piątek, 6 grudnia 2013

STARAM SIĘ POKAZAĆ ZAWIŁOŚCI LUDZKIEJ PSYCHIKI – rozmowa z Ewą Bauer, pisarką, autorką książek „W nadziei na lepsze jutro” i „Kruchość jutra”; LiteraTura 2013







Mówi Pani o sobie, że jest prawnikiem z wykształcenia, a psychologiem z zamiłowania. Na czym polega to zamiłowanie do psychologii?
Psychologia interesowała mnie od czasów liceum. Najpierw zaczytywałam się we Freudzie, potem sięgałam po różne poradniki. Zastanawiałam się nawet, czy nie obrać takiego kierunku studiów, ale ostatecznie wybrałam prawo. Na studiach prawniczych nie było czasu na analizowanie ludzkich zachowań, aczkolwiek bardzo lubiłam kryminologię, gdzie uczyliśmy się o cechach sprawcy, czynnikach determinujących popełnienie przestępstwa. W mojej pracy często mam do czynienia ze sprawami, które nie byłyby tak wielkim problemem, gdyby nie ludzkie zachowania. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że na własne życzenie komplikujemy sobie życie. Staram się pomagać ludziom w sferze prawnej, ale nieraz proponuję, by zasięgali porady psychologa. Nie jestem kompetentna do udzielania takich porad, a ludzie czasem i tego ode mnie oczekują. Natomiast w życiu prywatnym lubię literaturę psychologiczną, obserwuję ludzi, analizuję różne zachowania.  Staram się podchodzić do nich z empatią.
Czy to, czego nauczyła się Pani na studiach (zwłaszcza na kryminologii), dało podstawy do tego, by podjąć kiedyś próbę napisania powieści kryminalnej? Czy ten kierunek Panią pociąga?
Jako czytelnika kryminał mnie pociąga, jako pisarz jeszcze do niego nie dojrzałam. Na studiach prawo karne mnie nie interesowało, raczej aspekt psychologiczno-socjologiczny w kryminologii. W „Kruchości jutra” jest niewielki wątek kryminalny, który konsultowałam ze specjalistami. Nie wykluczam, że kiedyś napiszę powieść kryminalną, bo pomysł na nią mam, ale brak mi jeszcze wiedzy technicznej.
Powiedziała Pani, że „na własne życzenie ludzie komplikują sobie życie”. Czy to jest klucz do książek „W nadziei na lepsze jutro” i „Kruchość jutra”?
Myślę, że kluczem do napisania moich książek była chęć spojrzenia na różne sprawy z wielu stron. Nie tylko przez pryzmat emocji. To, o co Pani pyta, jest raczej konkluzją. Często kierujemy się własnymi emocjami, reagujemy impulsywnie, a potem trudno wszystko odkręcić. Brniemy dalej, ślepo przekonani, że mamy rację. A to, co się dzieje w rzeczywistości, jest wypadkową wielu zdarzeń czy okoliczności. Nie mówię, że zawsze komplikujemy sobie życie, czasem zostajemy postawieni w trudnej sytuacji. Ale to, co będzie się działo dalej, w dużej mierze zależy już od nas. Emocje często są złym doradcą.
Chciała Pani pokazać, co się dzieje w sytuacjach, kiedy człowiek kieruje się emocjami, nie rozumem?


Tak, myślę, że każdy z nas przeżył sytuacje, w których działał impulsywnie. Łatwo teoretyzować, kiedy się patrzy z boku, jeśli natomiast przeżywamy sytuację sami, rozum zaczyna przegrywać. To bardzo ludzkie. W moich książkach staram się pokazać schemat. Nie ma ludzi z gruntu złych czy dobrych. Każdy popełnia błędy. Jedni działają z premedytacją, inni z głupoty, a jeszcze inni w przekonaniu o swojej słuszności. Staram się zmusić czytelnika do zastanowienia, spojrzenia na bohaterów przez pryzmat siebie, swojej rodziny czy znajomych. Stąd tak skąpa identyfikacja bohaterów.
Zadebiutowała Pani książką „W nadziei na lepsze jutro”. Zainspirowały Panią obserwacje z praktyki zawodowej czy wymyśliła Pani tę historię od początku do końca?
Wszystkie opisywane przeze mnie historie, nie tylko w tej książce, są zmyślone. Moi klienci mogą mieć do mnie zaufanie, nie zdradzam tajemnic zawodowych. Całkowicie oddzielam sferę zawodową od pisarstwa i – szczerze mówiąc – nie lubię, gdy się nawiązuje do mojej pracy zawodowej.
Co się zmieniło w Pani życiu, gdy wydała Pani pierwszą książkę?
Nic, a jednocześnie bardzo wiele. Prowadzę podobne życie jak wcześniej, ale mam poczucie, że zrealizowałam swoje marzenie. Wkroczyłam na drogę, którą zawsze chciałam iść. To mi dodaje skrzydeł. Kto wie, może kiedyś ten mały krok zmieni moje życie? Na razie jest za wcześnie, by o tym mówić.
Jak Pani klasyfikuje swoje powieści? Dla jakiego czytelnika je Pani pisała?
Nazywam je powieściami obyczajowo-psychologicznymi, ale sprzedawane są w kategorii romans. Jednak nie są to typowe romanse. Poruszam sprawy trudne, lecz powszechne. Staram się pokazywać czytelnikowi, że każdej czynności życiowej towarzyszą jakieś emocje i uczucia, a różnią się w zależności od tego, w jakich warunkach się znajdujemy. Piszę dla czytelników dorosłych, bez względu na płeć czy status społeczny. Myślę, że osoby, które mogą mieć niejakie problemy ze zrozumieniem tego, co staram się przekazać, to bardzo młodzi ludzie, wchodzący dopiero w świat dorosłości. Jednak daleka jestem od tego, by powiedzieć, że to książki nie dla nich. Po prostu nie podaję wszystkiego na tacy, pewne sprawy trzeba odczytać między wierszami.


„Kruchość jutra” zdobyła pierwsze miejsce w konkursie „Książka na lato”, (kategoria romans), zorganizowanym przez portal Granice.pl. Serdecznie gratuluję. Częściowo już Pani odpowiedziała na moje pytanie, ale czy była Pani zdziwiona kategorią, w której umieszczono tę powieść?
W konkursie głosują czytelnicy – internauci. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, że książka zdobyła tyle głosów i wygrała. Bardzo się cieszę. Mniejszym zaskoczeniem była kategoria, bo tę konkretyzuje wydawca zgłaszając książkę do konkursu. Nie wiem czy to wydawca  czy organizator konkursu dokonał takiej klasyfikacji.  Widocznie tak jest lepiej.
 A nie miała Pani ochoty troszkę się poprzekomarzać? Nie mam nic przeciwko romansom, ale odebrałam Pani książkę raczej jako antyromans. Pokazuje Pani skutki zdrady, nieprzemyślanych i niedojrzałych decyzji… Nie takie było zamierzenie?
Szczerze mówiąc, zwróciłam na to uwagę, ale nie dyskutowałam. Jeśli miało mi to pomóc w promocji, to nie było sensu się sprzeczać. Ciekawe, że nie tylko „Kruchość jutra” została tak sklasyfikowana. Książka „W nadziei na lepsze jutro” jako ebook przez wiele miesięcy figurowała na liście bestsellerów Empiku właśnie w kategorii romans.
Czy ta historia ma jeszcze potencjał? Napisze Pani trzecią część przygód swojej bohaterki?
Wiele osób pyta mnie o dalsze losy Anny, wydawca namawia na kontynuację, a ja się waham. Mam kilka innych ciekawych pomysłów, które chciałabym najpierw zrealizować. Jedna powieść czeka już na wydanie, kolejna rodzi się w mojej głowie. Różnią się od dotychczasowych choćby tym, że nie unikam opisów miejsc i charakterystyki postaci. Nie wiem, czy chciałabym wracać do konwencji, w której pisane były poprzednie książki. Ale nie zarzekam się. Może Anna jeszcze mnie natchnie? Być może powróci nie w kontynuacji, ale jako bohaterka drugoplanowa.
Wyniki konkursów świadczą o tym, że ma Pani swoich wiernych czytelników, trafia Pani w ich gusta. Wydawca ponagla do pisania książek, ma Pani mnóstwo pomysłów… Czuje się Pani spełniona i zawodowo, i jako pisarka?


Ewa Bauer (pierwsza z lewej) we wrocławskim Matrasie

Brzmi to pięknie. Chciałabym, żeby tak było... W rzeczywistości jednak jestem rozdarta między obowiązkiem (praca zawodowa) a przyjemnością (pisanie). Wciąż muszę naciągać dobę, wykradać czas pracy na pisanie albo zabierać go rodzinie – na pracę. Chciałabym móc żyć z pisania, robiłabym to, co sprawia mi satysfakcję i jednocześnie miała z tego korzyść. Obawiam się jednak, że wiele wody upłynie, zanim to się stanie… Nie czuję się spełniona jako pisarka. To dopiero początek długiej i wyboistej drogi. Staram się realizować swoje plany, robiąc małe kroczki.
W pewnym momencie zabiera Pani z sobą czytelnika do Barcelony. Czym jest dla Pani to miasto?
Barcelona jest dla mnie miejscem, gdzie czuję się jak u siebie. Znam ją dość dobrze, bywałam tam wiele razy i nieraz pewnie jeszcze wrócę. O mały włos tam nie zamieszkałam. Mam tam rodzinę i przyjaciół, kiedy więc ich odwiedzam, żyję jak tubylec, nie jak turysta. I to jest właśnie najfajniejsze. To piękne miasto, magiczne. Architektura zaspokoi nawet najbardziej wyrafinowane gusta, a najciekawsze jest to, że udaje się tam łączyć historię z nowoczesnością, bez poczucia wymuszenia czy kiczu.
Czytuje Pani książki o Barcelonie?


Był czas, gdy wyszukiwałam książki, których akcja dzieje się w tym mieście. Pierwszą był „Cień wiatru” Zafona i chyba ta powieść zrobiła na mnie największe wrażenie.
Czy fascynacja Hiszpanią oznacza, że spędza tam Pani wszystkie urlopy? A może lubi Pani odmianę i zwiedza różne miejsca? Gdzie Pani najchętniej wypoczywa?
Barcelonę lubię, mieszkają tam bliskie mi osoby, naturalne jest więc, że tam jeżdżę. Jednak lubię poznawać nowe miejsca i wielu jeszcze nie zwiedziłam. Teraz podróżuję znacznie mniej, ale w czasach liceum i studiów zjeździłam pół świata z namiotem. Mam z tamtego okresu wspaniałe wspomnienia i być może wykorzystam je kiedyś w którejś z książek.
Wspomniała Pani, że o sprawach zawodowych milczy Pani jak grób. Czy w powieściach jest Pani równie dyskretna? Przemyca tam Pani swoich bliskich lub znajomych? Czy ktoś może się rozpoznać?
Wielu ludzi może się rozpoznać w moich powieściach, ale nie dlatego, że o nich piszę, ale dlatego, że zajmuję się sprawami, które dotykają wiele osób. Na przykład jeśli piszę o zdradzie, to dla wielu osób jest to temat znany, jeśli nie z własnego doświadczenia, to z opowieści krewnych czy znajomych. Nie przenoszę żywcem żadnej znanej mi historii, a wszelkie podobieństwa są po prostu naturalne, biorąc pod uwagę tematy, które poruszam.



Jest Pani psychologiem z zamiłowania, a swoich bohaterów generalizuje Pani, stawiając ich w powszechnie znanych sytuacjach. Nie miewa Pani czasem ochoty, by stworzyć psychologiczny portret osoby z własnego otoczenia i dokonać jej dogłębnej analizy? Mogłaby Pani sobie trochę „poużywać” na otoczeniu. To, jak sądzę, przyjemny przywilej pisarza…
Nie do końca jest tak, że generalizuję bohaterów. Dotyczy to cech zewnętrznych, otoczenia, ale nie psychiki. Tu staram się pokazać zawiłości ludzkiej mentalności, antynomie między uczuciami a zachowaniami czy sprzeczne myśli. W najnowszej powieści, pod roboczym tytułem „Kurhanek Maryli”, rozkładam bohaterów na czynniki pierwsze ;) Co do analizy rzeczywistej osoby, to chyba nie jest to dobry pomysł. Chyba że za jej zgodą. Nie czuję też potrzeby używania sobie na kimkolwiek ;) Moi bohaterowie to zlepki postaci rzeczywistych i wymyślonych, ale tak bardzo pomieszanych, że mają swoją indywidualną osobowość i nie sądzę, by ktokolwiek mógł się w nich odnaleźć.
Oprócz powieści obyczajowo-psychologicznych pisze Pani także opowiadania w zupełnie innych klimatach. Niedawno wzięła Pani po raz drugi udział w projekcie „Halloween po polsku”.
Tak. Nie zostałam zaproszona do pierwszej edycji, a w drugiej brały udział osoby z pierwszej oraz grono laureatów wyłonionych w konkursie na opowiadanie do tego zbiorku. Byłam jedną z dwóch kobiet, których teksty zostały wybrane, reszta to mężczyźni. W tym roku nikt mnie już nie pytał, czy napiszę tekst, to było oczywiste.
Skąd pomysł na udział w projekcie?


Opowiadania do „Halloween po polsku” traktuję jako eksperyment. Nie jest to gatunek, w którym czuję się dobrze, ale z przyjemnością czytałam recenzje, cieszę się, że moje opowiadanie zostało przyjęte pozytywnie. Czy i w tym roku spodoba się czytelnikom, czas pokaże. Tytuł „Księga cienia” jest tematem przewodnim. Dla mnie to temat nowy, kolejny eksperyment.
Czy pójdzie Pani jeszcze dalej? Myśli Pani o pisaniu „utworów grozy”? Lubi Pani straszyć?
Nie, boję się pisać grozę, boję się też ją czytać :) Jak mówiłam, udział w projekcie „Halloween po polsku” traktowałam jako eksperyment, sprawdzenie się w innym gatunku. Ale myślę, że w tych opowiadaniach można znaleźć cechy charakterystyczne dla mojego pisania. Przy ich powstawaniu starałam się wchodzić w psychikę bohaterów.
Czy „Czarownice z Eastwick” to jeden z Pani szczególnie ulubionych filmów?
Szczerze mówiąc, nieszczególnie przepadam za tym filmem. Wykorzystałam motyw, bo szukałam inspiracji dla „Wicka” i to mi pasowało.
Co Panią zainspirowało do napisania tego opowiadania?
Jest w nim trochę prawdy. Przygody z rozpoczęciem opowiadania miałam takie same. Chcąc napisać utwór do projektu absolutnie nie miałam pojęcia o czym pisać... Naprawdę byłam także w Wicku.
Przeniosła Pani Wicko z rzeczywistości do swojego utworu?



Tak, gmina Wicko znajduje się niedaleko Łeby i naprawdę w „Dni Wicka” można na ulicach spotkać czarownice. W tym roku właśnie tam wylądowałam i cały początek pokrywa się z prawdą.
Muszę przyznać, że wpadła Pani na nieźle zakręcony koncept… Wykorzystała Pani grę słów i udało się Pani powiązać Wicko (wschodnie) z „Czarownicami z Eastwick”.
Tak, na tym pomyśle oparłam swoje opowiadanie, na tej bazie utkałam historię.
Czy uczestniczyła Pani kiedyś w obchodach „Dni Wicka”?
Nie, nie uczestniczyłam, choć przejeżdżałam tamtędy w drodze do Łeby właśnie podczas tego święta. Wszędzie były czarownice! Słowo daję, ten przejazd był inspiracją do napisania halloweenowego opowiadania. I przyznaję, że dziś już sama nie wiem, co w tym opowiadaniu jest prawdą, a co fantazją...
Na jakich książkach Pani się „wychowała”? Które z nich najmilej Pani wspomina? Czy już wtedy pociągała Panią magia?



Najdalej sięgając pamięcią wspominam serię opowieści o Czarnoksiężniku z krainy Oz. Tak wtedy pokochałam czytanie, że stałam się nałogowcem.
A książki typowe dla nastolatek?
Poza lekturami szkolnymi, których czytanie wcale nie było dla mnie męczarnią, chłonęłam całe serie niektórych autorów. Najpierw L.M Montgomery, potem Siesicką, Musierowicz, Chmielewską. W liceum królował już Stephen King. Dopiero w liceum pokochałam „Małego Księcia” i ta fascynacja trwa do dziś.
Jest to jedna z najpopularniejszych i najbardziej poczytnych książek na świecie. Każdy, kto ją czyta, znajduje własne interpretacje. Na czym polega fenomen „Małego księcia” w Pani oczach?
Może na tym, że to tylko pozornie bajka, niesie uniwersalne treści. I chyba trzeba mieć dojrzałość emocjonalną, żeby ją zrozumieć. Za każdym razem, gdy czytam ją na nowo, odkrywam coś, czego wcześniej nie widziałam. Tam niemal każde zdanie ma jakieś przesłanie. Nie wiem, czy Pani wie, że mam kolekcję „Małego Księcia” w prawie 20 językach? Ostatnia moja zdobycz to język armeński.
Jestem pod wrażeniem. Jak je Pani „zdobywa”? Czy ma Pani więcej takich bibliofilskich niespodzianek?
Nie, „Mały książę” to mój konik. Rodzina i znajomi przywożą mi książki w prezencie z egzotycznych podróży. Te europejskie sama zdobyłam. Z bardziej egzotycznych mam trzy dialekty chińskie i język indian quechua.
O ile się orientuję, „Małego księcia” przetłumaczono na ponad 270 języków i dialektów. Czy ma Pani tyle miejsca na swoich półkach?



Gdyby tylko udało mi się je zdobyć, miejsce z pewnością by się znalazło. Na razie mam tylko 23 egzemplarze, jeszcze długa droga przede mną...
Ma Pani jakąś równie oryginalną pasję lub zainteresowania? Z jakiej strony jeszcze nie znamy Ewy Bauer?
Niedawno odkryłam coś, co sprawia mi niesamowitą przyjemność i nie jest dla mnie istotne, czy mam do tego talent, czy nie. Tuż przed LiteraTurą we Wrocławiu przygotowywałam koszulkę na aukcję i pierwszy raz od dzieciństwa sięgnęłam po farby. Byłam nimi oczarowana, a spokój i dystans do świata, jaki mnie ogarnął, gdy malowałam, był bezcenny. Koszulka inspirowana była oczywiście „Małym księciem”, ale przygotowałam na aukcję również dodatkowe gadżety: lniane torby z moimi malunkami. Tym razem inspirował mnie Gaudi.
Rozumiem, że od tej pory to ulubiony sposób na relaks?
Tak, oprócz tego lubię ozdabiać przedmioty techniką decoupage i wytwarzać biżuterię.
Nad jakim utworem dzisiaj Pani pracuje i kiedy możemy się go spodziewać?
W pierwszym kwartale nowego roku ukaże się „Kurhanek Maryli”, powieść o szantażu emocjonalnym. A teraz pracuję nad powieścią historyczną, ale to dopiero początki, wiec za wcześnie, by cokolwiek zdradzać.
Czekam zatem na nową książkę, życzę wielu ciekawych pomysłów i dziękuję za rozmowę :)
Ja również dziękuję. Bardzo miło mi się rozmawiało:)


5 komentarzy:

  1. Bardzo interesujący wywiad!
    Przemiła i barwna pisarka!
    Muszę zajrzeć do jej książek - zapewne napełniła je swoim optymizmem!

    PS. "Małego księcia" również mam na swojej półeczce - w języku angielskim :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluje wywiadu. Bardzo ciekawy i rzetelny.
    Czytałam „W nadziei na lepsze jutro” tej autorki i wspominam go bardzo mile. ,,Kruchość jutra'' też już nabyłam i zamierzam w wolnej chwili przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja też uwielbiam "Małego księcia" Hiszpanię i kryminologię. Widać Ewy tak już mają. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam "Kruchość jutra". Z przyjemnością przeczytałam Twój wywiad.

    OdpowiedzUsuń
  5. Och, jak ja zazdroszczę tej kolekcji "Małego księcia"!
    I jestem bardzo ciekawa, jak autorka poradzi sobie z kryminałem, jeśli rzeczywiście kiedyś się zdecyduje:)

    OdpowiedzUsuń