poniedziałek, 2 grudnia 2013

"Wypędzony", Jacek Inglot - fragment





"Szpital i położona naprzeciwko niego kamienica okazały się ostatnimi stojącymi budynkami w tym kwartale. Za poprzeczną ulicą, aż do nadrzecznego bulwaru, ciągnęło się rozległe gruzowisko. Bomby miały nieregularny rozrzut, część domów została zburzona do fundamentów, z innych ocalały pojedyncze ściany czy narożniki. Te smętne resztki nadawały się jedynie do wyburzenia. 
- Kolejny kandydat na skwerek - zauważył Edward, patrząc na sterczące z kup gruzu ułomki murów. - Coś mi się zdaje, że to będzie bardzo zielone miasto. Gdzie tylko spojrzysz, kroi się rabatka wielka jak stadion.

Korzycki uśmiechnął się pod nosem, przystanął i przymknął na chwilę oczy. Widok ruin zaczynał go nużyć, czuł się zmęczony oglądaniem rozprutych bombami domów, ciągnących się kilometrami gruzowisk, pustych jam po bramach i oknach w wypalonych budynkach. Breslau sprawiał wrażenie miejsca całkowicie niezdatnego do życia, w czasie oblężenia przemienił się w betonowo-ceglaną pustynię. Jan nie potrafił zrozumieć, po co komunistom kolejne zniszczone do fundamentów miasto. Tak jakby mało było im Warszawy. Przejmowanie tego niemieckiego rumowiska wydało mu się pomysłem co najmniej dziwacznym, jeśli nie szalonym.

Dochodzili do rzeki, co dało się poznać po odległym szumie. Widocznie niedaleko znajdował się jakiś jaz, przez który przelewała się woda. Czeszejko, podniecony faktem, że zbliżali się do historycznego centrum miasta, przyśpieszył kroku i wysforował się do przodu. Pierwszy minął wyburzony kwartał, dotarł na skrzyżowanie położone tuż przy bulwarze i gwałtownie przystanął. Jan widział, że ktoś leżał na jezdni. Chłopak pochylił się nad ciałem, potem wyprostował się i pokręcił z rezygnacją głową. 

Korzycki dogonił go po minucie. Na zaśmieconym gruzem bruku leżały na wznak zwłoki mężczyzny w czarnym niemieckim uniformie, niewojskowym, najprawdopodobniej pocztowym lub tramwajarskim. Ktoś przykrył mu twarz gazetą, przyciskając papier kawałkiem cegły, aby nie porwał go wiatr.
- Co tak stanąłeś? - zapytał. - Po prostu jeszcze jeden nieboszczyk.
Przyszły student patrzył na trupa i skubał w zamyśleniu wargę.
- Sęk w tym, że on mi wygląda na świeżego. Powinien cuchnąć, a nie cuchnie.
Pochylił się ponownie i złapał za gazetę, odsłaniając twarz bruneta, na oko czterdziestoletniego Korzycki wzdrygnął się, zdążył już trochę odwyknąć od takich widoków. Ktoś poderżnął Niemcowi gardło, pod szyją widniała koszmarna szrama pokryta czarnym strupem. Jan nie zauważył śladów krwi na bruku, co  świadczyło o tym, że mężczyznę zabito w innym miejscu, potem ciało przeniesiono i porzucono na skrzyżowaniu. Podzielił się swoimi spostrzeżeniami z Czeszejką.
- A po co ktoś miałby coś takiego robić? - chłopak nie krył zdumienia.
- Ano po to, żebyśmy go znaleźli - odparł Korzycki. - Witajcie w Breslau, mieście trupów".

9 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Polecam książkę. To dobry kawałek prozy

      Usuń
  2. Mam "Wypedzonego", o czytalam kilka bardoz pochelbnych recenzji, a ten powyzszy fragment rowniez zacheca do czytania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wybrałaś ciekawy fragment, chciałoby się więcej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się, jeśli mogę - wybrać nieco perfidnie;)

      Usuń
    2. Perfidnie to dobre określenie... Osz jak mogłaś przerwać w takim momencie! Pozdrawiam :)

      Usuń
  4. Kawalek naprawde niezlej prozy, dodaje do swojej listy ksiazek do przeczytania :-).

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie lubię Wrocławia, jednak ten odmalowany na kartach "Wypędzonego" to zupełnie inne miasto. ;)

    OdpowiedzUsuń