środa, 30 października 2013

STARAM SIĘ POBUDZAĆ WYOBRAŹNIĘ CZYTELNIKA - rozmowa z Krzysztofem Pochwickim, autorem książki "Cywilizacja traw" i opowiadań, LiteraTura, Wrocław 2013


                                                                                      źródło zdjęcia


Jest Pan biologiem, ekologiem, historykiem, nauczycielem i pisarzem. Wszystkie te dziedziny układają się w harmonijną całość dzięki Pańskiemu wykształceniu i pasji. Która z nich jest dla Pana najważniejsza? Która przynosi najwięcej satysfakcji?
Nie umiem dokonać jednoznacznej hierarchizacji. Dobre życie jest niczym dobre żarcie, współistnieje jako całość, raczej nie stopniuje się składników. Wymienione elementy to po prostu ja. Natomiast zmieniłbym proporcje. Marzę o tym, by praca w szkole zajmowała mi mniej czasu, tak, bym mógł spokojnie poświęcić się pisaniu. Natomiast, gdy ogólnie życie jakże często sprowadza się do fluktuacji wyrzeczeń (czyli coś kosztem czegoś), wówczas jest to… trudne.

Jest Pan autorem książki „Cywilizacja traw”, zakwalifikowanej do literatury popularnonaukowej. Z pewnością popularyzuje ona naukę, ale czym jest dla Pana jako autora? Temat ten ciągnie się za Panem już od czasu studiów, pisał Pan na ten temat pracę licencjacką. Czy „Cywilizacja traw” to w jakimś sensie Pana ideé fixe, dzieło życia?
Piszę, bo lubię. Jeżeli chodzi o zdobywanie wiedzy, samodzielną obróbkę faktów, wnioskowanie, wreszcie samo pisanie, uważam, że jestem w tym dobry. Zawsze robiłem notatki, skrypty, opracowania. Wciąż poszerzam prywatną bazę, mam nawet katalog tematyczny artykułów z gazet. W pewnym momencie poczułem, że znaczna część mojej pracy po prostu się marnuje. Nad „Cywilizacją traw” zdrowo się natrudziłem, fakt. Ale starania, by ją wydać, zajęły mi około dwóch lat. Kontaktowałem się m.in. z większymi wydawnictwami, CODN w Warszawie, Instytutem Badań Edukacyjnych Ministerstwa Edukacji Narodowej, Kuratorium Oświaty, Centralnym Punktem Informacyjnym Funduszy Europejskich. Odesłano mnie nawet (bezowocnie) do kwartalnika „Meritum”, skąd trafił (również bezowocnie) do Mazowieckiego Samorządowego Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Wreszcie się udało. Mam gotowe inne książki popularyzujące wiedzę, planuję je rozpowszechnić. Tytuły robocze: 1. „Terra Terrorium. Rozwój historyczny oraz wzajemne powiązania terroru i terroryzmu”, 2. „Liga Irokezów. Narodziny, potęga, zmierzch indiańskiego sojuszu”, 3. „Od zmierzchu do świtu. Fenomen nietoperzy”. Może ktoś się tym zainteresuje, odezwie, pomoże?

                 
Krzysztof Pochwicki w tłumie pisarzy, księgarnia "Matras", LiteraTura 2013 [źródło zdjęcia]
Temat podjęty w „Cywilizacji traw” jest stale Panu bliski. Powiedział Pan kiedyś, że plik jest otwarty na pulpicie, ciągle Pan uzupełnia i aktualizuje dane. Czy pojawi się wkrótce potrzeba wznowienia i uzupełnienia tego opracowania w nowej książce?
Mimo, że jako autor parę rzeczy obecnie bym poprawił, wiem, że „Cywilizacja traw” należy do książek, które czyta się dobrze. Budzi ciekawość, niektórzy stawiają pytania, samodzielnie sprawdzają poruszane przeze mnie wątki. Zarazem, zwłaszcza jako autor nieznany, pozbawiony promocji, nie sprzedaję się w ilościach przyprawiających o migotanie konta. Fakt, książka w moim komputerze żyje. Nie wiem jednak, czy będzie drugie, zaktualizowane wydanie. Tu, nie ukrywam, niemal wszystko zależy od czytelników.
Zwraca Pan uwagę na uzależnienie człowieka od świata roślin, a zwłaszcza zbóż. Przedstawia Pan dowód na to, że uprawa zbóż miała wpływ na całą naszą cywilizację, budowę miast i wsi. Dużą wagę przywiązuje Pan do zagrożenia, jakie wynika dla człowieka z uzależnienia od tego sposobu zdobywania pożywienia. Napisał Pan, że już w chwili, gdy nasi praprzodkowie wykarczowali drzewa pod pierwsze pola, weszli na niebezpieczną drogę. Przestrzega Pan przed dalszymi zagrożeniami, a przyszłość, delikatnie mówiąc, nie jawi się różowo. Ale nie napisał Pan nic o tym, że w zasadzie ludzie nie mają i nie mieli alternatywy. Nasi przodkowie zostali zmuszeni do uprawy roli, ponieważ zaczęło brakować zwierząt i hodowla roślin stała się strategią przetrwania. Przez ładnych kilka tysięcy lat służyła ona całkiem dobrze, a zagrożenia, i to spore, pojawiły się dopiero teraz. Rzeczywiście, nie zdajemy sobie sprawy, że schyłek „cywilizacji traw” będzie „schyłkiem ludzkości”… Napisał Pan, że bez roślin nasza historia potoczyłaby się inaczej. A może jednak wcale by się nie potoczyła?
Nie pisałem, że nasi przodkowie zostali zmuszeni. Rolnictwo według mnie stanowi jeden z największych sekretów przeszłości. Niezależnie od przesłanek, które niegdyś nakłoniły ludzi do uprawiania wybranych roślin, na początku nowa strategia wydawała się mieć więcej zalet niż wad. Z czasem tego rodzaju rozważania przestały mieć głębszy sens praktyczny, po prostu jako ludzkość „wdepnęliśmy”. Uzależniliśmy się. Nadaliśmy cywilizacji pewien kształt, jego zmiany są możliwe, ale potencjalne koszty trudno określić. No i woli brak.
Historia ludzkości zawsze była związana z roślinami. Człowieka kromaniońskiego (Homo sapiens fossilis, czyli Homo sapiens kopalny, człowiek z Crô-Magnon) uważa się za anatomicznie identycznego z człowiekiem współczesnym (Homo sapiens sapiens), czyli: po pierwsze – sam podział jest ewidentnie sztuczny i bezzasadny, po drugie – można przyjąć, że jako istota kształt ostateczny przyjęliśmy przed 43 tys. lat (a nawet wcześniej; w Etiopii pierwsi przedstawiciele H. sapiens o współczesnej budowie anatomicznej żyli przypuszczalnie już 160 tys. lat temu). W istocie przez większość istnienia ludzie tworzyli kulturę, historię (acz jej nośnikiem był język, nie pismo) nie będąc rolnikami. Co by było w przypadku innego scenariusza? Szczegółów nie znam, lecz historia z pewnością byłaby inna… Napisałbym wówczas książkę noszącą przykładowo tytuł „Cywilizacja umiaru”. Mogłaby być spisana przez skrybę niewolnika na stronach z welinu i kosztować krocie. Hmmm.
Jest Pan nauczycielem. W jaki sposób uczy Pan swoich uczniów „ekologicznego” myślenia, wrażliwości na naturę?
Pracuję z młodzieżą gimnazjalną oraz licealną. Trudno mówić w tym przypadku o nauce od podstaw, na to były lata. Zazwyczaj zmarnowane. Wciąż nie istnieje u nas edukacja ekologiczna z prawdziwego zdarzenia. Niekiedy da się coś zdziałać realizując programy autorskie. Mają one jednak uzupełniać system, nie zaś go wyręczać. Staram się pobudzać ciekawość uczniów, ukazywać zaskakujące, mało znane oblicza świata. Zatrważające jest to, że w dobie powszechnego i łatwego dostępu do informacji coraz częściej spotyka się niemal dorosłych ludzi dysponujących kadłubową, a przy tym chaotyczną wiedzą o Polsce i świecie. Bez solidnych fundamentów trudno dobrze budować. Szkoły pozbawione pieniędzy i nowoczesnych pomocy naukowych, nauczyciele zawaleni papierami, spętani ramowymi planami nauczania; trudno uwrażliwiać w takich realiach. Pozostaje po prostu starać się i wierzyć w sens. System edukacji postrzegam coraz częściej jako iluzję, na którą społeczeństwo się godzi. Jak długo jeszcze?
Czy dzieci znają Pańską twórczość? Czy mają frajdę z tego, że ich nauczyciel jest prawdziwym pisarzem?


                               Krzysztof Pochwicki z Bożeną Mazalik i Magdaleną Woźniak [źródło zdjęcia]   
O tym, że piszę, uczniowie dowiadują się samodzielnie w sieci lub słuchając mnie uważnie na lekcjach. Niekiedy zachęcam bowiem do lektury moich wybranych tekstów. Wiem, że mam czytelników, ponoć nawet prawdziwych fanów. Naprawdę miło jest, gdy nie tylko uczeń, ale i rodzic mówi mi, że kupił moją książkę, przeczytał i jest pod wrażeniem.
W jaki sposób budował Pan relacje z uczniami? Na co zwraca Pan uwagę, by zachować respekt, ale nie stracić dobrego kontaktu? Czy ma Pan sprawdzoną receptę na budowanie właściwych relacji między nauczycielem i uczniami?
Młodzież błyskawicznie ocenia nauczyciela. Bezwzględnie wykorzystuje jego słabości, niedociągnięcia. Nie mam gotowego przepisu na wykształcanie relacji. Po prostu wchodzę do sali i robię swoje. Lubię swoją pracę, staram się prowadzić zajęcia ciekawie, intensywnie. Nie kumpluję się na siłę. Wyraźnie wyznaczam granice. Luz luzem, ale to moja lekcja i ja rządzę. Kropka.
„Cywilizacja traw” i tematy popularnonaukowe to nie jest jedyna dziedzina Pana zainteresowań. Pisze Pan opowiadania utrzymane w konwencji fantasy. Skąd zamiłowanie do tego typu literatury?
Jako dzieciak płynnie przeszedłem ze świata baśni, bajek do literatury fantastycznej. Czytałem niemal wszystko, co wpadło mi w ręce. Charles R. Tanner i jego „Tumitak z podziemnych korytarzy”, Tolkien, Stanisław Lem, Janusz A Zajdel, Harry Harrison, wreszcie dwaj moim ulubieni bohaterowie: Conan Roberta E. Howarda oraz Kane stworzony przez Karla Wagnera. Wciąż mam do nich słabość. Bakcyl przekazano mi odpowiednio wcześnie, zamiłowanie pozostało.
Czym charakteryzują się Pańskie opowiadania?

Usłyszałem, że piszę w sposób barokowy. Cokolwiek ma to oznaczać. Nie upraszam na siłę stylu, natomiast lubię bawić się formą, niuansami. Uczę się. Pisząc staram się pobudzać wyobraźnię czytelnika, pozostawiając mu zarazem spory zakres swobody. Nie narzucam wszystkiego. Lubię historie linearne. Tak mam.
Publikuje Pan swoje opowiadania na stronie autorskiej. Czy myślał Pan o tym, by wydać drukiem wybór swoich opowiadań? Wysyłał je Pan może do wydawnictw?
Gdy zbiorę tak ze 30 opowiadań, wówczas można wybrać najlepsze i pomyśleć nad jakimś zbiorem. Ostatnio wysyłam prace na konkursy, na razie bez sukcesu. Poprawiam wybrane teksty, nie zniechęcam się. Zakładam, że są czytane i ktoś je doceni. Natomiast doszły mnie słuchy, że niektórzy usiłują wyrobić sobie zdanie na mój temat przez pryzmat moich fikcji. Powodzenia!
Jaka jest Pana opinia na temat opowiadań? To wstęp do pisania powieści czy „wyższa szkoła jazdy” i sprawdzian umiejętności warsztatowych pisarza?
Pisanie opowiadań nie zmusza automatycznie do prób z większą, dłuższą formą. Jednak jeśli ktoś przymierza się do stworzenia tekstu wykraczającego poza ramy opowiadania, wówczas bez znajomości warsztatu, wypracowanego stylu często ma problem. Większy lub mniejszy. Zazwyczaj większy. Opowiadanie oceniam jako trudny, wymagający rodzaj wypowiedzi narracyjnej. Głównie dlatego, że krótki.
Całkiem niedawno ukazał się tomik opowiadań „Lato moralnego niepokoju”, w którym zamieszczone zostały utwory absolwentów Szkoły Pasji Pisania. Wśród nich znajduje się także Pańskie opowiadanie w konwencji fantasy „Dałem słowo człowiekowi”. Dlaczego znalazł się Pan w tej szkole? Jakie umiejętności chciał Pan zdobyć? Czego Panu brakowało?
Nie jestem absolwentem, kursantem tych warsztatów. Jakub Winiarski jest moim przyjacielem. Nie znudziliśmy się swoim towarzystwem, mimo iż oglądamy swoje gębule od liceum. Znaczy lat parę (stosując pokaźną miarę). Dzięki Kubie poznałem wielu ciekawych ludzi, przeczytałem tony książek, po które sam pewnie bym nie sięgnął i wysłuchałem mnóstwo opinii, których w innej sytuacji raczej bym nie usłyszał. Analizuję, wnioskuję, przyswajam. Uczę się. O to chodzi.
Jak ogólnie podoba się Panu tom „Lato moralnego niepokoju” i o czym jest Pańskie opowiadanie?
„Lato moralnego niepokoju” podoba mi się jako całość. Z pewnością jest to pozycja zapewniająca lekturę zróżnicowaną stylem, poziomem, treścią. Co kto lubi. Nie jestem piewcą niektórych opowiadań, lecz nie wyjawię, które mam na myśli. Początkowo teksty miały mieć związek z szeroko pojmowaną problematyką wakacyjną. Napisałem tekst na potrzeby tego zbioru. Dobrze się przy tym bawiłem. „Dałem słowo człowiekowi” jest pewną wizją. Starałem się, by była to wizja plastyczna. Homo sapiens jako istota przegrana, przy tym wciąż budząca strach, tajemnicza. Konfrontacja nie tylko odmiennych postaw, kultur, ale wręcz różnych biologii. W tekście podrzuciłem pewne smaczki, wątki pobudzające ciekawość. Od początku mam ochotę wrócić do tego świata. Może inne opowiadania? Może coś dłuższego?
Czy myślał Pan już o napisaniu powieści w stylu fantasy? Może o rozbudowaniu jakiegoś własnego utworu?

Ponoć Karol May talent pisarski odkrył w więzieniu. Sporządził wówczas listę pomysłów na książki, które później metodycznie realizował. Też mam listę pomysłów na książki. Niektóre nawet zacząłem. Pozostaje tylko kwestia czasu. Teraz, ze względu na pewne zmiany w życiu prywatnym, istnieje szansa, że będę miał tego czasu więcej. Chcę skończyć 1-2 opowiadania i biorę się za powieść. Z pewnością nie będzie to literatura faktu.
W zeszłym roku wziął Pan udział w konkursie na Wolską Bajkę. Pański tekst „Pan Bola” zajął II miejsce. Jakie miejsce w Pana twórczości mają bajki dla dzieci?
Bajkę napisałem, by sprawić przyjemność mojemu dziedzicowi. Faktycznie, był dumny. Teraz powoli porządkuję własne bajki, które pisałem mając 10-13 lat. Dam znajomym do oceny, zobaczę.
W bajce przedstawił Pan chłopca, który wagarował, nie lubił szkoły aż do momentu, gdy spotkał „Esencjaka”, który oprowadzał go po Woli, wskazując miejsca, w których wydarzyło się coś ważnego, gdzie „rodziła się” historia. Co zainspirowało Pana do stworzenia takiej postaci?
Chciałem stworzyć coś nowego. Uważam, że w esencjakach tkwi potencjał. Można wykorzystać je do promocji historii, uwikłać w nowe przygody. Wyobrażałem też sobie jak wyglądają, poruszają się. Krasnoludki jakoś nigdy nie zdołały mnie do siebie przekonać…
Dla kogo pisze się trudniej? Kto jest bardziej wymagającym czytelnikiem – dorosły czy dziecko?
Raczej dziecko. Uwzględniam przy tym fakt postępującego dziecinnienia coraz liczniejszej grupy dorosłych. Przez kurtuazję i typowy dla mnie umiar nie wypowiem się na temat poziomu części tytułów kierowanych ponoć do dorosłego, dojrzałego i wyrobionego odbiorcy.
Czy chce się Pan jeszcze sprawdzić w innych gatunkach literackich? Nad czym Pan teraz pracuje?
Inne gatunki mnie chwilowo nie pociągają. Wbrew panującym trendom nie przymierzam się do wspomnień, polemik, opisywania podróży lub zbierania przepisów kulinarnych. Mam pomysł na książkę w rodzaju historii alternatywnej, ale to wyjątek. Piszę książkę – żmudnie, powoli – wspólnie z Jakubem Winiarskim. Szczegółów nie zdradzę, aby nie zapeszyć. Potem, a może równolegle, powieść.
Po jakie książki sięga Pan dla własnej przyjemności?
Zależy od aury i chwilowych potrzeb. W domu mam pokaźną bibliotekę. Głównie książki z zakresu nauk przyrodniczych, geografii, historii. Prócz tego psychologia, socjologia, tytuły naukowe i popularnonaukowe, nieco filozofii, biografii, traktatów. Proza, niemal cała, została u mamy. Po prostu lubię czytać. Najlepiej w ubikacji. Ponoć to zwyczaj typowo samczy.
Jakie książki są dla Pana najważniejsze? Proszę wymienić dwie absolutnie obowiązkowe?
Trudno tak. Bardzo często zaglądam do „Sztuki wojny” Sun Zi. Książką, do której mam olbrzymi sentyment, do której wciąż niekiedy zaglądam, jest „Diuna” Franka Herberta.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

niedziela, 27 października 2013

"Literatura Greków i Rzymian", Zygmunt Kubiak


Podróż do źródeł
W lipcu br. w ofercie wydawnictwa Znak pojawiło się wznowienie książki pisarza, eseisty i tłumacza Zygmunta Kubiaka. „Literatura Greków i Rzymian” to wyprawa śladem najstarszych zachowanych dzieł, które wywarły wpływ na naszą kulturę, sposób myślenia, a tym samym wyznaczyły kierunek późniejszej twórczości pisarskiej. Książka wielokrotnie odwołuje się do tekstów antycznych, a swobodne z nimi obcowanie umożliwiają komentarze odnoszące się do kontekstu historycznego i przybliżające sylwetki autorów.
Zaczynając tę niezwykłą przygodę, cofniemy się w czasie aż do VIII wieku przed Chrystusem, gdyż z tego okresu pochodzą najstarsze zachowane pomniki słowa pisanego: „Iliada” i „Odyseja”. Poznamy Homera (ciągle wymykającego się badaczom) i Hezjoda, a także najwybitniejszych przedstawicieli liryki greckiej, twórców dramatów, poetów, dziejopisów i filozofów. Zdamy sobie sprawę, ile literatura zawdzięcza bardom, oratorom, a także mecenasom sztuki, bibliofilom i kolekcjonerom, wreszcie – anonimowym pisarzom, którzy mozolnie opracowywali kolejne antologie. Książka Kubiaka z pewnością daleko wykracza poza ustalone rodzaje i gatunki literackie: epikę, lirykę i dramat, ale dzięki temu uzmysławiamy sobie jak wiele zjawisk i zdarzeń wpłynęło na kształt współczesnej literatury.
Podczas lektury wielokrotnie napotkamy rozważania o „Iliadzie”, motyw tego eposu powraca jak refren, więc czytelnik niejako mimowolnie zaczyna rozumieć, na czym polega jego fenomen. Jest najstarszym „zabytkiem literatury”, ale nie wprawką pisarską, tylko od razu niedoścignionym wzorem. Jego doskonałość świadczy, że jest ukoronowaniem wielowiekowej tradycji tworzenia i przekazywania pieśni, której już nigdy nie będzie nam dane prześledzić. Przez tysiąclecia „Iliada” fascynowała kolejne pokolenia, wpływała na kształt twórczości różnych epok, a nawet na ambicje polityków. Jej pierwszym recenzentem był Arystoteles, a Aleksander Macedoński nigdy się z nią nie rozstawał. Wergiliusz, pisząc dzieło swego życia, desperacko próbował dorównać doskonałości eposu, jednak zmarł z poczuciem porażki, a niewiele brakowało, byśmy nigdy nie poznali „Eneidy”, gdyż zdesperowany autor chciał ją spalić…

„Literatura Greków i Rzymian” to dzieło niezwykłe. Jest zaproszeniem do podróży w czasie do korzeni naszej kultury. Nie przypomina szablonowej antologii ani filologicznej historii literatury. Zwykle czytelnik bez odpowiedniego przygotowania raczej nie sięga po antyczne teksty. W przypadku Kubiaka może to zrobić bez obawy. Książka jest nie tylko pięknie wydana, co koresponduje z rangą jej tematyki, ale także w sposób zrozumiały napisana. Wystarczy przyjąć zaproszenie i pozwolić się prowadzić szlakiem wielkich arcydzieł, zwłaszcza że przewodnikiem jest erudyta, wielki entuzjasta i niestrudzony propagator kultury antycznej. Grzechem byłoby z takiego zaproszenia nie skorzystać.


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:




                                                                                                     Serdecznie dziękuję:)

piątek, 25 października 2013

"Tam, gdzie urodził się Orfeusz" - Ałbena Grabowska-Grzyb, fragment



„…Naprzeciwko nas błyszczy jezioro, z drugiej strony wznoszą się wysokie skały. – To skały Orfeusza – mówię uroczystym głosem. Na rodzinie robi to wrażenie. Widok jest przepiękny. Surowa ogromna skała wyrasta jakby z wody. To z niej według legendy wyszedł Orfeusz. W tych właśnie lasach mieszkał i polował. Z trzciny zrobił pierwszy instrument. Może tu zakochał się w Eurydyce? Tego nie wiem. Jest praojcem wszystkich muzyków rodopskich, do niego odwołują się pieśniarze i muzycy. Legenda Orfeusza jest bardzo głęboko zakorzeniona w tych stronach. Rzymianie i Trakowie mieszkający tu szanowali legendę opiewającą tę niezwykłą postać i kultywowali muzyczne tradycje regionu. Rzymianie imieniem Orfeusza nazwali też niezwykłą roślinę. Orfeewo cwete to roślina, której wizerunek wytłaczany był na starożytnych monetach. Jest jedyną na świecie rośliną, która wyrwana z korzeniami nie umiera, ale zapada w letarg. Ususzona, nawet po wielu latach, jeśli zostanie zasadzona w ziemi, zaczyna rosnąć i kwitnąć. Pokazuję roślinkę, którą znalazłam na rysunku w encyklopedii. Zachęcam dzieci do szukanie tego niezwykłego gatunku. Potem zamierzam ją ususzyć, zabrać do Polski i na wiosnę zasadzić. Wtedy przekonamy się, czy to prawda, co o niej mówią. Patrzymy w trawę, ale oprócz znanej nam roślinności i koniczynek nie widzę orfeewo cwete. Przy kolejnym jeziorku typowy bałkański obrazek. Na brzegu stoi otwarty samochód, z którego dobiega głośna muzyka, obok samochodu rozłożono dwa koce, na nich siedzi grupka ludzi. W pobliżu nieduże prowizoryczne palenisko, na którym piecze się mały baran. Jeden z mężczyzn od czasu do czasu obraca mięso i przysiada na kocu, gdzie już czeka pokrojony chleb, kiseło mljako w słoikach i sałatka szopska. Właściwie kto powiedział, że nie można przyjechać z rodziną nad jezioro i upiec barana? Dzieci natychmiast zaczynają dopominać się obiadu. Odchodzimy szybko, bo gospodarze przyjęcia mogą zaprosić nas na pieczone mięso, jeśli zorientują się, że dzieci są głodne. Nie zdziwiłabym się wcale, bo Bułgarzy to jedni z najbardziej gościnnych i uczynnych ludzi pod słońcem. (...)

Znajdujemy przystanek autobusowy, bez rozkładu jazdy oczywiście, ale nauczeni doświadczeniem pytamy w pobliskiej knajpce, kiedy będzie autobus do Czełpere. Kelnerka mówi, że za czterdzieści minut. W sam raz, żeby zjeść coś lekkiego. Zamawiamy zupę pomidorową z kurczakiem. Nieźle zmarzliśmy na tej wycieczce. W autobusie wszyscy zasypiamy. Zmiana klimatu jest zbyt męcząca nawet dla dorosłych.


Wieczorem jesteśmy wykończeni. Dzieci wyjątkowo bez protestów idą spać. (…) Ktoś puka w okno. Wprowadzam do domu uczinajkę. Jak zwykle nie daje się niczym poczęstować, chociaż sama niesie potężny baniak świeżego mleka i słoik kiseło mljako. Siada na chwilę i zdejmuje czarną chustę z głowy. Opowiadam jej, gdzie byliśmy. Jest pod wrażeniem wycieczki, chociaż dodaje coś na temat męczenia dzieci. Mówię jej o orfeewo cwete i dyskretnie dopytuję, czy nie jest przypadkiem legenda. – Legenda? – śmieje się uczinajka. Zrywa się nieoczekiwanie. Nie wiem o co chodzi, ale idę za nią. Jest ciemno, mimo to prowadzi mnie pewnie za dom, gdzie są grządki, na których Swetła sadzi warzywa na użytek własny. Przy trzeciej grządce sprawnie wyrywa roślinę z kępki rosnącej tuż przy ścieżce. Jest orfeewo cwete. Karmiliśmy nim kury prawie przez całe lato.”

środa, 23 października 2013

DLA DZIECI PISZE SIĘ ŁATWIEJ I RADOŚNIEJ - rozmowa z Ałbeną Grabowską-Grzyb, lekarką i pisarką, autorką książek dla dzieci i dorosłych; LiteraTura, Wrocław 2013



Jest Pani osobą zapracowaną: autorką książek dla dzieci i dla dorosłych, a także lekarką, neurologiem, specjalistką w dziedzinie zaburzeń psychicznych w przebiegu padaczki, autorką licznych prac naukowych na ten temat. Literacko zadebiutowała Pani książką „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”. Jak Pani ją klasyfikuje? Czy to jest dziennik, pamiętnik, książka podróżnicza? A może powrót do krainy dzieciństwa?
Tak naprawdę jest wszystkim tym po trochu. W książce wspominam o kuchni rodopskiej, historii Bułgarów i ich obyczajowości, również o literaturze. Fakty historyczne przeplatam opowieściami o mojej rodzinie, pokazuję życie mojej babci, zamieszczam także wspomnienia z mojego własnego dzieciństwa. Książka jest troszeczkę wyidealizowana, ponieważ zamieszczane w niej historię opowiedziano mi, gdy miałam kilka-kilkanaście lat, więc ukazuję to, co się zdarzyło, z punktu widzenia dziecka, chociaż wspomnienia spisuję już jako osoba dorosła.
„Tam, gdzie urodził się Orfeusz” przybliża Polakom mało znany zakątek Europy. Pokazuje Pani sposób życia i zajęcia mieszkańców małej wsi w Rodopach, ich wierzenia, kulturę materialną, obyczajowość. Przedstawia Pani życie swojej rodziny na tle historycznym i społecznym. Ale ta malownicza miejscowość zmienia się w ośrodek turystyczny, gdyż położona jest nieopodal coraz popularniejszych tras narciarskich. Czy zatem chce Pani utrwalić na kartach książki świat, który odchodzi w przeszłość?

Ten świat odchodzi w przeszłość w sposób naturalny. To normalne, że miejscowość zmienia się, napływają nowi mieszkańcy, rodzą się dzieci. Trasy narciarskie i hotele to również możliwość przyjmowania turystów zagranicznych, pokazania Anglikom, Niemcom czy choćby Polakom, że w Bułgarii można spędzić wspaniały urlop nie tylko w lecie nad morzem, ale także zimą w górach. Czepełare było zawsze bardzo nowoczesnym miastem. Jako pierwsze miasteczko w Bułgarii otworzyło szkołę muzyczną, biblioteka zawsze zawierała ogromne zbiory, a teatr amatorski wystawiał regularnie dramaty klasyczne i współczesne. Rozwój jest dobry, chociaż w jego ramach mieszczą się także zjawiska smutne. Coraz więcej osób, szczególnie młodych, szuka pracy w większych miastach, coraz mniej ludzi mówi pięknym miejscowym dialektem. Miałam nadzieję, że uda się książkę przetłumaczyć na język bułgarski i w ten sposób uświadomić Czepełarcom, w jakim pięknym miejscu mieszkają.


Ałbena Grabowska-Grzyb w księgarni Matras, LiteraTura 2013

Na co dzień posługujemy się stereotypami – większości Polaków Bułgaria kojarzy się z miejscem wakacyjnego wypoczynku. Pani natomiast zmienia nasz sposób myślenia o tym kraju. Stała się Pani niejako ambasadorem Bułgarii w Polsce. A gdyby odwrócić sytuację? Gdybym poprosiła Panią o przedstawienie Polski Bułgarom? Jakie miejsca w Polsce są Pani szczególnie drogie? Które poleciłaby Pani jako godne odwiedzenia?
Ponieważ darzę Warszawę nietypowym sentymentem, myślę, że zachęciłabym do zwiedzenia stolicy i zobaczenia na jakie wspaniałe miasto wyrasta. Bardzo podobają mi się Wrocław, Poznań. Wspaniały klimat jest w Łodzi. Oczywiście Kraków robi na turystach ogromne wrażenie. Ale mamy przepiękne mniejsze miejscowości: Kazimierz Dolny, Milanówek. Pamiętać należy, że Bułgarzy mają w swojej historii 500-letnią wyrwę kulturalną. Chętnie odwiedzają państwa, w których mogą zobaczyć VII-XIX-wieczne budowle. Tego im brakuje i właśnie takich miejsc szukają za granicą. Na pewno Mazury robią na nich wielkie wrażenie. Sami mają kilka jezior, ale nie tak malowniczych, jak nasze. Bułgarzy lubią i znają Polskę i Polaków. W latach 50., 60., a nawet 70., traktowali nasz kraj jako „okno na świat”, oglądali filmy ze Zbigniewem Cybulskim, kino moralnego niepokoju. Kiedy ojciec oświadczył się mojej mamie, to najpierw pomyślała, że skoro będzie miała męża polskiego pochodzenia, to nauczy się jego języka i przeczyta swojego ukochanego Lema w oryginale. Lata 90. zmieniły nieco stosunek Bułgarów do nas. Chociaż przetarliśmy drogę do wolności i zapoczątkowaliśmy wielkie zmiany, Polacy kojarzyli się głównie z handlem w nadmorskich miejscowościach i obrotem walutą. Teraz takie zjawisko należy do rzadkości. Polacy wypoczywają i zwiedzają. Pomimo iż nasza dzieje się różnią, to po prostu pasujemy do siebie.


W swej książce przywołuje Pani postać Orfeusza, który dla Bułgarów jest rodakiem, a dla Polaków postacią mityczną. Wraz z rodziną szuka Pani miejsc poświęconych Orfeuszowi, nazwanych jego imieniem lub znanych z mitologii. Kiedy Rzymianie podbili ziemie dzisiejszej Bułgarii, zastali tak silny jego kult, że po prostu wchłonęli go do własnej mitologii. Czy ma Pani równie ulubioną polską postać literacką lub historyczną, do której mogłaby się Pani w tej naszej hipotetycznej książce o Polsce odnieść?
To dla mnie trudne pytanie. Nigdy dotąd nie myślałam o Polsce w ten sposób… Z pisarzy czy poetów bardzo trudno wybrać, bo albo przychodzili na świat i mieszkali na terenach, które nie są dziś polskie, albo sporą część życia spędzali na emigracji. Prus choć dokumentuje Warszawę XIX wieku, to jest to tylko jedno miasto, a nawet jego wycinek. Sienkiewicza z kolei nie lubię... (wiem, narażam się tutaj na oburzenie, ale to moje prywatne zdanie). Chyba pozostałabym przy Wokulskim, nie tyle dokumentując jego podróże (nie było ich tak wiele), co wtedy w Polsce stosunki społeczne panujące i przejście z romantyzmu do pozytywizmu, czego w literaturze bułgarskiej trudno się doszukać ze względu na zabory.
Ma Pani piękne i oryginalne imię. Czy otrzymała je Pani po swoich przodkach, czy może ma ono inne znaczenie?

Moje drugie imię, Kateryna, otrzymałam po babci. W Bułgarii jest taki zwyczaj, że nadaje się dzieciom imiona po swoich rodzicach, przez szacunek do nich. Ja zostałam nazwana na cześć księżniczki Ałbeny, bohaterki dramatu Jordana Jowkowa „Ałbena”. To bardzo ważny dla Bułgarów dramat. Odpowiednik mickiewiczowskiej „Grażyny”. Bardzo lubię swoje imię, nie sposób mnie z nikim pomylić. Nie ma wielu Ałben w Polsce. Ja w każdym razie nie znam innej ;-)
Posiada Pani dwa domy – w Polsce i w Rodopach. Proszę powiedzieć z ręką na sercu – który dom by Pani wybrała, gdyby zaistniała taka potrzeba?
Zdecydowanie w Polsce. Nigdy nie mieszkałam w Bułgarii, nie chodziłam do szkoły i nie pracowałam w Bułgarii i nie wiem, czy bym się tam odnalazła. To jednak odmienna mentalność, całkiem różne życie. Co innego spędzać gdzieś wakacje, nawet co roku, a co innego budować tam swój świat. Mnie się wydaje, że mam charakter typowo polski, tylko z elementami bułgarskimi. Tymi najlepszymi, oczywiście ;-)

Pani drugą książką dla dorosłego czytelnika jest powieść „Coraz mniej olśnień”. To utwór zupełnie innego rodzaju, nie przypomina Pani debiutu. Co Panią zainspirowało do napisania tej historii?

To jest moja piąta z kolei książka i dopiero teraz zdobyłam się na fabułę. Dojrzewałam do niej powoli. Miałam konkretną historię do opowiedzenia, wiedziałam dobrze, co chce przekazać, zrobiłam plan i tak właśnie ta książka powstała. Najpierw było pewne zdarzenie. Jechałam pociągiem, a naprzeciw mnie w przedziale siedziała dziewczyna bardzo do mnie fizycznie podobna. W pewnym momencie pociąg ostro zahamował i po prostu się ze sobą zderzyłyśmy. Z torebek wypadły nam portfele i dokumenty. Zaczęłam się zastanawiać, co by się stało, gdyby zdarzyła się katastrofa i jedna z nas poniosła by w niej śmierć. Zaczęłam się zastanawiać, czy przejęłabym tożsamość tamtej dziewczyny, chociażby po to, żeby uciec na kilka dni od codziennych problemów. Wtedy zrodziła się jedna z moich bohaterek, która podobną sytuację wykorzystała, żeby uciec na zawsze od swojej rodziny. W książce staram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego osoba o wysokim statusie materialnym, lekarka, która osiągnęła sukces zawodowy, ma dzieci, męża, ucieka i z dnia na dzień staje się zupełnie inną osobą. Oczywiście to nie jedyna historia w książce i nie jedyne pytanie, jakie stawiam.
Dla jakiej grupy czytelników napisała Pani tę książkę? O kim Pani myślała?
Jedna z moich bohaterek to młoda dziewczyna, pozostałe dwie mają ponad pięćdziesiąt lat. Pomyślałam sobie, że w ten sposób książka nie będzie przeznaczona tylko dla mojego pokolenia, ale dla kobiet z pokolenia mojej mamy również. Myślę, że to jest taka uniwersalna historia – o kobietach, ale przeznaczona dla kobiet i mężczyzn. Dla tych, których interesują trudne historie i bolesne relacje.

Pisze Pani także książki dla dzieci, zwłaszcza – bajki terapeutyczne. Czy jednak ich adresatami są tylko dzieci? Czy nie jest tak, że bajka zawiera pewne drogowskazy, które mają przede wszystkim prowadzić dorosłych? Także w trosce o prawidłowe wychowanie dzieci?
Pierwsza bajka, którą napisałam, była skierowana do dzieci chorych na padaczkę, z myślą o tym, by oswoić je z tą chorobą. Mali pacjenci doznają pewnych wrażeń, mają napady padaczkowe i nie bardzo wiedzą co się z nimi wtedy dzieje. Lekarze często zajmują się samą chorobą, nie potrafią z dziećmi rozmawiać, nie mają na to czasu, a z kolei rodzice bronią się przed tą chorobą przez wyparcie. Pierwszą myślą było oczywiście to, by pomóc dziecku, by właśnie dziecko zrozumiało swoją chorobę (to jest bajka o zwierzątkach, a więc pisana była z myślą o najmłodszych dzieciach). Ale dzięki temu, że rodzic czyta dziecku – oboje oswajają się z tym problemem. W zasadzie książka adresowana jest do obojga.
Pierwszą bajkę terapeutyczną napisała Pani jako lekarz specjalista. Przeznaczona była do terapii konkretnych dzieci?

Tak. Książka została wydana w ilości 10 tysięcy egzemplarzy przez portal społecznościowy dla pacjentów i ich rodzin – Tacyjakja.pl. Jestem w tym portalu konsultantem w dziale „padaczka”. Ale mamy też inne działy, takie jak CHAD (choroba afektywna dwubiegunowa), alergie, niskorosłość, epizod depresyjny. Firma UCB wykupiła książeczki po to, aby grupa docelowa dostała je od swoich lekarzy za darmo. Mam sygnały, że książka pomaga dzieciom i rodzicom. Jestem z tego bardzo dumna. Co więcej, same dzieci po lekturze zaczynały wypytywać lekarzy o swoją chorobę i związane z nią problemy. Wcześniej zdarzało się, że lekarz rozmawiał wyłącznie z rodzicami, niejako „pomijając” małego pacjenta. Ogromnie mnie to zaskoczyło i ucieszyło.

Pozostałe bajki z serii „Julek i Majka” przeznaczone są już do powszechnego użytku i dostępne w księgarniach. „Julek i Majka w labiryncie”, pierwsza z serii, to książka o zagrożeniach płynących z nieograniczonego dostępu do komputera, o tym, jak potrafi wciągnąć świat wirtualny. Każdy rozdział składa się z dwóch części: przygody właściwej, która rozgrywa się w świecie rzeczywistym bądź w świecie gry komputerowej oraz komentarza, w którym tłumaczy Pani dzieciom ich doznania i pokazuje, które obszary mózgu za nie odpowiadają.
To jest książka typowo przygodowa. Chciałam, żeby była lekka, by czytało się ją z przyjemnością. Ale rzeczywiście dotyka ona istotnych problemów, rozpoznawalnych przez rodziców, a także przez dzieci. Pierwsza część rozgrywa się w całości w grze komputerowej, a wirtualny świat, po którym wędrują dzieci i ich mama, mieści się w ludzkim mózgu. Wszystkie poziomy gry mają swoje odpowiedniki w strukturach ośrodkowego układu nerwowego. Po każdym rozdziale można przeczytać o strukturach w nim opisanych, jak są zbudowane i jakie funkcje pełnią. Uważam, że to bardzo kształcące. Kolejne części już nie są tak ściśle związane z umysłem. Druga część mówi o zagrożeniach płynących ze znajomości zawieranych przez Internet i o tym, jak bardzo niebezpieczny i niekontrolowany jest ten świat. Trzecia część opowiada o braterstwie i przyjaźni. O tym, jak ważne jest, żeby robić coś razem i pomagać sobie wzajemnie. Wszystkie książeczki mówią także o zaufaniu do rodziców, nauczycieli i o tym, jak rozmawiać z dzieckiem, aby nie uciekało ono w wirtualny świat.
Pani książki są uznawane za terapeutyczne. Ale czy uważa Pani, że – z wyjątkiem tej pierwszej, która miała pomóc w konkretnym przypadku – rzeczywiście powinny być tak traktowane? Nie lepiej, gdyby były czytane powszechnie, gdyby stały się lekturami szkolnymi?
Pierwsza część już trafiła do szkół. Jestem niesłychanie z tego dumna, bo będzie zamieszczona w podręczniku do piątej klasy, a ten podręcznik wybrało 90% szkół. Nie miałam na to wpływu, ale dostrzeżono, że uzależnienie dzieci od Internetu i gier komputerowych to dzisiaj naprawdę poważny problem. Kiedyś grało się w grę, ale potem zamykało się ją i wracało do świata. Teraz wszystkie dzieci są na bieżąco „on-line”, wchodzą na niewiadomo jakie strony, stale grają, czatują do woli, a to się wymyka rodzicom spod kontroli. Trzeba z nimi o tym rozmawiać.
Jest Pani osobą bardzo zajętą. Prócz obowiązków zawodowych zajmuje się Pani trójką własnych dzieci, a także podróżuje. Jak Pani to wszystko godzi? Kiedy Pani znajduje czas na pisanie książek?

Zaczęłam pisać dopiero trzy lata temu, kiedy zmieniłam pracę. Piszę w tak zwanym „międzyczasie”. Najważniejsze są dla mnie, i zawsze były, moje dzieci. Starsze chodzą do szkoły podstawowej. Moja 10-letnia córka jest w czwartej klasie, po raz pierwszy ma zajęcia z wieloma nauczycielami i jest to dla niej bardzo stresujące. Z kolei 12-letni syn chodzi do klasy szóstej i w maju czeka nas test szóstoklasisty, od którego wyniku zależy do jakiego gimnazjum się dostanie. Mój najmłodszy synek w zeszłym roku trafił do przedszkola i tam pojawił się problem poważniejszy niż trudności adaptacyjne przedszkolaka. Zdiagnozowano całościowe zaburzenia rozwojowe ze spektrum autyzmu. Wcześniej ten problem wydawał mi się bardzo odległy. Mało wiedziałam na ten temat, nie znałam nikogo z podobnymi problemami, na studiach ta choroba traktowana jest bardzo po macoszemu. Ale trafiliśmy do bardzo dobrych terapeutów i leczenie odnosi bardzo dobre skutki. Rokowania są pomyślne i mam nadzieję, że Franek będzie szczęśliwym dzieckiem.
Kto jest bardziej wymagającym odbiorcą – dziecko czy dorosły?
Dla dzieci pisze się łatwiej i radośniej, można bezkarnie rozwijać wyobraźnię, chociaż dziecko nigdy tak jak dorosły nie powie, że coś mu się podoba, bo tak wypada. Zawsze powie prawdę albo odłoży książkę. Bardzo mnie cieszy, kiedy słyszę od dzieci pytania, czy będą kolejne części „Julka i Mai”. Dla dorosłych pisze się zupełnie inaczej. Wymaga to ogromnej dyscypliny. Chociaż może jest to kwestia moich powieści, które nie są łatwe w odbiorze.
Nad czym Pani teraz pracuje i kiedy ukaże się nowa książka?
Zakończyłam czwartą część Julka i Mai pod roboczym tytułem „Misja czwarta”. Na pierwsze dni listopada planowane jest wydanie powieści „Być jak lady Makbet” Jak sama nazwa wskazuje, będzie o kobiecie, która chciała, podobnie jak szekspirowska bohaterka, „losowi dopomóc”. Piszę już zresztą kolejną powieść i mam pomysł na następną część przygód Julka i Mai.


Serdecznie dziękuję za rozmowę. Życzę wielu sukcesów w życiu zawodowym i osobistym, pomyślnie zakończonej terapii syna… Wraz z czytelnikami oczywiście czekamy na nową książkę :)
Bardzo dziękuję:)

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

niedziela, 20 października 2013

Oko w oko, czyli z wizytą u Karriby;)

Dzisiaj mam dla Was na rozmowę, do której zaprosiła mnie Karriba, której serdecznie dziękuję i pozdrawiam:)

Link do rozmowy: W poprzednim wcieleniu byłam Włóczykijem z Muminków


Skąd wzięła się Ola w książkowej blogosferze?

To się nazywa widok, no nie?  Pamiątka z wycieczki :)
Na początku był obrazek :) Czyli blog fotograficzny, na którym pokazywałam swoje zdjęcia. Wtedy złapałam blogerskiego bakcyla. Spodobała mi się wymiana zdań z innymi pasjonatami. Taka interakcja: ja ocenię ciebie, ty mnie, jakieś żarty, pozdrowienia... Poznałam sporo osób. Ponieważ lubię podróżować, ktoś powiedział mi, że powinnam częściej opisywać wrażenia ze swoich eskapad. Ośmieliłam się to zrobić. Mniej więcej w tym czasie odkryłam dla siebie portal Lubimy Czytać, na którym zaczęłam wprawiać się w pisaniu recenzji. Kiedy udało mi się kilka razy wygrać konkurs na recenzję tygodnia, uznałam, że to bardzo miłe, ale raczej wolałabym żywy kontakt z innymi czytelnikami. Wtedy właśnie pomyślałam - czemu nie spróbować na blogu literackim?

I oto, ku radości czytelników, jesteś :) 

Ku radości? O, bardzo bym chciała, żeby tak było ;) 

Czym różnią się Książki Oli od innych blogów literackich?


Przede wszystkim blogi są zróżnicowane i treściowo, i formalnie. Dzięki temu nie jest nudno. Nigdy jednak nie stosowałam żadnej skali porównawczej. Może więc po prostu powiem jak powstają moje recenzje. Wybieram książki, które - jak sądzę - mogą mnie czegoś nauczyć, poszerzyć moje czytelnicze doświadczenie. Przeżywam je podczas lektury, czasem bardzo mocno, a potem przelewam myśli "na papier". Nie publikuję tekstu od razu. Odkładam go na bok, by sprawdzić raz jeszcze, gdy emocje już opadną. Cieszy mnie praca nad tekstem, jego rytmem, logiką i puentą. A jeśli czasem uda mi się oddać w recenzji charakter, specyficzną dla gatunku i stylu autora atmosferę książki, to mam wtedy prawdziwą frajdę. 

Do stylu twojego pisania jeszcze wrócimy, bo sama doskonale wiesz, że się wyróżnia... 

Uważam, że każdy, kto przez chwilę zaczyna istnieć w świecie blogów - wypracowuje "swój" styl. Bardzo lubię różne blogi właśnie dzięki temu, że różnią się stylem. Do jednego zaglądam, bo wiem, że autorka bez skrępowania rozprawia się z książką, która się jej nie podoba, uroczo się przy tym "wyżywając". Gdzie indziej szukam dobrego humoru albo podziwiam świetny kontakt autorki z jej czytelnikami. A w jeszcze innym miejscu lubię podczytywać refleksje blogera o życiu, ukazane przez pryzmat przeżyć jego kilkuletniej córeczki. Nie uważam, że w tym kolorowym świecie aż tak się wyróżniam.

Myślisz, że wszyscy powinniśmy czytać to co może nas czegoś nauczyć? Taka jest podstawowa (a może jedyna?) rola naszego czytania?

Oczywiście, że nie. Wybór lektury jest osobistą sprawą, niemal intymną. W dodatku zależy od wielu czynników w danej chwili - od nastroju, od pogody. Każdy powinien czytać to, co w jakikolwiek sposób mu służy. Poza wszystkim lektura jest też rozrywką. Nawet intelektualna, wymagająca książka, jeżeli ktoś takie lubi, może sprawiać czytelniczą przyjemność.  Odpowiadając za siebie - mówię, że jestem ciekawa świata, wiele rzeczy mnie interesuje. Sięgam po książki, które mogą zaspokoić moją ciekawość.


Co więc czytasz najchętniej?

Klasykę. Z przyjemnością odkrywam świat polskich autorów. Także dobry kryminał, powieść historyczną, fantasy. Książki napisane pięknym językiem. Do pewnych lektur wracam, ponieważ łączą się z nimi wspomnienia, np. "Hrabia Monte Christo”, który związany jest z moim dziadkiem. A gdy planuję urlop – nic nie odciągnie mnie od książek pomagających zrozumieć miejsce, do którego się udaję. Jak widzisz, nie mogę udzielić prostej, jednoznacznej odpowiedzi.

Więc czytasz właściwie wszystko? :)

Absolutnie – nie. Wybierając książkę stosuję strategię będącą połączeniem analizy recenzji na blogach i rozmów z przyjaciółmi. Ale słucham też własnej intuicji.

Ale czy istnieje gatunek, który z zasady omijasz szerokim łukiem?

Znowu widok z hotelu - tym razem trochę inaczej :)
W zasadzie nie czytuję książek grozy – w takim najcięższym wydaniu, nie oglądam też horrorów w telewizji, albo oglądam jednym okiem – spod koca ;) Lubię dobry thriller, ale nie horror.

Czyli King odpada?

Niezupełnie. King napisał cykl „Mroczna Wieża”, stanowiący mieszankę fantasy, literatury grozy, a nawet westernu, a także powieść „Dallas’63”, gdzie wykorzystał motyw podróży w czasie. I te książki przeczytałam. Zdecydowanie wolę takiego Kinga. Ale to nie jest mój szczególnie ulubiony autor.

A jaki jest szczególnie ulubiony? 

Znowu nie mogę dać jednoznacznej odpowiedzi. Ale jeżeli pytasz o ulubionego pisarza w tym sensie, że mogę kupić w ciemno każdą jego książkę, bo jestem pewna, że stanie się dla mnie „wydarzeniem”, że przesłanie, styl i sens trafią do mnie, to są to Zygmunt Kubiak i Antoni Libera. Niedawno odkryłam Stanisława Vincenza, ale nie skończyłam jeszcze nawet jego cyklu huculskiego, nie mogę go więc wymienić obok poprzedników. Wydaje mi się jednak, że to będzie dłuższa znajomość. Oczywiście, darzę szacunkiem wielu innych pisarzy za jedną lub kilka książek.

A co sprawia, że twój warsztat pisarski jest tak dobry (i powszechnie chwalony!)? Talent? Ciężka praca? Jedno i drugie?

Bardzo mnie cieszy, gdy to, jak piszę, spotyka się z akceptacją. Ale czy jestem powszechnie chwalona? To chyba przesada. Oczywiście, istnieje grupka blogerów, z którymi wymieniam komentarze i których zdanie ogromnie cenię i szanuję, a zwłaszcza dziękuję za to, że wracają i naprawdę czytają moje wpisy. Dla mnie pisanie recenzji i postów nie jest ciężką pracą. To pasja. Talent? To znów zbyt wielkie słowo. Można je przypisać pisarzom i poetom, którzy potrafią zakląć w słowa świat i ludzkie doznania. Powiedziałabym raczej, że cechuje mnie dociekliwość i ciekawość świata :)

Ale zawsze lubiłaś pisać?

I jeszcze nocą :)
Nie pisywałam pamiętników ani dziennika, ale robiłam notatki z przeczytanych lektur i wrażeń, jakie na mnie wywarły. Poza tym zastanowił mnie kiedyś pewien aspekt pisania. Pamiętam, że byłam na coś strasznie wściekła. Nosiłam tę złość w sobie i nie umiałam nic na nią poradzić. Wreszcie wzięłam zeszyt i zaczęłam pisać. Wyrzuciłam z siebie emocje, zapisałam parę stron, a kiedy to przeczytałam – gniew się gdzieś ulotnił. Po prostu zrozumiałam, co się stało. Zobaczyłam czarno na białym całą sytuację, mechanizm, który popychał mnie do takiego, a nie innego postępowania. Oczywiście to, co napisałam, wylądowało w piecu. Moje zapiski nie miały żadnej wartości, poza tym, że spełniły funkcję terapeutyczną. Odtąd rozumiem autorów, gdy mówią, że napisanie książki było dla nich ważne i konieczne.

To świetny pomysł na "ochłonięcie" :) Nadal to robisz?

Nie :) Dzisiaj jestem dużo bardziej bezpośrednia i lepiej sobie radzę z emocjami. Jeżeli widzę, że coś się dzieje, po prostu rozmawiam o tym :) Rozmowa czyni cuda ;)
Z kim rozmawiasz?

Mówiąc to, miałam na myśli, że kiedy pojawia się problem, to drążę u źródła. Jeżeli moja córka snuje się po domu niczym gradowa chmura albo przyjaciółka długo nie dzwoni, po prostu pytam, o co chodzi i staram się dojść do sedna, a nie rozmyślać nad przyczynami tego stanu ;) Rozmowy wysoko sobie cenię i na szczęście nie narzekam na ich brak :) Zwłaszcza ostatni okres jest pod tym względem dość intensywny. Od czasu, gdy zostałam zaproszona na spotkanie pisarzy i czytelników podczas LiteraTury we Wrocławiu, korespondencyjnie wciąż uzupełniam przeprowadzone tam wywiady oraz wymieniam uwagi z autorami książek i osobami, które miałam przyjemność poznać :)



Lubisz takie wydarzenia? Różne czytelnicze akcje? Spotkania blogerów?

Oj tak, bardzo. LiteraTura to impreza, która odbyła się w ciągu jednego dnia, ale dla mnie trwała znacznie dłużej. Właściwie trwa do dziś. Kiedy zwrócono się do mnie, bym przygotowała pytania dla trzydziestu pisarzy, w pierwszej chwili omal nie doznałam zawału. Przeżyłam miesiąc hardcorowego „połykania” książek (mój mąż stwierdził, że takie stany konsultuje psychiatra). Jednak sama impreza była dla mnie fascynującą przygodą i przeżyciem :) Człowiek całe życie czyta, przeżywa, zagłębia się w myśli obcych sobie ludzi, a potem nagle poznaje ich w ilościach hurtowych. To robi wrażenie… Natomiast nie miałam jeszcze przyjemności wziąć udziału w spotkaniu blogerów. Z pewnością jest to szalenie sympatyczne wydarzenie. Na razie znam kilka osób wirtualnie. Kto wie, może uda nam się kiedyś spotkać? Bardzo bym chciała :)

Tego ci życzę :)


***

KWESTIONARIUSZ KARRIBY
Mam na imię... Ola.

Urodziłam się… na Śląsku.

Aktualnie mieszkam w... Siemianowicach Śląskich. 

Obecnie zajmuję się... pracuję, zajmuję się rodziną, czytam, jestem po uszy zagrzebana w wywiadach…

Nie wiem czy wiecie, ale... lubię wędrówkę szlakami turystycznymi, iskry z ogniska i dźwięk gitary. W poprzednim wcieleniu byłam Włóczykijem z Muminków ;)

Karriba to... blogerka, która znalazła ciekawy pomysł na siebie ;)



* - dodam tylko, że tytuły pod zdjęciami dodała Karriba, ja tylko przekopiowałam post;)

czwartek, 17 października 2013

"W piaskownicy światów. Epos wrocławski", Stanisław Karolewski - fragment



Po wyjściu z kościoła naturalnym byłoby ruszyć w stronę Rynku, będącego końcem wszystkich dróg, ale rzuciłem się od razu w lewo, w wąską uliczkę bez znaczenia. (…) Minąłem ławki pod Zakonem Urszulanek, na których nigdy nie siedziałem – to było dziwne, a nawet podejrzane. Metafizyka fizyki zdarzeń nie pchnęła mnie nigdy na czarno malowane deski. Dopiero później, już z Juliette, gdy – jak co roku latem – Wrocław stał się Paryżem, siadywałem na nich, delektując się cieniem wśród rozgrzanych do nieprzyzwoitości kamienic. Rozkoszowaliśmy się brakiem konieczności zanurzania w nowoczesne osiedla Winem, popijanym raz za razem, przelanym uprzednio w butelkę po 1662, przywiezioną z Paryża właśnie. Butelkę szklaną i elegancką, bo zakręcaną, co likwidowało konieczność wypicia całej w jednym czasie i miejscu, choć akurat ta właściwość była nam zbędna.


Paryskość podkreślały też wtedy przelewające się tłumy, szukające tu festiwalu filmowego, który wprawdzie się odbywał, ale biletów brakowało, podobnie jak na mające nadejść mistrzostwa w piłce nożnej.

Paryskość podkreślała jesień w pełni lata. Odkąd wiatr przyniósł suchy liść, a jeszcze tego samego dnia usłyszałem wronę, samotnym płaczem przedzierającą się przez stada głupich wróbli, wiedziałem, że przyjdzie jesień. Tak samo jak wtedy, gdy na słoneczne ulice Paryża spadł deszcz, a pod rozłożystym drzewem znalazłem jego brązowy owoc.
Paryskość była w otwartych szeroko oknach dachowych, które pozwalały artyzmowi poddaszy wylewać się na ulicę. Perfumy nagich modelek z podniebnych pracowni spływały po winoroślach, oplatając blaszane rynny i unosiły się na wysokości nozdrzy, przyprawiając nas, przechodniów, o tęsknotę za Paryżem właśnie.
Siedząc tam z Juliette pamiętałem siebie mijającego te ławki z tomikiem Brechta w kieszeni, którego później zamieniłem na Brella. Siebie moknącego i spieszącego się, lecz bez konkretnego celu w drodze. Mijałem tak wtedy dom za domem, przygodę i nieopowiedzianą historię za przygodą i nieopowiedzianą historią. Z każdego zakątka, z każdej ceglanej góry i z najmniejszego brukowego kamienia dolatywały mnie szepty i głosy, błagające o posłuch. Opowieści przelatywały wraz z wiatrem. Kryły się w kroplach i przejeżdżających z rzadka samochodach. Z kanałów i chmur wyłaziły na powierzchnię przedpotopowe legendy, w których można było usłyszeć o pierwszym człowieku, jaki postawił nogę na tej ziemi. Słychać w nich było płacz istot, które nie powinny już dziś istnieć nawet w legendach i pamięć o tych, których wspomnienia już nie obejmują. Podania mówiły nie o tym, jakie były, ale o tym, że były i że o nich zapomniano. (…) A wszystkie te historie, tak samo jak ulice i place, następowały po sobie, chwilami przeplatały, wynikając jedna z drugiej, a momentami każda z nich wiodła osobny żywot i była oddzielona od poprzedniej jak akt od aktu a akapit od akapitu. Przypominały sen z jego ciągiem zdarzeń i kolejnym snem, który następuje po nim i nie łączy się w żaden sposób z tym pierwszym do czasu, gdy zobaczymy, że pojawiają się powtórzenia i wspólne kontynuacje wątków, bo łączy je osoba śniącego. Tak historie, ogarniające mnie ze wszech stron, spajało miasto, które je wydało i które te historie budowały.
Przechodziłem między domem Panien Trzebnickich, Kamienicą Pod Złotym Koszem a modernistycznymi bloczkami z lat 60-tych ubiegłego wieku i z każdym swoim krokiem budowałem nową narrację, wplatałem się w stare wątki i tworzyłem nowe. Konieczność budowy swojej własnej legendy była chwilami przerażająca, ale nie było sposobu na wywinięcie się jej. Wiedziałem, że za sto lat mnie już nie będzie, ale przetrwa jakiś czajnik lub but, który wepchnąłem między przeciekające dachówki. Zaświadczy o mnie pusta butelka lub nawet urwany i zagubiony guzik.