sobota, 2 listopada 2013

"Dałem słowo człowiekowi", Krzysztof Pochwicki, [w zbiorku opowiadań: "Lato moralnego niepokoju"] - fragment




Aric otworzył oczy, usilnie starając się odzyskać ostrość widzenia. Jaskinię wypełniał słabnący krzyk harelo. W progu stał obcy. Widział już podobne istoty, chociaż było to dawno. Węglowcy, którzy swego czasu rzucili galaktyce wyzwanie i ostatecznie ponieśli druzgoczącą klęskę. Ta planeta stała się grobem ich marzeń o dominacji. Ludzie. Ziemianie. Zar’beansi.
Człowiek stał spokojnie, płaską twarz częściowo zakrywały ciemne gogle oraz maska z uzdatniaczem powietrza. Spod głęboko nasuniętego kaptura wymykały się popielate, matowe włosy. Broń skierował ku ziemi, chromowana lufa nawet nie drgnęła. Obcy traktował ich z obraźliwą wręcz pewnością siebie. Zakładając, że planeta jest martwa, Aric nie zabrał ze statku broni Chialbinai. Najwyraźniej popełnił karygodny błąd. Wymiana pancerza była tu marnym usprawiedliwieniem.
Karmiciel wybudził się, rozejrzał, na widok człowieka zaczął histerycznie bulgotać.
– Ucisz go – głos obcego był twardy, rozkazujący, nieznacznie zniekształcony przez translator. Lufą ponaglał harelo. To, że wybrał sługę, nie wyglądało na przypadek, człowiek najwyraźniej orientował się w ich kulturze.
– Witam. Nic wam nie zrobię. Gdybym chciał was zabić, tej wizyty by nie było. Musicie stąd odejść.
– Nie możemy. Wkrótce przybędzie pomoc – Aric mówił wolno, nie wiedział, jak wydajnym translatorem dysponował Zar’beansi.
– Od gór zbliża się mroźny front; jeśli tu zostaniecie za parę standardowych godzin, uderzenie zimna zamieni was w sople, a zaspy odetną od świata. Nie liczyłbym też na pomoc. 
Nikt nie przyleci, przynajmniej nie w najbliższym czasie.
Aric zdumiony potrząsnął głową, strosząc grzebień.
– Mylisz się, z pewnością znają już naszą pozycję. Dbałem o wysyłanie sygnału do transpondera orbitalnego.
Obcy wzruszył ramionami, mamrotał, zapalając przypiętą z boku gogli latarkę. Mimo że karabin posiadał przy lufie silny reflektor, nie włączył go. Zawodowiec – mimowolnie stwierdził Aric.
Człowiek odezwał się po dłuższej chwili, w jego ruchach pojawiła się nerwowość.
– Nie chcę cię martwić, motyla gębo, lecz nad naszymi głowami nie krąży żaden transponder. Gdybym was tu załatwił, nikt by się nie dowiedział.
Skrupulatnie sprawdzając zapięcia kombinezonu, szturchnął bronią karmiciela. Zignorował trwożliwe skomlenie.
– Wyjaśnijmy coś – wycedził. – Jesteście mi totalnie obojętni, oferuję wam jednak szansę. Chociaż, uwzględniając wymowę, historię tego miejsca... - translator przekazał serię niepokojących dźwięków; Aric nie zareagował, wiedział, że ludzie specyficznie okazywali emocje. - Powinienem życzyć wam śmierci. Powinienem.
– Czemu w takim razie mi pomagasz?
– Jestem zmęczony, pokręcona krewetko. Kurewsko zmęczony...
Aric bacznie zlustrował twarz tego niedobitka potężnej niegdyś rasy. Nie potrafił w żaden sposób zinterpretować sygnałów wysyłanych przez porośnięte jasnym włosem oblicze. Twarze ludzi były takie niestabilne, zwierzęco ekspresyjne. I śmierdziały. Mimo wstrętu, który w nim narastał, pamiętał rady udzielane przez ojca. Szczególnie jedna pasowała do sytuacji. Banalna, trywialna wręcz. „Nie pozwól, by chemia emocji przemawiała przed chemią mózgu” – upominał agin.
Nie pozwolił. Postanowił też, że pozna znaczenie słów „motyl” i „krewetka”. Rozumiał groteskowość nurtujących go myśli, lecz musiał wiedzieć, czy Ziemianin go obraził.


1 komentarz: