wtorek, 31 grudnia 2013

PODSUMOWANIE ROKU 2013




Ponieważ modnym stało się podsumowywanie roku na blogach, zaglądnęłam i ja w swoje posty i odkryłam, że to był dla mnie rok ze wszech miar niezwykły. Rok, który przyniósł nie tylko pasjonujące lektury, ale też arcyciekawe rozmowy i znajomości. 

STYCZEŃ


Już w styczniu los sprezentował mi książkę, która najpierw mnie pochłonęła, a potem wstrząsnęła. "PODWÓJNA WYGRANA JAK NIC" Raymonda Federmana, to pozycja, która zrewolucjonizowała mój pogląd na to, jak może wyglądać narracja. To pozycja nowatorska, która powstała...42 lata temu (recenzja TUTAJ). Początek roku, a tu takie odkrycie!







LUTY

W lutym miałam zaszczyt przeprowadzić najważniejszą rozmowę w życiu i przedstawić wywiad z autorem książek "Madame" i "Godot i jego cień", Antonim Liberą (rozmowa TUTAJ)










MARZEC


Odkrywam twórczość Iredyńskiego! Poznaję trzy tomy utworów przypominających niesłusznie zagubionego w mrokach niepamięci polskiego prozaika. Warszawska Firma Wydawnicza opracowała cały cykl w świetny sposób.


W marcu także napisałam swoją pierwszą "profesjonalną" recenzję, która została opublikowana w czasopiśmie "FORUM AKADEMICKIE" (recenzja TUTAJ)





KWIECIEŃ

Nawiązałam współpracę z Wydawnictwem "M" i odkryłam dla siebie książkę Jana Polkowskiego "Ślady krwi". Wspaniała pozycja.











MAJ


W maju ukazała się bardzo bliska mi książka Antoniego Libery: "Niech się panu darzy" (recenzja TUTAJ), recenzja została wyróżniona na portalu Granice.pl










CZERWIEC


W czerwcu pozostałam pod urokiem "Toskanii i Umbrii" Anny Marii Goławskiej i Grzegorza Lindenberga, odkryłam urok opowiadań Amosa Oza.










LIPIEC


W lipcu dokonałam absolutnego odkrycia. Była to książka Stanisława Vincenza "Prawda Starowieku", która otwiera cykl "Na wysokiej połoninie" (post TUTAJ)










SIERPIEŃ


W sierpniu spotkała mnie niesamowita przygoda, gdy zostałam zaproszona do udziału w wydarzeniu czytelniczym, zorganizowanym we Wrocławiu: LiteraTura 2013. Zaczęłam masowo poznawać ciekawe książki polskich autorów.









WRZESIEŃ

Przedstawiłam cztery pierwsze wywiady z autorami, którzy pojawili się na LiteraTurze. Spis wszystkich rozmów znajduje się w zakładce "Wywiady - LiteraTura 2013". Po każdej rozmowie staram się zamieścić fragment książki, która ma stać się dopełnieniem wywiadu.

We wrześniu również spotkała mnie jeszcze jedna niespodzianka, zostałam zaproszona do wzięcia udziału w konkursie zdjęć, jako członek jury. To była wspaniała przygoda, która zwróciła moją uwagę na twórczość Juliana Tuwima; po raz pierwszy wzięłam udział w cyklu niezwykłych spotkań Kawiarenki Kulturalno-Literackiej prowadzonej przez dr Lucynę Smykowską-Karaś, w Katowicach. Niezapomniane wydarzenie.

PAŹDZIERNIK


Odkrywam "Felietony" Kisielewskiego, zdobywam jedną z ukochanych książek
Kubiaka: "Literatura Greków i Rzymian" i sama zostaję wzięta w ogień pytań przez sympatyczną blogerkę Karribę:)










LISTOPAD


Z prawdziwą przyjemnością sięgam po biografię Tuwima, co jest konsekwencją udziału w konkursie fotograficznym i trafiam na książkę, która mnie znowu oczarowała; biorę udział w niezwykłym spotkaniu autorskim "Kobiety i ważki" (informacja TUTAJ)









GRUDZIEŃ


Przed samymi świętami, w miesiącu pełnym magii trafia do mnie: "Cienioryt", bardzo ciekawa pozycja z gatunku fantasy, a samą końcówkę roku spędzam w towarzystwie wspaniałej książki, której jeszcze Wam nie zdradzę. Dodam tylko, że kończę rok - tak jak zaczynałam - z przytupem. Jestem równie mocno zachwycona:)









Upływający rok mogę podsumować tylko w jeden sposób - to był dla mnie dobry rok. Rok wspaniałych lektur i ciekawych spotkań. Dziękuję bardzo wszystkim rozmówcom. Dziękuję za zaproszenie do LiteraTury. To było niezwykłe przeżycie:) Dziękuję także za współpracę i za wizyty wszystkich przemiłych blogerów:)

Kończąc podsumowanie życzę Wszystkim - UDANEJ ZABAWY SYLWESTROWEJ I  DO SIEGO ROKU!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wesołych Świąt!





Błękitna kolęda

- J. Pietrzycki 

Ktoś miłowany tu przyjdzie. Dobre obejmą nas ręce
I będą nasze uśmiechy srebrnym błękitem dziecięce.

Ktoś miłowany nam powie: Tęsknotą waszą zakwitnę,
Ponad srebrnymi łodziami ujrzycie żagle błękitne.

Jakże daleko-daleko fala nas życia poniosła.
Wszystko się ku nam przybliży: żagle i łodzie, i wiosła.

Wszystko się ku nam przybliży i w zachwyceniu ukaże
Dawno zgubione radości, imiona nasze i twarze.

Gwiazdy melodią zaszumią, struny się dźwiękiem rozpędzą.
Będziemy sami dźwiękami i tą błękitną kolędą.







Ponieważ jutro od rana - czas jechać do rodziny, by pomóc w przygotowaniach wigilijnych, pragnę dziś już przełamać się z Wami opłatkiem... Z całego serca życzę wszystkim, aby przy świątecznym stole nie zabrakło światła i ciepła rodzinnej atmosfery. Niech święta będą szczęśliwe, kojące i przeżyte w zgodzie ze światem i samym sobą. Życzę Wiary, co góry przenosi i nadziei, która nie gaśnie. Życzę, by  Nowy Rok niósł ze sobą szczęście i pomyślność. 

WESOŁYCH ŚWIĄT!!!

                                                     - Ola





niedziela, 22 grudnia 2013

A TY JAK SPĘDZASZ ŚWIĘTA? - kampania społeczna - pomocna dłoń dla każdej osoby, która w te świąteczne i rodzinne dni poczuje się zagubiona i samotna...




"W Polsce w wyniku samobójstw umiera rocznie więcej osób niż w wypadkach drogowych. Statystycznie na jedno samobójstwo kobiet przypada aż pięć  mężczyzn. Zdaniem prof. Jarosz, socjolog z Instytutu Studiów Politycznych PAN samobójstwa są wyznacznikiem kondycji społeczeństwa. Nasza jest najwyraźniej fatalna."

Święta to czas, w którym cieplej myślimy o rodzinie. Nawet jeśli przez rok zdarzają się jakieś nieprzyjemne sprawy, nieporozumienia, to w klimacie zbliżających świąt odpuszczamy sobie urazy, dzielimy się opłatkiem ze szczerością i przepełnieni uczuciem. Ale czy dla wszystkich ludzi okres zbliżających się świąt jest jednakowo łaskawy? Co dzieje się z ludźmi samotnymi, opuszczonymi, żyjącymi z boku, czującymi odtrącenie? Dla nich okres zbliżających się świąt jest szczególnie przykry... Paradoksalnie ta promowana w mediach i podkreślana na każdym kroku rodzinna atmosfera może wtrącić ich w depresję... Czas to zmienić!

Właśnie ruszyła kampania Stowarzyszenia Sztukater, która ma w jakimś sensie wypełnić pustkę osobom czującym swoje wyobcowanie i stać się lekarstwem na bezbrzeżną samotność. 

Od dnia 24 do 26 grudnia każda osoba, która będzie czuła się samotna, otrzyma szansę rozmowy... 

Od godziny 16.00, w dzień wigilijny rusza gorąca linia. Każdy, kto poczuje potrzebę rozmowy może zgłosić się TU:

- Artie Sztuk - Profil na FB (dyżur 24 ha)
- GG: 4768328 (dyżur 24 ha)


Gwarantujemy anonimowość, miłą atmosferę, dużo ciepła i zrozumienia... 

Dla tych, którzy zamierzają spędzić święta w sieci, Stowarzyszenie Sztukater przygotowało wirtualny stół wigilijny, pełny rozmów i życzeń, pełny serdeczności... 


"Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą" - ks. J. Twardowski

"Sprawmy, by te święta dla wielu osób nie były ostatnimi, zaprośmy samotnych do naszych stołów, podzielmy się naszym szczęściem, podzielmy się sobą! Nauczmy się dzielić sobą z innymi... To największy dar, jedyny w swoim rodzaju..." - Stowarzyszenie Sztukater

Nie musisz spędzić tych świąt samotnie! Po prostu zgłoś się pod wskazany adres i pozwól sobie pomóc... Wesołych Świąt!



sobota, 21 grudnia 2013

"Cywilizacja traw", Krzysztof Pochwicki



SPIRALA SAMOZAGŁADY
Krzysztof Pochwicki – biolog, ekolog, historyk, nauczyciel i pisarz. Jego zainteresowania są rozległe, pisze opowiadania w konwencji fantasy oraz utwory dla dzieci. W roku 2012 wydał swoją pierwszą książkę, kwalifikującą się do szeroko rozumianej literatury popularnonaukowej. „Cywilizacja traw” jest plonem długoletnich badań i zainteresowań autora, absolwenta Wydziału Ochrony Środowiska Wyższej Szkoły Humanistycznej, licencjata w zakresie edukacji ekologicznej. Pochwicki zastanawia się, jaki czynnik wywarł decydujący wpływ na rozwój, poziom i kształt dzisiejszej technologii i dochodzi do zaskakującego wniosku, że najbardziej brzemienne w skutki były od zawsze działania człowieka związane ze zdobywaniem pożywienia, czyli – szeroko pojęte rolnictwo. W sposób kompleksowy i wielopłaszczyznowy (bynajmniej nie pozostając wyłącznie w obszarze rolnictwa) stara się przedstawić wpływ udomowienia konkretnych gatunków roślin na rozwój naszej cywilizacji.
Autor zwraca uwagę, iż od zarania dziejów człowiek w swoich działaniach charakteryzował się krótkowzrocznością i wchodził w konflikt z naturą. Jego zdaniem, błędnie interpretujemy dzisiaj poczynania naszych przodków, kreując obraz romantycznych zbieraczy i łowców. Już wtedy człowiek brutalnie ingerował w środowisko, naginając je do własnych potrzeb. A najbardziej zatrważające jest to, że przez wieki nic się nie zmieniło i wciąż nie potrafimy wyciągnąć z tej sytuacji odpowiednich wniosków.
Człowiek, ucząc się i poznając świat roślin, wybrał gatunki, które uznał za najbardziej pożądane, udomowił je, nauczył się intensyfikować uprawy i zwielokrotniać plony. Tym samym rozpoczął nieodwracalną ingerencję w ekosystemy, a ludzkość weszła na niebezpieczną ścieżkę, z której dzisiaj nie ma już powrotu. Wybór konkretnych roślin wywarł decydujący wpływ na rozwój wsi i miast oraz postęp technologiczny, zmienił bieg historii, wreszcie – ukształtował cywilizację. „Udomowienie roślin stanowi podwalinę, fundament cywilizacji globalnej. (…) Właśnie rolnictwo zepchnęło ludzkość na krętą, niebezpieczną drogę rozwoju, z której niestety, po tysiącleciach postępującego uzależnienia od roślin, nie sposób już się wycofać. Analizując właściwie każde zagadnienie, prędzej czy później dotrzemy do wątków związanych z roślinami. Papier, nałogi (tytoń, alkohol, większość narkotyków i używek), odkrycia geograficzne (przyprawy), tkaniny (len, bawełna i całe mnóstwo innych), handel (np. słynny jedwabny szlak z Chin), a nawet kariera soli (trzeba było jakoś konserwować nadwyżki żywności);  u podstaw wszystkich tendencji rozwojowych i form ludzkiej aktywności znajdziemy rośliny”.
Jesteśmy uzależnieni od roślin, to fakt – człowiek nie przeżyje bez pożywienia. Zdaniem autora, największe niebezpieczeństwo tkwi jednak w tym, że istnienie ludzkości zależy dzisiaj od kilku gatunków zbóż. „Ponad połowa żywności globalnej populacji pochodzi od trzech gatunków: pszenicy, ryżu i kukurydzy. Trawami są: żyto, trzcina cukrowa, sorgo, owies, jęczmień. (…) Najbliższa przyszłość pokaże, czy udomowienie roślin było największym dobrodziejstwem, czy największym błędem ludzkości”.
Krzysztof Pochwicki prognozuje, że w czekają nas poważne problemy z wyżywieniem. Już dziś można odczuć skutki nieodpowiedniej gospodarki zapasami. Dowodzi, iż dysponujemy wystarczającymi rezerwami żywności, natomiast walka z głodem na wielu obszarach jest wynikiem politycznej krótkowzroczności i walki interesów ekonomicznych. Poważnym problemem ludzkości jest zatrważający przyrost naturalny, możliwy dzięki zredukowaniu śmiertelności (postęp medycyny) oraz rewolucyjnemu przełomowi w produkcji żywności, zapoczątkowanemu w XIX wieku (odkrycie nawozów sztucznych). Zdaniem autora, społeczeństwa powinny mieć świadomość, czym to grozi. Populacja bazująca na ograniczonym areale upraw nie może rosnąć w nieskończoność. Istnieje pewien próg, przekroczenie którego spowoduje zagrożenie dla gatunku. Natura zwykle sama radzi sobie z ekosystemami. Jeżeli populacja osiągnie zbyt duże zagęszczenie, uaktywniają się mechanizmy przywracające równowagę. Głód, choroby, migracje, wzrost liczebności drapieżników – to kilka możliwych zaworów bezpieczeństwa. Człowiek jako jedyny gatunek potrafi unieszkodliwiać bądź blokować wymienione mechanizmy regulujące. Zjawisko rozrastania się populacji, która zaczyna wyczerpywać zasoby wyżywienia, określane jest terminem przekroczenia pojemności środowiska. Po naruszeniu tej granicy populacja częściowo bądź całkowicie ginie. Człowiek potrafi tę pojemność rozciągać, ale też tylko do czasu. Autor zwraca uwagę, że zagrożeniem dla ludzkości jest nie tylko ograniczona możliwość pożywienia, ale także kurczące się zapasy wody pitnej.
Jako biolog, Pochwicki podkreśla przerażająco niski stan wiedzy człowieka o roślinach, co bezpośrednio przekłada się na zasób informacji konsumenta na temat żywności. Po prostu nie wiemy, co jemy. Dane są alarmujące. Nie zdajemy sobie sprawy, iż w kwestii wyżywienia odeszliśmy już tak dalece od naturalności, że w zasadzie nie ma powrotu. Wszystko, co dziś spożywamy, pochodzi ze sklepu, a „w sprzedaży nie istnieje żywność pozbawiona sztucznych substancji! Żyjemy w czasach, gdy przeciętny konsument spożywa rocznie 20 kg środków konserwujących i ulepszaczy. (…) Pośrednio dzięki rolnictwu staliśmy się bodaj jedynymi zwierzętami, które dobrowolnie, w różnym stopniu i skali, zatruwają organizm”.
Autor z niepokojem snuje refleksje na temat niewiedzy społeczeństwa, które dumnie nazywa się „informacyjnym”. Istotnie, żyjemy w czasach, gdy liczy się informacja. Każdego dnia media bombardują nas danymi, ale skutek tego jest dość zaskakujący. Pomimo iż jesteśmy coraz bardziej wykształceni, to z każdą kolejną pochłanianą informacją znieczulamy się na nie. Przestajemy się przejmować, oswajamy z tragedią, umiera empatia. Dlatego nie reagujemy jak należy, gdy słyszymy o zagrożeniu różnorodności biologicznej, o ginących gatunkach roślin i zwierząt, o narastającym pustynnieniu wielu obszarów. Te zagadnienia nie mają dla nas wartości emocjonalnej, a to duży błąd. Pochwicki dochodzi do smutnego wniosku, iż jedną z konsekwencji postępu technologicznego jest to, że szybciej od inteligencji człowieka rozwija się jego zdolność do samozagłady.
W tym kontekście należy także zwrócić uwagę na tytuł książki, gdyż jest on znamienny. Dzięki niemu autor w lapidarny sposób dokonuje „odbrązowienia” historii człowieka. W tym nieco ironicznym, ale – po zastanowieniu – przerażającym tytule zawarł diagnozę kruchości podstaw ludzkiego istnienia. Bo czym są nazwy: epoka kamienia, epoka brązu i żelaza? To określenia mające uwypuklić znaczenie wynalazków i umiejętności technicznych człowieka, symbolizować jego panowanie nad światem. A w rzeczywistości historia człowieka opiera się na nader wątłych fundamentach – uzależniona jest od roślin. Nie żelazo i nie brąz zatem. Epoka współczesnego człowieka to cywilizacja traw…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:



                                                Serdecznie dziękuję:)



Recenzja została opublikowana: TUTAJ

CZAS, BY MARZENIA NAZWAĆ CELEM – rozmowa z Martą Łukomską-Grzebułą, autorką książek „Kobieta z okna”, „Dzień, który nie miał jutra”, „Kiedy ktoś nocą puka do drzwi”, „Dotykając nieba”; LiteraTura 2013




Pracuje Pani od trzydziestu lat jako pielęgniarka. Jak to się stało, że wybrała Pani taki zawód?
Od dziecka chciałam być pielęgniarką, jak moja mama. Chłonęłam atmosferę szpitala, sali operacyjnej i już jako pięcioletnia dziewczynka wiedziałam kim chcę być. Moi rodzice się z tym nie zgadzali. Po szkole podstawowej zapisali mnie do Liceum Sióstr Urszulanek, moje pragnienie nie zostało uwzględnione. Ale uparłam się i już mając męża, małego synka – poszłam do szkoły pielęgniarskiej. Miałam wówczas 25 lat, to też o czymś mówi. Nie chcę, by zabrzmiało to patetycznie, ale naprawdę lubię pomagać ludziom w najgorszym okresie ich życia, jakim niewątpliwie jest choroba. Z dumą patrzę, gdy pacjenci zdrowieją i opuszczają oddział reanimacji. To wspólny „wyczyn” pracowników służby zdrowia i pacjenta. Czasem jednak „odprowadzam” tych, którym nie jest pisane wyzdrowieć. Mówiąc „odprowadzam”, mam na myśli tę jedyną, niepowtarzalną chwilę, gdy zamykam im powieki modląc się. Bo wierzę, że istnieje inny, lepszy świat. W jednym z moich wierszy, zatytułowanym „WROTA”, zamknęłam całą swoją wiarę i nadzieję na to, że tak właśnie jest.*
Co jest najtrudniejsze w Pani pracy?
Świadomość odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Od momentu znieczulenia, gdy usypiamy pacjenta, to my ponosimy w pełni odpowiedzialność za jego życie. I bywa, że podczas operacji pierwsi dowiadujemy się strasznej prawdy. Diagnoza bywa przerażająca, lecz po zakończonym zabiegu musimy się uśmiechać i mówić: „Będzie dobrze”. Najgorzej jest, gdy chory przez kilka dni musi być utrzymywany w śpiączce farmakologicznej, czasem bywa, że już się z niej nie wybudza. Zdarza się też tak, że na salę operacyjną przywożony jest pacjent pełen lęku, a ja go uspokajam z anestezjologiem, obiecuję, że będzie dobrze, bo w to wierzę, a czas pokazuje, że się myliłam… Wtedy często czuję się pokonana, przegrana i słaba. Wtedy uciekam w świat fikcji literackiej. Nie tylko pisząc, przede wszystkim czytając. Ciężko mi, bo nawet, gdy jestem w domu, otoczona miłością bliskich, to w podświadomości ciągle, niczym hydra, przebija obraz umierającego człowieka i świadomość, że on nie ma już szans. Ale odnajduję w sobie siłę i idę na kolejny dyżur, wierząc znowu, że może jednak…
Dlaczego Pani Mama nie chciała, by poszła Pani w jej ślady?
Chciała bym poszła wyżej, na studia, bym była lekarzem. Ale ja nie tego pragnęłam. Sama mi powiedziała, po niemal dwudziestu sześciu latach mojej pracy, że dokonałam najwłaściwszego wyboru. Zrozumiała to prawie tuż przed swoim odejściem, przed śmiercią – widząc i obserwując mnie pewnego dnia w pracy, w trakcie pełnienia przeze mnie dyżuru na oddziale. Zrozumiała, że to „mój świat” i mój żywioł” . Bycie lekarzem brzmi dumnie, wymaga pasji, zaangażowania i wiedzy, ale ja zawsze powtarzam, że to pielęgniarka jest najbliżej chorego człowieka. Noc i dzień, godzina za godziną. Pielęgniarka, nie lekarz.
Czy lubi Pani myśleć o sobie, że wypełnia „misję”?

Misja? Nie użyłabym tego słowa. Powiedziałabym raczej: powołanie. Bo do każdej pracy, którą wykonujemy, trzeba podchodzić z sercem, z zaangażowaniem i umieć odnaleźć w sobie to, co właśnie nazwałam powołaniem. Nie da się żyć i pracować, angażując się tylko połowicznie. Albo robię coś w pełni, albo nie robię nic.
Prowadzi Pani na blogu cykl „Z pamiętnika pielęgniarki”. W którym momencie poczuła Pani, że prócz tego potrzebuje Pani jeszcze sprawdzić się w inny sposób, pisząc książki?
Myślę – choć zabrzmi to nieprawdopodobnie – że od dziecka poszukiwałam słów oddających emocje, myśli. Mama dość często opowiadała, jak to ja, jako mała dziewczynka, na poczekaniu zmyślałam wierszyki. Pytana, dlaczego akurat smutny, a czasem wesoły – odpowiadałam, że „muszę, bo coś mi siedzi w środku i każe tak robić”. Sama nie rozumiałam tego, ale właśnie poezją pragnęłam oddać to, co tkwiło we mnie. Nie miałam „słodkiego” dzieciństwa i być może ten fakt zadecydował, że dojrzałam szybciej niż powinnam. Że szukałam swoistej ucieczki lub – jak kto woli – „zaworu bezpieczeństwa” dla własnych łez. I zmyślałam – dziś powiemy: konfabulowałam – przed innymi dziećmi. Opowiadałam piękne i wzruszające historie o sobie i o tacie. Bo prawda za bardzo bolała.
Dlaczego dzisiaj Pani pisze? Do czego to jest Pani potrzebne?
W moich książkach opowiadam i przemycam własny ból i własną siłę. Czasem myślę, że są swoistą receptą na to, jak przetrwać określoną sytuację. Pisanie jest dla mnie terapią i szukaniem odpowiedzi. Czy mogłam zrobić coś lepiej? Inaczej? I jak moje wybory zadecydowały o moim dzisiejszym dniu. Skupiam się tylko wokół czterech spraw: wiary, nadziei i miłości oraz umiejętności przewidywania. Wybory to jest to, co decyduje o tym, co się nam „przytrafia”. Nikogo nie chcę „pouczać”, ale pragnę uzmysłowić, że nie tylko los bywa okrutny względem nas. To, co się dzieje, co nas zasmuca, wpycha w czarną dziurę smutku, bywa często konsekwencją łańcucha zdarzeń wynikających z naszych wyborów.
Pisanie jest dla mnie odskocznią od tego, co tu i teraz. Czasem „wykrzykuję” w swoich wierszach, powieściach swój żal, ból, złość, a czasem pragnę się po prostu dzielić szczęściem. I mówię, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Najlepszym tego przykładem jest moja powieść „Dotykając nieba”.
Ma Pani rodzinę, praca to wielogodzinne dyżury, kiedy znajduje Pani czas, by pisać?

Piszę po nocach (uśmiech). I właśnie wtedy wypoczywam. A jeśli jestem na nocnym dyżurze, to po powrocie do domu siadam i piszę. Zawsze kilka godzin. Systematyczność. Ciągłość działań. Mąż mówi, żartując, że mam dwa pełne etaty.
Jak zaczęła się Pani przygoda z pisaniem? Co Panią skłoniło do prób?

Namówiła mnie moja mama. Po przeczytaniu (w wieku 13 lat) „Pana Tadeusza” w jedną noc – zaczęłam w sposób niekontrolowany rymować, czym wzbudziłam ogólne rozbawienie. Kiedy chciałam powiedzieć zwykłe proste zdanie, zaczynałam mówić czterowierszem. To wtedy padło hasło” „Martusiu, pisz wiersze!”. W ten sposób się zaczęło. Mając lat 13 napisałam dwa opowiadania, do dziś pamiętam ich tytuły. „Pomarańczowe ogrody” teraz, po niemal 40 latach, zostały wydane jako powieść. Nie udało mi się jeszcze wydać opowiadania „Moja pierwsza wojna, moja pierwsza miłość”, ale i to z czasem może się zmienić. Reasumując – gdyby nie Mama i jej słowa, a potem stały doping i wiara we mnie, być może nigdy bym o pisarstwie nie pomyślała. Mój ojciec Stefan Łukomski też pisał, nasze losy się rozeszły, ale w genach coś mi po nim pozostało.
Powiedziała Pani kiedyś, że wyjątkowe znaczenie ma dla Pani historia, którą opisała Pani w książce „Dzień, który nie miał jutra”. Dlaczego to taka ważna historia?
„Dzień, który nie miał jutra” to spora część historii mojej rodziny, o której jeszcze nawet nie wiedziałam zaczynając pisać. Szukając materiałów, trafiłam na moje rodowe nazwisko: Łukomski. Zaczęłam sprawdzać telefony, maile i okazało się, że w Katyniu zostali zamordowani kuzyni i bracia mojego dziadka. I choć początkowo mini powieść miała być wyrazem hołdu dla nieznanych bohaterów, z czasem stała się po części opowieścią o losach moich bliskich. Pan Lesław, jeden z bohaterów, ma swojego odpowiednika w moim dziadku, a Jerzy – ojciec książkowego bohatera Andrzeja – w moim ojcu.
Z napisaniem tej książki wiąże się też trochę niesamowita historia, bo zaczęłam pisać ją z żeńskim narratorem, a ciągle pojawiało mi się imię Andrzej. Nie znałam żadnego Andrzeja, zastanawiałam się, dlaczego długopis mnie nie słucha, ciągle zmienia formę na męską… Po czym się okazało, że bardzo serdeczny przyjaciel miał syna Andrzeja, który był pasjonatem poszukiwania korzeni swojego rodu i nagle ta książka nabrała innego kształtu. Z tego, co się zorientowałam, udało mi się zainteresować nawet młodych ludzi. Jedna czytelniczka napisała, że tą książką otworzyłam jej oczy, że nawet ściany mają historię.
O czym jeszcze Pani pisze?

W książkach zawieram moje emocje, przemyślenia, doświadczenia i obserwacje. Taką książką jest „Kobieta z okna”. Miałam sąsiadkę, która tak otaczała się samotnością, i książka jest jej poświęcona. Być może zwracam na takie rzeczy uwagę, bo jestem pielęgniarką. Przez kilka lat przechodziłam codziennie obok okna, w którym przez całe lata tkwiła w bezruchu starsza pani – i tak mi jej było żal. Kiwałam jej głową na dzień dobry i obserwowałam ją, bo lubię podglądać ludzi. W którymś momencie nawiązała się między nami nić sympatii, zrozumienia. Zaczęłyśmy rozmawiać. Jakoś spontanicznie się przed nią otworzyłam. Nie wiem dlaczego, bo jej nawet nie znałam. Pewnego dnia, przechodząc i spodziewając się, że znowu ją zobaczę, zastałam tylko nekrolog… To mnie załamało, bo coś, co tak pięknie się zaczynało, nagle zostało mi odebrane. Rozmawiałyśmy, dawała mi różne rady, zdążyła ledwie się przede mną otworzyć i nagle… koniec. Zadedykowałam „Kobietę z okna” właśnie jej. Dałam jej historię i zadbałam, żeby nie była taka samotna…
W jaki sposób wydała Pani swoją pierwszą książkę?
W 2010 roku, w dzień moich urodzin, synowie i mąż z pasierbicą wydali pierwszy tomik moich wierszy i tak otrzymałam od nich prezent. A potem poszło piorunem, kolejni wydawcy i kolejne książki. Czy uwierzyłam w końcu w siebie? Czy przełamałam opory, które latami blokowały mnie przed wysłaniem tekstów do wydawców? I tak, i nie. Sprzeczne? Owszem, ale wciąż jest we mnie ogrom pokory i lęku, jak to, co piszę, odbierze czytelnik.
Jak odbierają książki Pani czytelnicy? Jakie są Pani odczucia?
Kilka spotkań, kilkanaście rozmów, czasem bardzo emocjonujących, dało mi obraz tego, jak są odbierane. Zazwyczaj dobrze. A raczej ogólnie dobrze. Na razie, oprócz dwóch opinii czytelniczek, nie spotkałam się z innymi uwagami. Oczywiście czytelnicy potrafią wskazać niedociągnięcia, literówki. Jedni mnie za to winili, inni nie. Ale miło jest wiedzieć, że z zainteresowaniem śledzili losy bohaterów.
Jak znosi Pani krytykę?

Merytoryczną rozważam, atakującą, kąśliwą – ignoruję, ale po jakimś czasie i nad nią się zastanawiam, jak przejdą pierwsze złości i żale…
I co Pani robi z tą krytyką? Korzysta Pani z jej konstruktywnego przekazu?
Jak najbardziej. Tak postępuję ogólnie. Każda strefa życia obarczona jest moimi błędami, niedociągnięciami, bo nie myli się jedynie ten, co nic nie robi. A ja czasem aż za dużo [Uśmiechnęłam się spontanicznie myśląc o ogromie mojego zaangażowania]… Często pytają mnie, jak na to wszystko znajduję czas. I nie wiem. Więc, powracając do Pani pytania, jeśli mogę coś naprawić, zmienić w swoim życiu czy twórczości, chętnie słucham i korzystam z rad, wskazówek. Znam pojęcie pokory…
Muszę zadać to pytanie: czy jest Pani autorką świadomą własnych ograniczeń?
Jestem człowiekiem świadomym własnych ograniczeń, a więc i taką autorką. To sprzężenie zwrotne. Uczymy się na własnych błędach. Jeśli nie, to… smutne. Wówczas płacimy za kolejne błędy kolejnym rozczarowaniem.
Jaki ma Pani stosunek do podnoszenia kwalifikacji? Ostatnio rośnie popularność warsztatów pisarskich, myślała Pani kiedyś o wzięciu w nich udziału? Po warsztatach uczestnicy razem wydają tomiki opowiadań, zyskują nowe przyjaźnie oraz doświadczenie.
Tak, myślałam, ale zarówno koszty udziału w takim kursie, jak i czas, jaki jest potrzebny, odbierają mi na to szansę. Mam bardzo czasochłonną pracę. Nieunormowany system godzin, a do tego... po porostu życie osobiste wymaga ode mnie uwagi i czasu. Choroba pasierbicy, męża, wystarczająco pochłaniają każdą wolną chwilę. Uczę się sama. Poradniki i wszystko to, co dostępne w internecie, stanowi moje źródło wiedzy.
Jednak na pisanie znajduje Pani czas? Napisała Pani od 2010 roku 11 książek i dwa tomiki wierszy. To dosyć sporo jak na tak krótki czas.


Wrocław, LiteraTura 2013 (Katarzyna Georgiou, Marek Dryjer, Krystyna Januszewska, Agnieszka Gil, Marta Łukomska-Grzebuła) [źródło]

Tak, gdy byłam dzieckiem i miałam problem, moja mama mówiła: „Martuś, opisz to”. Robiłam jakieś próby i – gdyby mogła to Pani zobaczyć – moja mama zebrała chyba ze 300 kartek zapisanych przeze mnie, opatrzyła datami, ułożyła chronologicznie i wszystko przechowywała.
Czy Mama doczekała wydania którejkolwiek książki?
Niestety, nie. Ale do dziś z każdą idę tam, na „skowronią górę”, gdzie spoczywa i czytam Jej każdą z wydanych książek.
Jak się Pani wydaje – dlaczego dla Pani Matki było takie ważne, by Pani pisała?
Mama stale mnie zachęcała do pisania. Kiedyś jej wyznałam, że nie potrafię stworzyć takich wymyślnych historii, a ona mi poradziła: „Nie zmyślaj, pisz o tym co widzisz. Rozglądaj się wokół i pisz o prawdzie”. W którymś momencie mojej mamy zabrakło. Nie miałam już takiego przyjaciela, nie miałam do kogo pójść po radę i pogubiłam się. Zmarła moja mama, a wokół mnie wszystko zamarło. Chciałam napisać wtedy wiersz i nagle doznałam takiego wrażenia, że mama gdzieś blisko siedzi i mówi: „Pisz, dziecko, pisz! Bo zgubisz wątek”… Więc napisałam i tak powstała książka „Dotykając nieba”.
Mama całe życie skłaniała mnie do tego, by spełniać swoje marzenia, więc teraz, pisząc książki, spełniam je… Robię to także dla niej. Jeszcze na pół roku przed śmiercią powiedziała mi: „Marto, czy nie czas już marzenia nazwać celem”?
Dziękuję za rozmowę.

I ja serdecznie dziękuję.

* WROTA
Czy mógłbyś zrozumieć drugiego człowieka,
kiedy ten choruje i na śmierć swą czeka?
Czy mógłbyś w cierpieniu jemu trochę ulżyć,
co mu ofiarujesz, gdy ból jest okrutny?


Ile mu potrafisz miłości okazać?
Ile też potrafisz mądrości wykazać?
Żeby pomóc komuś, kto śmierć już swą widzi,
 trzeba mocnej wiary, miłości i siły.

Więc jeśli jest w tobie ta dobroć bez granic,
rozsądne współczucie, i śmierć masz też za nic.
To będzie ci łatwiej prawdę wytłumaczyć,
 że śmierć, choć okrutna, to nic tak nie znaczy.

To tylko są wrota do innego świata,
 gdzie nikt nie choruje, gdzie brat wita brata.
Gdzie żona przywita i męża swojego,
gdzie matka do dziecka przytula się swego.

Więc kiedy ten człowiek oczy swe zamyka,
kiedy gaśnie świeca i płomień zanika,
to podaruj jemu, co masz cenniejszego,
wiarę, że istnieje… Znacznie coś lepszego.
2004


poniedziałek, 16 grudnia 2013

ŻYCIE NIESIE NAJCIEKAWSZE SCENARIUSZE - rozmowa z Agnieszką Gil, autorką książek dla młodzieży „Dziki szczaw” i „Herbata z jaśminem”, LiteraTura 2013





W jaki sposób zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem? Czy pisywała Pani do szuflady?
Jako nastolatka oczywiście pisałam wiersze, próbowałam nawet zmierzyć się z powieścią, ale zupełnie nie pamiętam, czy myślałam wówczas o pisaniu w przyszłości. Moja przyjaciółka z dzieciństwa twierdzi, że tak, a nie mam podstaw jej nie wierzyć (śmiech). Tak naprawdę wszystko się zaczęło, gdy wzięłam udział w konkursie na bajkę i znalazłam się w gronie laureatów. Niewykluczone, że największym impulsem była nagroda – świetne i dość drogie klocki. W każdym razie to spowodowało, że zachciało mi się pisać dalej.
Dlaczego dzisiaj pisze Pani książki?
Nie wiem, czy na to pytanie da się krótko odpowiedzieć... Bo lubię, chcę, czuję potrzebę wypowiedzenia się. Bo mogę tworzyć sytuacje, miejsca, postaci albo opisywać życie tak, jak je widzę. Pewnie powodów znalazłoby się więcej. Mogłabym jeszcze pisać dla pieniędzy, ale to może kiedyś, w przyszłości. Między nami mówiąc, załatwiam dzięki temu różne swoje sprawy i to też bardzo mi się podoba! (śmiech).
„Przygoda na basenie” to Pani debiut. Tę właśnie bajkę wysłała Pani na konkurs. Utwór został opublikowany przez wydawnictwo Wilga, a Pani mogła zobaczyć swoje nazwisko obok takich autorów, jak Grzegorz Kasdepke czy Wanda Chotomska. Jakie to było uczucie?
Uskrzydlające. Bardzo byłam dumna, że znalazłam się w takim gronie. Po latach okazało się, że w tym samym zbiorze debiutowała jedna z moich ulubionych autorek powieści psychologicznych, Małgorzata Warda, wówczas jeszcze pod panieńskim nazwiskiem. W zasadzie tamta wygrana cieszy mnie do dziś. Miło jest dowiedzieć się, że to, co robimy ma sens, że komuś się podoba, jest zauważone i docenione.
Powiedziała Pani kiedyś, że „Dziki szczaw” został przez wydawcę błędnie uznany za książkę młodzieżową. Chce Pani sprostować ten błąd? Jak należy tę książkę sklasyfikować?
Nie nazwałabym tego błędem, ostatecznie i bohaterowie tej powieści, i jej czytelnicy mają po kilkanaście lat. Sądząc po odbiorze, bardziej jednak niż samym nastolatkom podobała się ich mamom. To była pierwsza dłuższa forma, z jaką się zmierzyłam. Pisząc nie myślałam o odbiorcy, kim i w jakim wieku będzie. Książka spełniła moje oczekiwania i jest dokładnie taka, jak miała być, ale myślę, że rzeczywiście bardziej może podobać się czytelnikom, którzy pierwsze wybory życiowe i pierwsze poważne uczucia mają już za sobą.

„Herbatę z jaśminem” można jednak bezpiecznie uznać za powieść młodzieżową. To historia dziewczyny, dla której rodzina nie jest oparciem. Zapewne z tego wynika trudny charakter bohaterki. Książka pokazuje problemy młodzieży, ale w sposób niebanalny – wplotła Pani w fabułę fragmenty historii i topografii Wrocławia, przedstawiła zagrożenia typowe dla młodego wieku, ale bez moralizatorstwa. Co Panią zainspirowało do napisania tej powieści? Wykorzystała Pani w niej prawdziwe wydarzenia?
Zanim zaczęłam pracować nad „Herbatą z jaśminem”, już wiedziałam, do jakiego czytelnika będzie skierowana. Dlatego od początku robiłam wszystko, by zarówno sama historia, jak i sposób pisania trafiły do młodych odbiorców, by powieść była dla nich ciekawa i wiarygodna. Fabuła i bohaterowie są wymyśleni, ale… nie całkiem. Większość zdarzeń miała miejsce, ale przytrafiały się różnym osobom. Zarówno współczesnym, jak i byłym nastolatkom. Już dawno zorientowałam się, że nie ma potrzeby zmyślać – życie niesie najlepsze, najciekawsze scenariusze. Na samą postać Kury złożyło się kilka osób, które znałam lub znam. Myślę, że dzięki temu jest ona trójwymiarowa, pełniejsza niż postać powstająca wyłącznie w wyobraźni autora. Prawdziwy był rejs, pożar, a także miejsca, w których bywali bohaterowie.
Jak została przyjęta książka? Jakie są Pani odczucia?
„Herbata...” podobała mi się w trakcie tworzenia. Pisałam ją z przyjemnością, dobrze mi się obcowało z bohaterami, rozwiązywało ich problemy i „przemierzało” Wrocław. Miałam nadzieję, że powieść zostanie odebrana dobrze, ale rzeczywistość przekroczyła moje oczekiwania. Listy, telefony, rozmowy pokazały, że zawarłam tam więcej niż przypuszczałam. Fabuła, opisy, obraz mojego Wrocławia, takiego, jakim go widzę, zaintrygował niektórych do tego stopnia, że zechcieli go obejrzeć na żywo. Pewna czytelniczka przyjechała tu specjalnie spod Warszawy i rowerem poruszała się śladami Kury, co zrelacjonowała potem na swoim blogu (tp://nitoniowo.blogspot.com/2012/08/migawki-wrocawia-sladami-kury.html).
Postać Kury, niespecjalnie sympatyczna, budziła różne emocje, lecz jednak je budziła. To ważniejsze niż obojętność. Był to dla mnie sygnał, że nie powinnam się bać pisania o sprawach trudniejszych. Przy „Herbacie z jaśminem” nabrałam chyba odwagi, poczułam, że mogę porzucić bezpieczną i lekką tematykę, jakiej trzymałam się w „Dzikim szczawiu”.
Jak odebrała książkę Pani córka? Bohaterka ma na imię Martyna, tak jak ona. Czy córka polubiła swą powieściową imienniczkę? Uznała, że pisze Pani „życiowo”?
Z imieniem miałam duży kłopot, bo żadne mi do bohaterki nie pasowało. Martyna „nie pasowała” najmniej. Zapytałam córkę, czy zgodzi się go użyczyć i uczyniła to. Jednak muszę powiedzieć, że w żadnym stopniu postać Kury nie jest wzorowana na niej – to zupełnie różne charaktery, o innych priorytetach i wartościach. To niebo i ziemia. Córka twierdzi, że lubi Kurę, a książkę ocenia jako dobrą i wiarygodną. Bardzo mnie to cieszy, bo ją niełatwo zadowolić. W trakcie powstawania powieści, miała jej sporo do zarzucenia. Jednej rzeczy nie chce mi wybaczyć do dziś... Nie powiem jednak jakiej, bo to byłby spojler.
Jaki był udział córki w pisaniu książki? Jest Pani pierwszą recenzentką i głównym doradcą w sprawach młodzieżowego języka? Mocno się napracowała?
O tak, napracowała się! (śmiech) Nie miałam pojęcia, że język zmienia się tak szybko. Córka uświadomiła mi, że dziś nikt nie powie: „do jasnej Anielki” i zasugerowała zmianę. To byłoby potknięcie. Żeby być wiarygodnym, nie można stosować w powieściach dla młodzieży określeń, które są już passé. To demaskuje tak samo, jak nieprawdopodobna fabuła. Nastolatki bezbłędnie rozpoznają, kiedy autor usiłuje wbić się w krótkie spodenki czy spódniczkę – i są bezlitośni. Słusznie, moim zdaniem, bo czytelnikowi należą się dobre książki.
Coś się zmieniło w Pani życiu po opublikowaniu powieści? Czy to był moment przełomowy dla Pani jako pisarki?

Jak wspomniałam wcześniej, reakcje czytelników na „Herbatę z jaśminem” sprawiły, że odważyłam się pisać o trudnych sprawach. Okazało się, że ani młodzież nie oczekuje wyłącznie „krzepiących i lukrowanych” historii, ani dorośli czytelnicy (bo takich było wielu) nie szukają w lekturze wyłącznie lekkości i optymizmu. To zaowocowało kolejną powieścią, tym razem dla dorosłych, podejmującą ważny i trudny temat, z którym stosunkowo rzadko spotykam się w beletrystyce, a dotyczy niemałej części naszego społeczeństwa. Ta powieść pisana była już zupełnie świadomie. Trochę inaczej niż w „Herbacie”, celowo poruszałam pewne kwestie, poważne i niezbyt łatwe do ujęcia w powieści obyczajowej.
Wracając do „Herbaty z jaśminem”, czuje Pani, że ta historia ma potencjał i będzie ją Pani kontynuować?
Chyba ma potencjał (śmiech). Szalenie trudno mi to ocenić, ale spotkałam się z tyloma prośbami o kontynuację, że czułam się w obowiązku zareagować. Jednak trochę przewrotnie. Kura nie należy do moich ulubionych bohaterów. Nie jest zbyt sympatyczna, nie bardzo ją lubię, chociaż istnieją przyczyny, dla których jest taka, a nie inna. Dla mnie jej historia już jest w zasadzie zamknięta. Postanowiłam napisać książkę, w której znajdzie się dwoje innych bohaterów „Herbaty”. Ulubieniec dziewcząt, Leon, i jeszcze ktoś, ale to na razie niespodzianka. I tym razem czytelnik spotka ich poza Wrocławiem. Ale kto wie, może kiedyś wpadnie mi do głowy fabuła, w której znów znajdzie się miejsce dla Kury.
Czy portretuje Pani kogoś ze swego otoczenia? Mówiła Pani, że niektóre zdarzenia się wydarzyły naprawdę, czy jednak ktoś może się w książce rozpoznać?
Staram się ze wszystkich sił nie pokazać, o kim piszę! (śmiech) Jak już wcześniej wspomniałam – nie widzę potrzeby wymyślania wszystkiego, skoro tyle „materiału” jest dookoła. Czerpię z siebie, z życia, podpatruję, obserwuję i wykorzystuję. Składam postać z kilku osób, nadaję im cechy, jakich potrzebuje mój bohater, nie zawsze zgodne z cechami pierwowzoru. Niektóre typy ludzkie to niemal gotowe postaci literacką. Ale takie sytuacje zdarzają mi się raczej w epizodach. Pierwszoplanowi bohaterowie to mozaika różnych – mniej lub bardziej mi znanych – osób, o cechach autentycznych albo wymyślonych. Niektórzy się rozpoznawali. W „Dzikim szczawiu” pozwoliłam sobie na wykorzystanie konkretnych osób. Za ich zgodą lub… bez.
Z jaką spotkała się Pani reakcją?

Wiem, że czytelnicy w miejscowości, gdzie rozgrywa się akcja, komentowali to głośno, ale bez awantur. Cieszyli się, że zaistnieli na kartach powieści. Bywają też sytuacje, gdy wkładam do książki konkretne osoby, z imieniem i nazwiskiem. Tak jest w „Układzie nerwowym”, który ukaże się w styczniu przyszłego roku – np. dziennikarka pewnego czasopisma, osoby zajmujące się niecodzienną działalnością, ale do rozpoznania w życiu. Lubię pisać o konkretnych miejscach, rzeczach i ludziach. Z niektórymi naprawdę warto zapoznać czytelników.
Nie mogę nie zapytać o książki młodzieżowe, które Pani szczególnie lubi.
Z czasów, kiedy sama byłam nastolatką? Jeśli chodzi o powieść obyczajową, to przede wszystkim Siesicka. Ale także Niziurski, Ożogowska. Z trochę poważniejszych – Aleksander Minkowski i Lech Borski. To autorzy, do których wciąż wracam. Niektóre z tych książek lekko już trącą myszką, ale są dla mnie ważne, są jakimś wzorcem. Z Ożogowską i Niziurskim „zaprzyjaźniam” syna. Córka nie dała się do nich zachęcić. Ona ma swoje dobre, współczesne książki, których wcale nie jest mało.
Od kilku lat publikuje Pani bajki dla dzieci oraz artykuły o Wrocławiu. Interesujący jest zwłaszcza cykl „Nauka przez zabawę”. Proszę opowiedzieć nam coś o nich. Skąd taki pomysł?
Wydawca, który mnie zatrudniał, wydawał czasopisma specjalistyczne. Tam zaczęła się moja przygoda ze „Światem Matematyki”, pismem dla starszej młodzieży. Pracowałam w zespole redakcyjnym, ale nie mam wykształcenia matematycznego, więc nie pisałam artykułów specjalistycznych, nie układałam łamigłówek, miałam inne zadania. Ponieważ nauka tego przedmiotu bywa niełatwa, zgłębiłam temat i napisałam serię tekstów o tym, jak sami rodzice mogą pomóc dzieciom. W dużym skrócie – cały problem leży w nieumiejętności uczenia, w procesie przekazywania wiedzy i w zaniedbaniach na samym początku edukacji. Trudniej jest nauczyć dzieci myśleć samodzielnie, niż nakazać „wykucie” regułek na pamięć. Liczby są abstrakcyjne. Zanim dziecko nauczy się rozumować w ten sposób, musi mieć dobre (umiejętnie podane) podstawy. A jak najbezpieczniej i najskuteczniej uczyć dziecko? Podczas zabawy. I o tym pisałam w swoim cyklu.
Czyli naukę matematyki powinniśmy zaczynać już w domu z rodzicami?
Oczywiście. W swoich tekstach pisałam o zabawach, dzięki których rodzic może nauczyć dziecko liczyć, mierzyć, rozumieć pojęcie objętości, poznawać figury geometryczne. Dzięki temu – w przyjaznym i bezpiecznym otoczeniu – dziecko może łatwiej zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W szkole trudniej o indywidualne nauczanie, więc im wcześniej dziecko zetknie się z pewnymi pojęciami w sposób sympatyczny i ciekawy, tym lepiej dla niego. To także dobra okazja do spędzania czasu z rodzicami w sposób twórczy.
Nie skupia się Pani wyłącznie na pisaniu artykułów. Prowadzi Pani z dziećmi „warsztaty matematyczne”. Jak wyglądają takie zajęcia? Czy pokazuje Pani osobom dorosłym, w jaki sposób mogą „otwierać” dzieci na matematykę?

Tak. Lubię bawić się z młodszymi dziećmi, więc opracowałam scenariusz zajęć, podczas których m.in. poznają one figury geometryczne rysując czy układając słomki, liczą nawlekając koraliki, mierzą, sprawdzając ile stóp ma sznurek, słuchają matematycznych wierszyków, klaszczą, tupią i podskakują. Podczas takich zajęć abstrakcja ma szansę stać się czymś zrozumiałym, z czego będzie można korzystać w przyszłości.
Denis Guedj w 2001 roku napisał książkę „Twierdzenie papugi”, która w świetny sposób pozwala młodzieży „oswoić” matematykę. Czy myślała Pani o tym, by pójść krok dalej, poza zajęcia praktyczne i napisać bajkę dla dzieci, która pozwoliłaby im zaprzyjaźnić się z tym przedmiotem?
Nie współpracuję już z redakcją, pod egidą której prowadziłam te zabawy. Raczej nie będę kontynuowała też tematów matematycznych podczas zajęć. No, może jakieś Matematyczne GILgotki (śmiech). Jeśli chodzi o moje pisanie, to rozsmakowałam się ostatnio w książkach dla starszych odbiorców, więc chwilowo zarzuciłam bajki. Ponadto, by pisać o tak poważnych sprawach, trzeba być kompetentnym. Znakomitym przykładem jest Anna Zgierun, która w przystępny, a jednocześnie fachowy sposób napisała o wirusach w „Wielkim napadzie” i „Inwazji wirusów”. Ale ona jest biologiem molekularnym...
Cykl, który Pani prowadzi, dowcipnie nazwany GILgotki, to zajęcia promujące literaturę wśród dzieci. Spotkania są tematyczne, zapraszani są pisarze, ilustratorzy. Czy utkwiło Pani w pamięci jakieś szczególne, niepowtarzalne (może wesołe) spotkanie? Którego gościa dzieci szczególnie zapamiętały?
Jeśli chodzi o twórców, to każde spotkanie było wyjątkowe. Zapraszałam wyłącznie osoby, których książki bądź ilustracje cenię, więc za każdym razem było elektryzująco i sympatycznie. Dzieci fantastycznie przyjęły Annę Zgierun i to był jedyny przypadek, gdy sprzedały się wszystkie książki tej autorki, wraz z bibliotecznym egzemplarzem – w szale zakupów! Bardzo dobrze wspominam też warsztaty plastyczne z Pawłem Pawlakiem, który zainspirował się pracą jednej z uczestniczek do tego stopnia, że jej echa znalazły się w jego ilustracjach. Rok po tym spotkaniu pokazał efekt w kolejnej swej książce dla dzieci. Gościłam także Ewę Kozyrę-Pawlak, która swoje ilustracje... szyje. Jestem bardzo dumna z tego, że udało mi się zaprosić na warsztaty państwa Pawlaków, bo oni chyba wolą wypowiadać się przez swoje dzieła niż na żywo. To wspaniali, oryginalni twórcy, znani na świecie. Cieszę się, że udało mi się doprowadzić do spotkania, to były niezwykłe chwile. A na najzabawniejszych GILgotkach gościł Marcin Pałasz, wrocławski autor książek i słuchowisk dla dzieci. To było pierwsze spotkanie z cyklu, na które zaprosiłam twórcę. Bo te „zwykłe”, tematyczne prowadzę sama.
Wróćmy jeszcze na chwilę do książek. Wspomniała Pani, że pracuje nad powieścią dla dorosłych. Kiedy możemy się jej spodziewać?

„Układ nerwowy” ukaże się w styczniu nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia. W tej książce podejmuję tematy dotyczące życia rodziny dysfunkcyjnej. Tym razem całkowicie z punktu widzenia osoby dorosłej.
Dla której grupy czytelników pisze się trudniej? Która jest bardziej wymagająca?
Zdecydowanie dzieci. Dotąd nie udało mi się odnieść sukcesu na tym polu. Uważam, że to najbardziej wymagająca grupa czytelników. Przekonałam się także, jak trudne albo raczej pracochłonne jest pisanie dla młodzieży, by być wiarygodnym, by nastolatek nie czuł się oszukany. I tu udało mi się poczuć satysfakcję. Ale wygodniej, szczególnie jeśli chodzi o język, którego nie musiałam już tak bardzo pilnować, pisało mi się „Układ nerwowy”. Nie była to książka łatwa w fazie tworzenia, bardzo długo gromadziłam materiały, układałam plan, kosztowała mnie sporo emocji, ale samo pisanie wydaje mi się najłatwiejsze.
W jaki sposób udaje się Pani godzić obowiązki – pracę zawodową, obowiązki rodzinne, swoją działalność z dziećmi – z potrzebą pisania?
Część tych problemów skończyła się, odkąd firma zlikwidowała moje stanowisko (śmiech). Od kilku miesięcy pracuję w domu, zdalnie, a także pisząc. To w jakimś sensie ułatwia dysponowanie czasem, choć płynne granice nieraz powodują, że trudno oddzielić czas pracy i przyjemności czy zwykłych obowiązków domowych. To z kolei sprawia, że trzeba się bardziej samemu dyscyplinować.
Czy czuje się Pani pisarką?
Mam nadzieję, że to nie jest pytanie podchwytliwe, na fali dyskusji, która we wrześniu przelała się przez Internet – czy ktoś, kto wydaje książki, płacąc za to, jest pisarzem, czy grafomanem... Bo bywa różnie.
Żadnych podtekstów, pytam z ciekawości ;)


Zdjęcie: Gda-Gda Studio

Spodobała mi się definicja pisarza znaleziona na Facebooku – niestety, nie pamiętam, kto był jej autorem – że pisarzem zostaje się po napisaniu trzeciej książki. Pierwsza mogła się udać przypadkiem, druga była owocem pierwszej i dopiero trzecia, o ile zostanie doceniona przez czytelników, sprawia, że można autora nazwać pisarzem. (śmiech) Dopóki pisanie traktuję jako przyjemność, hobby, chyba wolę nazywać się autorką. Tym bardziej, że w zakresie literatury zajmuję się nie tylko samym pisaniem. Poza nim i upowszechnianiem czytelnictwa wśród dzieci na GILgotkach wraz z grupą przyjaciółek literatek, zwanych Grupą Siedlecką, staramy się trochę odczarować określenie „literatura kobieca” i od kilku lat spotykamy się w Siedlcach, w coraz szerszym gronie.
Na czym polega odczynianie czarów?
Wszystko zaczęło się od panelu dyskusyjnego, prowadzonego przez siedlecką dziennikarkę i pisarkę Mariolę Zaczyńską. A w tym roku odbyła się już druga edycja Festiwalu Literatury Kobiecej, podczas którego nagradzana jest pisana przez kobiety dobra literatura środka, świadcząca o tym, że powieści popularne nie muszą kojarzyć się z literaturą „dla kucharek”, jeśli są sprawnie napisanie, dobrze zredagowane i wydane. To chyba jedyny festiwal w Polsce, podczas którego preselekcji dokonują same czytelniczki, a dopiero spośród ich propozycji profesjonalne jury wybiera najlepsze pod każdym względem książki.
Bardzo dziękuję za rozmowę :)
Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk