poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Iredyński, Dzieła zebrane - epizod drugi.



Kontynuując poznawanie prozy Ireneusza Iredyńskiego, sięgam po kolejny tom. Jest to starannie opracowany i wydany zbiór opowiadań,  poprzedzony wstępem i komentarzami literackimi. Stanowi wznowienie antologii opowiadań, wydanych w 1970 roku, pod nazwą Związki uczuciowe. Głosy krytyki zamieszczone we wstępie pochodzą sprzed niemal półwiecza i świadczą o sporym zainteresowaniu, jakie utwory wzbudziły w swoim czasie. W chwili ich premiery autor cieszył się  sporą popularnością, był uznanym, ale też kontrowersyjnym twórcą. Jego stosunek do sławy był, delikatnie mówiąc - specyficzny. Wygląda na to, że pisarz w tym samym stopniu był przewrażliwiony na swoim punkcie, co prowokujący i nonszalancki. 

Tom II składa się z opowiadań: Armelle, Fascynacja oraz Koniec i początek. Zgodnie z sugestią oryginalnego tytułu, tematem przewodnim utworów są relacje między kobietą i mężczyzną. Bohaterami Armelle i Fascynacji są ludzie młodzi, w dużym stopniu idealiści i romantycy. Fabuła dotyczy wkraczania w życie i dorosłość,  inicjacji uczuciowej, przy czym bohaterom przyjdzie zapłacić wysoką cenę za swoje doświadczenia. Koniec i początek, to króciutki szkic literacki, ukazujący poczucie frustracji i porażki jakie przyniosło dojrzałemu mężczyźnie jego małżeństwo. 

Armelle – najlepiej potraktować jako baśń o poszukiwaniu ideału, refleksje o tym, że pogoń za nim i konfrontacja z rzeczywistością łączy się z wysoką ceną i przynosi ból. Młody człowiek, świeżo po studiach, któremu do tej pory wszystko dosyć łatwo przychodziło, poznaje w pociągu dziewczynę, wcielenie jego ideałów. Wysiada za nią na nieznanej stacji i podąża przez las, w deszczu, coraz bardziej oczarowany. Nie wszystko potoczy się jednak tak jak sobie wymarzył… Nieco oszołomiony dostaje się na stację, ale postanawia wrócić i odnaleźć swój „ideał”, coś sobie udowodnić. Tak zaczyna się swoista odyseja, poszukiwanie i rozpytywanie mieszkańców, godziny wyczekiwania na stacji, wypatrywanie tej jedynej twarzy pośród tłumu, trwanie na posterunku wbrew przeszkodom i okolicznościom…wbrew rodzącej się wrogości bywalców dworca… Znowu łapię się na tym, że podoba mi się sposób narracji Iredyńskiego, który przypomina scenariusz (ba, „Armelle” to jest gotowy scenariusz, na jego podstawie powstał film). Przez taką konstrukcję, pisarz musi wydobyć głębię psychologiczną bohaterów z dialogów, a nie z rozbudowanych opisów. Bohater opowiadania to romantyk, z dużą ilością sentymentalizmu, naiwności, donkiszoterii nawet i postać ta byłaby nieznośna, gdyby nie interesujące rozmowy wplecione w tekst, z przypadkowo spotkanymi, innymi osobami tego dramatu (z Barbarą, z pijakami na dworcu, zwłaszcza z tłumaczką książek). Zaryzykuję stwierdzenie, że gdyby nie owe, błyskotliwe wymiany myśli, autor niebezpiecznie blisko otarłby się o …kicz. Myślę też, że to celowy zabieg pisarza. Pokazuje, że w momencie, kiedy w grę wchodzi uczucie, człowiek inteligentny i racjonalny staje się bezbronny. 

Fascynacja to historia rozczarowania nieco innego rodzaju. W drugim opowiadaniu nie ma śladu sentymentalizmu, a utwór sporo zyskuje. Bohaterem jest Andrzej, młody człowiek, pochodzący z małej miejscowości, podejmujący studia w Akademii Sztuk Pięknych. Trafia pod skrzydła profesora, który okazuje się jego dawnym znajomym. Jan Kowalski, znany malarz – był przed laty opiekunem drużyny harcerskiej, idolem młodzieży i odegrał szczególną rolę w dramatycznych wydarzeniach, po czym - wyjechał. Jan rozpoznaje swego młodego przyjaciela i kontynuują przerwaną znajomość. Wprowadza Andrzeja w arkana sztuki i w środowisko artystów. Młody człowiek powoli odkrywa prawdziwą twarz mistrza i świat pozorów, w którym żyje. Uzmysławia sobie sens wydarzeń sprzed lat. Krok po kroku demaskuje obłudę jego przyjaźni, patriotyzmu, miłości …nawet sztuki. Zaledwie został dopuszczony do świata uwielbianego przyjaciela, a już zostaje postawiony przed koniecznością ponownego rozstania, tym razem prawdopodobnie na zawsze. Czy mistrz zdążył odcisnąć piętno na swym podopiecznym? Dodatkowym zabiegiem i smaczkiem w  utworze jest wprowadzenie postaci pisarza – jak można domniemywać,  sylwetki samego Iredyńskiego.

Koniec i początek to monolog wewnętrzny mężczyzny, który w oparach alkoholu, w nieco zaskakujący dla czytelnika sposób, doprowadza do rozstania z żoną. Główny bohater to mężczyzna w średnim wieku, który po pierwszym nieudanym małżeństwie, wiąże się z dużo młodszą, atrakcyjną kobietą. Małżeństwo przypomina idyllę. Wydawać by się mogło, że ziściły się wszystkie marzenia. Małżonkowie rozumieją się bez słów, porozumiewają szyfrem rozumianym tylko przez zakochanych. I tylko to chwilowe zmieszanie na wspomnienie pewnego znajomego… Mąż próbuje wielkodusznie zbagatelizować incydent, ale w pewnym momencie, czym zaskoczył nawet chyba sam siebie, dochodzi do wniosku, że nie może tak żyć…

Świat Iredyńskiego – to świat cynizmu. Jego bohaterowie łakną ideałów, ale te w konfrontacji z życiem - sięgają bruku. W rezultacie są zdezorientowani i bezradni. Opuszczeni i samotni. Przegrani. Dlaczego taki typ bohatera zajmował pisarza? „Myślę, że bohater literacki to projekcja wyobraźni pisarza, to jego sny, rozterki, jego wiedza, jego dialektyka, no i oczywiście – jego podświadomość  Mnie interesują skrajności, w nich odnajdują się najbardziej wyraziście tendencje naszych lat. Na naszych oczach dzieje się umieranie pewnego świata, nasza przyszłość jest zakryta. Moi bohaterowie są personifikacją niepokojów.” Jest to fragment wywiadu, którego autor udzielił Halinie Murza-Stankiewicz w roku 1972, który najlepiej oddaje intencje niniejszej antologii. Pierwszy tom Dzieł zebranych Iredyńskiego mnie zachwycił. Czy w drugi jest równie dobry? Przyznaję, że z równie wielką przyjemnością, dałam się porwać „filmowej” narracji i zapadającym w pamięć dialogom.


Recenzję napisałam dla:


piątek, 19 kwietnia 2013

"Kto zabił Jezusa?", Paweł Lisicki


"Mało kto zdaje sobie sprawę, że spór o to, kim byli sprawcy śmierci Jezusa z Nazaretu, wciąż trwa, a nawet, można powiedzie, nigdy nie był tak żywy jak obecnie. Dzieje się tak zapewnie dlatego, że pozornie tylko zdaje się to być debata o przeszłości. Tak naprawdę można sądzic, że historia stała się poręcznym instrumentem walki z antysemityzmem."*

Paweł Lisicki – obecnie redaktor naczelny tygodnika „Do rzeczy” (wcześniej pełnił tę funkcję w dzienniku „Rzeczpospolita” i „Uważam Rze”), to dziennikarz i publicysta, a także pisarz, krytyk literacki, tłumacz i twórca dramatów. Zadebiutował zbiorem esejów „Nie-ludzki Bóg”. W roku 1998 za książkę „ Doskonałość i nędza” otrzymał nagrodę im. Andrzeja Kijowskiego, którą wyróżnia się utwory śmiało i niekonwencjonalnie poruszające problematykę społeczną i kultywują piękno słowa.
 
Twórczość Lisickiego oscyluje wokół tematów teologicznych, filozoficznych i literackich, dotyka kwestii wiary współczesnego człowieka. Taki charakter ma najnowsza książka: „Kto zabił Jezusa. Prawda i interpretacje”, która powstała w odpowiedzi na niepokojący autora nurt współczesnej myśli. Jego zdaniem fakt, że dzieje Europy potoczyły się niezwykle dramatycznie, nie może usprawiedliwiać popadania w skrajności. Nie powinno się każdego dialogu i dyskusji, dotyczącej nawet szeroko pojętej historii – rozpatrywać pod kątem stosunku stron do Holocaustu i uparcie dopatrywać się antysemityzmu. Mamy do czynienia ze zjawiskiem, gdy współczesne wydarzenia zaczęły rzutować na interpretację tekstów starożytnych. Badacze próbują zmieniać kontekst wydarzeń historycznych, byle tylko wymowa tych pism stała się dzisiaj poprawna politycznie.

Zdaniem aurora - kuriozalnie wygląda dziś interpretacja Ewangelii wchodzących w skład Nowego Testamentu. Tradycyjnie egzegeci nie mieli problemu z rozpatrywaniem winy Żydów (konkretnej grupy, nie całego narodu) w kontekście śmierci Jezusa. Coraz częściej jednak teoretycy starają się doszukać bezpośrednich przyczyn pewnego ciągu zdarzeń, który zaowocował utworzeniem obozów koncentracyjnych – w początkach chrześcijaństwa, w Ewangelii zaś doszukują się źródeł wrogości i uprzedzeń wobec Żydów. Ewangeliści, którzy byli Żydami to praojcowie antysemityzmu? Nadszedł czas – podkreśla Lisicki, żeby głośno i wyraźnie przypomnieć wszystkim,  że tragiczne wydarzenia, do jakich doszło podczas wojny, mają swe źródło w ideologii niemieckiego nazizmu. Najwyższa też pora na obalenie mitów narosłych wokół postaci, działalności i śmierci Jezusa. Udział Żydów w tych wydarzeniach jest nie do zakwestionowania, nowoczesne wymysły są próbą naginania faktów. Lisicki dedykuje książkę wszystkim badaczom i interpretatorom tekstów religijnych, którzy świadomie (bądź nie) próbują manipulować prawdą historyczną.

Lektura wymaga skupienia, autor stale powołuje się na opinie badaczy, przy czym profesjonalnie w każdej sytuacji przedstawia poglądy bliskie własnym przemyśleniom oraz opinie oponentów. Dopiero po naszkicowaniu pełnego obrazu i kontekstu dokonuje logicznego wywodu. Punktem wyjścia rozmyślań jest zdanie: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” skandowane przez tłum po śmierci Jezusa, które przytoczył św. Mateusz i które klasycznie interpretowane było, jako przyznanie się do czynu. Tym samym Lisicki wdał się w polemikę ze słowami papieża Benedykta XVI, który w swym dziele „Jezus z Nazaretu” (uznanego przez profesora Zbigniewa Stawrowskiego za najważniejsze dzieło cywilizacyjne naszego stulecia) „uwolnił” Żydów od tej odpowiedzialności, zmieniając interpretację słów klątwy. Papież jest zdania, że należy je rozumieć jako chęć pojednania i wskazuje, że Żydzi przyznają, iż potrzebują oczyszczającej mocy miłości, jaką przyniesie krew Jezusa, a nie boją się konsekwencji swoich działań. Lisicki nie jest przekonany do tej argumentacji. Nie widzi nic złego w klasycznym odczytywaniu tej sceny. Twierdzi, że nie powinno się naginać faktów historycznych, należy mieć odwagę i nazywać rzeczy po imieniu. Nie po to, by podsycać antagonizmy, a po to -  by sytuację uzdrowić, wyjaśnić niejasności dotyczące fundamentalnych spraw. 

Nowy Testament składa się z Ewangelii, których autorami są: św. Marek, Mateusz, Łukasz i Jan. Nie są to bezpośredni świadkowie śmierci Jezusa, dlatego często podważa się ich relacje dotyczące Męki Pańskiej. Lisicki dokonuje analizy i rozpatruje stopień prawdopodobieństwa zawarty w tych tekstach. Powoli i drobiazgowo analizuje każdy fakt, każdy niemal rekwizyt Pasji oraz osoby biorące udział w dramacie. Zadaje pytania i analizuje. Czy Sanhedryn wydał wyrok czy tylko działał jako konsylium, które miało przygotować akt oskarżenia, który przekazał namiestnikowi? Czy obecni byli sędziowie w pełnym składzie? Czy Piłat teatralnym gestem obmycia rąk zdjął z siebie odpowiedzialność? Czy Jezus był Zelotą? Dlaczego dokonał ataku w świątyni, skoro wiedział, że skończy się to aresztowaniem? Czy Jezus poniósł śmierć za herezję, czy za podburzanie ludu przeciwko imperium rzymskiemu? Dlaczego powieszony został na krzyżu, a nie zgodnie z prawem żydowskim nie był ukamienowany? Czy tłum ponosi odpowiedzialność, czy został zręcznie zmanipulowany? Dlaczego pod krzyżem stali rzymscy żołnierze? Dlaczego już starożytni Żydzi przyznawali się do ukrzyżowania Jezusa, twierdząc, że został stracony zgodnie z prawem?

Książka napisana jest niezwykle drobiazgowo, uderza jednak jej przejrzystość i przystępność. Dzięki plastycznym opisom przenosimy się niemal w czasie i uczestniczymy w „śledztwie w sprawie śledztwa”. Autor nie ogranicza się do poszlak, szuka twardych dowodów. Czy znalazłam w tych rozważaniach coś dla siebie? Nie jestem antysemitką ani nie trzeba mnie przekonywać, że Żydzi (konkretna grupa, nie naród) przyczynili się do śmierci Jezusa. Już z listów św. Pawła, który był bezpośrednim świadkiem wszystkich wydarzeń – wynika, iż 20 lat po śmierci Jezusa, sprawa ich zaangażowania nie była sprawą kwestionowaną. Książka Pawła Lisickiego pozwoliła mi zrozumieć kilka spraw. Pojęłam różnice między judaizmem, a nagle wyłaniającym się, rywalizującym  kultem. Stało się dla mnie jasne dlaczego swoim atakiem na kupców w świątyni Jezus obraził kapłanów. Zrozumiałam Saduceuszy, których Jezus rozgniewał, a także jaką „herezją” wydawać się musiały jego słowa, gdy obiecywał obcowanie z Bogiem bezpośrednio przez własną osobę. Pojęłam wreszcie dlaczego kazania Jezusa brzmiały w uszach kapłanów rewolucyjnie i dlaczego stał się dla nich „groźny”. Wielokrotnie książka skłania do refleksji. Stała się dla mnie niezapomnianą lekcją religii i historii.

* cytat z książki: "Kto zabił Jezusa. Prawda i interpretacje", P. Lisicki, str. 17

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości: Wydawnictwa "M". Serdecznie dziękuję.


Recenzja opublikowana także na stronie:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/170943/kto-zabil-jezusa/opinia/11310981


wtorek, 16 kwietnia 2013

Ziemia Nod, Radosław Kobierski


„Ziemia Nod” prozaika, poety i krytyka literackiego Radosława Kobierskiego jest  trzecią powieścią w jego dorobku, a zarazem utworem, który odbił się dość szerokim echem w środowisku literackim. Autor został uhonorowany nagrodą „Gwarancja Kultury” 2011, był nominowany do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus 2011 oraz otarł się o Nike. Ziemia Nod to kraina na wschód od Edenu, gdzie Bóg wygnał Kaina po zabójstwie brata. Symbolicznie - oznacza kraj zamieszkiwany przez tych, którzy błądzą.

Powieść Kobierskiego obrazuje przemijanie świata, a czytelnik - jak w teatrze, w następujących po sobie aktach, przy zmianie nastroju i dekoracji - obserwuje kolejne odsłony ludzkiego dramatu.

Akt pierwszy: przedwojenny Tarnów. Duże, po-galicyjskie miasto; nieco zakompleksiony, ale prężnie działający ośrodek kultury. W pewnym sensie, jest to miejsce symboliczne, tu urodził się generał Bem i jako pierwsze spośród miast polskich odzyskało niepodległość w 1918 roku. Z pewnością duże znaczenie miała wielokulturowość, która stała się pretekstem do pokazania pełnego napięć sąsiedztwa i współżycia Polaków i Żydów. Dzięki topograficznej dokładności i fotograficznej drobiazgowości pisarza, poznajemy klimat tego miejsca: kamienice, uliczki, sklepiki i cukiernie, fabryki; miasto z jego kolorami, zapachami i muzyką. Z równie dużą pieczołowitością pisarz uchwycił obraz mieszkańców oraz ich mentalność. Artyści, lekarze, przemysłowcy, sklepikarze, rolnicy; różne postawy życiowe, rozmaite szczeble statusu społecznego; uczucia, sympatie i antypatie, zdrady, poglądy polityczne i religijne – prawdziwa mozaika i misternie utkana sieć ludzkich powiązań.

Akt drugi: okupacja. Najpierw niewyraźne,  prawie nierealnie w letnim skwarze sygnały,  jakiś pojedynczy zamach bombowy. Oficjalne wypowiedzenie wojny i wybuch paniki, pośpieszne pakowanie majątku, masowe ucieczki…a potem opis grozy, której nie potrafią zrozumieć nawet uczeni w piśmie. W tej części autor wystawia wrażliwość czytelnika na najcięższe próby, lektura sprawia niemal fizyczny ból. Kolejne strony przerzuca się z największym samozaparciem. Spotkałam zarzuty, że z tego powodu książkę źle się czyta, ale czy może być inaczej? Czy Picasso namalował „Guernicę”, Polański nakręcił „Pianistę”, a Spielberg „Listę Schindlera”, by widzowi łatwo się oglądało?

Akt trzeci: wyzwolenie, przedstawione bez znanego z literatury i filmów „hurraoptymizmu”. Koniec wojny w oczach Kobierskiego nie przynosi ulgi, nie kończy exodusu Żydów. Odsłania kolejny dramat społeczeństwa polskiego, które po odejściu faszystów, musi poradzić sobie z terrorem wschodnich wyzwolicieli. Narodziny komunizmu, wywłaszczenie, antysemityzm, walki w podziemiu, przesłuchania i egzekucje…

"Ziemia Nod" to napisana z epickim rozmachem epopeja narodowa, portret Polaków pokazany bez eufemizmów, bez znieczulenia, ale też i bez patosu. Książka bolesna, ale na swój sposób oczyszczająca. Pokazuje martyrologię narodu, ale też podkreśla właściwą skalę tego problemu. Cierpieliśmy podczas wojny, ale nie jako naród jedyny. Polakom przyszło się mierzyć z kolejnymi dramatami, ale też spełniliśmy niepochlebną rolę w exodusie Żydów.

Warto przeczytać, to ważna książka. Biorąc ją jednak do ręki, nie zapomnij nawet przez chwilę, że wstąpisz do krainy przeklętej i zapomnianej przez Boga. Każdy tutaj będzie poddany najgorszym próbom. Człowiek jest listkiem miotanym na wietrze. Może szarpać się i walczyć, ale i tak zostanie z impetem wciągnięty pod koła rozpędzonej historii. Musisz się liczyć z tym, że podobnie jak w „Boskiej komedii” Dantego, odwiedzisz wszystkie kręgi piekieł. Nie licz na Opatrzność,  ani na taryfę ulgową. Jeżeli się tu zabłąkałeś, musisz ponieść konsekwencje.  Taki los, Kainie. Witaj w Ziemi Nod. 

czwartek, 11 kwietnia 2013

Zapowiedź książki, Jan Polkowski "Ślady krwi"


Właśnie zakończyłam lekturę Ziemi Nod Kobierskiego... Jeszcze jestem pod wrażeniem lektury, układam sobie, porządkuję odczucia,  a już znalazłam zapowiedź książki, którą przeczytam koniecznie, która koresponduje z tym, co przed chwilą poznałam, która nie pozostanie z pewnością bez echa, bo dotyczy kondycji współczesnego człowieka... Przeczytam z pewnością i podzielę się wrażeniami. 



„Jeden z najwspanialszych poetów polskich zdecydował się napisać powieść w formie klasycznej, traktujący o duchowej kondycji współczesnego Polaka, którego uformowało dziedzictwo II Wojny Światowej, komunizm, „Solidarność” i III Rzeczypospolita. (…) Losy bohatera zagmatwane, dwuznaczne, pełne upadku i porażek, ale w samej historii jest dobrze słyszalny czysty ton moralny i niezafałszowana nuta wzniosłości, którą dobrze znamy z poezji Polkowskiego” /profesor Ryszard Legutko/

Jan Polkowski (1953) – to pisarz, wydawca i redaktor, ekspert w dziedzinie mediów i komunikacji społecznej. Mieszka w Krakowie. W PRL publikował swoje utwory poza zasięgiem cenzury. Ostatnio ukazał się tom jego wierszy Głosy. Przed 1989 rokiem redagował i wydawał w podziemiu  książki i czasopisma, po 1989 m.in. wydawca i redaktor naczelny dziennika „Czas Krakowski”. Laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich i Nagrody im. Andrzeja Kijowskiego za twórczość poetycką. Z powodu działalności w antykomunistycznej opozycji internowany 13 grudnia 1981 roku. W roku 2008 z tego samego powodu odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.


Z noty wydawnictwa:
Ślady krwi to sensacyjnie rozwijająca się się opowieść o czterech pokoleniach rodziny, której dzieje poznajemy wraz z głównym bohaterem odzyskującym i odkłamującym pamięć.

Napisana z rozmachem powieść Jana Polkowskiego to niezwykła próba rozmowy z Polakami o ich współczesnej kondycji – rozmowy odwołującej się do ważnych składników narodowej tożsamości: zmagania z niemieckim i rosyjskim totalitaryzmem, doświadczenia absurdalnej rzeczywistości PRL, walki o niepodległość, dramatu kolaboracji, pamięci Kresów, problemu wiary w Boga, ale i bogatej tradycji kulturowej. Mamy tu wielką, polifonicznie opowiedzianą przygodę polskiego losu. I chociaż odkryta prawda boli jeszcze mocniej, daje szansę na jednostkowe i wspólnotowe ocalenie.

Czytelnicy, którzy poszukują w literaturze poważnej próby zmierzenia się z polskością na serio, a dla których styl, piękno języka i ciągłość kultury nie są obojętne, na pewno się nie zawiodą!

Książka ukaże się 23 kwietnia br.

http://www.mwydawnictwo.pl/p/1015/%C5%9Blady-krwi



niedziela, 7 kwietnia 2013

Mój PEN Club, Władysław Bartoszewski


PEN Club to międzynarodowe stowarzyszenie, założone w Londynie w 1921 roku, mające na celu promowanie przyjaźni i współpracy między pisarzami. PEN w języku angielskim oznacza: „pióro” (to skrót od słów: Poets, Essayists i Nowelists - poeci, eseiści i noweliści, zgrabnie skojarzony z atrybutem pisarza). Literatura, zdaniem założycieli, jest instrumentem szeroko pojętej współpracy, wykraczającej daleko poza promowanie książek, a jej zadaniem jest walka z cenzurą, z antagonizmami rasowymi, klasowymi i społecznymi.
Po wojnie, oddziały PEN Clubu rozwijały się prężnie w krajach zachodnich, natomiast w bloku wschodnim sytuacja wyglądała odmiennie. Co prawda w roku 1975 - trzydzieści trzy państwa (w tym Związek Radziecki i Polska) podpisały w Helsinkach porozumienie, gwarantujące swoim obywatelom poszanowanie praw i podstawowych wolności, ale był to - w przypadku władz komunistycznych - pusty gest. Rząd polski rozumiał kierowanie państwem jako obowiązek drobiazgowego ingerowania we wszystkie sprawy, zwłaszcza w „odpowiednie” kierowanie rozwojem kultury. Decydował kto może być twórcą i o czym ma pisać, stosując różne narzędzia (cenzura, odmowa wydania paszportu, zakaz publikowania, podsłuch, rewizje, rekwirowanie rękopisów, książek, rzeczy osobistych, aresztowanie). W tych warunkach twórcy i literaci w Polsce (od czasów Bartoszewskiego także - krytycy, eseiści, humaniści, socjologowie - przedstawiciele kultury szeroko pojętej) chętnie przyłączali się do PEN Clubu, który jako organizacja międzynarodowa, niepodlegająca całkowicie rządowi, dawała pewne poczucie wolności. To oznaczało też przynależność do niezależnej organizacji, kontakty z twórcami zachodnimi (choć w ograniczonym zakresie) oraz pomoc - w razie kłopotów. Jan Parandowski, Paweł Jasienica, Antoni Słonimski, Czesław Miłosz… to tylko kilka nazwisk z bardzo długiej listy osób, które działały w polskim PEN Clubie, albo sporo mu zawdzięczały.
Mój PEN Club – to wywiad z profesorem Władysławem Bartoszewskim, którego burzliwe życie na wiele lat splotło się z losami stowarzyszenia i któremu przez wiele lat przewodniczył, a od kilku lat  piastuje funkcję prezesa honorowego. Profesora Bartoszewskiego nie trzeba przedstawiać, to człowiek-instytucja i znaczący autorytet. Rozmowa dotyczy działalności PEN Clubu w latach 1946–82. Profesor snuje opowieść o ważnych wydarzeniach i osobach, które miały dla stowarzyszenia znaczenie, gęsto wplatając prywatne opinie i anegdoty. Dzięki jego niezawodnej pamięci poznajemy imponującą galerię osobistości, które poświęciły wiele dla PEN Clubu i przyczyniły się do rozwoju polskiej kultury. Profesor sprawnie żongluje nazwiskami, pamięta imiona żon, mężów i dzieci oraz wie (co napełnia szczerym podziwem), jak potoczyły się ich losy.
Wszyscy wiedzą, że Władysław Bartoszewski  to urodzony gawędziarz z dużym poczuciem humoru. Dzięki jego nieodpartemu urokowi, swobodzie i swadzie - rozmowa, wypełniona szczelnie datami, nazwiskami i wydarzeniami, ani przez chwilę nie przypomina „suchej” kroniki. To fascynująca opowieść,  z której wyłania się panorama niespokojnych czasów, z uwzględnieniem warunków i lokalnych „absurdów”, ale przede wszystkim z obrazem determinacji polskiej inteligencji, w dążeniu do utworzenia niepodległej, demokratycznej Polski. Naprawdę doceniam fakt, że profesor Bartoszewski zechciał podzielić się doświadczeniami swego życia, pracy i pasji.  Jestem przekonana, że książka stanie się niezapomnianą lekcją historii i tolerancji.

Recenzję napisałam dla:




środa, 3 kwietnia 2013

Śmierć pięknych saren, Ota Pavel


Złamany, nieszczęśliwy człowiek, cierpiący na zaburzenia psychiczne, ze skłonnościami do depresji, przebywając w zakładzie leczniczym i wykorzystując przymusowe odosobnienie, wyruszył w bardzo osobistą podróż, sięgającą źródeł swego dzieciństwa. Jego wspomnienia skrystalizowały się w formie kilku książek, które prawdopodobnie traktował jako formę terapii i panaceum na objawy choroby, na  wszechogarniające przygnębienie…Książki, podszyte niezwykłą wrażliwością,  niezwykłym blaskiem, jakąś pozytywną energią, zdobyły serca czytelników i na trwałe weszły do kanonu literatury pięknej.

Śmierć pięknych saren to świat widziany oczami dziecka, wspomnienia z tego cudownego okresu, kiedy wszystko jest proste, kiedy ufa się dorosłym, a tajemnice świata odkrywa się w najprawdziwszym, radosnym zdumieniu, ojcowie zaś są prawdziwymi bohaterami. Na nieszczęście, Ota Pavel wcześnie zetknął się z okrucieństwami wojny, więc w pewnym momencie w ten idylliczny, trochę baśniowy świat wkraczają jak zgrzyt i dysonans motywy brutalne, z Niemcami, obozem koncentracyjnym i głodem.

Ota Pavel to bystry i niezwykle wrażliwy obserwator. Jego książka to apoteoza piękna natury, a jednocześnie wspaniały portret ojca, którego tak czule, po dziecięcemu - przez cały czas nazywa tatusiem. „Tatuś” to komiwojażer, najlepszy pracownik szwedzkiej firmy Elektrolux. Sprzedaje odkurzacze i lodówki. Jest niewykształcony, ale posiada charyzmę i niezwykły talent obcowania i wpływania na ludzi. Kiedy zaczyna zachwalać produkty, zaczyna działać jakaś magia. Potrafi tak omotać rozmówcę, że ten mu się już nie oprze…Tatuś potrafi sprzedać odkurzacz rolnikowi we wsi, której się jeszcze nie śniła elektryfikacja… Czasem tatuś zarabia krocie…Niestety, ma też skłonności do szastania pieniędzmi i do robienia prawdziwie fatalnych interesów życia…Tatuś to miejscowy Don Juan,  posiadający szczerozłote serce, ale podatne na niewieście uroki. Ma też pasję, która czasem zupełnie odbiera mu rozum i sprawia, że zapomina o Bożym świecie – łowienie ryb. Tą pasją zaraził swojego syna…Kiedy wybucha wojna, Tatuś traci pracę i ukochany staw, ale wtedy ujawnia się jego kolejna cecha, o którą go nikt wcześniej nie podejrzewał: niesłychany hart ducha. Tatuś dokonuje brawurowych i szaleńczych czynów, by ratować swą rodzinę.

Czytając książkę, mamy świadomość  że Ota Pavel nie skupia się na wojnie, wręcz umniejsza jej znaczenie. Nie próbuje nikogo oskarżać, użalać się ani rozpamiętywać... Nie eksponuje dramatyzmu, raczej go bagatelizuje i banalizuje przez śmiech. Czasem jest to śmiech przez łzy. W tej książce uchwycony został pewien słynny rys narodowy Czechów, ich unikanie patosu i skłonność do śmiechu, a nawet kpiarstwa. O tej książce Mariusz Szczygieł pisze, że to najlepszy antydepresant. Myślę, że wiem, co miał na myśli. Czy książka pomogła samemu pisarzowi? Ufam, że tak, że odegnała destrukcyjne myśli … chociaż jako polska czytelniczka, posiadająca zgoła inny rys narodowy - nie mogę nie zauważyć  fatalizmu w życiorysie pisarza…To niezwykle tragiczne, że przedwczesna śmierć była mu jednak pisana – pisarz zmarł na zawał serca w wieku 43 lat…

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

PAPIEŻ FRANCISZEK. Kard. Jorge Mario Bergolgio, Chciałbym Kościoła ubogiego dla ubogich


Franciszek – papież „bez pompy”

Kiedy 13 marca 2013 roku o godzinie 19.06 nad Kaplicą Sykstyńską uniósł się biały dym, oznajmiający wybór nowego namiestnika Kościoła, a w chwilę potem ogłoszono jego imię, nikt nie krył zaskoczenia. Nowy papież wybrał na swego patrona „Biedaczynę z Asyżu”, a jednocześnie od pierwszego momentu, gdy został przedstawiony wiernym, zaczął zaskakiwać swoją skromnością i pokorą, niechęcią do zbytku, przesadnego „celebrowania” i ostentacji. Należy się spodziewać, że tymi gestami Franciszek określa nie tylko swoje prywatne stanowisko i postawę, które jak sądzę dla wielu stanie się swego rodzaju „wyrzutem sumienia”, ale jednocześnie i jednoznacznie wyznacza kierunek reform Kościoła Katolickiego.

Na efekty pracy papieża, a tym bardziej na pierwszą autorską książkę, musimy cierpliwie zaczekać, dlatego warto sięgnąć do innych źródeł. Katolicka Agencja Informacyjna w krótkim czasie opracowała i wydała książkę przedstawiającą sylwetkę papieża, poglądy, które głosił jeszcze jako kardynał Jorge Mario Bergoglio. Książeczka objętościowo nie jest wielka, trochę brakowało mi fotografii, ale zawiera sporo informacji. Opracowanie składa się z dwóch części. Pierwsza - zawiera życiorys papieża i rozmowę z uczestnikiem konklawe - kardynałem Zenonem Grocholewskim oraz z księdzem Andrzejem Koprowskim, dyrektorem Radia Watykańskiego. Pierwszy rozmówca dzieli się swoimi wrażeniami, wyjaśnia w jakim duchu odbywały się wybory. Drugi - skupił się na roli, jaką kardynał odegrał w Argentynie i tamtejszym Kościele. Ksiądz Koprowski przewiduje, że Franciszek będzie człowiekiem czynu, a nie papieżem zatopionym w księgach. W Buenos Aires często odwiedzał najuboższych i wykonywał wśród nich swoją posługę, nie korzystał z przywilejów wynikających z urzędu, który piastował. Korzystał z komunikacji miejskiej, robił zakupy na targu i gotował. Zatem gesty Franciszka, który pełen pokory i skromności wstępuje w progi watykańskiego splendoru, są  autentycznie szczere. Jeżeli kogoś zaś interesują zarzuty, jakie pojawiły się w stosunku do kardynała, dotyczące jego postawy wobec dyktatury wojskowej w Argentynie, to znajdzie w tej części rozmowy wyjaśnienia, jak wyglądała sytuacja polityczna w tym kraju, w latach 1976-1983.

Druga część książeczki jest merytorycznie ważniejsza dla osób, które chcą poznać poglądy papieża. Jest to antologia krótkich tekstów, wykładów, przemówień i homilii kardynała Jorge Mario Bergoglio, wygłoszonych w latach: 2009-2013 oraz pierwsze przemówienia wygłoszone już po wyborze. Podczas lektury dochodzi się do wniosku, że Franciszek nie tylko głośno mówi o najpoważniejszych problemach, ale też potrafi upomnieć się o najbardziej poszkodowanych i pokrzywdzonych. Bezkompromisowo broni roli tradycyjnej rodziny, sprzeciwia się adopcji dzieci przez związki partnerskie, ze względu na ich prawo do wychowywania przez ojca i matkę. Jednakowo jest surowy wobec eutanazji i przerywania ciąży.

Podczas mszy św. inaugurującej pontyfikat na placu św. Piotra, 19 marca 2013 roku – papież wyznaje, że swoje powołanie będzie realizował biorąc sobie za wzór św. Józefa, który otacza opieką  Marię i Jezusa „nieustannie nasłuchując Boga, będąc otwartym na Jego znaki, gotowym wypełniać nie tyle swój, ile Jego plan” oraz św. Franciszka z Asyżu, bo to oznacza poszanowanie każdego Bożego stworzenia oraz środowiska, w którym żyjemy. Na spotkaniu z dziennikarzami papież wypowiada słowa: „ Och, jakże bardzo chciałbym Kościoła ubogiego i dla ubogich!” - oby były prorocze…


Recenzję napisałam dla WYDAWNICTWA M.  Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję.