sobota, 21 grudnia 2013

CZAS, BY MARZENIA NAZWAĆ CELEM – rozmowa z Martą Łukomską-Grzebułą, autorką książek „Kobieta z okna”, „Dzień, który nie miał jutra”, „Kiedy ktoś nocą puka do drzwi”, „Dotykając nieba”; LiteraTura 2013




Pracuje Pani od trzydziestu lat jako pielęgniarka. Jak to się stało, że wybrała Pani taki zawód?
Od dziecka chciałam być pielęgniarką, jak moja mama. Chłonęłam atmosferę szpitala, sali operacyjnej i już jako pięcioletnia dziewczynka wiedziałam kim chcę być. Moi rodzice się z tym nie zgadzali. Po szkole podstawowej zapisali mnie do Liceum Sióstr Urszulanek, moje pragnienie nie zostało uwzględnione. Ale uparłam się i już mając męża, małego synka – poszłam do szkoły pielęgniarskiej. Miałam wówczas 25 lat, to też o czymś mówi. Nie chcę, by zabrzmiało to patetycznie, ale naprawdę lubię pomagać ludziom w najgorszym okresie ich życia, jakim niewątpliwie jest choroba. Z dumą patrzę, gdy pacjenci zdrowieją i opuszczają oddział reanimacji. To wspólny „wyczyn” pracowników służby zdrowia i pacjenta. Czasem jednak „odprowadzam” tych, którym nie jest pisane wyzdrowieć. Mówiąc „odprowadzam”, mam na myśli tę jedyną, niepowtarzalną chwilę, gdy zamykam im powieki modląc się. Bo wierzę, że istnieje inny, lepszy świat. W jednym z moich wierszy, zatytułowanym „WROTA”, zamknęłam całą swoją wiarę i nadzieję na to, że tak właśnie jest.*
Co jest najtrudniejsze w Pani pracy?
Świadomość odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Od momentu znieczulenia, gdy usypiamy pacjenta, to my ponosimy w pełni odpowiedzialność za jego życie. I bywa, że podczas operacji pierwsi dowiadujemy się strasznej prawdy. Diagnoza bywa przerażająca, lecz po zakończonym zabiegu musimy się uśmiechać i mówić: „Będzie dobrze”. Najgorzej jest, gdy chory przez kilka dni musi być utrzymywany w śpiączce farmakologicznej, czasem bywa, że już się z niej nie wybudza. Zdarza się też tak, że na salę operacyjną przywożony jest pacjent pełen lęku, a ja go uspokajam z anestezjologiem, obiecuję, że będzie dobrze, bo w to wierzę, a czas pokazuje, że się myliłam… Wtedy często czuję się pokonana, przegrana i słaba. Wtedy uciekam w świat fikcji literackiej. Nie tylko pisząc, przede wszystkim czytając. Ciężko mi, bo nawet, gdy jestem w domu, otoczona miłością bliskich, to w podświadomości ciągle, niczym hydra, przebija obraz umierającego człowieka i świadomość, że on nie ma już szans. Ale odnajduję w sobie siłę i idę na kolejny dyżur, wierząc znowu, że może jednak…
Dlaczego Pani Mama nie chciała, by poszła Pani w jej ślady?
Chciała bym poszła wyżej, na studia, bym była lekarzem. Ale ja nie tego pragnęłam. Sama mi powiedziała, po niemal dwudziestu sześciu latach mojej pracy, że dokonałam najwłaściwszego wyboru. Zrozumiała to prawie tuż przed swoim odejściem, przed śmiercią – widząc i obserwując mnie pewnego dnia w pracy, w trakcie pełnienia przeze mnie dyżuru na oddziale. Zrozumiała, że to „mój świat” i mój żywioł” . Bycie lekarzem brzmi dumnie, wymaga pasji, zaangażowania i wiedzy, ale ja zawsze powtarzam, że to pielęgniarka jest najbliżej chorego człowieka. Noc i dzień, godzina za godziną. Pielęgniarka, nie lekarz.
Czy lubi Pani myśleć o sobie, że wypełnia „misję”?

Misja? Nie użyłabym tego słowa. Powiedziałabym raczej: powołanie. Bo do każdej pracy, którą wykonujemy, trzeba podchodzić z sercem, z zaangażowaniem i umieć odnaleźć w sobie to, co właśnie nazwałam powołaniem. Nie da się żyć i pracować, angażując się tylko połowicznie. Albo robię coś w pełni, albo nie robię nic.
Prowadzi Pani na blogu cykl „Z pamiętnika pielęgniarki”. W którym momencie poczuła Pani, że prócz tego potrzebuje Pani jeszcze sprawdzić się w inny sposób, pisząc książki?
Myślę – choć zabrzmi to nieprawdopodobnie – że od dziecka poszukiwałam słów oddających emocje, myśli. Mama dość często opowiadała, jak to ja, jako mała dziewczynka, na poczekaniu zmyślałam wierszyki. Pytana, dlaczego akurat smutny, a czasem wesoły – odpowiadałam, że „muszę, bo coś mi siedzi w środku i każe tak robić”. Sama nie rozumiałam tego, ale właśnie poezją pragnęłam oddać to, co tkwiło we mnie. Nie miałam „słodkiego” dzieciństwa i być może ten fakt zadecydował, że dojrzałam szybciej niż powinnam. Że szukałam swoistej ucieczki lub – jak kto woli – „zaworu bezpieczeństwa” dla własnych łez. I zmyślałam – dziś powiemy: konfabulowałam – przed innymi dziećmi. Opowiadałam piękne i wzruszające historie o sobie i o tacie. Bo prawda za bardzo bolała.
Dlaczego dzisiaj Pani pisze? Do czego to jest Pani potrzebne?
W moich książkach opowiadam i przemycam własny ból i własną siłę. Czasem myślę, że są swoistą receptą na to, jak przetrwać określoną sytuację. Pisanie jest dla mnie terapią i szukaniem odpowiedzi. Czy mogłam zrobić coś lepiej? Inaczej? I jak moje wybory zadecydowały o moim dzisiejszym dniu. Skupiam się tylko wokół czterech spraw: wiary, nadziei i miłości oraz umiejętności przewidywania. Wybory to jest to, co decyduje o tym, co się nam „przytrafia”. Nikogo nie chcę „pouczać”, ale pragnę uzmysłowić, że nie tylko los bywa okrutny względem nas. To, co się dzieje, co nas zasmuca, wpycha w czarną dziurę smutku, bywa często konsekwencją łańcucha zdarzeń wynikających z naszych wyborów.
Pisanie jest dla mnie odskocznią od tego, co tu i teraz. Czasem „wykrzykuję” w swoich wierszach, powieściach swój żal, ból, złość, a czasem pragnę się po prostu dzielić szczęściem. I mówię, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Najlepszym tego przykładem jest moja powieść „Dotykając nieba”.
Ma Pani rodzinę, praca to wielogodzinne dyżury, kiedy znajduje Pani czas, by pisać?

Piszę po nocach (uśmiech). I właśnie wtedy wypoczywam. A jeśli jestem na nocnym dyżurze, to po powrocie do domu siadam i piszę. Zawsze kilka godzin. Systematyczność. Ciągłość działań. Mąż mówi, żartując, że mam dwa pełne etaty.
Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem? Co Panią skłoniło do prób?

Namówiła mnie moja mama. Po przeczytaniu (w wieku 13 lat) „Pana Tadeusza” w jedną noc – zaczęłam w sposób niekontrolowany rymować, czym wzbudziłam ogólne rozbawienie. Kiedy chciałam powiedzieć zwykłe proste zdanie, zaczynałam mówić czterowierszem. To wtedy padło hasło” „Martusiu, pisz wiersze!”. W ten sposób się zaczęło. Mając lat 13 napisałam dwa opowiadania, do dziś pamiętam ich tytuły. „Pomarańczowe ogrody” teraz, po niemal 40 latach, zostały wydane jako powieść. Nie udało mi się jeszcze wydać opowiadania „Moja pierwsza wojna, moja pierwsza miłość”, ale i to z czasem może się zmienić. Reasumując – gdyby nie Mama i jej słowa, a potem stały doping i wiara we mnie, być może nigdy bym o pisarstwie nie pomyślała. Mój ojciec Stefan Łukomski też pisał, nasze losy się rozeszły, ale w genach coś mi po nim pozostało.
Powiedziała Pani kiedyś, że wyjątkowe znaczenie ma dla Pani historia, którą opisała Pani w książce „Dzień, który nie miał jutra”. Dlaczego to taka ważna historia?
„Dzień, który nie miał jutra” to spora część historii mojej rodziny, o której jeszcze nawet nie wiedziałam zaczynając pisać. Szukając materiałów, trafiłam na moje rodowe nazwisko: Łukomski. Zaczęłam sprawdzać telefony, maile i okazało się, że w Katyniu zostali zamordowani kuzyni i bracia mojego dziadka. I choć początkowo mini powieść miała być wyrazem hołdu dla nieznanych bohaterów, z czasem stała się po części opowieścią o losach moich bliskich. Pan Lesław, jeden z bohaterów, ma swojego odpowiednika w moim dziadku, a Jerzy – ojciec książkowego bohatera Andrzeja – w moim ojcu.
Z napisaniem tej książki wiąże się też trochę niesamowita historia, bo zaczęłam pisać ją z żeńskim narratorem, a ciągle pojawiało mi się imię Andrzej. Nie znałam żadnego Andrzeja, zastanawiałam się, dlaczego długopis mnie nie słucha, ciągle zmienia formę na męską… Po czym się okazało, że bardzo serdeczny przyjaciel miał syna Andrzeja, który był pasjonatem poszukiwania korzeni swojego rodu i nagle ta książka nabrała innego kształtu. Z tego, co się zorientowałam, udało mi się zainteresować nawet młodych ludzi. Jedna czytelniczka napisała, że tą książką otworzyłam jej oczy, że nawet ściany mają historię.
O czym jeszcze Pani pisze?

W książkach zawieram moje emocje, przemyślenia, doświadczenia i obserwacje. Taką książką jest „Kobieta z okna”. Miałam sąsiadkę, która tak otaczała się samotnością, i książka jest jej poświęcona. Być może zwracam na takie rzeczy uwagę, bo jestem pielęgniarką. Przez kilka lat przechodziłam codziennie obok okna, w którym przez całe lata tkwiła w bezruchu starsza pani – i tak mi jej było żal. Kiwałam jej głową na dzień dobry i obserwowałam ją, bo lubię podglądać ludzi. W którymś momencie nawiązała się między nami nić sympatii, zrozumienia. Zaczęłyśmy rozmawiać. Jakoś spontanicznie się przed nią otworzyłam. Nie wiem dlaczego, bo jej nawet nie znałam. Pewnego dnia, przechodząc i spodziewając się, że znowu ją zobaczę, zastałam tylko nekrolog… To mnie załamało, bo coś, co tak pięknie się zaczynało, nagle zostało mi odebrane. Rozmawiałyśmy, dawała mi różne rady, zdążyła ledwie się przede mną otworzyć i nagle… koniec. Zadedykowałam „Kobietę z okna” właśnie jej. Dałam jej historię i zadbałam, żeby nie była taka samotna…
W jaki sposób wydała Pani swoją pierwszą książkę?
W 2010 roku, w dzień moich urodzin, synowie i mąż z pasierbicą wydali pierwszy tomik moich wierszy i tak otrzymałam od nich prezent. A potem poszło piorunem, kolejni wydawcy i kolejne książki. Czy uwierzyłam w końcu w siebie? Czy przełamałam opory, które latami blokowały mnie przed wysłaniem tekstów do wydawców? I tak, i nie. Sprzeczne? Owszem, ale wciąż jest we mnie ogrom pokory i lęku, jak to, co piszę, odbierze czytelnik.
Jak odbierają książki Pani czytelnicy? Jakie są Pani odczucia?
Kilka spotkań, kilkanaście rozmów, czasem bardzo emocjonujących, dało mi obraz tego, jak są odbierane. Zazwyczaj dobrze. A raczej ogólnie dobrze. Na razie, oprócz dwóch opinii czytelniczek, nie spotkałam się z innymi uwagami. Oczywiście czytelnicy potrafią wskazać niedociągnięcia, literówki. Jedni mnie za to winili, inni nie. Ale miło jest wiedzieć, że z zainteresowaniem śledzili losy bohaterów.
Jak znosi Pani krytykę?

Merytoryczną rozważam, atakującą, kąśliwą – ignoruję, ale po jakimś czasie i nad nią się zastanawiam, jak przejdą pierwsze złości i żale…
I co Pani robi z tą krytyką? Korzysta Pani z jej konstruktywnego przekazu?
Jak najbardziej. Tak postępuję ogólnie. Każda strefa życia obarczona jest moimi błędami, niedociągnięciami, bo nie myli się jedynie ten, co nic nie robi. A ja czasem aż za dużo [Uśmiechnęłam się spontanicznie myśląc o ogromie mojego zaangażowania]… Często pytają mnie, jak na to wszystko znajduję czas. I nie wiem. Więc, powracając do Pani pytania, jeśli mogę coś naprawić, zmienić w swoim życiu czy twórczości, chętnie słucham i korzystam z rad, wskazówek. Znam pojęcie pokory…
Muszę zadać to pytanie: czy jest Pani autorką świadomą własnych ograniczeń?
Jestem człowiekiem świadomym własnych ograniczeń, a więc i taką autorką. To sprzężenie zwrotne. Uczymy się na własnych błędach. Jeśli nie, to… smutne. Wówczas płacimy za kolejne błędy kolejnym rozczarowaniem.
Jaki ma Pani stosunek do podnoszenia kwalifikacji? Ostatnio rośnie popularność warsztatów pisarskich, myślała Pani kiedyś o wzięciu w nich udziału? Po warsztatach uczestnicy razem wydają tomiki opowiadań, zyskują nowe przyjaźnie oraz doświadczenie.
Tak, myślałam, ale zarówno koszty udziału w takim kursie, jak i czas, jaki jest potrzebny, odbierają mi na to szansę. Mam bardzo czasochłonną pracę. Nieunormowany system godzin, a do tego... po porostu życie osobiste wymaga ode mnie uwagi i czasu. Choroba pasierbicy, męża, wystarczająco pochłaniają każdą wolną chwilę. Uczę się sama. Poradniki i wszystko to, co dostępne w internecie, stanowi moje źródło wiedzy.
Jednak na pisanie znajduje Pani czas? Napisała Pani od 2010 roku 11 książek i dwa tomiki wierszy. To dosyć sporo jak na tak krótki czas.


Wrocław, LiteraTura 2013 (Katarzyna Georgiou, Marek Dryjer, Krystyna Januszewska, Agnieszka Gil, Marta Łukomska-Grzebuła) [źródło]

Tak, gdy byłam dzieckiem i miałam problem, moja mama mówiła: „Martuś, opisz to”. Robiłam jakieś próby i – gdyby mogła to Pani zobaczyć – moja mama zebrała chyba ze 300 kartek zapisanych przeze mnie, opatrzyła datami, ułożyła chronologicznie i wszystko przechowywała.
Czy Mama doczekała wydania którejkolwiek książki?
Niestety, nie. Ale do dziś z każdą idę tam, na „skowronią górę”, gdzie spoczywa i czytam Jej każdą z wydanych książek.
Jak się Pani wydaje – dlaczego dla Pani Matki było takie ważne, by Pani pisała?
Mama stale mnie zachęcała do pisania. Kiedyś jej wyznałam, że nie potrafię stworzyć takich wymyślnych historii, a ona mi poradziła: „Nie zmyślaj, pisz o tym co widzisz. Rozglądaj się wokół i pisz o prawdzie”. W którymś momencie mojej mamy zabrakło. Nie miałam już takiego przyjaciela, nie miałam do kogo pójść po radę i pogubiłam się. Zmarła moja mama, a wokół mnie wszystko zamarło. Chciałam napisać wtedy wiersz i nagle doznałam takiego wrażenia, że mama gdzieś blisko siedzi i mówi: „Pisz, dziecko, pisz! Bo zgubisz wątek”… Więc napisałam i tak powstała książka „Dotykając nieba”.
Mama całe życie skłaniała mnie do tego, by spełniać swoje marzenia, więc teraz, pisząc książki, spełniam je… Robię to także dla niej. Jeszcze na pół roku przed śmiercią powiedziała mi: „Marto, czy nie czas już marzenia nazwać celem”?
Dziękuję za rozmowę.

I ja serdecznie dziękuję.

* WROTA
Czy mógłbyś zrozumieć drugiego człowieka,
kiedy ten choruje i na śmierć swą czeka?
Czy mógłbyś w cierpieniu jemu trochę ulżyć,
co mu ofiarujesz, gdy ból jest okrutny?


Ile mu potrafisz miłości okazać?
Ile też potrafisz mądrości wykazać?
Żeby pomóc komuś, kto śmierć już swą widzi,
 trzeba mocnej wiary, miłości i siły.

Więc jeśli jest w tobie ta dobroć bez granic,
rozsądne współczucie, i śmierć masz też za nic.
To będzie ci łatwiej prawdę wytłumaczyć,
 że śmierć, choć okrutna, to nic tak nie znaczy.

To tylko są wrota do innego świata,
 gdzie nikt nie choruje, gdzie brat wita brata.
Gdzie żona przywita i męża swojego,
gdzie matka do dziecka przytula się swego.

Więc kiedy ten człowiek oczy swe zamyka,
kiedy gaśnie świeca i płomień zanika,
to podaruj jemu, co masz cenniejszego,
wiarę, że istnieje… Znacznie coś lepszego.
2004


2 komentarze:

  1. Świetny wywiad, gratuluję :-))

    OdpowiedzUsuń
  2. Autorkę kojarzę z facebooka. Z chęcią zapoznałabym się z jej twórczością. Widać, że to bardzo pozytywna osoba.

    OdpowiedzUsuń