środa, 24 lipca 2013

Pożytki melancholii - z Antonim Liberą rozmawia Aleksandra Urbańczyk




Aleksandra Urbańczyk: W tym roku ukazała się książka, na którą długo kazał pan czekać czytelnikom. „Niech się panu darzy” to nowelistyczny tryptyk skomponowany według przemyślanego klucza. Jedno z opowiadań było wcześniej zamieszczone w antologii „9 Wigilii”, prezentującej teksty współczesnych autorów, m.in. Joanny Szczepkowskiej, Agnieszki Kołakowskiej, Jerzego Pilcha, Pawła Huellego, Stefana Chwina i innych. Czy może pan powiedzieć, jak powstał tamten projekt? Nazwiska kojarzą mi się z osobami, które pan ceni. Czy zestawienie jest przypadkowe?

Antoni Libera: O doborze autorów decydował wydawca, czyli redaktorzy Świata Książki. O ile wiem, zwrócili się oni do około dwudziestu autorów z propozycją napisania opowiadania „wigilijnego”. Zaproszenie przyjęło bodaj dziewięciu, w tym kilkoro, z którymi rzeczywiście się koleguję i których cenię. Lubię tajemnicze „biblijne” opowiadanie Agnieszki Kołakowskiej, a także „Franza Carla Webera” Pawła Huellego. Na to ostatnie odpowiedziałem zresztą aluzyjnie pewnym fragmentem mojej autobiograficznej opowieści „Godot i jego cień”. Chodzi o reminiscencję makiety ze szwajcarskimi kolejkami elektrycznymi, jaka w latach 50. i z początku lat 60. stała w warszawskim Centralnym Domu Dziecka.

A.U.:Chciałabym zapytać o motyw budki telefonicznej z opowiadania tytułowego, który również w „Godocie i jego cieniu” się pojawia. Pamiętam oczywiście, co pan mówił podczas naszej poprzedniej rozmowy o „rekwizytorni pisarza”. W pana twórczości bardzo charakterystyczne jest rozmieszczanie podobnych śladów, które pojawiają się w różnych aspektach i często mają ukryte bądź jawne drugie znaczenie. W tym wypadku nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przygoda z „magiczną budką telefoniczną” miała miejsce naprawdę.

A.L.: Tak, i to nawet nie raz. Oczywiście najważniejszą była ta opisana w „Godocie…”, bo pośrednio zaprowadziła mnie do Becketta, ale inne też były ciekawe. W przygodach tych frapujący jest zarówno fenomen przypadku, jak wolnej woli. Gdy spotyka nas coś takiego, zawsze zastanawiamy się, jak do tego doszło: odtwarzamy ciąg przyczyn, który doprowadził do „szczęśliwego trafu”, i nie możemy się nadziwić, jak wiele różnorodnych drobiazgów się na to złożyło. Po czym uświadamiamy sobie z niejakim przerażeniem, że właściwie całe życie na tym polega, włącznie z przyjściem na świat. Proszę zwrócić uwagę, że pierwsza połowa tytułowego opowiadania kończy się właśnie tego rodzaju sygnałem: „Wałęsał się potem długo ciemnymi ulicami, drążąc w myślach przyczyny swojego przyjścia na świat”. A potem, po wielu latach, podobne wałęsanie się po nocnym Amsterdamie i osobliwa gra z naturą wolnej woli prowadzi go do kontaktu z dziwną kobietą z Betlejem. To jest, rzecz jasna, kontrapunkt – „echo” tamtej wigilii, a zarazem odpowiedź na jego ówczesne rozterki: oto jak rodzi się świat, oto skąd się pochodzi. Z takiej „drabinki” przypadków. A wszystko to wzięte w ramę dwóch „zaklęć”, dwóch wyrażeń: życzenia, by się nam wiodło, aby się nam „darzyło”, i gorzkiego stwierdzenia: „nie ułożyło się życie”. Misterium wiecznej nadziei i wiecznego zawodu. Przypadek? Wolna wola? Budka telefoniczna.

A.U.: W tryptyku „Niech się panu darzy” portretuje pan swoich bohaterów w przełomowych dla nich momentach. W chwili, gdy zdobywają się na dystans, który zmusza ich do spojrzenia wstecz i sporządzenia bilansu ich życia. W zasadzie wszystkie opowiadania dotyczą kwestii ludzkich wyborów. Wszyscy w pewnym momencie stają na takim rozdrożu – a każdy wybór powoduje lawinę konsekwencji. Czasem na decyzję mają wpływ rodzice, czasem zaś jest ona całkowicie samodzielna. Wywołujemy „efekt motyla”. Pana bohaterowie docierają do punktu, w którym dokonują rozliczenia. Napisał pan szczególną książkę – z jednej strony bardzo osobistą – a z drugiej uniwersalną.

A.L.: Że książka jest osobista, to na pewno, czy jednak uniwersalna? Oczywiście chciałbym, aby tak było, ale nie jestem tego pewien. Nie wszyscy podzielają moje przekonania i odczucia. Nieraz słyszę, że zbyt „melancholijnie” widzę życie i świat. Ja tak oczywiście nie sądzę, to znaczy, nie uważam, abym był w swym podejściu nazbyt pesymistyczny. Uważam, że jestem obiektywny, ale – jak powiadam – spotyka się to nieraz z obiekcją. Cóż, teraz dominuje propaganda sukcesu, obowiązuje niejako urzędowy optymizm. Więc nie wszystkim odpowiada wizja, która pokazuje, że życie to sprawa na ogół chybiona: że nawet jak się człowiekowi powiedzie, to i tak na koniec ma on poczucie niespełnienia i rozczarowania. Ja jednak widzę pożytki postawy „melancholijnej”.

A.U.:Jak pan sądzi, czy uczony z pierwszego opowiadania odnalazł wiarę? Nie przez przypadek każe mu pan zajmować się teorią chaosu, wedle której z pozoru nieistotne wydarzenie wywołuje nieprzewidziane konsekwencje…

A.L.: W literaturze panuje niepodzielnie nieubłagane prawo: „Jest tylko to, co powiedziane. Poza tym, co powiedziane, nie ma nic”. O tym, by bohater odnalazł wiarę, w opowiadaniu nie ma mowy – nie ma na ten temat nawet cienia aluzji – niepodobna więc tego wiedzieć. To, co teraz mówię, nie jest z mojej strony przekorą albo kokieterią. To tylko wyraz konsekwencji poznawczej. Jako autor nie dostarczyłem na ten temat żadnych danych; w takim razie sam nie mogę o tym nic wiedzieć. Autor nie jest bardziej uprzywilejowany czy wtajemniczony niż czytelnik. Jest wobec własnego dzieła równy odbiorcy. Proszę sobie przypomnieć, co Beckett odpowiadał na notorycznie zadawane mu pytanie „kim jest Godot?”. – „Gdybym to wiedział, powiedziałbym to w sztuce”. Albo jeszcze dosadniej: „Nie wiem, kim jest Godot. Nie wiem nawet, czy w ogóle istnieje. Nie wiem także, czy wierzą w to ci dwaj, którzy na niego czekają”. Wykorzystałem tę wypowiedź jako motto w „Godocie i jego cieniu”.
Moim celem było wywołanie jedynie pewnego nastroju i napięcia oraz stworzenie wyrazistej konfrontacji: oto agnostyk, człowiek odrzucający od dzieciństwa religijną interpretację świata, a jednocześnie ktoś, komu cudza wiara i w ogóle wiara jako taka nie daje spokoju, staje w obliczu czegoś, co zakrawa na cud. Nie jest to wprawdzie cud religijny w rodzaju niepokalanego poczęcia, wskrzeszenia Łazarza czy zmartwychwstania, tylko cud wielopiętrowego przypadku, niemniej – zwłaszcza dla kogoś zajmującego się naukowo teorią chaosu – jest to coś absolutnie wyjątkowego, coś, co wykracza poza „rachunek prawdopodobieństwa”. Powstaje pytanie, co ma o tym myśleć. Mimo wszystko zracjonalizować, co teoretycznie da się zrobić, czy jednak dostrzec w tym znak jakiegoś innego porządku, a jeśli tak, to właściwie jakiego? Na to pytanie jednak moje opowiadanie już nie odpowiada. Kończy się paradoksem: kto gra w „ruletkę” – bo czymże innym jak nie hazardem jest wykręcanie numeru telefonu na chybił-trafił – ten wpada we własne sidła. Albo wygrywa fortunę, albo wszystko przegrywa. Jedno i drugie jest tyleż pojmowalne, co niewytłumaczalne. Jest jedną z permutacji, a przy tym tajemnicą.

A.U.: Tłem opowiadania „Widok z góry i z dołu” jest część dziejów Warszawy, a ściślej: Żoliborza – bliskiej panu dzielnicy. W wywiadzie „Żoliborz – moja mała ojczyzna”, który możemy przeczytać na pana stronie internetowej, a także w książce „Błogosławieństwo Becketta i inne wyznania literackie”, wyjaśnia pan pochodzenie nazwy dzielnicy, a także  zapowiada powstanie książki na jej temat. Wypowiada pan słowa: „Czuję się dłużnikiem Żoliborza. Wiele tej dzielnicy zawdzięczam. I chciałbym jakoś ten dług spłacić. A jak można go spłacić lepiej, niż tworząc mit wierzyciela? Miasto istnieje też w słowie. Nazwane istnieje silniej. Żoliborz jest tego godny”. Czy tego właśnie dokonał pan swoją nowelą? Stworzył pan „mit Żoliborza”? Czy czuje pan, że „dług” został spłacony?

A.L.: Nie, to „żoliborskie” opowiadanie to stanowczo za mało. To jest zaledwie próbka takiego przedsięwzięcia. Jeśli udało mi się cokolwiek zmitologizować w tej noweli – uczynić jakiś obiekt „miejscem magicznym” – to najwyżej tę kotłownię przy ulicy Suzina wraz z jej malowniczym kominem, który niegdyś, „u zarania dziejów”, górował nad wszystkim, a teraz... zmalał, zasłonięty ze wszystkich stron rozmaitymi budynkami. Prawdziwa mityzacja jakiegoś miejsca wymaga znacznie szerszej perspektywy.

A.U.: Czy zdjęcia zamieszczone w opowiadaniu pochodzą z prywatnego archiwum, czy prowadził pan specjalne poszukiwania?

A.L.: Zdjęcia pochodzą z archiwum Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Przez wiele lat, przez cały okres peerelu, były w zasadzie niedostępne jako… przedwojenne. Wydobyto je na światło dzienne całkiem niedawno i na szczęście zabezpieczono na przyszłość poprzez digitalizację. Jest to arcyciekawy zbiór, który przeglądałem godzinami, żałując, że dla potrzeb ilustracji tekstu nadaje się zaledwie kilkanaście zdjęć.

A.U.: Czy wraz z bohaterem zwiedzamy Warszawę pana śladami?

                                                                                                                                                                                                                   1. [źródło zdjęcia]    
A.L.: Powiedziałbym raczej, że odbywamy krótką wycieczkę z centrum – z okolic ulic Szpitalnej i Brackiej – na północne rubieże, gdzie na przedpolach Cytadeli dopiero powstaje nowa dzielnica. Trasę, którą bohaterowie pokonują w sierpniu 1929 roku, odtworzyłem bardzo dokładnie, włącznie z tym, co mogli widzieć po drodze z okien tramwaju. Trudno uznać, że poruszają się oni „moimi śladami”. To raczej ja, już w całkiem innej epoce, poruszałem się ich śladami. Literacko była to podobna robota, jak ta, którą filmowcy-animatorzy wykonali w formacie 3D w filmie „Warszawa 1935”.

A.U.: Wśród ilustracji dopełniających opowiadanie znalazła się też reprodukcja obrazu Giorgia de Chirico „Niepokój odjazdu”. Nie będę pytać, dlaczego wybrał pan akurat ten obraz – dreszcz „metafizycznego” niepokoju jest zrozumiały dla każdego, kto wczuje się w klimat tej prozy. Zapytam pana jednak o malarstwo w ogóle. Jakich malarzy ceni pan najwyżej i dlaczego?

A.L.: Zanim o malarstwie, chciałbym dodać, że obraz de Chirico wybrałem nie tylko ze względu na „metafizyczny” dreszczyk, który wywołuje, lecz również czy może przede wszystkim ze względu na podobieństwo przedstawionego tam komina z kominem i architekturą kotłowni. Bo jest to podobieństwo nieprzypadkowe. Taki właśnie panował wówczas trend w zachodniej, szczególnie włoskiej architekturze i dotarł on również do nas. Nie zwraca się na to uwagi, ale kotłownia przy Suzina łączy nas z urbanistyką europejską tamtych czasów. Podobnie jak „szklany dom” przy ulicy Mickiewicza.
2. [źródło zdjęcia]

Co się tyczy malarzy, lubię przede wszystkim starych mistrzów flamandzkich – Breughla, Holbeina, Vermeera; lecz także Velasqueza i Caspara Davida Friedricha. Bardziej jednak jestem wrażliwy na muzykę niż na malarstwo.

A.U.: No właśnie, trzecie opowiadanie, „Toccata C-dur”, jest opowiadaniem na wskroś muzycznym i robi na czytelnikach, z którymi rozmawiałam na temat książki, największe wrażenie. Nie mogę nie zapytać, czy rozterki głównego bohatera są panu bliskie?

A.L.: Oczywiście. Jakkolwiek sama historia nie jest moją historią, jak może się wydawać wskutek narracji pierwszoosobowej. Nie ma jednak znaczenia, czyja to jest historia czy choćby na kim wzorowana. Ważne jest co innego: przede wszystkim sama muzyka jako sztuka, która w szczególny sposób coś nam komunikuje, a po drugie problem przeznaczenia, w obliczu którego każdy z nas staje.
Żeby zrozumieć, czym jest muzyka, trzeba sobie uświadomić, z czego powstała i ile rzeczy się na nią składa. Najpierw człowiek – głównie na bazie własnego głosu – musiał odkryć same dźwięki jako materiał nadający się do wykorzystania (nie każdy bowiem dźwięk jest dźwiękiem muzycznym). Następnie musiał wymyślić system – najprzeróżniejsze podziały, skale i zasady współbrzmień. Dalej: musiał wynaleźć instrumenty. Dęte – drewniane albo blaszane, strunowe – z jelit lub włosia zwierząt, wreszcie klawiszowe. Proszę zwrócić uwagę: jak różnorodny świat rzeczy zaangażowany jest w to wszystko. Rudy żelaza, drewno, materiał zwierzęcy, technika ludzka. I dopiero na tym jakże skomplikowanym fundamencie powstają kompozycje – dzieła ludzkiej fantazji. I my te dzieła traktujemy z niejakim nabożeństwem. Uważamy, że mówią nam one coś niesłychanie ważnego – o naszych uczuciach, o losie, o Bogu i wszechświecie. Dziwne, prawda? To tak jakbyśmy sami wymyślili wyrocznię, a następnie słuchali jej przepowiedni, ostrzeżeń i klątw.
Moje opowiadanie próbuje wyrazić ten fascynujący i zagadkowy mechanizm. Schumann w wieku 19 lat napisał utwór na fortepian – Toccatę C-dur – podobno po to, by za jej pomocą rozwijać technikę palcową, z którą miał problemy. Utwór ten był zmorą całych pokoleń pianistów. Zastanawiano się, jak początkujący muzyk, nie mający jeszcze większego wykształcenia, był w stanie coś takiego skomponować. Bohater mojej nowelki, profesor fortepianu, na podstawie wiedzy o życiu Schumanna i własnych doświadczeń, przedstawia swoim uczniom domniemany sens Toccaty. Że to mianowicie „autoportret pianisty”, dźwiękowy obraz muzyka wyrażający jego życie i los. I „zaraża” tym przesłaniem obu podopiecznych. Opowiedziana im fantazja działa na nich narkotycznie – właśnie jak słowa wyroczni. Dalszy ciąg to dramatyczne losy ich obu – będące ewidentnym skutkiem owych czarów. Nie zdradzę ich tu. Kto ciekaw, niech przeczyta. Zwrócę tylko uwagę, że wszystko to oparte jest na błędnym kole. Muzyka jest zmyśleniem, sposób jej rozumienia jest zmyśleniem, nasze wybory oparte są na zmyśleniu… Gdzie jest twardy grunt? A jednak musi być jakiś, skoro na koniec jeden z bohaterów – w imieniu całej trójki – grając „piekielną” Toccatę… roni łzę.

A.U.: Czytelnik, który poznał „Toccatę”, a także trafił na wyznanie liryczne „Niespełniona miłość”, widzi, że muzyka odgrywa w pana życiu wielkie znaczenie i że nieraz zastanawiał się pan, jak wyglądałaby pana droga, gdyby nie został pan pisarzem. Czy Antoni Libera jest dziś zadowolony z drogi życiowej, którą podążył?

A.L.: Na pewno uczyniłem słusznie, nie idąc drogą muzyczną, na co miałem ochotę, bo daleko bym nie zaszedł. Czy zrobiłem słusznie, podążywszy drogą, którą poszedłem? Trudno powiedzieć. Zresztą ocena subiektywna nie wydaje się miarodajna, bo zawsze obciążona jest dozą niespełnienia. Jak powiedziałem na wstępie naszej rozmowy: nawet jak się coś uda, to satysfakcja trwa krótko, bo zaraz wraca zwątpienie, niedosyt i melancholia. Odpowiedź więc należy raczej do czytelników – czy swoimi książkami coś im dałem.

A.U.: No właśnie, jak ważny jest dla pana kontakt z czytelnikami?

A.L.: Jest to właściwie sprawa podstawowa. Nie pisze się „sobie a muzom”. Kto tak sądzi, jest w błędzie. Pisze się zawsze dla innych, nawet gdy w trakcie pisania nie myśli się o odbiorcy. Dlatego też chce się wiedzieć, co później z tego wynika. Jak rzecz jest odbierana, a głównie – rozumiana. Czy zgodnie z intencjami, czy też całkiem inaczej? I co właściwie daje? Jaki rodzaj przeżycia? Dowiaduję się o tym na spotkaniach autorskich.

A.U.: Kiedyś natknęłam się na sporządzoną przez pana listę książek, zatytułowaną „Moja biblioteczka 20-lecia”. Miałam nauczycielkę języka rosyjskiego, która zwykła mawiać: „Człowiek nie może powiedzieć o sobie, że jest wykształcony, jeśli nie przeczytał Anny Kareniny Tołstoja”. Czy może wymienić pan trzy książki, które według pana każdy wykształcony człowiek powinien poznać?

A.L.: „Odyssea”, „Hamlet” i „Czarodziejska góra”.

A.U.: Jeśli czytelnik chciałby wiedzieć, jakie ma pan zdanie na temat kondycji literatury w Polsce, można polecić mu książkę „Błogosławieństwo Becketta i inne wyznania literackie”. Tymczasem jednak chcę zapytać o pewną szczególną kwestię. Czasem trafiam na lektury, które budzą mój zachwyt, a jednocześnie dziwi mnie ich nieuwzględnienie w programie nauczania literatury. Ostatnio przeczytałam „Prawdę starowieku” Stanisława Vincenza, poszukałam też informacji o autorze i zaszokowana jestem tym, jak niewiele osób słyszało o wielkim polskim pisarzu. Załóżmy, że ma pan taką możliwość – jakie lektury chciałby pan przywrócić bądź wprowadzić do kanonu lektur? Których pisarzy chciałby pan uratować od zapomnienia?

Zgadzam się z panią, że Stanisław Vincenz to bardzo wybitny pisarz i powinien być znacznie szerzej znany, niż jest. Jego czteroczęściowy cykl „Na wysokiej połoninie” to absolutna klasyka. Arcyciekawe są również jego liczne eseje wydane swego czasu przez Znak.
A oto moja lista lektur obowiązkowych w porządku alfabetycznym. Ci autorzy i te pozycje wydają mi się absolutnie niezbywalne dla polskiej kultury:

Fredro Zemsta
Gombrowicz Ferdydurke
Herbert Wybór wierszy
Herling-Grudziński Inny świat
Krasicki Bajki i wybór wierszy
Kochanowski Wybór wierszy w tym Treny
Kołakowski Wybór bajek i drobiazgów filozoficznych
Lem Wybór opowiadań
Mickiewicz  Wybór wierszy, Pan Tadeusz, Dziady cz. III
Miłosz Wybór wierszy
Modrzewski O naprawie Rzeczpospolitej (fragmenty)
Mrożek Zabawa, Tango, Emigranci
Prus Lalka i wybór Kronik
Reymont Ziemia obiecana
Schulz Wybór prozy
Sienkiewicz Quo vadis i Pan Wołodyjowski
Słowacki Wybór wierszy
Szymborska Wybór wierszy
Tuwim Wybór wierszy i fragmenty Kwiatów polskich
Witkiewicz Pożegnanie jesieni
Wyspiański Wesele
Żeromski Uciekła mi przepióreczka

A.U.: Serdecznie dziękuję za rozmowę.



Zdjęcia:
1. Zabytkowa kotłownia, Żoliborz
2. Giorgio de Chirico "Niepokój odjazdu"


poniedziałek, 22 lipca 2013

Bramy do Biblii, Anna Świderkówna

Klucz do Biblii
Anna Świderkówna (1925–2008) – historyk literatury, filolog klasyczny, papirolog, tłumaczka, popularyzatorka wiedzy o antyku, a nade wszystko autorytet w dziedzinie Biblii. Jej książki pomagają poznać znaczenie słów zawartych w Piśmie Świętym dzięki objaśnieniu kontekstu historycznego i uzmysłowieniu różnic w sposobie myślenia człowieka współczesnego i autorów żyjących dwa tysiące lat temu.
„Bramy do Biblii” to z pozycja, którą można potraktować jako wprowadzenie do rozważań na temat Pisma. Książka nie jest zredagowana przez autorkę, stanowi wybór jej wypowiedzi pochodzących z audycji nadawanych w Radiu Józef, a do publikacji dołączona jest płyta CD, na której znajduje się oryginalny wykład. Dużym walorem jest możliwość wysłuchania głosu samej profesor.
Swoją analizę Anna Świderkówna rozpoczyna od etymologii słowa „biblia”, które pochodzi z greki i oznacza „księgi” (w liczbie mnogiej), natomiast po przetłumaczeniu i zaadaptowaniu przez łacinę, stało się nazwą własną Biblii, przy czym przekształciło się w rzeczownik w liczbie pojedynczej. Profesor twierdzi, że nie jest to jednak zabieg chybiony, gdyż Biblia nie jest dziełem jednorodnym. Składa się z całego zespołu ksiąg (72), które były spisywane od IX, a nawet od VIII wieku przed Chrystusem. Najpóźniejszy fragment datowany jest na 90 r. n.e. Dobrze jest uzmysłowić sobie tę rozpiętość, gdyż łatwiej zrozumieć różnorodność Pisma. Podział Biblii, który się dziś stosuje – na księgi historyczne, dydaktyczne i prorockie – jest, zdaniem badaczki, wynikiem nieporozumienia i niezrozumienia. Zamiast tego warto pamiętać, że Biblia jest zlepkiem wielu form i gatunków literackich. Uczona wyróżnia ich kilkanaście, m.in.: ewangelie, rejestry, księgi prorockie, pisma apokaliptyczne, psałterz (który jest po prostu śpiewnikiem), księgi historyczne, pośród których wyszczególnia także te o wątpliwej wiarygodności relacjonowanych wydarzeń. Do form literackich występujących w Biblii zaliczyć można: opowiadania historyczne, sagę, mity, bajki, baśnie, kazania, napomnienia, opowiadania dydaktyczne, przypowieści, alegorie, sentencje (prorockie, prawnicze i mądrościowe), zagadki, przysłowia, wreszcie – modlitwy i pieśni.
„Wyobraźmy sobie, że jest jakaś księga, w której by się znalazły „Bogurodzica”, Gall Anonim, Długosz, Rej z Nagłowic, Sobieski, Mickiewicz, Słowacki, Sienkiewicz, Żeromski, Reymont, a z nimi razem Putrament, Tuwim, ks. Twardowski, Miłosz, Iwaszkiewicz itd. Wyobraźmy sobie, jaką ogromną trudnością byłoby zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza jeślibyśmy jeszcze przyjęli, że czyta tę księgę czy ten księgozbiór człowiek, który nie zna języka polskiego, który musi to czytać w jakimś przekładzie i który w ogóle nie zna Polski. My właśnie jesteśmy w takiej sytuacji, gdy zabieramy się do Biblii”.
Wykład Anny Świderkówny jest ciekawym i interesująco przedstawionym wprowadzeniem w techniczne aspekty powstawania Biblii, problemy wynikające z przekładu i ewentualnych błędów, które popełniono podczas „przepisywania”. I chociaż – jak mówi sama profesor – czytanie o Biblii nie zastąpi czytania samej Biblii, to jej publikacje stanowią drogowskazy ułatwiające zrozumienie trudniejszych partii Pisma Świętego oraz uzmysławiają kryjące się w nim bogactwo.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:



                                                                            Serdecznie dziękuję:)

wtorek, 16 lipca 2013

DZIEWCZYNY ATOMOWE, Denise Kiernan

Jak konstruowały bombę
Denise Kiernan to pisarka i dziennikarka, autorka książek o tematyce historycznej oraz artykułów pisanych m.in. dla „New York Timesa” czy „Wall Street Journal”. Jej książka „Dziewczyny Atomowe”, nad którą pracowała siedem lat , jest odzwierciedleniem tego, czym się zajmuje – zbeletryzowaną powieścią historyczną, która zarazem ma posmak dziennikarskiego artykułu o sensacyjnej treści.
Książka ukazuje losy młodych dziewcząt na tle gwałtownie rozwijającego się tajemniczego miasta, które przez długi czas oficjalnie nie istniało, a także historię zakrojonego na szeroką skalę naukowego projektu, a zarazem niezwykłego eksperymentu społecznego.
Projekt naukowy dotyczył konstrukcji bomby atomowej. W pierwszym okresie II wojny światowej Stany Zjednoczone nie były w nią zbrojnie zaangażowane. Dopiero atak Japończyków na Pearl Harbour w 1941 roku i jednoczesne wypowiedzenie wojny przez Niemcy i Włochy – wymusiły na USA przystąpienie do niej. Ponieważ jeszcze przed wojną niemieccy naukowcy dokonali rozbicia jądra atomu oraz istniały dowody na to, iż prowadzą intensywne prace nad konstrukcją broni atomowej – Stany Zjednoczone poczuły się zagrożone. Zaczęto gorączkowo pracować nad własną bronią. Doskonała okazja pojawiła się, gdy Niemcy zajęły Belgię, a właściciel kopalni uranu przeniósł swoje interesy do Ameryki. Kierownicy projektu podpisali z nim umowę i w ten sposób uzyskali dojście do najbogatszych na Ziemi złóż uranu (w Kongu Belgijskim).
1.
                                                      Rozpoczął się intensywny okres budowy. Idealną lokalizację dla realizacji tajnych planów wojskowych znaleziono w Oak Ridge w Appalachach, w stanie Tennessee. Głównym przeznaczeniem błyskawicznie rozwijającej się placówki było wzbogacanie uranu potrzebnego do konstrukcji bomby atomowej. Projekt zakładał zatrudnienie wielu pracowników wykwalifikowanych, naukowców, ale także przedstawicieli innych profesji – od sekretarek, kierowców, przez chemików, budowlańców, po nauczycielki, sprzedawczynie i sprzątaczki. Na terenie miasteczka powstały zakłady o charakterze przemysłowym, a wokół wyrosły prowizoryczne osiedla mieszkaniowe.
2.

Z całego kraju setkami i tysiącami zaczęli napływać ludzie skuszeni wysokimi zarobkami i „możliwością przysłużenia się szybszemu zakończeniu wojny”. Jednym z warunków zatrudnienia była zgoda na wyjazd w nieznane i respektowanie zakazu rozmów na temat swojej pracy. Utrzymanie projektu w tajemnicy było jednym z priorytetów przedsięwzięcia, dlatego prace nad nim podzielone zostały na malutkie segmenty, a każdy z tysięcy pracowników otrzymywał tylko skrzętnie wydzieloną porcję informacji – niezbędną do wykonywania obowiązków. I tak – pracownice obsługujące urządzenia nie wiedziały do czego one służą ani jaki jest efekt ich pracy. Ich zadaniem było odczytywanie i notowanie pomiarów, reagowanie na odchylenia wskaźników i przekazywanie raportów.
3.

Tajemniczy zakład wzbudzał niezdrową ciekawość i niechęć okolicznych mieszkańców, nie mówiąc już o narastającej fascynacji uczestników przedsięwzięcia. W utrzymaniu dyscypliny pomagało wojsko poprzez liczne patrole i straże, a także rozwinięta do granic absurdu inwigilacja pracowników przez sieć szpiegów i tajniaków oraz zwykłych pracowników werbowanych do składania raportów.
4.

Powieść napisana jest w interesujący sposób. Nie poznajemy faktów w postaci suchego wykładu o charakterze encyklopedycznym, dowiadujemy się o nich śledząc losy młodych kobiet. Czytelnik obserwuje ich życie osobiste i zawodowe, a jednocześnie stopniowo zapoznaje się z postępami w budowie miasta i doskonaleniu projektu oraz pracami związanymi z testowaniem i użyciem bomby.
5.

Bohaterki to przedstawicielki różnych profesji – od uczonej, przez sekretarkę, szeregowe pracownice, aż do sprzątaczki; pośród pracownic znajdziemy także miły akcent polski. Autorka nie tylko uchwyciła losy jednostkowe, udało jej się naszkicować zbiorowy portret mieszkańców Oak Ridge (w kulminacyjnym momencie przy projekcie zatrudniano 78 tysięcy osób), ukazujący odmienne potrzeby, charaktery, różne reakcje na stres członków tej społeczności…
6.

Warto zwrócić uwagę na jedną z bohaterek książki – Lise Meitner, austriacką uczoną, która jako pierwsza teoretycznie wyjaśniła zjawisko rozbicia jądra atomowego. To jedyna postać książki, która nie pracowała przy projekcie; odmówiła w nim udziału, ponieważ domyśliła się jego przeznaczenia. Przez całe życie była niedoceniana i krzywdzona przez opinię publiczną. Odnosiła sukcesy, ale nie doceniano jej odkryć. Kiedy wręczano Nagrodę Nobla jej współpracownikowi, zupełnie pominięto jej zasługi. Po zrzuceniu bomby tygodnik „Time” okrzyknął ją „Matką bomby atomowej”, co nie zawsze spotykało się z przychylnością ludzi. Często doświadczała niezasłużonej wrogości. Lisa Meitner to wielka i tragiczna postać, z którą historia obeszła się niełaskawie i dobrze się stało, że Denise Kiernan przedstawiła ją czytelnikowi w prawdziwym świetle.
7.

„Dziewczyny Atomowe” to świetnie skonstruowana powieść, w intrygujący sposób wprowadzająca w szczegóły powstawania projektu i konstrukcji bomby, a także w proces przeprowadzania eksperymentu społeczno-socjologicznego, jakim było miasto Oak Ridge. Fakty historyczne przedstawiane są rzetelnie, autorka nie pominęła dylematów ludzi odpowiedzialnych za decyzję o użyciu bomby, nie unika także wskazywania błędów i ciemnych, a nawet tragicznych stron przedsięwzięcia. Świetnie ukazany jest zarówno bohater zbiorowy, jak i jednostkowy. To zrównoważona historia przedstawiająca losy zwykłych ludzi uwikłanych w niezwykłe wydarzenia.
8.

Źródło zdjęć:  autor James Edward Westcott (oficjalny fotograf Projektu); dzięki uprzejmości National Archives.

1. Część przemysłowa Oak Ridge
2. Typowe osiedle pracownicze
3. Młode pracownice
4. Obsługa kalutronów
5. Plakaty przypominające o utrzymaniu ścisłej tajemnicy
6. Polski akcent - jedna z głównych bohaterek: Celia Szapka
7. Testowanie bomby na pustyni, w Nowym Meksyku
8. Wybuch bomby







Egzemplarz książki otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:


Serdecznie dziękuję:)



piątek, 12 lipca 2013

Polski Homer


Czy doświadczyliście kiedyś uczucia, jakie spłynęło na Daniela Sempere (Zafón, „Cień wiatru”), kiedy na Cmentarzu Zapomnianych Książek w jego ręce trafiła zupełnie niezwykła i całkowicie jemu przeznaczona powieść? Czy przerzucając potem kartki tej książki, wyskakiwaliście z wanny z okrzykiem „Eureka!”, ponieważ wydało się wam nagle, że dotarliście do mitycznej, a utraconej Atlantydy?
                                         
                                                                          1. [źródło zdjęcia]


Zaciekawienie, zachwyt, objawienie i zatracenie w lekturze… właśnie takie doznania towarzyszyły mi, gdy wkroczyłam, zanurzyłam się i przepadłam bez reszty w świecie wyczarowanym przez Stanisława Vincenza.
Kim był Stanisław Vincenz? Kto dziś o nim pamięta? A przecież sam jego życiorys nadawałby się na ekscytującą powieść…

Potomek emigranta z Francji, wywodzący się ze szlacheckiej rodziny prozaik, eseista, filozof, humanista, znawca sztuki starożytnej Grecji, autorytet o międzynarodowej sławie w dziedzinie Homera, tłumacz, poliglota, wielbiciel i znawca Huculszczyzny i Pokucia. Przewodnik duchowy wielu znanych ludzi kultury, w tym Czesława Miłosza, który nazwał go „ostatnim mędrcem XX wieku”. Niezwykły, otwarty umysł, wielka klasa – przykład najprawdziwszego „człowieka renesansu”. WIELKI NIEOBECNY polskiej kultury i literatury.

                                                                                         2. [źródło zdjęcia]

Urodził się w 1888 roku w Słobodzie Rungurskiej, gdzie jego ojciec był zarządcą kopalni ropy naftowej. Matka pochodziła z ziemiańskiej rodziny, właścicieli Krzyworówni, majątku i dworu na Pokuciu, w którym pisarz spędził dzieciństwo i później w swych książkach opisywał. Miejsce, gdzie się wychował, należało do ówczesnej wschodniej Galicji, a przez jakiś czas wchodziło w skład Rzeczypospolitej. To miejsce było niezwykłe. Pogranicze, na którym mieszały się wpływy wołoskie, węgierskie, austriackie, słowackie, ormiańskie, ukraińskie, czeskie i polskie, stanowiło najlepszy przykład na to, że ludność tak odmiennych wyznań, narodowości i języków może żyć ze sobą w symbiozie i harmonii. Vincenz znał 14 języków, w tym rusiński, poznany od Hucułów, których kulturę sobie szczególnie upodobał; wpływy tego języka widoczne są w pieśniach, które dodają uroku i autentyzmu książce „Prawda Starowieku”.

W 1939 roku pisarz został osadzony w sowieckim więzieniu, a w 1940, kiedy go zwolniono, opuścił ostatecznie Huculszczyznę, przedostał się na Węgry, później do Niemiec, Francji, wreszcie osiadł w Szwajcarii. Za pomoc Żydom otrzymał odznaczenie „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. Współpracował z paryską „Kulturą”. Miał dar gromadzenia wokół siebie ludzi kultury, którzy stworzyli jego „prywatną akademią platońską”. Zmarł w 1971 roku w Lozannie. Jego prochy spoczywają w Krakowie, na cmentarzu na Salwatorze.

                                                                                  3. [źródło zdjęcia]

Stanisław Vincenz jest autorem wielu książek, ale dziełem jego życia pozostaje cykl „Na wysokiej połoninie”. Pierwszy tom, który mnie przyprawił o migotanie przedsionków i wprawił w zachwyt na granicy odurzenia, to „Prawda Starowieku”, czyli „obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej”, stanowiące wprowadzenie w świat, którego na próżno dziś szukać. Sam tytuł jest tajemniczy, obiecujący sięgnięcie do pradziejów, do źródeł, do mitów i legend. I nie zawiedzie się czytelnik, dostanie to wszystko w wielkiej obfitości. Warto wiedzieć, że w roku 1930, w momencie, gdy Vincenz rozpoczął pracę nad swoją epopeją, był już tylko świadkiem przemijania i upadku huculskiego świata. Dzieło swoje napisał w głównej mierze z myślą o ratowaniu tej niezwykle barwnej cywilizacji przed zapomnieniem. Zbierał skrzętnie ludowe pieśni i podania – i podarował je nam w doskonałej artystycznie postaci. Można sobie tylko wyobrażać jego ból i rozpacz, gdy w 1940 roku był zmuszony drogie swemu sercu ziemie opuścić nieodwołalnie…

fotografie:

1. Stanisław Vincenz - portret. Niestety nie wiem kto jest autorem tego zdjęcia. Czyż nie jest równie intrygujące i zapadające w pamięć jak słynna fotografia Einsteina z językiem?

2. Stara Hucułka. Fotografia z 1926 roku wykonana przez fotografa z Połtawy - Mykołaja Seńkowsky'ego - przedstawiające sławną, ludową, huculską pieśniarkę- powiastunkę Mariję Kreczuniek, zwaną Czukutychą z Jasienowa Górnego. W 1931 roku zdjęcie było wyeksponowane na Międzynarodowej Wystawie w Paryżu i zajęło 1 miejsce. Powiastuni byli bardzo szanowani przez społeczeństwo górali, którzy nie spisywali swoich legend i pieśni. Książka "Prawda Starowieku" jest hołdem złożonym między innymi ludowym pieśniarzom.

3. Gospodarz z Żabiego, fot. Janina Mierzecka z 1939r. Takim bohaterom Vincenz poświęcił dzieło swego życia. Na zdjęciach nieprzypadkowo znajdują się trembity - instrumenty ważne w życiu Hucułów...