne. Nie zdziwiłabym się wcale, bo Bułgarzy to jedni z najbardziej gościnnych i uczynnych ludzi pod słońcem. (...)

Znajdujemy przystanek autobusowy, bez rozkładu jazdy oczywiście, ale nauczeni doświadczeniem pytamy w pobliskiej knajpce, kiedy będzie autobus do Czełpere. Kelnerka mówi, że za czterdzieści minut. W sam raz, żeby zjeść coś lekkiego. Zamawiamy zupę pomidorową z kurczakiem. Nieźle zmarzliśmy na tej wycieczce. W autobusie wszyscy zasypiamy. Zmiana klimatu jest zbyt męcząca nawet dla dorosłych.


Wieczorem jesteśmy wykończeni. Dzieci wyjątkowo bez protestów idą spać. (…) Ktoś puka w okno. Wprowadzam do domu uczinajkę. Jak zwykle nie daje się niczym poczęstować, chociaż sama niesie potężny baniak świeżego mleka i słoik kiseło mljako. Siada na chwilę i zdejmuje czarną chustę z głowy. Opowiadam jej, gdzie byliśmy. Jest pod wrażeniem wycieczki, chociaż dodaje coś na temat męczenia dzieci. Mówię jej o orfeewo cwete i dyskretnie dopytuję, czy nie jest przypadkiem legenda. – Legenda? – śmieje się uczinajka. Zrywa się nieoczekiwanie. Nie wiem o co chodzi, ale idę za nią. Jest ciemno, mimo to prowadzi mnie pewnie za dom, gdzie są grządki, na których Swetła sadzi warzywa na użytek własny. Przy trzeciej grządce sprawnie wyrywa roślinę z kępki rosnącej tuż przy ścieżce. Jest orfeewo cwete. Karmiliśmy nim kury prawie przez całe lato.”

3 komentarze: