piątek, 29 listopada 2013

ŻADNA KONWENCJA NIE JEST MI OBCA - rozmowa z Jackiem Inglotem, pisarzem, publicystą, krytykiem literackim, redaktorem i pedagogiem; LiteraTura 2013




Zanim został Pan pisarzem, był Pan nauczycielem. Zrezygnował Pan z pracy w szkole, natomiast nigdy nie porzucił Pan nauczania. Czy prowadzenie warsztatów literackich to Pańska misja?
Nigdy nie uważałem się za belfra z powołania, raczej z życiowej konieczności. W przypadku warsztatów literackich było to raczej hobby, prowadziłem je z przyjemnością, bo nie musiałem wystawiać stopni. Choć otwarcie mówiłem, co sądzę o przedstawionych do oceny pracach, według wyznawanej przeze mnie prostej zasady: po pierwsze nie kłamać. Nie ma większej katastrofy niż młody twórca przekonany o własnej genialności. Zderzenie wygórowanych mniemań o własnej osobie z rzeczywistością bywa bardzo bolesne.
Jak można (można było?) dostać się do Pańskiej szkoły? W jaki sposób rekrutuje Pan swoich kursantów? I jak wyglądają zajęcia na warsztatach literackich?
To były otwarte zajęcia, mógł się zgłosić każdy uczeń czy student. Decydowała kolejność zgłoszeń, miałem ok. 20 miejsc. Na zajęciach czytaliśmy poezję i prozę, ja poddawałem teksty gruntownej krytyce i radziłem, jak je poprawić. Albo, w przypadkach beznadziejnych, wrzucić do kosza. Czasem warto napisać coś nowego niż biedzić się nad rzeczami kompletnie nieudanymi.
Pisze Pan i opowiadania, i powieści. Co jest według Pana trudniejszym wyzwaniem? Czy na warsztatach uczy Pan zaczynać od opowiadań, czy opowiadanie to, Pańskim zdaniem, „wyższa szkoła jazdy”?

Wyższą szkołą jazdy jest powieść, zwłaszcza dobra. Ale radziłem zaczynać od opowiadań, aby przećwiczyć prowadzenie narracji w krótszej formie. Mało kto potrafi ot tak usiąść i od razu walnąć powieść, i to nadającą się do czytania. Potrafią to jedynie grafomani. Przypomnijmy jednak, że jedną z podstawowych cech grafomanii jest absolutny brak samokrytycyzmu i totalne samozadowolenie. Nie o to jednak w literaturze chodzi, aby autor doznawał orgazmu w czasie pisania, bo tak mu fajnie.
Pierwsze Prawo Inglota brzmi: „Przede wszystkim nie nudzić”. Czy sformułował Pan także kolejne prawa? A może powstanie kodeks Jacka Inglota, zawierający wskazówki dla przyszłych literatów? ;)
To zdanko jest ważne na terenie fantastyki, gdzie czytelnik jest bardzo wrażliwy na nudziarstwo. Rozwlekły pseudoartystyczny bełkot zupełnie go nie bierze. Myślę, że to zdrowa zasada, choć wielu krytyków mainstreamowych uważa inaczej. Jak się przy książce nie nudzą, to znaczy, że pisarz nie jest artystą. Bo sztuka nudną musi być i basta! Im nudniejsza, tym większa. Jak pisarz nie nudzi, to od razu jest podejrzany, bo to ani chybi jakiś rzemiecha od komercji. Myśl wyrażona jasno i klarownie z definicji nie może być mądrą ani głęboką. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego tak uważają. A na jakiś pisarski alfabet pewnie się kiedyś poważę, muszę jednak zebrać więcej doświadczeń.

Jakie składniki powinna zawierać dobrze skomponowana książka? Czego wymaga Pan od swoich kursantów? Na co zwraca Pan uwagę w książkach czytanych dla własnej przyjemności?
Przede wszystkim powinna mieć fabułę z jakimś początkiem, środkiem i końcem. Moim zdaniem, pisanie prozy to przede wszystkim opowiadanie ciekawych historii. Nie tyle tego wymagałem na kursach, co dobrotliwie radziłem. Jedni brali to do siebie, inni nie. Tego też szukam w innych książkach.
Czy pojawił się kiedyś na warsztatach młody człowiek, przyszły pisarz, o którym pomyślał Pan: „Oto uczeń, który prześcignął/prześcignie mistrza?”. Czeka Pan na książkę utalentowanego autora, który może się okazać „objawieniem literackim”?
Kilka osób prezentowało bardzo interesujące talenty, ale raczej w poezji… na ciekawego kandydata na prozaika na moich warsztatach się nie natknąłem. Tak jakoś wyszło. A co do „objawień”, ostatnio są one najczęściej dziełem speców od PR. Ci współcześni „inżynierowie dusz ludzkich” byle chłam potrafią wykreować na arcydzieło, tj. wmówić to publice. Tak bywało i dawniej, ale teraz skala zjawiska jest naprawdę ogromna. Nastąpiła totalna macdonaldyzacja literatury. Im chłam większy, tym wydawcy (i czytelnicy, niestety) pełniejsi entuzjazmu. Wiąże się to też z zanikiem tzw. smaku literackiego (no bo co ma McDonald’s wspólnego ze smacznym jedzeniem?). Ludziom jest już wszystko jedno i nie zwracają uwagi na to, czy to, co czytają, jest dobrze napisane.

Jak powinna funkcjonować szkoła – może nie idealna, ale taka, która potrafiłaby zatrzymać Jacka Inglota?
Szkoła musi być taka, jaka jeszcze jest, choć nie wiadomo, jak długo: opresyjna, z podziałem na role mistrza i ucznia, inaczej jest moim zdaniem nieskuteczna. Wydaje mi się, że najlepiej by mi się uczyło w XIX-wiecznym gimnazjum, gdzie w kącie stróżówki stała beczka z moknącymi w wodzie brzozowymi witkami. Po lekcjach uczniowie karnie stawiali się na chłostę, ci niesforni oczywiście, i brali na gołą dupę naznaczoną przez nauczyciela „działkę”… ale nie dysponuję niestety maszyną czasu.
Teraz padnie pytanie standardowe, mam nadzieję, że nie nazbyt irytujące. Gdziekolwiek szukać informacji na Pański temat, znajduje się żelazną formułkę, że Jacek Inglot jest przedstawicielem polskiej fantastyki. Dlaczego zaczynał Pan swoją przygodę literacką właśnie od tego gatunku? W jakich książkach się Pan zaczytywał zanim sam sięgnął po pióro?
To przez Stanisława Lema, który w dzieciństwie zaraził mnie fantastyką. A potem to już nie mogłem się odkleić, uwiodła mnie romantyka kosmicznej przygody. Zresztą do tej pory uważam, że ta konwencja – science fiction – jest bardzo pojemna i można pisać w niej dobrą literaturę, taką, jaką tworzył Lem.

Zadał Pan kiedyś wielokrotnie później cytowane pytanie: „Czy każdy, kto zajmuje się fantastyką, musi być zamknięty w getcie?”. Te słowa brzmią jak odparcie ataku. Czy w momencie, gdy odsunął się Pan od fantastyki, poczuł się Pan obiektem nagonki, krytyki? Czy środowisko literackie bądź fanowskie próbowało wywierać na Pana naciski?
Fanowie fantastki mają teraz tylu nowych idoli, że nawet nie zauważyli mojej „dezercji”. Tę „gębę” autora fantastyki to raczej przypinali mi krytycy mainstreamowi, mimo że pierwszą niefantastyczną powieść, „Porwanie sabinek”, wydałem w 2008 roku. Ale oni już mieli mnie w szufladce i nie chciało im się mnie z niej wyjąć. Dopiero po „Wypędzonym” w niektórych głowach zapanowała konsternacja. Jak mu się to udało, temu tandeciarzowi od fantastyki?! Panowie, wyszedłem z getta, bo nigdy w nim nie byłem. Taki mały paradoks.
Powiedział Pan kiedyś, że zmienia się dzisiaj rola pisarza. „Niegdyś był wieszczem, dziś jest błaznem, dostarczającym tłumom lekkostrawnej rozrywki”. Pan natomiast, stając wobec tej alternatywy – wybrał szyderstwo. Stwierdził Pan także, że nieważny jest entourage – powieść może być w konwencji fantasy, kryminału czy romansu nawet, dla Pana istotne jest, by zmusić czytelnika do refleksji, pracy nad sobą, przekłuć „balonik jego samozadowolenia”. Czy tak właśnie rozumie Pan swoją misję?

Obecnie dzielę ludzi pióra – czy raczej klawiatury – na pisarzy i pismaków. Ci pierwsi chcą się podzielić z czytelnikiem swoją wizją świata, ci drudzy wypełniają popkulturowe formaty, wypełniając zamówienia wydawców. Kiedyś sekretarze wydziałów kultury KC PZPR dzwonili do pisarza i mówili: „Napiszcie no mi powieść o milicjancie”. I powieść po dwóch tygodniach była. Teraz dzwoni wydawca i poleca: „Napisz mi powieść o wampirze i zombi”. I co? Też jest, może nawet szybciej. Prawdziwy pisarz tak nie potrafi. Dlatego jest ich coraz mniej, za to pismaki mnożą się jak kleszcze w upalne lato.
W swojej twórczości sięga Pan po różne gatunki i w każdym z nich czuje się Pan dobrze. Pisze Pan opowiadania i powieści w konwencji fantasy, horroru, science fiction. Sięgał Pan po historię alternatywną, interesował się tematyką współczesną i historyczną. Czy szykuje Pan jeszcze jakąś niespodziankę dla czytelników?

Pewnie. Żadna konwencja nie jest mi obca, jak humanizm Terencjuszowi. Rozmyślam na przykład intensywnie nad napisaniem współczesnego kryminału, dziejącego się oczywiście we Wrocławiu. Czytałem ostatnio kilka dzieł polskich autorów kryminalnych, bez satysfakcji. Może powinienem wskoczyć na ich poletko? Wydaje mi się, że bym potrafił.
Tomasz Mann napisał kiedyś, że „Pisarz to człowiek, któremu pisanie przychodzi trudniej niż wszystkim innym ludziom”. Jak może się Pan odnieść do tych słów?
Łatwo się pisze geniuszom i grafomanom. Tych pierwszych jest naprawdę niewielu. Cała reszta średnio utalentowanych – myślę, że i ja się do nich zaliczam – musi harować w pocie czoła. Moim zdaniem, często to wręcz rodzaj galer, takich oczywiście umysłowych. Nadanie właściwego kształtu myśli/frazie/zdaniu jest równie znojne, jak łupanie marmuru przez rzeźbiarza.
Gdzie szuka Pan inspiracji do swoich książek?
Gdzie się da, trzeba być otwartym na nowe bodźce. Pomysły dopadają człowieka dokładnie wszędzie, kiedyś np. wpadłem na pomysł powieści pijąc piwo z pewną dziewczyną. Coś takiego powiedziała (już nie pamiętam, co dokładnie), że doznałem czegoś w rodzaju olśnienia. Tylko trzeba to potem szybko zapisać, aby gdzieś się nie ulotniło. Parę opowiadań wymyśliłem w autobusie, gapiąc się przez okno na ulicę.

Jest Pan autorem słuchowiska radiowego, które zajęło drugie miejsce w konkursie IV Programu Polskiego Radia. Jak ono powstało? Zaadaptował Pan własne opowiadanie czy specyfika radia wymusiła zupełnie nowy tekst?
Oj, dawno to było, jeszcze za komuny, ale już schyłkowej, w 1988 chyba. Tekst jest oryginalny, napisałem go specjalnie i wysłałem na konkurs, organizowany przez IV program Polskiego Radia. Potem ze zdziwieniem się dowiedziałem, że zdobyłem II miejsce. Pewnie dlatego, że prace były opatrzone godłem. Nawet myślałem potem, żeby coś jeszcze dla radia napisać, ale jakoś nie napisałem. Może szkoda, bo bardzo lubię słuchowiska.
W zeszłym roku opublikował Pan powieść „Wypędzony”, która pokazuje niezbyt chlubny fragment polskiej historii najnowszej. Mówił Pan przy okazji premiery, że temat interesował Pana już w czasach liceum, gdy odkrył Pan poniemieckie ślady we Wrocławiu. Potem były jeszcze książki Daviesa i Moorhouse’a oraz Gregory’ego Thuma. Jednak co ostatecznie Pana zainspirowało?
Pomysł w formie bardzo luźnej błąkał mi się od może 2003 roku, ale „kropką nad i” okazała się lektura monografii Gregora Thuma pt. „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem”. To opisany z fenomenalną rzetelnością proces umierania jednego miasta i narodzin drugiego. Kiedy ją skończyłem, zdałem sobie sprawę, że to jest temat na dużą powieść.
Czy ta książka miała być rozliczeniem powojennej historii Polski, wyrazem hołdu dla prawdy, czy wynikała z innych jeszcze pobudek?


Myślę, że w życiu jednostek i narodów najważniejsza jest prawda. O nią chodziło mi przede wszystkim.
Ile czasu zajęły przygotowania do napisania tej książki i jak długo Pan ją pisał?
Zacząłem w 2008, skończyłem w 2011. Pisałem i jednocześnie czytałem konieczną literaturę. Sięgałem tak do pamiętników pionierów, jak do współczesnych opracowań historycznych. Aby poczuć klimat miasta ruin, wielokrotnie wertowałem album zawierający kilkadziesiąt bardzo dobrych fotogramów z lat 1945-46, który ukazał się nakładem wrocławskiego wydawnictwa Via Nova. Wiele z miejsc, które odwiedza mój bohater, to są właśnie te fotografie, opisywałem wygląd okolicy na ich podstawie. Bardzo wiele dały mi też zdjęcia lotnicze Wrocławia wykonane w roku 1947. Oczywiście czytałem też książki Peikerta, Horninga, Hartunga, chcąc zbliżyć się do niemieckiego punktu widzenia. Sięgnąłem też po zapomnianą już nieco prozę Henryka Worcella To była ciężka harówka, chciałem ze trzy razy dać sobie spokój, przerywałem pracę na kilka miesięcy, potem wracałem do niej. Ale w końcu zabrnąłem w tę historię tak daleko, że trzeba ją było skończyć.
Czy lubi Pan książki Leopolda Tyrmanda? Czy dostrzega Pan dalekie pokrewieństwo „Wypędzonego” ze „Złym”?


Tyrmanda lubię, zwłaszcza za jego „Dziennik 1954”, ale „Złego” dziwnym trafem nie czytałem, choć miałem parę razy zamiar. Wszelkie podobieństwa są więc przypadkowe. Korzyckiego wzorowałem po trosze na Kenigu, bohaterze filmu Hofmanna i Skórzewskiego „Prawo i pięść”. To taki eastern, opowiadający o przejmowaniu ziem zachodnich i walce z szajkami szabrowników.
Który Pański utwór jest Panu najbliższy i dlaczego?
Tak na to nie patrzę, każda książka była na swój sposób ważna. Choć największą sympatia darzę chyba moją młodzieżówkę „Eri i smok”. Może dlatego, że to całkowity wyjątek na tle innych moich utworów. Pisanie tej młodzieżowej fantasy dało mi dużą frajdę. Poza tym mogłem się sprawdzić w zupełnie nowej konwencji. To był ważny test mej „literackości”, bo swobodnie wędrować między konwencjami mogą tylko pisarze, pismacy mają z tym problem. Wielu z nich jest uwięzionych w jednym typie powieści i jednym rodzaju bohatera. Trochę nawet im współczuję.
Czy zdarzyło się Panu ostatnio przeczytać książkę, o której pomyślał Pan z zachwytem i nutą zazdrości, że chciałby być jej autorem? Jaka to była książka?
Chciałbym być autorem książek Stanisława Lema. A w literaturze współczesnej ostatnio nic mnie nie zachwyca, przeciwnie jakby. Samo przyczynkarstwo albo i poplit, nie ma już prozaików gotowych do brania się za łby z rzeczywistością. Takie czasy, niby wielkie, tylko ludzie jacyś mali… to z „Kartoteki” Różewicza. Żeromski to by tu umarł z głodu, czytelnicy by go nie wyżywili. Teraz na topie są ludzie, przy których Antoni Marczyński (czołowy poplitowiec międzywojnia) wydaje się mistrzem stylu i refleksyjności.

Nad czym Pan obecnie pracuje? Kiedy ukaże się nowa książka?
Wracam na jedną powieść do twardej, przyszłościowej SF. Rzecz będzie dotyczyła przyszłości Polski, będzie też pewnym formalnym eksperymentem. Mam nadzieję, że napiszę ją w ciągu najbliższych paru miesięcy i ukaże się w przyszły roku.
Jest Pan pisarzem, redaktorem, nauczycielem, publicystą i oczywiście czytelnikiem. W zasadzie cały czas pracuje Pan nad tekstem. Jak Pan od tego odpoczywa?
W bardzo prosty sposób. Oglądam telewizję, bo jest zupełnie bezrefleksyjna, nie muszę angażować wyższych partii umysłu, więc odsyłam je tym samym na odpoczynek. Lubię też obejrzeć dobry film w kinie… acz tym razem z włączonym umysłem. Względem kina mam jeszcze jakieś oczekiwania intelektualne.
Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk

czwartek, 28 listopada 2013

"Kobiety i ważki" - spotkanie autorskie z Ewą Parmą i Anną Marią Rusinek

"STĄPAJ CICHO, BO STĄPASZ PO MOICH MARZENIACH"  /William Butler Yeats/ - motto tomiku "Kobiety i ważki"



Wczoraj w Katowicach odbyło się spotkanie z autorkami książki: "Kobiety i ważki", wydanej z ogromną dbałością przez wydawnictwo, o wdzięcznej i filuternej nazwie: ZAUŁEK WYDAWNICZY POMYŁKA.

EWA PARMA - anglistka i poetka, która swoją twórczość i pisanie traktuje niemal jak nałóg, gdyż "kto nie pisze - nie żyje...". Wydała tomiki: "Tylko dla modliszek", "W strefie ognia", "Hajer Blues i inne historie" oraz "Kobiety i ważki".

ANNA MARIA RUSINEK - malarka oraz pedagog, prowadzący profesjonalne warsztaty malarstwa i rysunku dla kandydatów na studia artystyczne; artystka która debiutowała obrazami przedstawiającymi pejzaże śląskie. Tworzy drobne formy malarskie i duże płaszczyzny figuralne. Maluje portrety i akty. W obrazach wykorzystuje motywy upływającego czasu, podróży, muzyki, relacji międzyludzkich; dużą rolę w jej obrazach odgrywa symbolizm. Malarka nawiązuje i oddaje hołd mistrzom (Van Gogh, Vermeer, Gauguin, Chagall, Klimt, Malczewski, Mehoffer, Wyspiański) całkowicie zachowując przy tym własną indywidualność i oryginalność.

DR LUCYNA SMYKOWSKA-KARAŚ - gospodyni spotkania, kulturoznawca, założycielka Kawiarenki Kulturalno-Literackiej, która zadbała o zaprezentowanie gości,  dyskusję, odpowiedni klimat i atmosferę.

Ewa Parama, Lucyna Smykowska-Karaś i Anna Maria Rusinek, bohaterki spotkania



"Kobiety i ważki" to książka niezwykła i zjawiskowa. Już proces jej powstawania odbiegał od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Przeważnie najpierw powstaje poezja, dopiero później do wierszy tworzy się ilustracje. W tym przypadku stało się inaczej. Malarka zagrała pierwsze skrzypce. Przedstawiła swoją wizję, rzuciła w pewnym sensie wyzwanie. Potem poetka widząc gotowe dzieło - dała odpowiedź, zaprezentowała własną koncepcję. Obraz posłużył jako pretekst do wysnucia historii, której poetka nadała własne piętno. Obraz wyznaczył ramy, a jego symbolikę poetka przełożyła na język literacki. Powstały wiersze przepełnione indywidualizmem Ewy Parmy, które jednocześnie idealnie rozgościły się w świecie przedstawionych obrazów.

Można tomik interpretować kompleksowo, gdyż Ewa Parma przeniknęła do świata Anny Marii Rusinek, a zbiorek stanowi piękną, uzupełniającą się i współgrającą całość. Można każdą artystkę interpretować osobno, nawet autorki utrzymują, iż "każdy artysta jest samotny w tym, co tworzy". Razem są trochę mniej samotne... Stworzyły wspólne dzieło, zachowując przy tym całkowitą autonomię. "Nie powiedziałyśmy nic nowego, ponad słynne: chwilo trwaj. Tyle tylko, że nasze chwile trwają pośród irysów i ważek..."


- Bluzka -


Ubieram się w wiersz 

jak w letnią bluzkę

bezczelnie przezroczystą

z czytelnym zarysem

ciała pod spodem

Ma przepuszczać 

powietrze światło

i zaciekawione spojrzenia 

aż po niebieskie żyłki
które zaczynają 
lekko pulsować
gdy dociera do nich
twój wzrok
Ma udawać że coś
odsłania a to czego
nie widać jest nieważne
i pewnie niewarte zachodu
Ma być twoim fetyszem
na czas rozłąki
dopóki nie przyjdzie czas
by ją natychmiast zerwać
i wrzucić do kosza
tak po prostu 
drogi czytelniku

****
-
- Zimowa podróż -

On cię nie kocha Zofio Andriejewna
to rzecz jasna jak polana w słońcu 
ale w życiu nie chodzi o miłość
Ten czort z plebsu rodem
stanął między wami 
jak twiordyj znak w cyrylicy
i chce z niego zrobić ikonę
ale w życiu nie chodzi o idee
Pop już postawił na nim krzyżyk
i zatrzasnął drzwi cerkwi
ale w życiu nie chodzi o religie
Pociąg do Sztokholmu też odjechał 
bez Lwa Nikołajewicza
ale w życiu nie chodzi o sławę
W życiu chodzi o to
by nie utknąć na dworcu w Koluszkach
tylko zdążyć na swój własny
pociąg do stacji Astapowo

***

- Gardinka - erotyk śląski

Heklowałach gardinka
przez cale trzy nocki
kiedy żeś siedzioł na dole
Powykryncałach
wszystkie zicherungi
co by nie słuchać
tych pierońskich wieści
kierego już wyciongli
a kiery tam łostoł
Słonko zadymione
zachodziło trzykroć
a jo durch heklowałach
ta gryfno gardinka
co mo nos zasłonić
jak na progu staniesz
i jak byda potym
długo z siebie zmywać
te czorne kusiki
co to je dostana
za gardinkom heklowanom
przez trzy nocki
cołkiem bez ciebie









Byłam przygotowana na to, że zaprezentowane będą prace Anny Marii Rusinek, ale myślałam, że będą wyświetlone na ekranie. Z zachwytem zobaczyłam salę wypełnioną jej pracami, mogłam się przekonać, że w rzeczywistość wywołują nieporównywalny efekt. Jestem oczarowana wierszami w interpretacji autorki, obrazami oraz tomikiem. Serdecznie dziękuję za wieczór wypełniony po brzegi magią i niezapomniane wrażenia. 

Szczególnie dziękuję artystkom za to, że także w nas - śląskich kobietach - widzą zwiewne i efemeryczne ważki, a nawet nieco anoreksji ;), nie tylko matki, żony i ...kucharki :)


środa, 27 listopada 2013

"Kolomotywa" czyli Julian Tuwim w wersji dziecięcej



Ponieważ w ostatnim poście zamieściłam recenzję książki Mariusza Urbanka przedstawiającą życie i twórczość Juliana Tuwima, pomyślałam, że wypadałoby przypomnieć kilka utworów tego poety. Skoro jednak poeta słynął z niesamowitego poczucia humoru, a twórczość Tuwima  w sposób bardziej bądź mniej uświadomiony - jest powszechnie znana, postanowiłam odnieść się do niej z przymrużeniem oka;) 



Zatrzymajmy się na jednej z najjaśniejszych kart w twórczości poety - na twórczości dla dzieci. Moim zdaniem najpiękniejszą interpretację i najlepszą kreację zarazem stworzyła Irena Kwiatkowska - robiąc spektakl z recytacji "Ptasiego radia". Czy pamiętacie robiącą podobne wrażenie interpretację "Lokomotywy"? Od lat fascynuje mnie ten wierszyk, prawdziwa perełka pełna środków stylistycznych i wyrazów dźwiękonaśladowczych. Podobno nawet ktoś się dopatrzył, że wydruk wiersza obrócony o 90 stopni w lewo przypomina kontury lokomotywy połączonej z wagonem. Co prawda dla mnie to już herezje, ale poświadczające, że utwór stanowi zagadkę i fascynuje...








A co myślał o nim sam autor? Podobno Julian Tuwim utrzymywał, że najpiękniejsze wykonanie "Lokomotywy" usłyszał w przedszkolu, gdy kilkuletni berbeć wygłosił przed nim następującą wersję, którą autor zapamiętał i skrzętnie zapisał: 








"Toi na tati koleja
Cieja omoma i pom ej pyja
Tust oia.
Toi i hapie
Toi i mucha
Zaj z oajec jej bucha bucha 
Buch jat gołoło
Puf jat gołoło.
Uf leje hapie
Uf leje ipie 
A jej pełłać wejej wnia hipie
Wajony dońdeń pompalalali
Wije i tihe z jejaja i tali 
I peńto ludzi w taim wanionie 
A wjenym towy, w jenym tonie,
A wjenym hedzą hame bibasy
Hieną i eną tuste pipasy.
Nane gis
Nane gis
Dała buch
Mym buch
Koła uch..."


[źródło tekstu]


No i proszę. Czy dzień od razu nie robi się mniej szary? Uwielbiam twórczość dziecięcą. Wystarczy posłuchać takiego maluszka i człowiek "uf leje hapie i uf leje ipie" od powstrzymywanej radości:)

poniedziałek, 25 listopada 2013

"Tuwim. Wylękniony bluźnierca", Mariusz Urbanek







Zjawisko Tuwim

Dobry pisarz potrafi uwieść czytelnika pierwszym zdaniem. Mariusz Urbanek dał na przynętę soczystą anegdotę, przykuł do fotela pierwszą frazą, oczarował wstępem, obiecał, że od lektury nie będziemy w stanie się oderwać i obietnicy dotrzymał. Stworzył tętniącą życiem biografię Tuwima, pełną szczegółów i wydarzeń. Przedstawił fakty, za które możemy poetę podziwiać oraz materiały po latach nadal szokujące i bulwersujące. Udało mu się sportretować postać nietuzinkową, legendarną, wywołującą skrajnie ambiwalentne emocje. Tuwim na kartach książki to postać trójwymiarowa, wiarygodna, targana emocjami i lękami. Biografowi udało się oddać wszelkie niuanse składające się na osobowość człowieka naznaczonego piętnem poezji (raczej należałoby powiedzieć: człowieka, który BYŁ POEZJĄ, gdyż wszystko, czego dotknął piórem, zmieniało się w złoto), a jednocześnie postać obdarowaną wyjątkową umiejętnością zrażania do siebie ludzi, dokonywania złych wyborów i absolutnym brakiem dyplomacji.


Książka „Tuwim – wylękniony bluźnierca” nie stanowi zwykłej biografii. Jest kopalnią wiedzy o okresie XX-lecia międzywojennego, przedstawia realia epoki i życie kulturalne wyższych sfer. Autor wiedzie czytelnika szlakiem modnych lokali i kabaretów i przedstawia najważniejsze wydarzenia z życia kulturalnego. Tworzy kronikę czasów, która w swoim klimacie przypomina pełne błyskotliwych obserwacji i darzone przeze mnie sentymentem szkice Boya-Żeleńskiego. Czytelnik przeniesiony zostanie do przedwojennej „geszefciarskiej” Łodzi (w scenerię jak z „Ziemi obiecanej” Reymonta), do artystycznej i kabaretowej Warszawy, uda się z pisarzami na emigrację, wreszcie będzie świadkiem zaprzęgania literatury i kultury w służbę ideologii w powojennej Polsce.



Tuwim przyszedł na świat w rodzinie zasymilowanych Żydów i kwestia jego pochodzenia położyła się cieniem na jego stosunki z prasą i krytyką literacką. Prawdą jest, że inni twórcy (Lechoń czy Słonimski), którzy także byli Żydami, nie spotkali się z taką nienawiścią i ostracyzmem. Prawdą też jest, że wobec wszystkich Żydów sypały się cierpkie słowa, ale to Tuwim nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy. W swoich wierszach zadawał ciosy traktowane przez narodowców jak antypolskie policzki, których nie mogli zostawić bez odpowiedzi. W ten sposób wokół Tuwima narastała atmosfera antysemickiej nagonki.

Tuwim to nie tylko jego poezja. To człowiek niespokojny duchem, którego rozpierała potrzeba tworzenia. Zbierał rozmaite ciekawostki i ratował je od zapomnienia. Wymyślał setki projektów, najbardziej przedziwnych, wręcz kuriozalnych, często ich nie kończył. Pisał i kolekcjonował księgi o czarach, demonach i o szczurach. Fascynował się językiem, przez całe życie zbierał lingwistyczne ciekawostki, słowa i frazy zachwycające egzotycznym pięknem lub charakterem onomatopeicznym. W sposób niedościgniony tłumaczył rosyjskich twórców: Puszkina i Gogola. Związał się z teatrami, a zwłaszcza z kabaretami. Pisał scenki, skecze, piosenki, spektakle, monologi, parodie, melorecytacje. Jego spektakle przyciągały tłumy, jego piosenki, powiedzonka, aforyzmy – lotem błyskawicy obiegały Warszawę, przechodziły do potocznych rozmów i legend. Przez to zarzucano poecie, że rozmienia talent na drobne. A Tuwima – urodzonego kawalarza, człowieka o nieprzeciętnym poczuciu humoru – rozsadzała energia. Dowcip, który w nim buzował, potrzebował ujścia…

Do historii poezji polskiej wszedł z hukiem. W roku 1918 opublikował wiersz „Wiosna”, którym wprawił w osłupienie czytelników i który został uznany za „ściek pornograficznych wyrażeń”. Chwilę później ogłoszono, że dokonał rewolucji i zachłyśnięto się jego poezją, która „zeszła z pomników”. To, co jednych zniesmaczało, wprawiało w zachwyt innych. Tuwim potrafił szokować, pisać wiersze, pamflety ośmieszające osoby, którym były dedykowane. Z drugiej strony – spod jego pióra wychodziły strofy zachwycające, „cacka artyzmu i dowcipu”, „literackie cudeńka”, które dostarczały poetyckich doznań i wzruszeń w najczystszej postaci. Niepokorny Tuwim nie pozostawał nikomu obojętny, rzucał na kolana, wzbudzał zazdrość bądź nienawiść i mimo nieustającej wrzawy wokół własnej osoby na długie lata (wraz z klubem „Pod Pikadorem” i Skamandrytami) objął władzę nad polską poezją.

Stwierdzenie, że był artystą „płodnym”, nie oddaje istoty zjawiska: Tuwim. W jego przypadku raczej trzeba mówić o eksplozji twórczości. Wydawał tomiki poezji, organizował wieczorki autorskie, współpracował z kabaretami, z operetką, tłumaczył rosyjskie dzieła, pisał wiersze dla dzieci. Bawił się i szalał, ale też otaczał opieką młodych poetów, ułatwiał im debiuty. Był WSZECHOBECNY. A gdy w prasie pojawiała jakaś zaczepka lub cień krytyki, nigdy nie darował, dawał odpór z niezwykłą zaciekłością.

W roku 1926 był już na tyle uznany, że dopisano jego utwory do kanonu lektur szkolnych. W 1933 zajął wysokie miejsce w plebiscycie liczących się literatów. Jednak narosłe wokół jego postaci kontrowersje zamknęły mu możliwość wejścia do Polskiej Akademii Literatury. Na emigracji napisał swój najważniejszy poemat „Kwiaty polskie”, ale też kolejny raz zszokował Polaków, kiedy na wieść o masowej zagładzie Żydów, wydał oświadczenie, że jest jednym z nich… Kiedy zbliżył się do środowiska rosyjskich twórców na emigracji, został uznany za zdrajcę, a gdy powrócił do Polski – potępili go najbliżsi przyjaciele. Po co wrócił? By podjąć żałosne próby powrotu do przedwojennego trybu życia? By oddać talent w służbę złej sprawie? Z pewnością zapłacił wysoką cenę za swoją decyzję. Spotkał go ostracyzm towarzyski, a władze polskie go lekceważyły. Poeta porównywany do Mickiewicza i Puszkina poznał smak rozczarowania i upokorzenia, gdy odmawiano drukowania jego dzieł.

„Książę poetów”, „polski Puszkin”, „barman czarodziejskich eliksirów”, „poeta, jakiego dotąd nie było”, hulaka i nałogowy kawalarz, obrazoburca, łamistrajk, Żyd, zdrajca – jakże skrajnie różne opinie składają się na fenomen Tuwima… Kończę książkę i niechętnie odstawiam ją na półkę. Myślę sobie, że mimo wszystko poecie się udało. Spoglądam przez okno na opadające liście. Włączam radio, słucham popularnego utworu i uśmiecham się do swoich myśli. Który to już raz „mimozami jesień się zaczyna”…?





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa:





                                                                                              Serdecznie dziękuję:)

Konkurs na powieść akademicką - rozstrzygnięty!

Swego czasu napisałam post o tym, że odczuwam brak książki, w której można byłoby poczytać o polskich realiach akademickich i o kolorowym życiu studentów, o których przecież krążą dowcipy i legendy. W międzyczasie na łamach miesięcznika akademickiego: "Forum Akademickie" ogłoszono konkurs na powieść, której akcja "...dzieje się w mieście akademickim i dotyczyć będzie grupy wyrazistych bohaterów, młodych ludzi, którzy studiują na różnych kierunkach; pokaże ich problemy bytowe, logistyczne, psychologiczne, interpersonalne, intelektualne,  opowie o przyjaźniach i miłościach, sukcesach i porażkach, wyborach życiowych i światopoglądowych". 


Z przyjemnością zawiadamiam, że konkurs jest już rozstrzygnięty! Serdecznie gratuluję zwyciężczyni oraz osobom wyróżnionym, a teraz niecierpliwie czekam na ukazanie się książki... 


Rozstrzygnięcie konkursu na powieść

„Studenckie czasy”

Studentki
Z przyjemnością informujemy, że Akademicka Oficyna Wydawnictwa
rozstrzygnęła konkurs na powieść pod hasłem „Studenckie czasy”.
Spośród nadesłanych prac jury w składzie:
Grzegorz Filip, Marek Remiszewski i Piotr Kieraciński
wybrało zwycięzcę. Jest nią
powieść Jagody Grudzień
pt. „Id”
.
Akcja powieści dzieje się na Erasmusie w Norwegii. Narratorka wnikliwie obserwuje i celnie portretuje zgromadzoną tam międzynarodową społeczność studencką, zwracając uwagę na wspólne studiowanie, kontakty, przyjaźnie, pracę zarobkową i rozrywki. Jagoda Grudzień kreuje wyrazistą bohaterkę, nieco nieśmiałą, lecz przy tym myślącą, poszukującą i refleksyjną. Autorka porusza wiele problemów z życia młodych ludzi, m.in. dylemat polskości za granicą, kapitalnie analizuje nasze życie z Facebookiem, przekonująco opisuje deziluzję bohaterki po powrocie do kraju.
Książka jest dobrze napisana, obrazowa, zaleca się żywym językiem i oryginalnym stylem autorskim.

Zwycięska praca zostanie opublikowana przez AOW w roku 2014.

Jednocześnie jury postanowiło wyróżnić
Annę Jetkowską za powieść „Poloniści”.
Jury doceniło także walory literackie i poznawcze powieści
Leona Pawlika „Czas utopiony”.
Przyznanie formalnego wyróżnienia nie było w tym przypadku możliwe,
gdyż praca nie spełnia wymogów regulaminowych.

niedziela, 24 listopada 2013

Wybór utworów, Anna Pawłowska-Koziar







Druga w nocy

Moje życie do góry nogami wywrócone I tylko moja wolność Zaszczuta w oddali Odpuścić wiarę Inny postawić ołtarzyk Szkielet zdrowy Konstrukcją życia zostawić Pomiędzy zgliszczami Nowy dom postawić Słońce zapalić W głupiej nadziei Granice ustalić W zgodzie z sobą Podążać za światem

- "Berek" -


***************************



– Pomiędzy nami – 
Pomiędzy nami Tyle słów niewypowiedzianych Żalu, nieporozumień Nic nie wyjaśnionych Pomiędzy nami Tyle tajemnic wyrosło zachwaszczonych Nie znani dla siebie Oddalamy się od prawdy Pomiędzy nami Bieg do mety szczęśliwego pożycia Rozpętany Niezakończonych rozmów Ciąg dalszy nadchodzi Pomiędzy nami Poczta nie doręczonych Moich listów i telegramów do ciebie Nie chcesz ich czytać, uszy zatykasz Pomiędzy nami Głuchnie dzień i noc Mur budowany w zakamarkach myśli Zrujnuje dom, zepsuje nas

- "Berek" -


****************************


[Dzięki uprzejmości autorki załączam jeden z nowszych tekstów]


- Być może -
Być może to nie jest tak, że sen spełnia się ot tak. Może wcale nie jest tak, że ty i ja...
Możliwe, że za kilka z pozoru dobrych lat, wymkniesz się cicho pod osłoną nocy, buty zostawisz, drzwi przymkniesz, by boso wkroczyć na mleczną drogę. Ja pozostanę sama w jednej dłoni z witrażem wspólnego pożycia ułożonym, w drugiej dłoni dłuto trzymając, by nową twarz sobie wyrzeźbić. Skórę przemaluję, oczy bez łez pomaluję, piegi wymarzę, a usta brzoskwinią nasycę. Tylko, jak wierzyć, jak wierzyć mój Boże, że wiatr w dobrą stronę mnie poniesie, gdy zastawki serca na powietrzu chwilowo jedynie dobrze pracują? Jak wierzyć w słońca promienie, gdy tylko na chwilę ciepłem koją zesztywniałe ciało?
Klimat czas zmienić, zegarem odmierzyć inny czas, na drugi biegun życia przeskoczyć, nastawić się na barwy szarości choć przez pewien czas. Smak w ustach lukrecjowy, jedyny dobry znak. To co było zostawić, to co będzie w wdzięczności przyjąć, odprawiając mantrę w myślach: daj Boże, lepszy świat, daj Duchu siły za dnia, daj Morfeuszu ukojenia myśli w snach...
Być może znajdę się tam, gdzie granic brak, a sen tak zwyczajnie spełnia się. Może wystarczę tylko ja...




sobota, 23 listopada 2013

SPOGLĄDAM NA LUDZI PRZEZ PRYZMAT UCZUĆ - rozmowa z Anną Pawłowską-Koziar, poetką, autorką książki „Berek”




Kim jest Pani z zawodu? Czym się Pani zajmuje na co dzień?
Z zawodu jestem pedagogiem. Kieruję prywatną placówką oświatową jako dyrektor zarządu. Moja instytucja prowadzi kursy zawodowe i oświatowe, szkołę policealną i liceum dla dorosłych, studia licencjackie i podyplomowe, przedszkole, salę zabaw. Obecnie rozkręcam również nowy biznes. Moja firma „Rzepianka” będzie szyła i produkowała nowatorskie koszulki dla dzieci, a w najbliższej przyszłości również zabawki. Koszulki i zabawki są mojego pomysłu.
Jak będą wyglądały nowatorskie koszulki?
Chcę produkować koszulki, którymi będzie się można twórczo pobawić. Nazwa „Rzepianka” jest nieprzypadkowa. Idea pomysłu jest taka, aby wszystkie produkty, które pod tą marką będą wychodzić, miały element rzepu, który jest niedocenionym materiałem w twórczej zabawie  dzieci. Dlatego rzep zostanie wykorzystany zarówno w zabawkach, z których produkcją niebawem ruszę, jak również w koszulkach dla dzieci, które jako pierwsze zostaną pokazane. Będzie także kilka wzorów dla dorosłych, w tym też dla rodziców. Koszulka jest tak uszyta, aby można do niej „przyrzepić” aplikację z kolorowym wzorem. Mając jedną koszulkę, dziecko, czy dorosły tak naprawdę będzie miało kilka jej odmian, ponieważ samo wybierze, co do niej „przyrzepi” ;) Od razu zaznaczam, że nazwa marki, wzory koszulek i zabawek są już zastrzeżone w Urzędzie Patentowym.

W jaki sposób wymyśla Pani swoje zabawki? Co Panią inspiruje?
Mam wykształcenie pedagogiczne, więc wiem, jak ważna jest dla dzieci twórcza i kreatywna zabawa. Prowadząc placówkę oświatową, w której oprócz  kształcenia dorosłych udało się otworzyć przedszkole, siłą rzeczy mam z dziećmi stały kontakt. Przyjemnie jest popatrzeć, czym najbardziej  lubią się one bawić. Inspiruje mnie świat dzieci, ponieważ jest kolorowy, często oderwany od naszych realiów, wyimaginowany...
Z jednej strony jest Pani przedsiębiorczą bizneswomen, a z drugiej – wrażliwą kobietą otwartą na poezję. Który obraz jest bliższy prawdzie?
Chyba jednak ten drugi. Z natury jestem wrażliwa i emocjonalna, więc w życiu codziennym do głosu dochodzi ta romantyczna strona. Staram się spoglądać na drugiego człowieka przez pryzmat uczuć, a nie stwarzać dystans i emanować chłodem... W życiu prywatnym szybko się wzruszam i rozczulam.
Po co Pani chętniej sięga w wolnej chwili, po poezję czy prozę?
Zdecydowanie wolę poezję. Tak mało obecnie czyta się tomików z wierszami. Być może dlatego, że dotykają one sfery emocjonalnej, o której mało myślimy w pędzie codziennego życia. A poezja zmusza do zatrzymania się, do refleksji. Wierszy nie da się czytać w biegu. Jeśli w ciszy i skupieniu poczytamy wiersze, to możemy w nich znaleźć spory ładunek emocji i przeżyć autora, czasami możemy odnaleźć jego historię. Wiersze zmuszają do spojrzenia w głąb siebie. Być może poezja jest mi bliższa po prostu dlatego, że sama częściej piszę wiersze niż prozę.
Których poetów ceni Pani najbardziej i dlaczego?
Przede wszystkim bliska jest mi Halina Poświatowska. Być może dlatego, że to kobieta. W jej wierszach przeplatały się tematy miłości i śmierci. Największy wpływ wywarła na mnie, gdy zaczęłam pisać pierwsze swoje wiersze. Zaimponowała mi tym, że w swoich utworach dotykała kwestii oczywistych, ale potrafiła je opisać w piękny sposób, ubierając je w nieoczywiste, literackie słowa. Uwielbiam także jej autobiograficzną prozatorską „Opowieść dla przyjaciela”. Skrajnie innym pisarzem, którego cenię, jest Rafał Wojaczek. W dość dosadny sposób ukazywał on w wierszach fascynację ciałem kobiety, jej seksualnością. Jednak pod mocnymi słowami można odnaleźć wrażliwego mężczyznę, tęskniącego za czułością. Bunt wobec obłudy świata, ból, to wszystko kreuje w ostrych kolorach i w przenośni. Lubię wiersze „Rozstanie” i „Twarz”. No i jeszcze Edward Stachura, w którego utworach często znajduję konflikt pomiędzy dobrem i złem, tym, co piękne i brzydkie. Dla mnie jego teksty są pośrednikiem pomiędzy tym, o czym pisała Poświatowska, a tym, co tworzył Wojaczek. Najbardziej cenię utwór „Zobaczysz”. Budzi we mnie wspomnienia...
Kiedy Pani zaczęła pisać wiersze?
Wiersze, dzienniki i pamiętniki zaczęłam pisać 14 lat temu.
W 2012 roku wydała Pani tomik opowiadań i wierszy „Berek”. Czy tytuł miał być symboliczny? Jak go należy interpretować?
Zarówno tytuł, jak i królik na okładce, są symboliczne. Królik chowa się lub ucieka, zupełnie jak ja. Chowam się, ponieważ lubię samotność, stan tęsknoty, możliwość zaszycia się w swoich myślach i wspomnieniach. Czasem gonię i łapię życie, chcę czerpać z niego wiele pozytywnych chwil, realizować się, poznawać otaczający świat. Poza tym berek, to jedna z ulubionych zabaw moich dzieci, a one są kwintesencją mojego życia...



Czym było napisanie tej książki? Terapią, próbą zrozumienia i poukładania emocji, odskocznią? Chciała Pani podzielić się swoim doświadczeniem?
Chyba wszystkim po trochu. Przede wszystkim było próbą ułożenia swoich myśli i etapów życia w całość, nadania im indywidualnej formy. Utwory zawarte w zbiorku mogą dotyczyć każdego człowieka, ponieważ odniosłam się w nich do ludzkich emocji. Uważam, że pewne emocje są na tyle ulotne, że warto je chwytać i zatrzymać w tekstach, utworach, zdaniach i słowach. Być może trochę podświadomie napisałam tę książkę po to, aby moi najbliżsi po latach mogli do niej zaglądnąć i  przypomnieć sobie o tym, że istniałam, albo że tak, a nie inaczej tworzyłam. Taka forma pamiątki.
Co się zmieniło w Pani życiu, kiedy wydała Pani tę książkę? Czy to był moment przełomowy?
Dla mnie tak. Miałam kilka przeżyć dość silnych, myślałam, że tego nie udźwignę – pisanie oraz wydanie tej książki, to był taki moment oczyszczenia, uwolnienia się od pewnch emocji i otwarcia na nowe etapy życia, przygotowania na to, co mnie dopiero czeka.
Czy wydanie tej książki wymagało odwagi?
Tak, wymagało odwagi, ale w jakiś sposób  dodało mi również sił.
Z jakimi reakcjami spotkała się Pani po wydaniu „Berka”?
To zależy... Moja rodzina chyba była pozytywnie zaskoczona, że potrafię w taki poetycki sposób opisywać uczucia, wydarzenia, sytuacje otaczającego nas świata. Niektóre teksty wywarły na nich mocne wrażenie, ponieważ znając mnie domyślali się o czym, o kim i w jakim momencie swojego życia pisałam. Znajomi cieszyli się, że zrealizowałam swoje marzenie. A inni, którzy poznali mnie po przeczytaniu „Berka”, wspominali, że nie spodziewali się takich tekstów po osobie w moim wieku. Wiele osób czeka na kolejny tomik, wiele zachęca mnie do dalszego pisania. Niektórzy widzą we mnie potencjał prozatorski...
Rozumiem, że zdążyła już Pani złapać „pisarskiego” bakcyla?
Zdecydowanie tak.


Jak godzi Pani domowe obowiązki z potrzebą własnej twórczości?
Staram się zorganizować czas, układać obowiązki i przyjemności w odpowiednich proporcjach, tak aby za bardzo nie zakłócały równowagi w moim życiu. Na twórczość znajduję czas przede wszystkim wieczorami. Jest to dla mnie najlepszy okres, ponieważ przez cały dzień emocje zdążą opaść, a wieczorem mogę spokojnie do nich wrócić i nadać im odpowiedni kształt poprzez słowa.
Czy w nawale obowiązków znajduje Pani czas na „szlifowanie” warsztatu?
Oczywiście. Przede wszystkim czytam poezję i prozę różnych autorów. Patrzę jak inni tworzą metafory, przenośnie, jak formułują myśli... Im więcej się czyta, tym większy ma się zasób słownictwa, poszerza się horyzont myśli. Napisany tekst chowam i wracam do niego za jakiś czas, by móc go przekształcić, aż poczuję, że jest dobry. Lubię rozmawiać na temat literatury. Trzy lata temu byłam na warsztatach pisarskich, ale chyba nie specjalnie mi się to przydało.
Źle Pani wspomina te warsztaty? Rozczarowały Panią? Dlaczego?
Chyba tak, rozczarowały mnie, ponieważ nie czułam, żeby wniosły coś w moje pisanie. Nie dostałam tego, na co liczyłam. Owszem, pokazywały, jak zestawiać słowa, tworzyć metafory, jak w sobie, w swoich myślach szukać „układu” tekstu, jak go przenieść na papier. I tyle... Ale możliwe, że byłam wtedy w takim momencie swojego życia, że warsztaty zwyczajnie do mnie nie przemówiły. Z perspektywy czasu myślę, że więcej korzyści niż warsztaty przynoszą wieczory poetyckie. Można nie tylko posłuchać tekstów, ale spotkać  poetów i pisarzy, poznać ich, wymienić doświadczenia...
Czy uczestniczyła Pani ostatnio w wieczorze poetyckim, który zrobił na Pani wrażenie? Co Panią w nim oczarowało?
Niestety, ostatnio nie mam zbyt wiele czasu. Największe wrażenie wywarł na mnie koncert Piotra Roguckiego, który śpiewał poetyckie teksty ze swojej solowej płyty „95-2003” jedynie przy akompaniamencie gitar dwóch znakomitych muzyków – braci Szczypiorskich. Zdecydowanie oczarowały mnie teksty, które w połączeniu z dobrą muzyką naprawdę zadziałały na moje zmysły…
Kiedy możemy spodziewać się następnego Pani tomiku?
Nieprędko, może pod koniec następnego roku, jak dobrze pójdzie.
Czy podąży Pani w znanym kierunku, czy zaskoczy czytelników czymś zupełnie innym?
Oczywiście z rozpędu zaczęłam iść w podobnym kierunku, ale im dłużej myślę i wszystko sobie układam, to pojawiają się nowe pomysły, niekoniecznie ściśle związane z poezją i opowiadaniami dla dorosłych czytelników.



Ma Pani w projekcie twórczość dla dzieci?
Pracuję nad projektem, w którym chciałabym pokazać się poprzez różne gatunki literackie. To będzie książka dla dorosłych. Mam także pomysł na książkę dla dzieci, ale by ją móc napisać, chciałabym jeszcze poobserwować dzieci, zwłaszcza swoje. Gdzieś we mnie drzemie chęć napisania czegoś o dzieciach - z dziećmi.
Projektuje Pani zabawki dla dzieci, planuje Pani twórczość dla dzieci. Czy te dwie dziedziny można jakoś powiązać?
Oczywiście. Nie chciałabym zdradzać pomysłu na książkę związaną z dziećmi, ponieważ projekt stale podlega zmianom. Same zabawki raczej nie staną się ilustracjami do książki, ale dzieci bawiące nimi to już co innego. Oprócz tworzenia zabawek i pisania lubię też piec. To kolejna dziedzina, która krąży w orbicie moich zainteresowań. To ważne – jak myślę – by wszystkie zdolności i potencjały, które drzemią w człowieku, jakoś łączyć ze sobą.
Teraz już mnie Pani naprawdę zaintrygowała. Zastanawiam się, jaka inicjatywa z połączenia tych wszystkich zainteresowań może się narodzić :) Bardzo dziękuję za rozmowę :)

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk