wtorek, 29 stycznia 2013

"Mordercze miasta" M. Guzowska, A. Krawczyk, A. Michalewska

W październiku 2012 roku ukazał się zbiorek opowiadań "Mordercze miasta". Szukając bliższych informacji o książce trafiłam na portal prowadzony przez autorki książki. "Zbrodnicze siostrzyczki" piszą recenzje, informują i promują literaturę kryminalną. Można powiedzieć, że opowiadania stanowią plon ich wspólnych zainteresowań i pasji. Na blogu przeczytamy, że wymieniony portal nie jest jedynym osiągnięciem autorek. Każda z nich ma własne sukcesy. Adrianna Michalewska to laureatka warsztatów literackich oraz konkursów zorganizowanych przez Agora SA; Marta Guzowska jest archeologiem i pisarką, wydała powieść: "Ofiara Polikseny"; kryminał na wesoło Agnieszki Krawczyk znajdował się przez dłuższy czas na liście bestsellerów księgarni EMPiK. Osobiście nigdy nie spotkałam się z ich utworami, więc stwierdziłam, że warto przyjrzeć się  "Morderczym miastom", gdzie poznać można sposób pisania pań od razu - hurtowo.



Tytuł zbiorku, oraz zainteresowania autorek sugerują, że w książce zamieszczone zostały opowiadania kryminalne, co mnie szalenie zaintrygowało. Póki co, wśród czytelników większym powodzeniem cieszą się ciągle  powieści. Opowiadania traktujemy po macoszemu. Gdyby się jednak głębiej zastanowić  to stanowią one dla autora dużo większe wyzwanie. Zdecydowanie warto docenić tę krótką formę i zdać sobie sprawę z reżimu, jakiemu musi poddać się jej autor. Kompozycja opowiadania pozostawia wiele swobody, natomiast epizodyczność fabuły, brak przestrzeni na wybujałe opisy, konieczność przykucia uwagi czytelnika za pomocą oszczędnych środków wyrazu (lapidarność i zwięzłość), do tego konieczność wprowadzenia intrygującej fabuły i zakończenie zgrabną puentą - wymagają wirtuozerii. Opowiadania kryminalne zaś, to ciągle jeszcze na naszym rynku pewien powiew świeżości. Przyznaję też, że ogromnie byłam zaciekawiona jak pisarki wypadną na tle męskiego grona, gdyż w dziedzinie polskiego kryminału dzieje się sporo dobrego,  a panowie (m.in. Świetlicki, Krajewski, a zwłaszcza Miłoszewski) podnieśli poprzeczkę naprawdę wysoko.

Tytuł: "Mordercze miasta" zasugerował, że spodziewać się mogę opowiadań o charakterze kryminalnym, w którym miasto urasta do rangi głównego bohatera. Miałam nadzieję dostać coś na miarę "Złego" Tyrmanda - tyle, że miasto ma być zbrodnicze, czyli ma zabijać lub wyzwalać w ludziach najgorsze instynkty. Zbiorek składa się z trzech części: Mordercza Warszawa, Kraków i Wrocław. W tym aspekcie tytuł ogólny jest jak najbardziej adekwatny. Natomiast jeśli chodzi o rolę samego miasta w zbrodni, to autorki zaskoczyły mnie nieco, gdyż powzięły zgoła inną koncepcję. Ich miasta (poza opowiadaniami pani Michalewskiej) pełnią rolę jedynie sztafażu. Klimat Warszawy uchwycony jest w sposób niekonwencjonalny - i wydaje mi się, że jest to wcale zgrabne posunięcie. Autorka oddaje nie klimat miasta, a odczucia ludzi, jakie towarzyszą im podczas codziennych, nużących podróży do pracy koleją podmiejską; życie i pracę w wielkich korporacjach, robienie kariery niemal "po trupach". Klimat Krakowa uchwycony został za pomocą zgrabnej sztuczki. Główny bohater przygląda się ulicznemu spektaklowi na rynku, przez co czytelnik dostaje tylko to, co najbardziej się z miastem kojarzy (ale nic więcej!). Natomiast moje oczekiwania najlepiej spełniła pani Michalewska, gdyż jej miasto stało się autentycznym bohaterem opowiadania.

Zbiorek pod względem poziomu literackiego jest niestety nierówny. Już pierwsze opowiadania napisane przez panią Guzowską mają taką tendencję. Autorka wykazała się sporą oryginalnością, wyłamała się z konwencji na dwóch płaszczyznach. Jej Warszawa ukazana jest przez aspekty wynikające z życia w stolicy, a jej opowiadania nie wykazują cech kryminału. Bliżej im do opowieści grozy. Z tego akurat nie czynię zarzutu, uważam - że to zaleta. Poza tym, utwory pani Guzowskiej działają jak bomba z opóźnionym zapłonem. Czytelnik czyta, zżyma się i jest świadomy wad, ale gdy już lekturę zakończy i przemyśli, dotrze do niego, że to czego był świadkiem w pierwszym opowiadaniu - dzieje się w głowie bohatera, to po chwili włos zaczyna mu się autentycznie jeżyć! Pod tym względem utwory pani Marty robią wrażenie. To co stanowi istotną wadę tej części, to styl. W opowiadaniu "Pociąg podmiejski" narratorem jest mężczyzna, niestety nawet przez chwilę nie można zapomnieć  że autorką jest kobieta. Niedobrze, że w kluczowym momencie brakło rzeczowych argumentów, które popchnęły bohatera do działania, jakiegoś charyzmatycznego monologu, eksplozji hipnotycznych słów, które wpłynęłyby na bohatera, a nawet zamąciłyby w głowie przez moment czytelnikowi... W zamian otrzymaliśmy dosyć infantylną scenkę. Nie mogę jednak nie wspomnieć dla równowagi o opowiadaniu "Garaż", które (pominąwszy drobne potknięcia) jest utworem wyróżniającym się - i to nie tylko na tle pierwszej części, ale na tle całego zbiorku w sposób absolutny. Brawo za "Garaż"! 

Pani Krawczyk (odpowiedzialna za Kraków) napisała typowe opowiadania znane z powieści kryminalnej, najbliższa była klasyki. Nieco nadużyła wykrzykników w tworzeniu wizerunku zblazowanego megalomana, ale jej postaci są wyraziste, a dialogi w miarę dobrze skonstruowane. Trochę rzuca się w oczy sztampowość zarówno w kreacji bohaterów, jak i w ich wzajemnych relacjach, bo trio: nadinspektor, młody pomocnik i policjant na emeryturze, który przyczynia się do rozwiązania zagadki, to rzeczy znane. Poza tym sporo osób mówi Szekspirem, co w przypadku głównego bohatera może być zrozumiałe, ale gdy tak samo mówi jego szef, a nawet redaktor brukowca, zaczyna się wyczuwać lekką przesadę. Być może zbytnio się czepiam, może to jest po prostu Kraków...

Część dotycząca Wrocławia stanowiła dla mnie prawdziwe zaskoczenie i niespodziankę pod względem stylu i sprawnego języka literackiego. Pani Michalewska trzymając się konwencji napisała coś na kształt serii odcinków powieści detektywistycznej, z dobrą fabułą i jak wspomniałam, umiejętnie oddając klimat miasta. Czytanie tej części sprawiło mi największą przyjemność.

Pomimo wszystkich drobnych wad - cieszę się, że przeczytałam "Mordercze miasta", bo dostrzegam w autorkach spory potencjał. Podobało mi się przede wszystkim to, że zbiorek spełnił obietnicę różnorodności. Z przyjemnością sięgnę po następną pozycję. Jestem pewna, że wspólna pasja, wymiana doświadczeń i współpraca sympatycznych pań zaowocuje już wkrótce projektem, który będzie się charakteryzował eleganckim stylem i językiem pani Michalewskiej; wraz z talentem do konstruowania zaskakujących point, wniesie powiew świeżości pióra pani Guzowskiej, wreszcie wykorzysta umiejętność kojarzenia symbolami i poczucie humoru pani Krawczyk. Jestem przekonana, że taki projekt stanie się prawdziwym wydarzeniem literackim.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
RECENZJĘ NAPISAŁAM DLA PORTALU :


                                                                         

ZA KSIĄŻKĘ SERDECZNIE DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU: SZARA GODZINA

-------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                        
Autor: Marta Guzowska, Agnieszka Krawczyk, Adrianna Michalewska
Tytuł: Mordercze miasta
Wydawnictwo: Szara Godzina
ISBN: 978-83-935772-1-7
Data wydania: październik 2012
Liczba stron: 256
Kategoria: opowiadania grozy, kryminalne, detektywistyczne

niedziela, 6 stycznia 2013

Podwójna wygrana jak nic, Raymond Federman

„Jak do diabła napisać książkę o własnym życiu, kiedy to życie jest pełne dziur, kłamstw, oszustw, zmyśleń i zafałszowań, jak do diabła nadać temu sens?”*


„OSTRZEŻENIE:  AUTOR ponosi wyłączną odpowiedzialność (…)
                                za wszystkie błędy maszynowe i topograficzne
                                błędy rzeczowe
                                błędy w opisach
                                błędy w wyliczeniach
                                błędy w wyjaśnieniach
                                bluźnierstwa
                                sprośności
                                obsceniczności
                                świństwa
                                głupoty
                                i wszystkie inne rzeczy (widoczne i niewidoczne), które potencjalny
                                CZYTELNIK (komentator lub krytyk) tego dyskursu może uznać za nie             
                                do przyjęcia!”**    

„Podwójna wygrana jak nic” Raymonda Federmana to pod wieloma względami książka nieszablonowa. Daleka od wszystkiego co tradycyjne, stereotypowe i w zasadzie odmienne od wszystkiego, czego czytelnik może się spodziewać… Czego więc należy oczekiwać? Podtytuł książki: „Prawdziwy fikcyjny dyskurs”- w pełni oddaje charakter książki, od razu kieruje na właściwy trop. DYSKURS to termin oznaczający rozmowę, dyskusję, przemówienie. To coś więcej niż zwykły TEKST. Tekst jest jedynie wytworem procesu językowego, czymś dokonanym i statycznym, dyskurs w stosunku do tekstu jest procesem dynamicznym. Książka posiada fabułę, ale nie tradycyjną,  raczej szczątkową, a także zawiera sporo elementów, które do niej nie należą. Autor zamieszcza powieść w powieści, a raczej przystępuje dopiero do jej pisania, odsłaniając przy okazji mechanizmy tworzenia utworu literackiego…Patrząc od strony technicznej – książka także jest niezwykła. Na pierwszy rzut oka przypomina raczej zaawansowany podręcznik do pisania na maszynie. Przykuwa uwagę niezwykłą typografią druku. Poszczególne strony różnią się znacznie zarówno od siebie, jak i od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni,  powstały bowiem bez użycia „edytora tekstu”. Miejscami uważne przeczytanie kolejnych fragmentów stanowi prawdziwe wyzwanie. Tekst przypomina labirynt, który czasem czytamy tradycyjnie, a czasem wspak, na ukos, wzdłuż marginesów i…na wiele jeszcze innych sposobów. Autor w tym zakresie wykazał się niezwykłą pomysłowością.

Czy „Podwójna wygrana jak nic” - to przykład współczesnej awangardy? Książka jest nowatorska i awangardowa, ale powstała … 42 lata temu. Stanowi dla tłumaczy tak wielkie wyzwanie, że przełożona została dopiero na trzy języki (w tym polski znakomity przekład Jerzego Kutnika). Wydana  została w 2010 roku przez Korporację Ha!art, jako 16 tom Serii Liberatura. Warto zwrócić uwagę na tę serię, bo Liberatura wydaje książki niezwyczajne,  których tekst i strona wizualna (słowo i przestrzeń dla tego słowa, wygląd, układ stron) są jednakowo ważne i ściśle z sobą powiązane. Wszystkie elementy są jednakowo istotne dla ostatecznego wrażenia i odbioru dzieła.
Przyzwyczajeni jesteśmy, do tego, że w powieściach występuje tradycyjny narrator. Raymond Federman już we wstępie zaznacza, że tym razem jest inaczej, gdyż dyskurs toczy się właściwie między czterema postaciami. Narrator pierwszy to obiektywny protokolant (uparty i zdeterminowany mężczyzna w średnim wieku),  narrator drugi – (nieodpowiedzialny paranoik),  postać trzecia (tu jest ciekawie, bo jest to  główny bohater powstającej na naszych oczach powieści, który przycupnął obok narratora i czeka cierpliwie, co ten dla niego wymyśli). Wreszcie ktoś, kto jest odpowiedzialny za cały ten bałagan:  autor powieści.

Jak najprościej określić, jaka jest fabuła książki?
Oto mężczyzna w średnim wieku, który zdobywa dosyć sporą sumę pieniędzy, postanawia wynająć pokój w hotelu, zamknąć się w nim na rok, aby napisać powieść.
Ten pomysł wydaje się czytelnikowi w pierwszej chwili dosyć dziwaczny. Zamknąć się na 365 dni, odgrodzić się od świata, żeby napisać książkę?! DZIW-NE.

Ponieważ przedsięwzięcie jest nietypowe i niecodzienne, wymaga niezbędnych przygotowań. W tym celu narrator zaczyna planować, rozmyślać i organizować całe zamierzenie w najdrobniejszych szczegółach. Zastanawia się, jakie standardy musi spełnić  lokal, sporządza listę niezbędnych do przeżycia produktów (kluski, papierosy, kawa, cukier, papier toaletowy) oraz próbuje stworzyć plan powstawania właściwej powieści. W efekcie, ponieważ autor wypowiada się czasem jako narrator, a czasem jako główny bohater, powstaje dosyć  niezwykłe wrażenie piętrowej narracji.

Czytelnik podczas lektury staje się świadkiem powstania powieści-w-powieści, bo utwór ma budowę szkatułkową  Ważna jest też fabuła powieści właściwej.  Jej bohaterem jest 19 letni, cudem ocalały z wojny chłopak, który stracił całą rodzinę w obozie koncentracyjnym. Młodzieniec udaje się w podróż do Ameryki, na zaproszenie wuja, aby zapomnieć o tragedii i zacząć życie od nowa.

Wnikliwy czytelnik, który poznaje życiorys Raymonda Federmana (matka uratowała go  przed wywiezieniem do obozu, ona i dwie siostry zginęły) łatwo dostrzeże, że autor „wyposażył” swojego bohatera całkowicie we własne doświadczenia, podarował mu swoją datę urodzenia, wygląd, problemy i rozterki, fantazje i marzenia, każe mu powtórzyć dokładnie tę samą drogę. Federman prawie całkowicie się odsłania, ale jednocześnie zaczyna grac z czytelnikiem w osobliwą grę, w której za wszelką cenę zastrzega, że użyte przez niego fakty nie mają nic wspólnego z autobiografią. Im bardziej czytelnik staje się pewny, że opisywany chłopak to alter-ego pisarza, tym bardziej Federman się od tego odżegnuje, podkreślając, że każda powieść, już z samej definicji - może być jedynie fikcją.

Zupełnie niezależnie od tego, ile własnej historii autor zawarł w swojej powieści, nie można nie docenić nowatorstwa, w jaki sposób potraktował temat związany z Holocaustem. Federman nie wyraża swojej tragedii wprost, śmierć bliskich określa symbolem (X*X*X*X*) i pozostawia prawie bez komentarza. Skąpe aluzje, rzucane od czasu do czasu, kwestie delikatnie poruszone, jakby zaledwie muśnięte i natychmiast zarzucone,  niosą taki ładunek emocjonalny, że momentalnie wnikają czytelnikowi w podświadomość,  a w zestawieniu z obsesyjnie poruszanymi, zupełnie trywialnymi, czasem wręcz infantylnymi sprawami dnia powszechnego – wywołują wstrząsające wrażenie…
Narrator kluczy, zmienia fakty, jakby chciał by czytelnik we wszystko zwątpił, albo we wszystko uwierzył. Nie potrafi zdecydować się ostatecznie na wybór imienia głównego bohatera, specjalnie podkreślając jego fikcyjność. Jesteśmy więc świadkami jak Robert, Boris, Samuel, Dominique (…ale nie Raymond!) przypływa do Ameryki, aby zapomnieć o utracie matki i sióstr, ale ukojenie nie będzie mu dane. Znajduje pustkę i samotność  Otaczający go ludzie, nawet życzliwi, chcąc okazać mu swoje współczucie wywołują wprost przeciwny efekt. Chłopak ma poczucie, że balansuje nieustannie nad krawędzią przepaści, a odwieczne pytania o pochodzenie, o losy rodziny,  powodują, że rana nie może się zabliźnić. JAK MA WYRAZIĆ SWÓJ BÓL I STRATĘ? CZY SĄ SŁOWA, KTÓRE POTRAFIĄ OPISAĆ JEGO PRZEŻYCIA? W jaki sposób ma uciec od traumatycznych wspomnień wciąż od nowa odpowiadając na te same pytania. I jeszcze te współczujące spojrzenia ludzi, którzy nic nie rozumieją, którzy potakują głowami, …rozmawiają o doświadczaniu Zagłady, o tej wielkiej tragedii tysięcy istnień…przy kawie i ciasteczkach...

Pisarz nie ułatwia zadania i nie podaje faktów, jak to zwykle bywa - na złotej tacy. Raczej uczyni wszystko, co tylko możliwe, wszystko skomplikować, a raczej wytrącić nas z powieściowej rutyny. Zamiast faktów mamy aluzje, pokonujemy prawdziwy labirynt odczytując tekst, przepychamy się wraz z narratorem przez stosy pudeł z kluskami, kartony papierosów, przeliczamy jego powieść na litry kawy i na ilość „ sztachnięć” papierosem, (czy  ktoś zastanawiał się kiedyś nad „żujnością” gumy?), uczestniczymy z kalkulatorem w dłoni w „opisach, wyliczeniach i wyjaśnieniach”, a także  jesteśmy świadkami tych wszystkich „bluźnierstw, sprośności, obsceniczności, świństw, głupot i wszystkich innych rzeczy (widocznych i niewidocznych)”, chłopięcych fantazji  i spraw, które zwykle poruszane są przez mężczyzn, gdy zostają we własnym gronie…

Jednak coraz lepiej zaczynamy rozumieć dziwaczny zamysł narratora, który chce zamknąć się, odgrodzić od świata, by napisać swą powieść. Narrator (nie autor!) chce  uciec od traumatycznych wspomnień, a jednocześnie wie, że uciec się nie da. Można jednak zakląć swoje doświadczenia w książkę, jako rodzaj tereapii. W tym celu narrator musi odseparować się od świata w pokoju hotelowym i będzie to dla  niego  symboliczne zamknięcie w obozie.  Nawet fakt, że nie jest to pokój we własnym mieszkaniu – ma znaczenie. Narrator nie posiada niczego na własność, on nie ma nigdzie domu. To tylko lokal tymczasowy.

Należy się nastawic, że książkę
można  czytać :      i  tak
                                         i -
                                                  s
                                                       i
                                                           a
                                                                  k
Kapsw i <=
Albo  jeszcze
I
N
A
C
Z
E
J

Z dołu do góry i z powrotem. Od lewej i prawej, na ukos. Możesz obgryzać paznokcie, to naprawdę nic nie da!
Absurd…absurd……………………a……do……tego…..wszędzie…….te…..kluski.
Można się  zachwycić, złorzeczyć i trzasnąć  wreszcie tą książką.
                                                                                          JEDNAK
                                                                            Byłby to zupełny brak manier.              P
                                                                                                                                 R
                                                                                                                           Z
                                                                                                                      E
                                                                                                                C
                                                                                                          I
                                                                                                    E
                                                                                             Ż
                                                                                           książkamisięNIErzuca.

!Ajcnetepmokein azcinletyzc  az żóc <=
 ------------------------------------------------------------------------------------------------ -----------
MOŻNATEŻNAGLEWPAŚĆWZACHWYTNIEOCZEKIWANIETOJESTABSOLUTNIEIBEZWZGLĘDNIEGENIALNYUTWÓRCAŁKOWICIEWARTNASZEGOWYSIŁKUIZAANGAŻOWANIA!!!!!
------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Styl autora jest cały czas zmienny, niewygodny i irytujący. Bawi tylko do czasu, potem potrzeba sporo samozaparcia, by brnąć dalej…Po co więc autorowi te wszystkie labirynty, wzorki, szlaczki i rebusy czytelnicze? Dla zabawy, nowatorstwa i eksperymentu? Wydaje mi się raczej, że że autor chce czytelnika wytrącić z równowagi… postawić na baczność… uwierać  jak kamyk w bucie… nie pozwolić mu wygodnie umościć się przy lekturze w ulubionym fotelu…przy kawie i ciastkach...
…byśmy w momencie, gdy poznajemy historię Roberta, Borisa, Salomona, Dominiqua (bo przecież nie Raymonda!), ale też tysięcy innych ludzi dotkniętych doświadczeniem Zagłady nie pozostali OBOJĘTNI…

Zmierzenie się z utworem Raymonda Federmana to nie lada wyzwanie, bo autor zaprezentował woltyżerkę narracyjną, a czytelnik zmuszony jest do prawdziwej ekwilibrystyki umysłowej. Jest to jednak utwór absolutnie niezwykły i nie żałuję ani jednej minuty jej poświęconej.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
* i ** -  od autora
----------------------------------------------------------------------------------------------------

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję:  Fundacji Europejskich Spotkań Pisarzy