poniedziałek, 30 września 2013

CZUJĘ, ŻE ROBIĘ COŚ, CO MA SENS - rozmowa z pisarzem i tłumaczem Pawłem Pollakiem; LiteraTura, Wrocław 2013



Jest Pan skandynawistą, tłumaczem, pisarzem i wydawcą…
Wydawcą już nie. Publikowałem samodzielnie te swoje przekłady z literatury szwedzkiej, dla których inni wydawcy nie widzieli rynku, ale nie najlepiej mi to szło. Głównie dlatego, że po wydaniu książki przestawałem się nią interesować i zamiast dbać o sprzedaż, wolałem tłumaczyć następną.
Zajmuje się Pan i zajmował różnymi rodzajami działalności. W jaki sposób ułożyłby je Pan według priorytetów?
Jeśli Pani pyta, co jest dla mnie najważniejsze, to postawiłbym na równi tłumaczenie literatury i jej tworzenie, pisanie książek. Natomiast wydawcą zostałem niejako z musu i było to dla mnie męczące, bo do prowadzenia firmy nie mam większych predyspozycji.
[źródło zdjęcia]

Jest Pan skandynawistą…
Konkretnie filologiem szwedzkim.
Skąd takie zainteresowania i wykształcenie? Bo trzeba przyznać, że są one dosyć oryginalne.
Ten oryginalny kierunek wziął się stąd, że chciałem studiować mniej popularną filologię niż germanistyka. Myślałem także o hispanistyce, ale tu na egzaminach wstępnych nie mogłem zdawać języka niemieckiego, więc zdecydowałem się na filologię szwedzką.
Tłumaczy Pan szwedzkich pisarzy – przekładał Pan kryminały, książki Johanny Nilsson, ale przede wszystkim jest Pan tłumaczem Hjalmara Söderberga.
Kryminały to były propozycje z wydawnictw, wiadomo, że wydawnictwa najchętniej taki rodzaj literatury publikują. Tymczasem dla tłumacza przekłady kryminałów nie są jakimś wielkim wyzwaniem, bo najczęściej są one pisane prostym językiem. Nie wyłączając moich. Natomiast Hjalmar Söderberg jest autorem naprawdę trudnym do przełożenia na polski. Potwierdzają to wszyscy tłumacze, którzy próbowali się z nim zmierzyć. Chyba dużo łatwiej tłumaczyć jego utwory na niemiecki czy angielski. Söderberg pisze bardzo ładnym, ale prostym językiem, który w przekładzie na polski wypada często prymitywnie. Trzeba się naprawdę napracować, żeby tego uniknąć. Może dam taki przykład: w jednym z opowiadań autor charakteryzuje paryżanki jako… tu pada określenie, którego właściwym odpowiednikiem w dziewięciu przypadkach na dziesięć będzie słowo „chciwe”. W tym wypadku nie pasowało do stylu. Musiałem się zatrzymać i poszukać innego tłumaczenia, zdecydowałem się na „zachłanne”. U Söderberga taka trudność pojawia się co kilka zdań. Jego utwory są niewielkie objętościowo, ale ich tłumaczenie zabiera sporo czasu. Za to satysfakcja z dokonanego przekładu jest ogromna.
Był Pan również wydawcą tego autora…

Tak, opublikowałem „Opowiastki”, „Jezusa Barabasza” i „Niebłahe igraszki”.
Czy przetłumaczył Pan już wszystkie jego pozostałe utwory?
Nie, ale niedużo już zostało. To jest autor, który stosunkowo mało napisał. Powieści są przełożone wszystkie, choć nie wszystkie przeze mnie, „Doktora Glasa” przetłumaczyła Ewa Gruszczyńska. Pozostaje jeszcze kilka zbiorów opowiadań i dramaty. Bardzo chciałbym przełożyć biografię pióra Burego Holmbäcka, wybitnego znawcy Söderberga, która ukazała się w 1988 roku. Te moje plany tłumaczeniowe nie są zresztą tak wcale wbrew rynkowym trendom. Na świecie, i to na całym, od Japonii po USA, Söderberg jest obecnie bardzo chętnie tłumaczony. Co ciekawe, za życia (apogeum jego twórczości przypada na pierwszą dekadę XX wieku) doczekał się stosunkowo niewielu przekładów.
Czy jest on Pana przewodnikiem literackim, Pańskim guru?
Może to nieco dziwne nastawienie, ale Söderberga postrzegam jako przyjaciela. Przyjaciela, którego nie miałem możliwości poznać osobiście, ale z którym „rozmowy” w postaci lektury jego książek ogromnie dużo mi dają.
W jaki sposób zetknął się Pan z tym pisarzem? Zainteresował się Pan nim na studiach czy odkrył go dzięki własnej lekturze?
Ponieważ to klasyk mający zapewnione miejsce w historii literatury szwedzkiej, z jego książkami zetknąłem się na studiach. Najpierw ze sztandarowymi utworami, jak „Doktor Glas” czy „Futro”, a później przeczytałem wszystko, co napisał, gdyż postanowiłem poświęcić mu swoją pracę magisterską.
W Pana pierwszej książce „Kanalia” nawiązał Pan do tego autora.


Tak, bardzo mi miło, że Pani to zauważyła (śmiech).
Lubi Pan podejmować takie tropy w literaturze, sytuacje, gdy jedna książka prowadzi do drugiej? A może to miała być promocja Pana ulubionego autora?
Promocja też, ale rzeczywiście lubię takie tropy podejmować. W „Kanalii” poza fragmentem „Niebłahych igraszek” jest także obszerny cytat ze „Zbrodni i kary”, a moi bohaterowie często sięgają po książki. Morderca z „Gdzie mól i rdza” czyta „Upiory spacerują nad Wartą” Ryszarda Ćwirleja, Edyta z „Niepełnych” „Dziewczynę z zapałkami” Anny Janko, a prokurator Edward Harrison z „Między prawem a sprawiedliwością” Stanisława Lema. Nie zawsze te wskazania są jednoznaczne. W szachowym opowiadaniu kryminalnym pt. „Fair play” nawiązuję do pewnego… hm, powiedzmy… słynnego dzieła, nie ujawniając ani tytułu, ani rodzaju, pozostawiam to erudycji czytelnika.
„Kanalia” to jest powieść kryminalna. Przedstawił Pan ciekawą historię, a dużym jej walorem są postacie, które Pan stworzył i zestawił na zasadzie kontrastu. Dwóch starszych stażem, współpracujących ze sobą policjantów, którzy rozumieją się niemal bez słów, otrzymuje pod opiekę adepta, młodego policjanta, popełniającego różne gafy, na którym można się troszeczkę „wyżyć”. To dość zabawny motyw. Pana drugą książką jest natomiast powieść społeczno-obyczajowa „Niepełni”. To dwa zupełnie inne gatunki i wydawać by się mogło, że książki nie mają wielu miejsc wspólnych. Nic bardziej błędnego – w obu książkach pokazuje Pan miłość trudną do spełnienia.
One tylko formalnie są od siebie odległe, tematycznie nie, gdyż obie opowiadają o niespełnionej miłości i samotności. Ale forma może zmylić, „Kanalia” jest kryminałem, „Niepełni” zaś to książka obyczajowa i w tym momencie trudno jest dostrzec związek. A tym powieściom bliżej do siebie niż na przykład „Kanalii” do „Gdzie mól i rdza”, choć te dwie ostatnie są jednorodne gatunkowo.
W „Kanalii” wprowadził Pan do polskiej powieści kryminalnej wątek sądowniczy. Kryminały kończą się zazwyczaj na ujęciu sprawcy, a Pan nie zatrzymał się w tym miejscu. Obserwujemy przebieg oskarżenia i ogłoszenie wyroku, czytelnik może zastanowić się, czy rzeczywiście każdy przestępca ponosi karę. Czy najpierw był taki nowatorski pomysł, czy wynikło to w sposób naturalny z tej konkretnej historii?
Sprawa sądowa w „Kanalii” wykluła się z intrygi, nie robiłem z góry założenia, że w powieści konieczny będzie opis procesu. Takie założenie przyjąłem natomiast w opowiadaniach ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością”. Tam po ujęciu mordercy sprawa trafia do sądu, gdzie okazuje się, że kwestia winy i kary nie jest wcale oczywista. Trudno tu jednak mówić o nowatorskim pomyśle, gdyż formułę zaczerpnąłem z amerykańskiego serialu „Law & Order”.
Podczas lektury Pana powieści kryminalnych rzuca się w oczy wiedza na temat procedur postępowania śledczego. Skąd ta znajomość realiów i metod stosowanych podczas dochodzenia oraz na sali sądowej?
Sporo podpatruję, kiedy jako przysięgły tłumaczę w trakcie rozpraw sądowych i policyjnych śledztw. Zawsze też przygotowuję się merytorycznie do pisania. Ale nie wrzucam całej swojej wiedzy do powieści, bo nie mają to być przecież reportaże. Pisarz może nagiąć realia, zmienić je, cała sztuka polega na tym, by wymyślone procedury sprawiały wrażenie prawdziwych.

Czy myśli Pan o tym, by w przyszłości wrócić do powieści obyczajowej?
Tak, mam już nawet (w głowie) zarys tej powieści. Z „Kanalią” i „Niepełnymi” utworzy ona swoistą trylogię. Zasadniczym tematem „Kanalii” jest miłość, „Niepełnych” samotność, temat trzeciego utworu będzie dopełnieniem tych dwóch. Ale co to będzie, nie ujawnię, dopóki go nie napiszę. A trochę wody w Odrze upłynie, nim ta książka pojawi się w księgarniach. Na razie pracuję nad drugą częścią cyklu o Marku Przygodnym, w kolejce czeka kontynuacja „Między prawem a sprawiedliwością”, planuję też przekład szwedzkiej powieści.
Ponieważ uczestniczymy w „LiteraTurze”, pozwolę sobie spytać o najbardziej „wrocławską” Pana książkę.
We Wrocławiu umieściłem akcję dwóch moich powieści, „Niepełnych” i „Gdzie mól i rdza”. Nie sądzę, by któraś była bardziej „wrocławska” od drugiej.
W wydanej w zeszłym roku powieści „Gdzie mól i rdza” prowadzi Pan czytelnika w różne ciekawe miejsca Wrocławia (Plac Solny, Piwnica Świdnicka). Co zainspirowało Pana do napisania tej książki?
Chciałem napisać trochę lżejszy, bardziej rozrywkowy kryminał, w którym problemy poważnej, egzystencjalnej natury znajdą się niejako na marginesie. W odróżnieniu od pozostałych książek, w których dominują. Natomiast za wyborem Wrocławia jako miejsca akcji nie stał żaden szczególny zamysł – po prostu tu mieszkam.
W tej powieści ponownie zestawia Pan swoich bohaterów na zasadzie kontrastu. Komisarz Przygodny, jego przyjaciel redaktor gazety (przeciwieństwo policjanta) oraz dopełniający obrazu zgryźliwy lekarz patolog. Duży nacisk kładzie Pan na psychologiczną konstrukcję postaci. Pomijając ciekawą fabułę książki, konfrontacja bohaterów, ich sposobów myślenia oraz dialogi stanowią wartość samą w sobie. Z jakich elementów powinna, według Pana, składać się dobrze skonstruowana historia? Jakie wymagania stawia Pan sobie samemu, ale także czego oczekuje Pan od innych pisarzy?
Chciałbym, żeby mój czytelnik miał kłopoty z odłożeniem książki, żeby zdziwił się przy zwrotach akcji albo przy zakończeniu, żeby poruszyły go przeżycia bohaterów, żeby utwór skłonił do refleksji. Niekoniecznie tego samego oczekuję od innych pisarzy, równie chętnie sięgam po takie utwory, gdzie dominantą jest język.
Analizując Pańskie powieści kryminalne można stwierdzić, że ich myślą przewodnią jest ukazanie luk prawnych, niedoskonałości systemu (np. problem samosądu lub niepoczytalności mordercy, niedoskonałość wymiaru sprawiedliwości), a prócz tego interesują Pana dylematy natury moralnej. Czy to właśnie zadecydowało o Pańskich preferencjach gatunkowych (powieść, opowiadanie kryminalne)?



Dylematy moralne postawiłbym na pierwszym miejscu, ale mógłbym je rozpatrywać również w powieściach obyczajowych, więc nie z ich powodu skupiam się na kryminale. Tak samo pociąga mnie to, co stanowi jego esencję, mianowicie zagadka i jej rozwiązywanie, kiedy jestem czytelnikiem, a konstruowanie, kiedy jestem autorem.
Pisze Pan nie tylko powieści, lecz sięga także po opowiadania. Jaki jest Pana stosunek do opowiadań? Są gatunkiem łatwiejszym od powieści czy równie poważnym wyzwaniem literackim?
Opowiadania kryminalne są zdecydowanie trudniejsze. Można napisać średnią powieść kryminalną, nie wychodząc poza schemat zabójstwo – śledztwo – ujęcie zabójcy, niczym go nie wzbogacając ani nie będąc w żaden sposób oryginalnym. Tego schematu nie da się wykorzystać w opowiadaniu, dlatego że powstaje zbyt długi tekst. Tutaj trzeba mieć niebanalny pomysł. I powiedziałbym, że średnich opowiadań kryminalnych nie ma. Są dobre albo złe, w zależności od tego, czy autor ten pomysł miał, czy nie.
W tomach „Między prawem a sprawiedliwością” oraz „Kwintet kryminalny” rozważa Pan problemy i powikłania na tle realiów amerykańskich. W jaki sposób przygotowywał się Pan do napisania tych opowiadań? Czy dla podkreślenia spraw, którymi się Pan zajmuje, realia amerykańskie nadają się lepiej niż polskie? Są bardziej „widowiskowe”?
Gwoli wyjaśnienia: „Kwintet” nie jest książką wydaną, to dostępne w formie elektronicznej pięć opowiadań, do których zamierzam dopisać dalsze dziesięć (z tym że tych już nie będę udostępniał) i dopiero wtedy całość zamierzam opublikować w formie książkowej.
„Między prawem a sprawiedliwością” umieściłem w amerykańskich realiach faktycznie dlatego, że tamtejsze procesy są bardziej widowiskowe, a wymogi proceduralne, np. niedopuszczanie nielegalnie zdobytych dowodów, pozwoliły mi pokazać tytułowe rozwarcie z całą ostrością. W przypadku „Kwintetu” motywacja była zupełnie inna, dużo bardziej przyziemna: chciałem przełożyć te opowiadania na angielski i dotrzeć z nimi do angielskojęzycznych czytelników, a polskie realia zdecydowanie by to utrudniły. Ale amerykańskie realia są w tych opowiadaniach pozbawioną znaczenia dekoracją, ich tematyka jest taka, że akcja mogłaby rozgrywać się w dowolnym kraju.
Czy tworząc swoich bohaterów przemyca Pan cechy swoich znajomych lub własne? Czy ktoś mógłby rozpoznać się na kartach Pańskich powieści?
Przemycam, co czasami prowadzi do nieuprawnionych wniosków, że jakiś bohater jest tą osobą ze świata rzeczywistego, od której jego cechy zaczerpnąłem.
Czym jest dla Pana pisanie książek? Dlaczego zaczął Pan pisać?

Pisać zacząłem z wewnętrznej potrzeby. Kiedy piszę, czuję, że robię coś, co ma sens. Mam nadzieję, że to stanowi odpowiedź na pierwszą część pytania.
Twórczość oryginalna i przekładowa w Pana przypadku wzajemnie się uzupełniają. Wygląda na to, że jest Pan pisarzem „na pełnym etacie”. W jaki sposób Pan pracuje? Ile godzin dziennie poświęca Pan na tłumaczenia, a ile na własne utwory? Jak wygląda Pański typowy dzień pracy?
To niestety jest trochę inaczej. Ani pisarstwo, ani tłumaczenie literatury nie daje mi takich dochodów, bym mógł zrezygnować z pracy zarobkowej (wykonuję tłumaczenia nieliterackie), a poza nią czasu zostaje albo na pisanie, albo na przekładanie książek. Obecnie piszę, więc przekłady literackie musiałem zawiesić na kołku. Zwykle pracuję od dziesiątej do trzeciej, a po południu jeszcze dwie, trzy godziny. Staram się tak rozkładać obowiązki, by, jeśli to możliwe, przez te pierwsze pięć godzin pisać. To znaczy – wolę jednego dnia pisać przez pięć godzin, a drugiego pięć godzin tłumaczyć dokumenty, niż rozbić ten blok po połowie na pisanie i tłumaczenie.
Bardzo wiele czasu poświęca Pan na czytanie, tłumaczenie i pisanie. Jak się Pan ratuje, jeżeli musi od tego wszystkiego czasem odpocząć?
Generalnie odpoczywam na bieżąco, uprawiając sport. Kilka razy w tygodniu biegam, około dziewięciu kilometrów (taki nieokrągły dystans, bo biegnę przez określony czas, godzinę, a nie zaplanowany odcinek), w weekendy chodzę na basen i przepływam co najmniej tysiąc pięćset metrów.
Czy planuje Pan jeszcze sprawdzić się w innych gatunkach? Czy szykuje Pan jakąś niespodziankę dla czytelników? A może na tyle dobrze czuje się Pan w sprawdzonych formach, że nie zamierza Pan niczego zmieniać?
Ciągnie mnie do powieści science fiction i tematyki religijnej (powieść apokryficzna w stylu „Ewangelii według Jezusa Chrystusa” Saramago, antyutopia z katolicką dyktaturą), mam też pomysł na powieść sensacyjną z gazem łupkowym w tle. Ale na razie muszę dać sobie na wstrzymanie, bo dotąd każda napisana przeze mnie książka była z innej parafii. Czas na kontynuacje.
Nie mogę nie zapytać o Pańską ocenę kondycji literatury kryminalnej w Polsce oraz o pisarza, którego ceni Pan najwyżej. I za co?
Polską literaturę kryminalną oceniam bardzo wysoko, mamy wielu wyśmienitych autorów. A żeby ze współczesnych nie pominąć nikogo zasługującego na wzmiankę, wymienię nazwisko Joe Alexa. To mistrz precyzyjnej, przemyślanej zagadki kryminalnej.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

niedziela, 29 września 2013

Katarzyna Georgiou, wiersze



Dychotomia Mojej Kobiecej Natury

Paradoksalna
wieloaspektowa
w opozycji do samej siebie
otwarta duszą - ograniczona rozumowaniem
samodzielna choć łaknąca opiekuńczości
twarda skała ze śladami życiowej erozji
zmysłowa i ponętna ciałem - odpychająca wymaganiami
kochająca całym sercem choć nie całkowicie oddająca całą siebie
empatyczna choć niejednokrotnie skrycie zazdrosna
chcąca bliskości na odległość komfortu niezależności
otwarta na nowe pod ograniczającym cieniem przeszłości
prawdziwa aż do bólu nieporozumienia
paradoksalna
wieloaspektowa
zsynchronizowana z rytmem życia
                                                      /  z tomiku: Dychotomia Mojej Kobiecej Natury/





Mgielnie

Mleczno-biała mgła snuje się w rozbłysku jesiennego świtu,
otula magią kształt wstającego dnia.
Nic nie zdaje się być tym, co znane, a oczekiwane,
zaskakuje niesamowitością przekazu
obrazów tego co zwykłe.

Z objęć nici pajęczych budzi się rankiem Matka Natura,
przemywa resztki snu kroplistą parą
wijącą się wokół jej stóp.
Ptaszyny świergotem rozjaśniają 
mglistość pory wczesno-chłodnej,
nim słońce rozgrzeje szarość przemarzniętych łąk.

Tak cichutko przycupnęło Licho
na kamieniu marzeń,
w szczelinie myśli
i rozkoszuje się ciszą niezmąconą a wszechobecną
zasłuchane w symfonię mglistego świtu.
                                                               / z tomiku: Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem/


Przyjaciel to skarb

Przyjaciel to skarb
Walter R. Brooks (1886-1958) to amerykański pisarz i poeta, autor opowiadań i powieści dla dzieci, znany z serialu komediowego „Koń, który mówi”, będącego adaptacją jego utworu. W latach 1927-1958 pisał dzieło swego życia, 26-tomowy cykl o prosiaczku Fryderyku, dotąd zupełnie nieznany polskiemu czytelnikowi. W kwietniu br. wydawnictwo Jaguar wydało dwa pierwsze tomy serii, w których poznajemy przygody przesympatycznych zwierząt mieszkających na farmie pana Beana.
„Wakacje Fryderyka” to pierwsza część cyklu, która stanowi relację z niezwykłej podróży. Poznajemy koguta Karola, kota Jinxa, psa Dżoka, konia Hanka, panią Wandę – krowę i wiele innych „osobistości” z zagrody pana Beana. Gospodarz nie jest zamożnym człowiekiem i nie stać go na remont pomieszczeń gospodarskich, budowę nowej stajni i kurników. W starych zabudowaniach hulają przeciągi, a zwierzętom zaczynają doskwierać jesienne chłody, co powoduje, że wpadają w paskudny nastrój. Znajoma jaskółka radzi im, by biorąc przykład z ptaków wyruszyć w poszukiwaniu cieplejszego klimatu. Zwierzęta zwołują zebranie i wyłania się grupa śmiałków, która postanawia zakosztować przygody. Jednak w drogę nie wybierają się wszystkie. Okazują się na tyle odpowiedzialne i obowiązkowe, że ustalają, które z nich muszą pozostać ze względu na pomoc w gospodarstwie pana Beana. Wkrótce kawalkada zwierząt rusza na południe.
Droga na Florydę okazuje się długa i pełna niebezpieczeństw. Dziwaczny pochód wzbudza sensację. Zwierzęta spotykają ludzi dobrych i podłych, wielokrotnie muszą wyplątywać się z prawdziwych tarapatów. Wiele się przy okazji uczą o miejscach, które mijają, ale także o sobie samych. Pojmują wagę przyjaźni, zmuszone są działać solidarnie i brać odpowiedzialność za pozostałych członków grupy.
Książka jest ilustrowana przez Kurta Wiesego, pisarza i ilustratora, który napisał 20 książek i opatrzył rysunkami ponad 300 publikacji innych autorów. Ilustracje są czarno-białe, ale zachwycają subtelnością, prostotą, ciepłem, a nawet leciutkim tonem satyry. Książka powinna być więc dla dzieci miłą odmianą, a w czytelniku dorosłym z pewnością wywoła uczucie nostalgii i czar wspomnień takich książek, jak „Doktor Dolittle”, „Muminki”, „Mary Poppins” czy innych – wydanych w podobnym stylu.
„Wakacje Fryderyka” to książeczka z mądrym przesłaniem, która powinna sprawić dużo radości zarówno dziecku, jak i dorosłemu. Uczy, że warto mieć przyjaciół, ale przyjaźń trzeba pielęgnować. Pozwala zrozumieć, że każdy ma indywidualne cechy osobowości, z których nie należy kpić, tylko je doceniać i szanować. Daje nadzieję, że po marzenia zawsze warto wyruszyć, nawet jeśli wydają się trudne do osiągnięcia. Zapewnia sporo dobrej zabawy i humoru, a o tym, dlaczego podczas powrotu zamiast konia i krowy zwierzętom towarzyszyła zebra i pantera z rogami – warto przekonać się samemu…
tłumaczenie: Stanisław Kroszczyński
tytuł oryginału: Freddy Goes to Florida
seria/cykl wydawniczy: Prosiaczek Fryderyk tom 1
wydawnictwo: Jaguar
data wydania: 17 kwietnia 2013
ISBN: 9788376861937
liczba stron: 208


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:








czwartek, 26 września 2013

INAUGURACJA ÓSMEGO CYKLU SPOTKAŃ KAWIARENKI KULTURALNO-LITERACKIEJ W KATOWICACH








25 września br. odbyła się inauguracja nowego cyklu spotkań Kawiarenki Kulturalno-Literackiej w Bibliotece Śląskiej w Katowicach. Mottem spotkania był cytat: "Pisze się fragmentami. Układam je w krąg: z okruchów składa się mój mały świat" /Roland Barthes/. Prelekcję na temat fragmentaryzmu w sztuce i niemożliwości utożsamiania twórcy i jego dzieła prowadziła gospodyni Kawiarenki - dr Lucyna Smykowska-Karaś; ilustracjami do debaty były fragmenty utworów i wiersze odczytywane przez gości specjalnych: pisarkę, poetkę, artystkę plastyk – Annę Strzelec oraz poetkę, byłą sopranistkę chóru Canta Noiscum, aktorkę – Izabelę Monikę Bill. 

Po prelekcji można było wziąć udział w dyskusji z autorkami, zamienić kilka słów całkiem prywatnie oraz nabyć książki.


                  
Na zdjęciu od lewej: Izabela Monika Bill, gospodyni spotkania - dr Lucyna Smykowska-Karaś i Anna Strzelec



Oto kilka utworów pochodzących z tomików: Gdziekolwiek jesteś...dialogi liryczne Anny Strzelec i: Sztuka jedzenia jabłek Izabeli  Moniki Bill.




Czas…
powideł śliwkowych
i suszenia grzybów
czerwienienia bluszczu…
słoneczników na tarasie
dziobanie
róż przekwitłych przycinanie,
po lesie z psami bez celu
wędrowanie
farbowanie włosów –
Kochany, jesień idzie…
                                        Anna Strzelec




Ruletka...

Postawiłam na:
wyrozumiałość, tolerancję,
wyobraźnię, fantazję,
nieufność do wszystkich diabłów
posłałam...
kryształową kostką (nie kością)
rzuciłam!
Zawirowało...zamknęłam oczy
Wygrałam!

Nie powiem wam co,
do pudełka głęboko schowałam, 
zaglądałam co wieczór -
myślami całowałam
z nim pod poduszką zasypiałam
                                                        
A dziś rano było puste...
                                                                                                 Anna Strzelec




Upadła Muza

przyszłaś z wiosną
odeszłaś z zimą
tak niewiele zostawiłaś
słów na śniadanie
na obiad położyłaś
tylko sztućce odległości
na kolację
zdjęłaś obrus
owinęłaś nim
dzieciństwo
pożegnania
na stole nadgryzione jabłko
powiedziało mi historię
o upadłej muzie
szukającej swego pana

Ewo
przecież jestem
                           Izabela Monika Bill


Poetka 

piątkowy wieczór
malowane lale
ubrane w ciasne opakowania
gotowe do konsumpcji
wylewają się perfumami
na ulice miasta
rynek zatacza się zapachem piwa
korowód odgłosów rozbija się
o lukrowane wieczorem kamienice
ćmy barowe tłuką się do okien
ktoś ma wernisaż
obrazy zmuszone do współpracy
krzywo uśmiechają się do gości
za rogiem mim
parodiuje rzeczywistość 
w pustej kawiarni
przy zapomnianym stoliku
cierniowa dziewczyna
czas zatrzymał się dla niej
i pokłonił pustej filiżance
na serwetce ślady łez
zgrabnie zatuszowane tym wierszem
                              Izabela Monika Bill    

                                                                 ***************   















Kolejne spotkanie Kawiarenki Kulturalno-Literackiej odbędzie się 23 października.  Gościem będzie  prof. Zygmunt Woźniczka, który opowie o czasach powojennych, a 27 listopada  o sztuce, literaturze i o wzajemnej inspiracji opowiedzą  Ewa Parma i Anna Maria Rusinek.


środa, 25 września 2013

POEZJA JEST DLA MNIE MUZYKĄ DUSZY - rozmowa z Katarzyną Georgiou, wrocławską poetką, autorką tomików "Dychotomia Mojej Kobiecej Natury", "Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem", LiteraTura, Wrocław 2013

Jest Pani anglistką, nauczycielką muzyki i wychowania przedszkolnego. Mówi Pani o sobie, że jest „czarownicą w służbie dzieci”. Jak to rozumieć? Czym są dla Pani zajęcia z dziećmi?
Nie ja tak mówię o sobie – dowiedziałam się o tym z tytułu wywiadu dla „Dzierżoniowskiego Tygodnika Powiatowego” i nie protestowałam, gdyż przedstawienie mojej działalności literacko-wychowawczej jako służby magicznej ujęło mnie. Zajęcia z dziećmi są radością i zabawą, której w dorosłym życiu mamy niedosyt. Jest to czas magiczny, bo spędzony – z zamysłem rozbudzania twórczego myślenia u dzieci – na poddawaniu się bezkresowi wyobraźni. Tak dzieci, jak i dorośli zanurzają się w świat innych doznań, w którym mogą być wszystkim, co sobie wymarzą. Chętnie i po raz kolejny wyjaśnię, że „wiedźma”, synonim „czarownicy”, oznacza widzącą matkę, czyli po prostu mądrą kobietę. Warto sprawdzić etymologię jakiegoś słowa, zanim ulegniemy jego stereotypowemu rozumieniu.
Od wielu lat prowadzi Pani zajęcia przedszkolne. Zajmowała się Pani tym w Kanadzie, w Polsce prowadzi Pani warsztaty. Jakie są różnice w sposobach prowadzenia takich zajęć i w wychowaniu dzieci za oceanem i u nas?
W Polsce również aktywnie pracuję z dziećmi, co prawda obecnie jako anglista, ale także w grupach przedszkolnych. Różnica jest kolosalna w programowaniu struktury zajęć i metodach planowania. W Kanadzie planowałam razem z dziećmi – tzw. curriculum web (sieć programowa) – i realizowałam projekty, ukierunkowując je na dynamiczne i wciąż liczniejsze pomysły dzieci. Od prostego budowania domków z klocków dochodziliśmy wspólnie do konstruowania nadrzewnego domu dla hodowanych w klasie chomików, wraz z zapewnieniem im bezpieczeństwa pożarowego, drogami ewakuacyjnymi, pomieszczeniami do zabawy, a skończyło się na obserwacjach rozrodu naturalnego u pary naszych pupili, mierzeniu i ważeniu ciężarnej samicy i sporządzeniu kalendarza obserwacji ciążowych, znajdowaniu informacji na temat życia tych zwierzątek na wolności, wycieczce do sklepu zoologicznego i rozmowach z weterynarzem. I to wszystko u pięciolatków! W Polsce model długofalowych projektów z dziećmi i praca bez podręczników (jestem przerażona podręcznikami dla czterolatków!) jest w większości placówek w zasadzie niemożliwa, a przynajmniej nie w tak szerokim zakresie. Odnoszę wrażenie, że w Polsce nie traktuje się dzieci poniżej wieku szkolnego jako partnerów w podejmowaniu decyzji dotyczących wspólnoty grupowej ani w stanowieniu o przedmiotach zainteresowań, które później nauczyciel powinien obudować programem. Piszę o takiej pracy w artykułach pod nazwą „Z pamiętnika pomysłowego belfra”. Miałam też pokaz slajdów z tego akurat projektu podczas prezentacji o sztuce dziecięcej jako inspiracji w Teatrze Arka na wrocławskiej LiteraTurze.

Na czym polegają warsztaty literacko-plastyczne, które prowadzi Pani z dziećmi?
Najprościej mówiąc, na połączeniu części literackiej, kiedy rozmawiam z dziećmi o tym, jak i dlaczego powstaje książka, jaką rolę pełni wyobraźnia w procesie tworzenia i oczywiście czytam im moje wiersze, z częścią plastyczną, kiedy dzieci tworzą rzeźbę, płaskorzeźbę, collage lub rysunek. Prace, które mnie poruszą, a popularnie mówiąc – chwycą za serce, są fotografowane. Do wybranej, traktowanej jak ilustracja, piszę wiersz. Wiersz wysyłam na maila do nauczyciela, biblioteki lub rodzica, jako pamiątkę wspólnej pracy twórczej.

Pisze Pani książki dla dzieci. Profesor Miodek nazwał „Dziecięcy świat. Tomik wierszy dla smyków z wyobraźnią” świeżym oddechem na tle tego, co serwuje literatura dziecięca. Czy do napisania tej książki przyczyniły się zajęcia, które Pani prowadzi? Kto kogo inspiruje: dzieci Panią czy na odwrót?



Oczywiście, że te zajęcia przyczyniły się do powstania książki z wyeksponowaniem sztuki dziecięcej. Mali Wielcy Ludzie z ich bezpośrednimi zachowaniami, pomyłkami, humorem sytuacyjnym, naśladowaniem podpatrzonych zachowań dorosłych czy wreszcie nieokiełznaną wyobraźnią są niewyczerpaną studnią inspiracji. Mam nadzieję, że choć troszkę inspiruję dzieci do twórczego i samodzielnego myślenia, bo one codziennie mnie zadziwiają i nieskończenie fascynują. Szkoda, że tak relatywnie szybko nadchodzi moment, gdy oznaki indoktrynacji świata dorosłych zaczynają przejawiać się w ich zachowaniu i myśleniu. Zanika wówczas obraz beztroskiego dziecięctwa i szczerości.
Wykorzystała Pani do zilustrowania tej książki dziecięce rysunki swojego syna. Efekt okazał się niezwykły, a książka stała się dla Pani podwójnym powodem do dumy…
To był podarunek dla mojego syna. Utrwaliłam w wierszach świat jego dziecięctwa i pierwszych kroków w przedszkolnej społeczności. Można by rzec – ratowałam jego widzenie świata od przyszłego zapomnienia. Wizualizuję sobie, jak czyta tę książkę swojej córce lub synowi… A teraz ja czytam ją innym dzieciom, by doświadczyły tego, że ich świat i umiejętność jego utrwalania w obrazach, są równoważne z wizjami ludzi dorosłych.
Inną książką, także związaną z dziećmi, jest „Imagination’s Light. Funky Poems for Kids”, która ma wspomagać naukę języka angielskiego. Jest Pani jedną z nielicznych osób, które doceniają naukę przez zabawę. Czy odbiera Pani sygnały, że książka jest wykorzystywana do pracy z dziećmi?

Ci, którzy ją nabyli, a sporo nauczycieli anglistów/studentów przeszło przez moje ręce w czasie, który minął od jej napisania, używają jej z dobrym skutkiem. Dzieci chętnie się uczą na bazie humorystyczno-sarkastycznych wierszyków, których rymy wpadają w ucho i pozostają w słowniku sytuacyjnym. Co do ogólnopolskiej dystrybucji, jestem pełna wątpliwości, gdyż promocja tej pozycji przez wydawnictwo ograniczyła się w zasadzie do linków w Internecie i hurtowniach, zamiast skupić się na dotarciu do grupy docelowej – szkół i przedszkoli z językiem angielskim w programie.
Autorką ilustracji do tej książki, będących formą kolażu, patchworku, jest Pani siostra, Wirginia Issel-Balcar. Te niezwykłe prace można podziwiać również na autorskiej stronie pani Wirginii. Jak doszło do Waszej współpracy?
Jestem wielką fanką talentu artystycznego siostry. Mam wiele jej prac patchworkowych w swoim domu. Gdy tylko zebrałam wiersze w tomik, zwróciłam się do niej z propozycją nie do odrzucenia, a mianowicie z siostrzanym szantażem. Musiałam przetłumaczyć jej te wiersze na język polski, by obecny w nich humor mogła przełożyć na język obrazu – i musi pani przyznać – zrobiła to znakomicie. Moja siostra potraktowała ilustrowanie z pełnym poświęceniem – była wówczas w dość zaawansowanej ciąży z trzecim dzieckiem. Jej patchworki zaś to istne cuda, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach.
Tomiki poezji ilustruje Pani fotografiami własnego autorstwa albo kolażami portretów swoich i syna. Duże znaczenie przywiązuje Pani do tego, by treść i ilustracje stanowiły harmonijną i spójną całość. Nie zaufałaby Pani innemu ilustratorowi?
Raczej nie. Miałam próbkę umiejętności kilku ilustratorów z paru wydawnictw, szczególnie gdy szukałam kogoś do książki angielskiej… Szybko wyzbyłam się złudzeń i w te pędy powędrowałam do siostry. Kolaże do albumu i pierwszego tomiku poezji w oprawie grafiki komputerowej robiła dla mnie artystka z Wybrzeża, Teresa Kiara Duńska, która po prostu jest z tej samej światopoglądowej bajki, co ja i doskonale wyczuwa, w jaki sposób wykorzystać moje fotografie w kompozycji baśniowo-magicznej, na którą zawsze kładę nacisk w oprawie plastycznej moich książek.
Jakie książki czytała Pani synowi? Czym jest dla Pani wspólne, głośne czytanie?



Wspólne czytanie to forma relaksu i czas spędzony w krainie baśni, który nigdy nie jest czasem straconym. Książki to okna na świat, to połączenie z bankiem danych przeszłych pokoleń, ich odczuwaniem świata. Mojemu synowi czytałam Andersena, baśnie ludowe różnych narodów, w tym indiańskie, wiersze Brzechwy, Tuwima, Czechowicza, opowiadania Mariusza Urbanka, „Akademię Pana Kleksa”, „Trudne słówka. Niepoważny słownik rodziny Miziołków” Joanny Olech i wiele innych. Po pierwszej klasie sam zaczął czytać lektury na głos, a po cichu „Włóczęgi Północy”, opowiadania Andrzeja Zimowskiego nadsyłane przez samego autora – tego samego, który napisał posłowie do mojego najnowszego tomiku „Światy dwa”. Już niedługo zacznę mu podrzucać Nienackiego i serię „Tomków” Szklarskiego, zachowane do dzisiaj z mojej młodzieńczej biblioteki.
W księgarniach widuje się pięknie wydane albumy przeznaczone dla młodych rodziców, by mogli w nich upamiętniać radosne chwile spędzane z własnym maluchem. Pani natomiast pomyślała o kobietach w ciąży, które dopiero czekają na największą przygodę swego życia. Napisała Pani dla nich tomik „Czas obietnicy – Macierzyństwo magiczne”. Jak został przyjęty przez czytelniczki?
Cały nakład autorski szybko się rozszedł, musiałam domawiać w wydawnictwie. Wiele pań uznało to za znakomity prezent dla bliskich im kobiet oczekujących na dziecko. Tym bardziej, że album połączony jest z kalendarzo-pamiętnikiem, przeznaczonym do zapisków własnych doznań i doświadczeń. Mnie interesowała intymność pamiętnika i oprawa artystyczna sugerująca czas magii, jakim jest przeistaczanie się kobiety w matkę. „Piękne” albumy z księgarń i supermarketów są taką komercją, że szkoda czasu na ich wspominanie. Zbiór wierszy w „Czasie obietnicy” oddaje emocje okresu macierzyństwa i dziecięctwa, a przede wszystkim miłość w najczystszej postaci – matki do dziecka.
Uczestniczy Pani w warsztatach rozwoju osobistego dla osób dorosłych. Jak można dostać się na takie warsztaty i na czym one polegają?

Warsztaty rozwoju osobistego wydobywają z człowieka, świadomie bądź podświadomie, wiele blokowanych emocji, scalając w ten sposób zagubione fragmenty duszy bądź lecząc nieprzepracowane wcześniej relacje. Od naszego podejścia do tematu zależy jak wiele się nauczymy i wydobędziemy z doświadczeń innych uczestników warsztatów. Na tym etapie rozwoju mojej świadomości uczestniczę w spotkaniach Kobiecych Kręgów i warsztatach zielarskich, dzieląc się zdobytą wiedzą i pobierając nauki od ludzi wyrażających swój nierozerwalny związek z Naturą. Na takie warsztaty, jak te, poprzez które się rozwijam, trzeba być wprowadzonym przez znajomych, którzy znają prowadzących je ludzi. Jest wiele osób, chcących wykorzystać emocjonalne potrzeby innych do własnych celów i dla zarobku, lecz nie dających niczego w wymianie energetycznej – ogłoszeń jest wszędzie bez liku, tak w prasie, jak i w Internecie.
Mieszkała Pani przez 16 lat w Kanadzie. Za czym najbardziej Pani tęskniła? A za czym tęskni Pani teraz?
Hmm, będąc w Kanadzie najbardziej tęskniłam za rodziną. A teraz tęsknię za przestrzenią, jaką Kanada oferuje podróżnikom zainteresowanym poznaniem kraju i nauk jej rdzennych mieszkańców. Tęsknię również za otwartością na odmienność, doświadczoną w kraju tygla narodowościowego, której definitywnie brakuje w Polsce.
Używa Pani na blogu pseudonimu Skalny Kwiat. Skąd ta nazwa?
To moje indiańskie imię nadane w dzieciństwie, a zweryfikowane przez życie. Utkwiło mi ono w pamięci z czasów zabawy w Indian na obozie harcerskim w Ustce, gdy miałam sześć lat. Zostałam nim obdarzona w specjalnej ceremonii, po powrocie z samodzielnej wyprawy do Wielkiej Sosny po igłę świętego drzewa, kiedy udowodniłam sobie, że jestem warta nadania indiańskiego imienia, bo pokonałam strach odosobnienia, wykonując jednocześnie zlecone zadanie. Skalny Kwiat jest do dziś moim pseudonimem artystycznym i najtrafniej oddaje mój charakter… Czasem jestem nazywana Szarotką Alpejską, a to kwiat wytrzymały i odporny, odradzający się w ekstremalnych warunkach.

Czym jest poezja w Pani życiu? Czyją poezję Pani ceni?
Poezja jest dla mnie muzyką duszy. Bliska mi jest liryka Herberta, Leśmiana, Poświatowskiej, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Tuwima, Achmatowej, Yeatsa… To nazwiska, które na poczekaniu przychodzą mi do głowy, ale generalnie poezję wielu współczesnych autorów przeżywam równie mocno…
Publikuje Pani na własnej stronie internetowej wiersze swego ojca. Czy był on jednym z przewodników duchowych, dzięki którym została Pani poetką?
Nie wiem, czy można rolę mojego ojca określić mianem przewodnika duchowego. Na pewno zaszczepił we mnie miłość do słowa i książek, a także dociekliwość w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Jest moim najsurowszym krytykiem i zawsze pierwszą osobą czytającą wersję „do druku”. To, co zostanie przez niego zweryfikowane jako cenne, jest poddawane dalszej obróbce korektorsko-redakcyjnej. Tak po cichutku powiem, że moje publikacje popchnęły go do pisania wierszy i esejów, które przynosił mi do czytania. Upubliczniam niektóre jego prace, za jego zgodą oczywiście, bo uważam je za cenne w przekazie pewnych wartości i sposobu myślenia i oceniania rzeczywistości.
Szalenie intrygujący jest świat Pani wyobraźni. „Dychotomia Mojej Kobiecej Natury”, „Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem” – już same tytuły uwypuklają sprzeczności, które podkreśla Pani w swych utworach. Skąd ta dwubiegunowość w postrzeganiu rzeczywistości?
Myślę, że docieram do swojego wewnętrznego dziecka, które domaga się poświęcenia mu uwagi – do tej małej dziewczynki, która musiała zbyt szybko dorosnąć w momencie rodzinnych zawirowań… Zaś co do postrzegania rzeczywistości to nasz świat jest dualny i zachowuje się w dwojaki sposób, można by rzec, iż bawi się z ludzkim umysłem w chowanego… Staram się włączyć w tę grę. Rzeczywistość jest wielopłaszczyznowa i na podobieństwo zwierciadła ma dwie strony – fizyczną, której możemy dotknąć i metafizyczną, będącą poza zasięgiem naszej percepcji. Obie strony fascynują ludzi od wieków. To dwa światy, światy dwa – a w nich my, w pogoni za marzeniem.

Czy tytułowy wiersz z „Dychotomii…” jest Pani portretem psychologicznym, czy może obrazem Pani duszy?
Powiedziałabym, że raczej portretem psychologicznym. Uświadomiłam sobie sprzeczności mojej natury podczas pobytu w szpitalu, po mikroudarze. Zapisałam je, łypiąc na kartkę jedynym zdrowym okiem. Miałam wtedy bardzo dużo czasu na myślenie, i to wyostrzone pod wpływem szoku, że życie jest jednak kruche i może się zakończyć z powodu pęknięcia w mózgu byle naczynka… To, co mi w duszy gra, to już zupełnie inna bajka. Ta właśnie ze „Światów dwóch”.
Podkreśla Pani w swoich wierszach konflikt natury ludzkiej: „paradoksalna, wieloaspektowa, w opozycji do samej siebie”. Z pewnością sprzeczności, które Pani w sobie odkryła, wymagały wielu lat pracy, analiz, wysiłku w procesie zrozumienia własnego charakteru. Czy ten wiersz jest wyrazem pogodzenia ze sobą?
Tak myślę. To swoisty rachunek sumienia. Gdy mój ojciec, który codziennie odwiedzał mnie w szpitalu, przeczytał ten wiersz, powiedział, że to najlepsza samokrytyka, jaką przeprowadziłam. Do dziś pamiętam jego słowa: „Jeśli kiedykolwiek wydasz swoje wiersze, to ten ma być na pierwszej stronie”. Wydaje mi się, że wiele kobiet może utożsamiać się w dużym stopniu z myślami zawartymi w tym wierszu.
Dualizm postrzega Pani także w naturze. Zestawia Pani wiersze na zasadzie kontrastu: „Brzydota” – „Piękno”, „Giętka brzoza” – „Hubowe drzewo”. Potrafi Pani pokazać, że jesteśmy cząstką kosmosu, że mimo sprzeczności stanowimy z naturą jedność…



Tak postrzegam świat – jako miejsce spotkań różnych form życia, które są ze sobą powiązane, jak naczynia połączone. Majowie pozdrawiają siebie słowami „In Lak’ech”, co w dosłownym przekładzie oznacza: „Jestem innym tobą, a ty innym mną”. To stwierdzenie obejmuje wszystkie formy życia w Naturze: zwierzęta, rośliny, skały, żywioły powietrza, ziemi, wody i ognia. Wszystkim i wszystkiemu jesteśmy winni szacunek, bo gdy wyrządzamy szkodę lub krzywdę innym naumyślnie lub zarządzamy zasobami naturalnymi niemądrze i z chciwością, to naprawdę krzywdzimy siebie samych, zaśmiecamy własny dom destrukcyjną energią, zamiast wypełniać go tą, która wspomaga rozwój.
Czytając Pani wiersze i prozę dostrzec można, że natura jest Pani bliska. W wierszach słychać także echa dawnych wierzeń ludowych. Charakteryzuje je muzyczność. Są przy tym pełne uczucia. Bez trudu wchodzi Pani w dziecięcy świat. Tomik „Dychotomia…” jest bardzo urozmaicony, to zbiór utworów pochodzących z różnych okresów Pani życia. Ile lat powstawała ta książka?
Długo. Ten tomik jest kompilacją prawie wszystkich utworów pisanych do szuflady, częściowo jeszcze w Kraju Klonowego Liścia. Dopiero po udarze, zachęcona opinią mojego taty, któremu pozwoliłam przeczytać to, co pisałam, odważyłam się je opublikować. Dlatego tomik jest taki zróżnicowany i można go od pewnego momentu czytać rodzinnie, a nawet dzieciom.
„Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem” jest zupełnie inaczej skonstruowanym tomem. Spotykają się w nim poezja, proza oraz fotografia. Zdarza się, że wiersz jest ilustracją zdjęcia. Tu już nie ma takiej rozmaitości, jak w poprzednim zbiorku. Tematem jest natura i zmieniające się pory roku, a w tym kontekście osadzony został człowiek, jego tęsknoty i namiętności. Rytm życia ludzkiego koresponduje z rytmem pór roku: „Wiosna” – „Obdarowani wiosną”, „Letni poranek” – „Kolekcja pocałunków”, „Jesień”- „Jesienienie”, „Zima” –„Piękna Starość”. Czy taki był Pani zamysł?



Tak, dobrze pani wyczuła moje intencje. Cieszę się, że to właśnie Pani przypadła moja książka uwolniona podczas tegorocznej LiteraTury. Nasze życie nierozerwalnie wiąże się z Naturą, która ma w sobie wszystkie wzorce dla ludzi. Wystarczy tylko uważnie obserwować i być czujnym na znaki, jakie napotykamy na naszej życiowej ścieżce. Trzeba nauczyć się zatrzymywania w pędzie gromadzenia dóbr, pochylania nad pięknem wokół nas, choćby tylko zaklętym w szarą ptaszkę śpiewającą na pobliskim drzewie…
Nad czym Pani dzisiaj pracuje? Czy myśli Pani o wydaniu nowego zbiorku?
Dopiero co oddycham po wydaniu z końcem czerwca „Światów dwóch”, a cała moja uwaga jest skierowana na spotkania z czytelnikami i promocję tomiku, który jest dla mnie najcenniejszą pracą – dotyka najczulszych strun człowieczego wnętrza, wskazując potrzebę realizacji marzeń wewnętrznego dziecka przy jednoczesnym zrozumieniu prawideł rządzących rzeczywistością, a postrzeganych poprzez pryzmat przemyśleń dojrzałej kobiety doświadczonej przez życie. Ale w zanadrzu mam kolejną książkę dla dzieci, która nabiera kształtu, pod roboczym tytułem „Strefa bałaganu”.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Również dziękuję i cieszę się naszą znajomością.


                                                                                             ***

Zdjęcia 1,2 i 4 - [żdródło zdjęcia]
Grafika - [źródło zdjęcia]