piątek, 8 listopada 2013

WSZYSTKO, CO DOBRE, DOPIERO PRZEDE MNĄ - rozmowa z Markiem Dryjerem, autorem opowiadań oraz utworów: „Droga ślepców”, „Szklane miasto”, „Mroczne dusze” ; LiteraTura 2013

                                                                                                 źródło zdjęcia
Dlaczego chciał Pan zostać pisarzem? Czemu to takie ważne?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Może zwyczajnie dlatego, że to kocham. Powodów chyba jednak jest więcej. To kompilacja różnych czynników, które wpłynęły na taką decyzję. Nie zastanawiam się nad tym, to się po prostu dzieje. A czy to ważne? Nie wiem, to się okaże dopiero kiedyś. Jest z tym związana pewna osobista historia, która upewniła mnie w tym, co robię: śmierć Jana Pawła II, pogrzeb i towarzyszący temu wydarzeniu magiczny tydzień, okres żałoby, pełen przemyśleń nad życiem i kondycją człowieka w dobie społeczeństwa konsumpcyjnego. Był to moment bolesny, ale jednocześnie rozwijający duchowo, emocjonalnie, okazał się buforem inspiracji, z którego wciąż czerpię.
Czytając „Drogę ślepców” nie sposób nie zauważyć fascynacji powieścią Cormaca McCarthy’ego. Kim jest dla Pana ten pisarz?
Cormac McCarthy to według mnie wielka osobowość i wybitny stylista. Jego poetycka proza, pełna biblijnych symboli, trafnych metafor i żywych dialogów stanowi dla mnie inspirację do twórczej pracy. Jest siłą napędową, która pozwala mi trwać w tym, co robię. Doskonalenie warsztatu trwa latami. To setki godzin, które trzeba spędzić na wymyślaniu historii, tworzeniu wiarygodnych postaci, czytaniu materiałów źródłowych, budowaniu konspektów powieści. I wreszcie na samym pisaniu, czyli – tworzeniu narracji i budowaniu przekonujących dialogów, wielokrotnym czytaniu wszystkiego, redagowaniu, poprawianiu i tak aż do skutku. Nie ma przy tym żadnej gwarancji, że książka ukaże się na rynku. Poświęcamy czas swój i naszych najbliższych. Jest to pewna forma inwestycji, niekiedy zwracająca się dopiero w postaci emerytury. Czasami jednak zadowalający wynik finansowy nie przychodzi wcale. Ciężka praca i wyciąganie wniosków z własnych błędów to podstawa, a negatywne często opinie światka literackiego to nie zło konieczne, lecz najprawdziwszy dar, wszak dzięki nim możemy dostrzec to, czego sami nie zauważamy. Lektura dzieł McCarthy’ego pozwala mi doładować wyczerpane baterie.
Dlaczego zdecydował się Pan na taki debiut? Czy nie zgadza się Pan z mrocznym przesłaniem McCarthy’ego? Chciał Pan tę historię zakończyć po swojemu?
„Droga ślepców” jest tylko inspirowana „Drogą”, nie zaś jej kontynuacją. Pewne wątki obu powieści są zbieżne, niektóre się wzajemnie przeplatają. Obie są napisane oszczędną frazą. To jednak za mało, żeby wiązać ze sobą dwie różne książki. Moja powieść to raczej pastisz „Drogi”.
Jest Pan większym optymistą od McCarthy’ego? Myśli Pan, że gdyby groziła ludziom zagłada, byłoby jeszcze miejsce na szlachetność, zasady moralne i ideały? Wierzy Pan w człowieka?
Czytając książki McCarthy’ego odniosłem wrażenie, że poza genialnymi opisami i hipnotycznymi dialogami potrafi on także urzec dowcipem, rozpalić niewieście serca oraz pocieszyć optymizmem. W obliczu zagłady ludzie zachowują się inaczej niż w okresie względnego spokoju. Podczas globalnych konfliktów zło jeszcze bardziej się uwidacznia. Szlachetność jednak była, jest i będzie. Tak samo zasady moralne czy ideały. Będą się jednak zmieniały ich proporcje w zależności od tego, czy nadal będzie obowiązywało prawo. W sytuacji bezprawia bądź realnego zagrożenia życia ludzie będą się bezlitośnie eliminować. Druga wojna światowa najlepiej to pokazuje. Na szczęście wiara w człowieka jest niewyczerpana. Ja także wierzę w naszą rasę, w cząstkę dobra, która nigdy nie zginie.
Dlaczego zrobił Pan wszystko, żeby książki „Droga” i „Droga ślepców” kojarzyły się ze sobą? Czemu na przykład nie umieścił Pan akcji w Polsce?
Finał „Drogi ślepców” jest najlepszą odpowiedzią na to pytanie. Przyczyna końca świata wciąż jest wśród nas. Wiadomo, że dla ludzi kiedyś czas się zatrzyma, a ukryta pod ziemią tykająca bomba wybuchnie z wielką siłą. Wtedy narodziny nowego świata staną się faktem. Wcześniej jednak na Ziemi zapanuje ciemność. Natomiast akcja kolejnych moich powieści i opowiadań rozgrywa się już w Polsce. W „Szklanym mieście”, „Mrocznych duszach”, „Pentagramie” opisuję głównie Wrocław, który jest mi niezwykle bliski.
Jak została przyjęta książka? Jakie refleksje naszły Pana po jej wydaniu?
Książka wywołała emocje, dyskusje i skrajnie różne opinie. Ukazało się też wiele recenzji. Powieść miała dobrego redaktora, ale wydawca nie ustrzegł się błędów. Dzisiaj część zdań napisałbym inaczej, niektórych nie napisałbym wcale. Ta książka to po trosze eksperyment językowy. Jest minimalistyczna w formie i treści, dostosowana do tematu i fabuły.
Trzy pierwsze Pana utwory należą do gatunku fantastyki postapokaliptycznej. Zakończył Pan już swoją przygodę z tą tematyką, czy będzie Pan jeszcze do niej powracał? Czy takie książki są potrzebne?
Wolałbym używać terminu fantastyka egzystencjalna – taka właśnie była moja trylogia. Choć nie brakowało też głosów, że to fantastyka psychologiczna. Apokalipsa, która dotyka Ziemię, jest tylko tłem, oprawą. Istota problemu tkwi w samym człowieku i jego zmaganiach z bezwzględną przyrodą i z własną naturą, która w momencie zagrożenia ujawnia prawdziwe oblicze. Na pewno jeszcze kiedyś powrócę do tej tematyki. Dziś wydaje mi się, że w „Mrocznych duszach” wyczerpałem zagadnienia, które chciałem poruszyć. Chciałbym uniknąć wtórności. Wciąż jednak piszę drabble na ten temat. Niewykluczone, że w przyszłym roku pojawi się na rynku antologia miniatur, także z moimi tekstami. Tematyka grozy ma szerokie grono odbiorców, więc zapotrzebowanie na horrory czy fantastykę grozy nie tylko nie maleje, lecz nawet nieznacznie rośnie.
Akcję „Szklanego miasta” umieścił Pan we Wrocławiu. Nie szkoda było unicestwiać tak pięknego miasta? ;)
Jak wspomniałem, Wrocław pojawia się dość często w moich tekstach. Najczęściej jest już zrujnowany, jak w kryminale „Hala Targowa II”, albo zmienia się w ruinę, jak w „Bezprawiu” czy „Szklanym mieście”. W mojej bajce dla dzieci o wrocławskich krasnalach kreślę jednak odmienne obrazy tego miasta, opisuję jego najpiękniejsze miejsca.
Ma Pan ulubionego polskiego pisarza? Kto dziś rządzi na rodzimym podwórku?
Olga Tokarczuk! „Dom dzienny, dom nocny” to genialnie napisana książka. Poetycka proza wciąga bezlitośnie. Mógłbym czytać dosłownie wszystko tej pisarki, ponieważ jak nikt inny wspaniale waży słowa. Nie szafuje nimi, ale potrafi zawrzeć w zdaniu to, co istotne. Jej metafory nabierają całkowicie nowych znaczeń, często są wieloznaczne. To po prostu magia słowa. Jest wielu świetnych pisarzy i pisarek, nie sposób ich wszystkich wymienić. Mamy prawdziwych tuzów literatury. Boli jednak, że wydawcy często promują przekłady, nie zaś rodzimą literaturę. To samo dotyczy braku stypendiów dla adeptów pisarstwa oraz warsztatów rozwijających ich umiejętności. Ministerstwo Kultury i samorządy powinny o tym pomyśleć i wygospodarować na ten cel odpowiednie fundusze.
Drukuje je Pan opowiadania w czasopismach, ale ma Pan także swoją antologię pt. „Pentagram”. Jak doszło do jej wydania?
„Pentagram” to pięć tekstów wyróżnionych w różnych konkursach literackich. „Trzynasty schron” został nagrodzony w konkursie „Polskie postapo” i stał się pierwszego częścią polskiego uniwersum fantastyki postapokaliptycznej. „Miasto umarłych ludzi” zdobyło nagrodę w ogólnopolskim konkursie „Secretum caligo”. „Dzielnica ślepców i Mersaultów” była pisana specjalnie do antologii. Był to tekst premierowy, najbardziej krwawy z całej piątki, a jednocześnie kontynuacja losów kobiety z „Miasta umarłych ludzi”. „Dziesięcina” pojawiła się w konkursie portalu E-fantastyka. Ostatnie w zbiorku „Bezprawie” zostało nagrodzone w konkursie „Opowieści niesamowite” i opublikowane w czasopiśmie fantastyki i grozy „Opowieści Niesamowite”.
Z którego opowiadania jest Pan szczególnie dumny?
Jestem dumny z opowiadania „Okrąglak” z antologii „Kryminalna Piła. Błąd w sztuce”, która trafi do księgarń już w grudniu. Bliskie jest mi także „Miasto umarłych ludzi”. Jednak to „Bezprawie” wymagało największego nakładu pracy. Ktoś nawet powiedział, że jest napisane egzaltowanym językiem. Długie i rozbudowane zdania, nawiązania do kanonu biblijnego, liczne metafory, bogate opisy, kilka płaszczyzn odbioru tekstu – to wszystko określa ten utwór, pośrednio inspirowany prozą McCarthy’ego.
Po co się pisze książki grozy? Czego ludzie szukają w takiej literaturze?
Ludzie zwyczajnie lubią się bać. Chcą przeżywać strach całym sobą, pragną utożsamiać się z bohaterami. Niezwykle ważna jest tutaj umiejętność budowania napięcia. Mnie właśnie ona najbardziej pociąga w powieściach z dreszczykiem czy horrorach. Ciągły lęk, poczucie zagrożenia, poszukiwanie wyjścia z opresji, walka o życie – to idealna rozrywka w czasach względnego pokoju na świecie. Poza tym książki tego gatunku niosą inne wartości, które warto odnaleźć w tekście, a sama groza nierzadko jest tylko ich nośnikiem.
W kolejnych utworach widać, że rozwija się Pan jako pisarz. W jaki sposób szlifuje Pan swoje umiejętności?

Dziękuję. Przede wszystkim dużo czytam i dużo piszę. Słucham rad, wyciągam wnioski i poprawiam błędy. Więcej czasu przeznaczam na autorską redakcję, robię dłuższe przerwy między kolejnymi korektami. Jest też we mnie więcej niż kiedyś pokory i cierpliwości. To, co dawno temu stanowiło dla mnie gotowe dzieło, teraz jest tylko rozbudowanym konspektem, zaczątkiem powieści bądź opowiadania. Szkicem, który należy dopiero pokolorować słowami. Dużo piszę krótkich tekstów, dwustronicowych opowiadań, miniatur. Szorty i drabble nauczyły mnie gospodarowania słowem. Tam nie ma miejsca na rozbudowane fabuły i dialogi. Należy skupić się na tym, co istotne i niezbędne. To uczy dyscypliny. Mój warsztat pisarski wciąż pozostawia wiele do życzenia, ale jest lepszy niż przed laty. Ciągle nad nim pracuję. Gra jest warta świeczki, jeżeli się to kocha. Tu nie chodzi o poklask czy sławę, lecz o spełnienie marzeń.
Co jest ważniejsze w pisaniu – warsztat czy przesłanie?
Jedno i drugie jest równie ważne. Niesztampowe pomysły, zaskakujące fabuły, żywe dialogi, ciekawe puenty, bogate słownictwo, poprawność językowa i umiejętność przykucia uwagi czytelnika – to cechy dobrego warsztatu. Książka to takie literackie puzzle, na pierwszy rzut oka nieskomplikowane, ale ułożenie celnych słów w poprawną całość czasami graniczy wręcz z cudem.
Czym jest dla Pana proces pisania książki?
Najważniejszy jest pomysł, najczęściej czymś inspirowany. Niekoniecznie jednak inną książką – może być poprzedzony obserwacją świata zewnętrznego, ale też filmem, malarstwem, historią, opowieścią, a nawet anegdotą. Następnym krokiem jest streszczenie fabuły, które potem rozwijam w szczegółowy konspekt. Zbieram potrzebne materiały, teksty źródłowe, gromadzę bibliografię. Planuję postaci, miejsca, wydarzenia, fabułę. Zwykle na początku pisania mam już wymyślone zakończenie. Rzadko udaje mi się dobrze napisać kilka pierwszych zdań, choć wiem, jak są ważne. Potem zaczyna się żmudna praca. Ponieważ nie żyję z pisania, muszę pogodzić to moje dziwne hobby, jak twierdzą najbliżsi, z pracą zarobkową i obowiązkami rodzinnymi. Proza życia, chciałoby się rzec. Napisanie pierwotnej wersji książki zajmuje mi od kilku miesięcy do, powiedzmy, roku. Ważne jest, żeby skończyć to, co się zaczęło. Później… już tylko zachwyty. A mówiąc serio, to jest etap, o którym początkujący pisarze najczęściej zapominają. Są już tak zmęczeni swoim dziełem, że najchętniej przerzucili obowiązek jego czytania na innych. Jeśli jednak nie mamy pod ręką zawodowego redaktora, pozostaje ślęczenie nad tekstem, kilkakrotne powracanie doń po dłuższych przerwach. Potem daję tekst do przeczytania osobie kompetentnej. Wysłuchuję rad z pokorą i dokonuję wskazanych poprawek. Pozostaje jeszcze kwestia błędów logicznych. Pułapek jest mnóstwo i łatwo w nie wpaść. Nadchodzi jednak moment, gdy stwierdzam, że ukończyłem pracę. Wysyłam materiał do wielu wydawców i czekam, często bardzo długo. Ktoś by rzekł, że pisanie to męczarnia, droga krzyżowa, ale ja tak nie uważam, ponieważ to lubię i akceptuję warunki tej gry. Największym wrogiem pisarza, poza brakiem dystansu do własnej twórczości, jest czas, którego zwykle ma za mało. Kiedy piszę, najchętniej zatrzymałbym czas albo choć trochę wydłużył dobę.
Czy w Polsce można być dumnym, że się jest pisarzem?
Na pewno tak, ale jest to zajęcie czasochłonne i kiepsko płatne. Mamy jednak z kogo czerpać. Nasze biblioteki udostępniają zarówno polską klasykę, jak i współczesne książki wielu gatunków. Mamy noblistów literackich, wspaniałych pisarzy różnych epok, wybitne dzieła. Powinniśmy być dumni z osiągnięć polskiej literatury.
Był Pan kilkakrotnie wyróżniany i nagradzany. Która z nagród sprawiła Panu szczególną satysfakcję?
Wszystkie wyróżnienia są dla mnie tak samo ważne. Już sama nominacja do nagrody sprawia mi wiele radości. To miłe, gdy ktoś docenia to, co robię. Wtedy wiem, że było warto podjąć wysiłek. Ludzie potrzebują sukcesów jak tlenu.
Niedawno wziął Pan udział w konkursie „Kryminalna Piła”, w którym Pana opowiadanie „Okrąglak” zostało wyróżnione.
Polecam antologię „Kryminalna Piła”, pokłosie konkursu związanego z Festiwalem Kryminału w Pile, który odbył się pół roku temu. Czternaście mrożących krew w żyłach, krwawych opowiadań. Czternastu autorów, którzy oprowadzą czytelników po mrocznych zaułkach Piły. Ofiary, mordercy, detektywi, śledztwa, tropy i podejrzani. Strach się bać (śmiech).
Myśli Pan o napisaniu powieści kryminalnej? Kto jest Pana ulubionym autorem w tej dziedzinie?
Mam taki zamiar. Po drobnym sukcesie, jakim była publikacja mojego wrocławskiego kryminału „Hala Targowa II” w „Gazecie Wrocławskiej”, zamierzam rozwinąć to opowiadanie i przekuć je w powieść. Powojenny Wrocław to miejsce, które idealnie się do tego nadaje. Moim ulubionym autorem kryminałów jest Marek Krajewski, mistrz słowa, wspaniały stylista, twórca niezwykłych wątków kryminalnych i wielkich cykli powieściowych, ojciec krwistych bohaterów, wreszcie – propagator zabytkowej architektury Wrocławia.

Spacerując po Wrocławiu nie sposób nie dostrzec uroczych krasnoludków, które już wtopiły się w pejzaż miasta. Wydaje się, że Wrocław to idealna sceneria do pisania bajek. Długo nosił się Pan z zamiarem napisania swojej bajki? Jak została oceniona przez Pana synka?
Wrocław słynie z krasnali, których w mieście jest przeszło dwieście; są jego wizytówką. „Noc świętojańska wrocławskich krasnali”, która jest trochę o nich i trochę o pięknym Wrocławiu, powstała z myślą o moim synu. Zawsze chciałem napisać coś dla dzieci, ale brakowało mi odwagi. Dzieci to wyjątkowi odbiorcy: szczerzy, bezkompromisowi, wyczuleni na słowo. Pisanie dla nich to wielka sztuka. Kuba przekonał mnie, że warto. Był też pierwszym oceniającym, testował gotowy produkt. Z duszą na ramieniu oczekiwałem na wyrok, ale syn powiedział: „Podoba mi się”. To bajka edukacyjna, z której dzieci mogą dowiedzieć się wielu ważnych rzeczy.
Czy będzie miała swoją kontynuację? A może ma Pan w zanadrzu inne bajki?
Na razie nie planuję kontynuacji, ale przy bajkach na pewno pozostanę. Po głowie chodzi mi pomysł na książeczkę dla dzieci o misiach (śmiech). W dzieciństwie lubiłem misie: maskotki, bajki (np. Miś Uszatek), obrazki. Miś w ogóle wydaje mi się taki polski. Historia powoli sama powstaje w mojej głowie. Bohaterów i imiona dla nich już mam. „Przygody dwóch misiów” niebawem staną się faktem.


Ciągle szuka Pan swojej drogi literackiej? Chciałby Pan sprawdzić się w innych gatunkach?
Jestem na samym początku drogi. Wszystko, co dobre, dopiero przede mną. Zawsze chciałem uniknąć zaszufladkowania, nigdy nie pisałem wyłącznie w jednym nurcie. Nawet moja fantastyka, od której zaczynałem, jest trochę nietypowa, eksperymentalna. Często słyszę, że w tekstach łączę różne gatunki literackie i czasami ciężko je w prosty sposób zdefiniować. Moim największym marzeniem jest móc pisać, ożywiać na kartach książek ciekawe postaci, budować nowe światy, tworzyć malarskie opisy i w tym wszystkim znaleźć jeszcze miejsce dla człowieka, istoty pełnej zalet i wad, której umysł to wciąż nieodkryta kopalnia skarbów, a dusza to prawdziwa rzeka tajemnic.
Który utwór sprawił Panu najwięcej trudności, a który przyniósł najwięcej satysfakcji?
Największą radość miałem z bajki o krasnalach. Uśmiech dziecka jest bezcenny. A najwięcej trudności przysporzyło mi napisanie niewydanej jeszcze książki „Krwawe pola”. Miejscem akcji jest Wołyń, ale nie tylko. Najtrudniej było przebrnąć przez materiał źródłowy z tego okresu, ze względu opisy niewyobrażalnej brutalności. Książka dokumentuje poszczególne zbrodnie, jest zapisem wydarzeń. Daty i miejsca są zgodne z prawdą. Wymyślone są postaci i wątki ich biografii. Obecnie, poza kryminałami, pracuję nad cyklem książek historyczno-przygodowych dla młodzieży, w których będę przenosił dzielnego gimnazjalistę z naszych czasów do różnych epok.
Dziękuję za rozmowę :)
Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk


10 komentarzy:

  1. Jak zwykle, interesujący wywiad. Pozdrawiam Marku i Olu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzajemnie, serdecznie pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Ojej, zaczynam się przyzwyczajać, że za każdym razem, gdy do Ciebie zaglądam poznaję kolejnego pisarza, o którym jakimś cudem nigdy nie słyszałam;) Bardzo ciekawy wywiad, sporo się dowiedziałam i zajrzałam już na Lubimyczytać.pl, żeby poszerzyć wiedzę na temat Twojego rozmówcy:) Miłego wieczoru!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie mnie cieszy, gdy ktoś po przeczytaniu rozmowy, wpada na następną:) Dziękuję:)

      Usuń
  3. Pastisz "Drogi"? Brzmi ciekawie. Ale najbardziej ciekawa jestem antologii "Kryminalna Piła", choć za opowiadaniami nie przepadam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również chętnie przeczytam. Znalazło się tam także opowiadanie Karoliny Wilczyńskiej, jednej z uczestniczek LiteraTury:)

      Usuń
  4. Uwielbiam te wrocławskie krasnale, choć nie udało mi się jeszcze odnaleźć nawet połowy z nich. Chętnie przeczytam bajki pana Dryjera. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też szukałam. Nie pamiętam ile znalazłam, ale najbardziej podobały mi się dwa łobuzy, które "kradły" lody z cukierni i spuszczały je na sznurku;)

      Usuń
  5. Podoba mi się odpowiedź dotycząca celu pisania książek grozy. Udany wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ciekawy wywiad i ciekawa osobowość :) chętnie poznam twórczość pana Marka :)

    OdpowiedzUsuń