poniedziałek, 6 stycznia 2014

MUSZĘ ODCZAROWAĆ SWOJE ŻYCIE - rozmowa z Anną Rybkowską, autorką książek „Nell”, „Jednym tchem”, „Zwolnij kochanie”, „Odszedł ode mnie”; LiteraTura 2013




Jak się zaczęła Pani przygoda z pisarstwem?
Piszę od dwunastego roku życia. Był pamiętnik dziecięcy, kiedy moja mama wyjechała do pracy. Mama jest plastyczką i miała zrobić ogromną mozaikę w Wolsztynie, trzy tygodnie nie było jej w domu. W tym czasie zaczęłam prowadzić pamiętnik, w którym pisałam głównie o tym, jak za nią tęsknię. Mama oczywiście dzwoniła, ale to były lata 70., więc rozłąka była naprawdę rozłąką. Ponieważ zawsze lubiłam czytać, a polonistka zachęcała mnie do pisania, zaczęłam tworzyć własne utwory. Pierwszą „powieść” napisałam w pięciu tomach (w zeszytach 60 kartkowych) i w tym „dziele” połączyłam swoją miłość do Aleksandra Dumasa, jego „Trzech muszkieterów” i innych opowieści awanturniczych, z moją miłością do kotów. Bohaterami były futrzaki, które biegały ze szpadami, pojawił się oczywiście król i księżniczka, a powieść dodatkowo zilustrowałam. Wyłączną czytelniczką, a właściwie słuchaczką, była moja mama, zresztą tak jest do dziś. Mama jest pierwszym odbiorcą wszystkiego, co piszę i publikuję. I chyba jest moim najwierniejszym czytelnikiem.
Czy także krytykiem? Potrafi coś wytknąć?
Tak, chociaż czyni to rzadko, myśląc, że czekam tylko na pochlebstwa.
Pani debiut literacki to powieść „Nell”. Czy wcześniej powstały książki „do szuflady”?             
Takich pisanych do szuflady tekstów było więcej i gdzieś tam w reklamówkach jeszcze zalegają. Zawsze pisałam ręcznie. Maszyna robiła zbyt wiele hałasu. Mogłam pisać tylko w nocy, kiedy dzieci spały, hałas maszyny zawsze któreś budził. Kiedy nastały komputery, na których pisze się cichutko, odetchnęłam z ulgą. Mogłam przepisać, chociaż zajmuje mi to sporo czasu, bo piszę kilkoma palcami zaledwie.  Wysłałam „Nell” na konkurs. Okazało się, że wygrałam. Nagrodą było podpisanie umowy wydawniczej i opublikowanie powieści.
Czy już wtedy myślała Pani o tym, że „Nell” będzie miała kontynuację?
Tak, i wszystko byłoby pięknie, gdyby wydawca z Lublina, całkiem duży i publikujący wiele tytułów, nagle nie zbankrutował. Było ustalone, że wydawnictwo wyda drugą część, wszystko było gotowe: tekst był po redakcji i korekcie, była okładka, ISBN, i tylko książka się nie ukazała, bo zabrakło pieniędzy. Przez następne dwa lata szukałam następnego wydawcy.
W Pani wypowiedziach można wyczuć pewną nutę rozczarowania współpracą z wydawcami. Ma Pani pecha?
„Nell” napisałam latem 2005 roku, a kiedy przepisałam książkę na komputerze, wysłałam ją do pewnego dużego wydawnictwa. Tam najpierw egzemplarz zaginął, potem zakwalifikowano do „Serii z miotłą”, ale znowu nikt się do mnie nie odzywał, a ja, jako debiutantka, nie bardzo miałam odwagę się dopytywać. Mam dosyć przykre doświadczenia z wydawcami, istotnie, nie mam do nich szczęścia. Albo bankrutują, albo drukują z błędami, współpraca pozostawia wiele do życzenia, nie płacą regularnie, nie bywają kontaktowi… długo nie odpowiadają na maile… Miałam jak dotąd trzech wydawców i każdy pod jakimś względem mnie zawiódł. Byłam też pod opieką agencji, która się rozwiązała, z powodu kłótni szefów, na tle finansowym.
Z pisaniem „Nell” wiążą się dość szczególne okoliczności…         
Powieść napisałam, gdy byłam chora. Zaczęły się wakacje, dzieci przyniosły piękne świadectwa, a ja od pierwszego dnia zaczęłam niedomagać. Okazało się, że mam obustronne zapalenie płuc. Latem! To było lato stulecia. Za oknem 40 stopni, a ja leżałam w gorączce. Lekarka podniosła alarm, w pierwszym momencie dopatrzyła się zakaźnej choroby, więc odizolowaliśmy dzieci, które zamieszkały u teściów. Miałam pusty dom, nie mogłam spać, w związku z tym – pisałam. Przez dwa tygodnie bardzo intensywnie. Miałam już pomysł książki w głowie, a choroba sprawiła, że szybko zmobilizowałam się do jego realizacji. Potem „Nell” przeleżała się dwa lata w komputerze, aż wreszcie wysłałam do dwóch wydawców.
Wydawnictwo, które zorganizowało konkurs, to był Red Horse?
Tak. Wcześniej już miałam przykre doświadczenia z dużym wydawnictwem, więc się wycofałam rakiem, a potem książkę wysłałam na konkurs do Red Horse. Po przykrych doświadczeniach, chcąc sobie dodać animuszu – wysłałam ją pod pseudonimem „Henryk Lipiński”. To był grudzień, a w lutym odebrałam telefon, ktoś z wydawnictwa chciał rozmawiać z Henrykiem Lipińskim. W pierwszej chwili powiedziałam, że to pomyłka. Na szczęście przypomniałam sobie, że to przecież ja, incognito! Musiałam się gęsto tłumaczyć przed prezesem wydawnictwa.
Dlaczego zdecydowała się Pani podszyć pod mężczyznę?
Wydawało mi się wtedy, że świat należy do mężczyzn i że dużo lepiej sobie radzą w każdej branży, również w pisarskiej. Być może właśnie to, że taką historię napisał mężczyzna, ujęło jury przy wyborze książki. Oczywiście już się do tego nie przyznali… Szczerze mówiąc, nie wiadomo, czy Henryk Lipiński nie zwiększył moich szans…
Do napisania „Nell” zmobilizowała się Pani, gdy choroba zatrzymała Panią z łóżku. Czy przy następnych książkach nie potrzebowała już Pani takich bodźców?
Właściwie inspiracją do napisania książki nie była sytuacja, tylko piosenka. Bardzo lubię muzykę. Słuchałam w tym czasie często jednej z moich ulubionych piosenek Nelly Furtado „Try” – „Spróbuj”. Do niej właściwie wymyśliłam sytuację: kobieta wychodzi na scenę i śpiewa, że jest wolna, nie obchodzi jej świat, jest tylko ona i jej miłość. Tak mnie ujął rytm tej piosenki, tak mnie poniósł, że wymyśliłam całą historię zakazanej miłości. Wszystko przeciwko tej miłości przemawia. Kobieta ma ustabilizowaną sytuację rodzinną; dzieci, męża, który niczemu nie zawinił, jest człowiekiem ze wszech miar zasługującym na to, by go nie zdradzać. A kobieta, wbrew wszystkiemu, zwłaszcza wbrew zdrowemu rozsądkowi – zakochała się, a oprócz tego wyszła na scenę i zaczęła o tym śpiewać.
Jak książka została przyjęta przez Pani bliskich?
Tu przypomnę znów moją mamę, bo właśnie ona, kiedy czytałam fragmenty, była mocno oburzona tą książką. Powiedziała, że mnie nie poznaje. Zapytała, skąd mi się w ogóle wziął taki amoralny pomysł. Przecież sama mam dzieci, porządnego męża, co mi też przyszło do głowy! Za chwilę znajomi zaczęli mnie wypytywać, czy między nami się nie układa… Musiałam się tłumaczyć, że po prostu puściłam wodze fantazji.
Znajomi zaczęli utożsamiać Natalię z Panią?
Tak. Moja bohaterka jest pełna sprzeczności. W gruncie rzeczy wcale nie przestała kochać swojego męża i rodziny. Kreując Natalię, nie myślałam o sobie, raczej o tym, że jej sytuacja w jakimś sensie jest analogiczna do sytuacji Anny Kareniny.
Czy reakcja mamy nie zniechęciła Pani do pisania?
Paradoksalnie pomyślałam sobie, że nadeszła właściwa chwila… Moja mama przestała chwalić to, co napisałam i zaczęła się buntować – to znaczy, że udało mi się napisać coś, co może ludzi poruszyć. Sądzę, że uchwyciłam historię miłości nieco inaczej. Opowiedziałam dzieje pary, w której mężczyzna jest dużo młodszy. I tak sobie myślę, że gdybym nazywała się Kasia Grochola, zrobiono by więcej hałasu wokół książki, a tak – były duże plany, a bankructwo mojego wydawcy spowodowało, że na planach się skończyło. Najlepszym, co mnie spotkało, były przychylne recenzje nieznanych mi ludzi, na wielu portalach. W końcu to był całkiem przyzwoity debiut, od strony organizacyjnej.
Czy jest Pani popularna?      
Bardzo żałuję, że mój pierwszy wydawca zbankrutował, bo miał przyzwoitą politykę względem autorów. Od razu stworzył mi stronę internetową; miałam wrażenie, że się mną opiekował, że mu zależało. Potem poczułam się jak piesek, który wypadł z sań i do dzisiaj tak jest. Wprawdzie wydano mi cztery powieści, ale ani nie da się z tego wyżyć, ani nie ma satysfakcji, jaka powinna towarzyszyć publikowaniu. Nie zawsze osoby, którym się poszczęściło, piszą lepiej ode mnie. To często rzecz przypadku, prężnej autopromocji, łatwiejszego kontaktu z ludźmi, obecności na festiwalach, targach, organizacji wielu spotkań autorskich. Świetnie sprawdzają się pod tym względem działające już agencje. Zmuszać się do takiej roboty nie umiem, nie jestem przebojowa i nie mam agenta. Lubię pisać, o resztę nie dbam w stopniu wystarczającym, nikt też nie czyni tego w moim imieniu.
Uważa Pani, że popularność pisarza w Polsce nie zawsze pokrywa się z jego umiejętnościami? Czy system promowania pisarza mocno odbiega od ideału?
Nasze środowisko i cały świat literacki to takie piekiełko… W zasadzie są trzy kręgi. Pierwszy, do którego należą Pilch, Wiśniewski, Kuczok, Stasiuk – to czołówka. Cokolwiek napiszą, jest bestsellerem zanim zostanie wydane. Ich książki mają zapewniony świetny marketing a przede wszystkim oni nie poszukują wydawców. Działają też słynne panie, nieodmiennie piszące wyłącznie naj naj naj. Potem jest grupka szaraczków. Ale wśród nich też istnieje hierarchia. Jedni są dobrze eksponowani, inni mniej, a jeszcze inni – wcale. Jest jeszcze self publishing, który jednak w środowisku jest traktowany troszeczkę gorzej. Uważam, że jest to zjawisko obniżające poziom tego, co się ukazuje; nie zawsze ale jednak. Tytułów, debiutów jest bardzo dużo. Gdy wchodzi się do księgarni, to człowiek się łapie za głowę – co rusz nowe okładki i nazwiska. Poza tym wszyscy uważają się za pisarzy. Według mnie pisarzami byli Dostojewski i Henry Miller. Natomiast to, co robimy dziś, to jest hobby, nie zasługujemy na miano pisarzy. Jesteśmy co najwyżej autorami.
Pisząc „Nell”, myślała już Pani o tym, że to będzie dłuższa historia?
Szczerze mówiąc – polubiłam bohatera, niesamowitego faceta. Włożyłam w niego kilku mężczyzn, których znałam i w którymś momencie złapałam się na myśli, że chciałabym takiego człowieka spotkać na swej drodze. Myślę, że nie uda mi się już nigdy stworzyć tak pełnej życia postaci, jaką był William. Dopisałam „Jednym tchem” i „Zwolnij kochanie” po prostu dlatego, by się z nim nie rozstawać.
W końcu udało się Pani odciąć od niego i w czwartej powieści stworzyła Pani innego bohatera. Czy jest Pani z niego zadowolona?
W książce „Odszedł ode mnie” wymyśliłam bohatera, który jest przeciwieństwem Williama, choć też muzykiem. Ponieważ nie chciałam napisać powieści zbyt lekkiej, takiej „konsumowanej” przy kawie i ciasteczkach, dodałam drugi wątek, który miał przyprawić historię odrobiną dramatu. Opisałam losy kobiety, którą zostawia mąż w zasadzie bez żadnego wyjaśnienia. Wyjeżdża na sympozjum lekarzy i już nie wraca do domu. Kobieta zostaje sama z dziećmi, zaniedbuje się, zwalniają ją z pracy. Wpada w depresję. Udaje się do psychiatry, który proponuje jej terapię poprzez kreację innego świata; napisanie historii, w której wyleje swoje żale, opisze coś innego i odbiegnie od własnych nieszczęść. Lekarka radzi, by nie oszczędzała swych bohaterów… Więcej nie zdradzę, bo pani doktor też nie była wobec bohaterki całkiem w porządku…
Wynika z tego, że drugi wątek stał się ważniejszy od podstawowego?
Powiem pani więcej – stał się ważny, bo … wykrakałam. W lipcu tego roku odszedł ode mnie mąż i znalazłam się dokładnie w takiej sytuacji, jak moja bohaterka. Zostałam sama z czwórką dzieci, na szczęście troje już dorosłych i muszę sobie radzić.
Czy w takim razie traktuje Pani swoją książkę jako objaw kobiecej intuicji?
Nie. Zastanawiałam się, czy w czasie, gdy pisałam powieść, mogłam zauważyć jakieś symptomy. Oczywiście analogia z losami mojej bohaterki od razu mi się narzuciła. Pomyślałam nawet, że teraz ja potrzebuję terapii i powinnam tę książkę napisać na nowo. Nawet zaczęłam. Teraz nie będzie tytułu „Odszedł ode mnie”, tylko „Tytanka”, w którym zawarte jest moje imię – Anka. Muszę odczarować swoje życie. Ale nie jestem typem podobnym do mojej bohaterki – Beaty. Nie popadnę w depresję, chyba mam za duże poczucie odpowiedzialności za dzieci, a mąż mnie aż tak bardzo nie rozpieszczał.
Pozwolę sobie jeszcze na koniec zmienić temat i zapytać o projekt, który mnie intryguje. Powiedziała Pani kiedyś, że od długiego czasu pracuje nad książką „Zazdroszczę bocianom”. Co to za pomysł i na jakim etapie się znajduje?
To będzie książka drogi. Kiedyś dużo podróżowaliśmy. W zasadzie co weekend był jakiś wyjazd. Zawsze lubiłam się włóczyć. Wsiąść do samochodu, pojechać gdzieś, zatrzymać się tam, gdzie jakaś chałupina stoi, obok walący się płot, drzewo pochylone… Lubiłam wejść, zobaczyć, zrobić zdjęcie. Jeździłam z aparatem, bo moją pasją jest robienie zdjęć (kilka aparatów wykończyłam). „Zazdroszczę bocianom” ciągle się pisze i chyba będzie to najdłużej pisana powieść. Nie wiem, może stanie się przez to dojrzalsza? Są to refleksje, które powstają podczas takiej włóczęgi po Polsce, po mniej znanych miejscach. Na przykład niedaleko Sierakowa jest niepozorna miejscowość Kwilcz. Zainteresowały mnie ruiny pałacu, dworu, browaru i stajnie. Okazało się, że są to tereny, które niegdyś należały do posiadłości bogatej rodziny Kwileckich. Obecnie potomek tej rodziny wywalczył spadek, dostał pęk kluczy i planuje wyremontować obiekty. Może zrobi skansen, udostępni turystom hotel, restaurację, park, jak to ma miejsce na przykład na terenie Olandii, w Prusimiu? Lubię zatrzymywać się w takich małych miejscowościach, przez które zwykle się tylko przejeżdża, i odkrywać lokalne ciekawostki. Kiedyś jeździliśmy z mężem szlakiem żydowskich nekropolii, znajdowaliśmy miejsca zupełnie zapomniane przez Boga i ludzi, kompletnie zarośnięte, robiliśmy dokumentację zdjęciową. I takie miejsca opisuję w swojej książce. Nawiązuję do bocianów, bo one lecą tam, gdzie chcą, dla nich to impuls. Są wolne. Nikt ich nie zatrzymuje. I są symbolem Polski. Pomyślałam sobie – po co jeździć po świecie, skoro tak wielu ciekawych miejsc w Polsce nie poznałam. Na przykład całej ściany wschodniej od Mazur po Lubelszczyznę… Więc zazdroszczę bocianom…
Dziękuję za rozmowę :)
Ja również dziękuję.

Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk


31 komentarzy:

  1. Niezupełnie zgadzam się z opinią, że nie ma dziś pisarzy, zamiast nich są autorzy. To jasne, że teraz można zacząć wydawać jeśli posiada się pieniądze, niekoniecznie talent, ale mimo wszystko dostrzegam kilka osób, które nazwałabym pisarzami. Chyba nie powinno się do jednej szufladki wrzucać wszystkich piszących.

    Ale rozmowa bardzo mi się podobała, cieszę się, że mogłam ją przeczytać. Olu, to, co robisz jest świetne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Istnieją też pisarze aczkolwiek nie ma ich tak wielu jak ludzi "piszacych" :) pozdrawiam Anna Rybkowska

      Usuń
    2. I z tym się oczywiście zgadzam:) Serdecznie pozdrawiam, Małgośka:)

      Usuń
    3. A ja bardzo dziękuję, Małgosiu:)

      Usuń
  2. Chciałabym wiedzieć, co według autorki oznacza słowo "pisarz", gdyż nie do końca się z nią zgadzam w tej kwestii. Bardzo ciekawy wywiad :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisarz to człowiek żyjący z pisania, taki, który traktuje pisanie jak źródło utrzymania, wynika to poniekąd z moich słów. Nie jest to jakieś rozróżnienie wartościujące, chociaz moje nazywanie siebie autorką wynika z pokory wobec pisarzy włąśnie :) pozdrawiam, Anna Rybkowska

      Usuń
  3. Myślę, że wśród obecnie piszących też są pisarze, tylko o wiele trudniej ich wyłowić, bo fakt faktem - pojawia się sporo przeciętnych książek. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zgadzam się z Anią, a ja osobiście przeczytałabym jakąś książkę tej Pani, ale u mnie w bibliotece nie ma ani jednej książki;(

      Usuń
    2. To, że nie ma moich powieści w bibliotekach też mnie martwi. Tym zajmuje sie dystrybucja, a głównie wydawca,się stara. Mój obecny MWK (Matras Wydaje Książki) nie dość, że nie płaci to jeszcze nie lansuje swoich własnych, ksiażek Woli jednak sprzedawac tłumaczenia i wydane gdzie indziej powieści, niż polegać na własnych a sporo ma ich na końcie i to też jest dla mnie zniezrozumiałe i przykre. Nie ma równego traktowania. Dostrzegam to na podstawie moich poznańskich bibliotek, nie ma mnie w wielu choć jestem z tego miasta, natomiast inne są. Czasem autorów bardzo odległych geograficznie i- śmiem twierdzić, nie piszących wcale lepiej ode mnie :) Pozdrawiam Anna Rybkowska

      Usuń
    3. Smutne. Pamiętam, że na spotkaniu w poznańskim Matrasie też brakowało książek. :/

      Usuń
  4. Ciekawy wywiad, zwłaszcza wątek, dotyczący wydawania, promocji i relacji autor-pisarz. Choć niezupełnie zgadzam się z opinią, jakoby pisarzem można nazwać jedynie takich "gigantów literatury", jak Dostojewski czy Miller, to ocena zjawiska self-publishingu wydaje mi się zaskakująco trafna. Wszak nie zawsze pisarz (czy - jak chce bohaterka Twojego wywiadu - autor) ma odpowiednią dozę krytycyzmu w odniesieniu do własnego dzieła. Wówczas przydaje się profesjonalne "oko" wydawcy.

    OdpowiedzUsuń
  5. wywiad faktycznie interesujący, gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Sporo się dowiedziałam ciekawego z twego wywiadu. Niełatwe jest życie osób próbujących swych sił na tym polu. Autorki jeszcze nie znam, ale może , bo to interesująca postać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo ciekawa rozmowa :) Gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Aniu R, przeczytałam wszystko z przyjemnością. Nie jest łatwo i nigdy nie było. Wiem to, bo próbuję od dawna. Myślę, że zostaną wytrwali, Ci, dla których pisanie jest tylko kaprysem ugną się pod ciężarem podaży i popytu. Tylko jak przetrwać ten czas bez pieniędzy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie jest też czas dla celebrytów i piszących setną ksiazkę kucharską, bo - na ogół, jak celebryta nie ma o czym pisać, to zabawia sie w kuchmistrza! Ja przechodzę raczej na e-booki, ponieważ nawiązałam współprace z dobrym wydawcą, rzetelnie przygotowującym tekst do publikacji. Jak to będzie wyglądać po wydaniu, okaże sie w praniu. Pozdrawiam, Anna Rybkowska

      Usuń
    2. I celebrytów chętnie się czyta, z czystej ciekawości i taka książka dobra jest na prezent i na półkę, bo ładnie wygląda. We mnie jest wiele pokory. Właściwie powinnam już przestać, chyba wyczerpałam swój czas i szansę i zdrowie, także psychiczne.

      Usuń
    3. Proszę pamiętać o czytelnikach, którzy szukają czegoś więcej, poza ładnymi okładkami i których nie bardzo interesuje co celebryta upichci;) Proszę nie myśleć nawet o złamaniu pióra i nie zasmucać fanów!

      Usuń
    4. Dołączam sie do prośby Pani Oli, Krysiu,to Ty? Trwaj, jesteś wyjątkowa! Dama literatury, kulturalna, wyważona! Zawsze elegancka i interesująca, nie poddawaj sie, bo kogo ja, biedna bedę czytać? Pozdrawiam, Ania

      Usuń
  9. Celebryci, owszem ale nie wyłącznie, na miłość boską! Kiedy miałam spotkanie autorskie w Matrasie to na pierwszym planie była ksiazka aktora i satyryka Materny, W oknie i na stole, biła po oczach. Dzisiaj, jeśli nie ma sie agenta, nie ma sie nic w temacie literatury albo niesatysfakcjonujące trochę, jak ja, :)

    OdpowiedzUsuń
  10. "nie zasługujemy na miano pisarzy. Jesteśmy co najwyżej autorami." My - czyli jakaś grupa zgromadzona wokół pani Rybkowskiej? To rzeczywiście grupa pokornych...

    Co do jakości dzisiejszej literatury pisanej przez, jak to Pani określiła, "szaraczków" - rzeczywiście chyba trudno Pani wybrać spośród natłoku tytułów te dobre, których jest cała masa, nie trzeba poprzestawać ani na książkach celebrytów, ani nurzać się w mazidle polskich popłuczyn po Greyu - naprawdę jest w czym wybierać. Byle nie dać się złapać na lep piaru grafomanek (bo przodują w tym kobiety).

    OdpowiedzUsuń
  11. Dosyc złośliwy ten komentarz, pewnie od jakiegoś "szaraczka", bo podpisuje sie "nieznany".Ciesze sie, w kazdym razie, że wywiad nie przeszedł bez echa a do zdania, swojego, każdy ma prawo i nie trzeba od razu szafować skrajnościami, Pozdrawiam, A. Rybkowska

    OdpowiedzUsuń
  12. Tak, od szaraczka, i to takiego, który nawet self publishing książek nie pisze - jeszcze gorszy sort :)
    Każdy ma swoje zdanie, więc i może mieć szaraczek? A co do wyrabiania zdania - naprawdę wystarczy lepiej się rozejrzeć po półkach księgarni, zamiast pisać, że nie ma dobrej literatury, prócz tych kilku wymienionych nazwisk. Gdybym była złośliwa, zapytałabym - a może dlatego tak mało tej dobrej, że... niektórzy nie piszą zbyt dobrze? Ale nie wiem, nie czytałam, więc tego nie napiszę. Mogę się wypowiadać jedynie na temat książek, które znam. Narzekający pisarz - przepraszam, autor - na pewno mnie do siebie nie zachęci. Choć może przekornie sięgnę po te nagrodzoną pozycję - wyrobię sobie zdanie nie tylko na podstawie słów Autorki, ale tego, czym się naprawdę popisała w książce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal nie pojmuję jaka jest przyczyna tej napastliwości, Niczego kategorycznie tu nie oświadczam, wyrażam swoje zdanie, mam prawo, czyż nie? Nie nakłaniam innych by traktowali je jak dekalog. Z Pani słów bije zawiś, ze złości popełnia pani błedy w wypowiedzi..Czyżby z powodu nieudanych dotąd prób .własnego zaistnienia? Serdecznie odradzam czytania moich powieści, Czyichkolwiek, z takim nieprzyjaznym nastawieniem. Zalecam picie melisy z miodem :) Rybkowska

      Usuń
  13. Dobrze mieć takiego "krytyka literackiego" w rodzinie. Nie ma to jak konstruktywna krytyka od bliskiej nam osoby. Potem już nic nas nie zaskoczy. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W rodzinie o rzetelnego krytyka najtrudniej ale od czegoś trzeba zacząć. Pozdrawiam, Anna Rybkowska

      Usuń
  14. Miałam przyjemność przeczytać Odszedł ode mnie więc z tym większym zainteresowaniem przeczytałam ten wywiad. Szkoda że radość pisania burzy czasem proza życia - problemy z wydawnictwami, trudy przebicia się na rynku. Autorce życzę by jednak doszło do przełomu, by z pisania dało się żyć a na rynku pojawiały się kolejne książki jej autorstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za życzliwość i pozdrawiam, A. Rybkowska

      Usuń
  15. Tak Aniu, to ja. Dziękuję za miód-malinę pod moim adresem. Posłodzę nimi sny i codzienność, będzie mi lżej na duszy.

    OdpowiedzUsuń