poniedziałek, 20 stycznia 2014

NIC NIE ROBIĘ NA PÓŁ GWIZDKA - rozmowa z Katarzyną Szewczyk, współautorką książek „Maski” i „Toast za Temidę”



Zadebiutowałaś u boku Jacka Skowrońskiego. Jak doszło do Waszej współpracy?
Poznaliśmy się na forum literackim Weryfikatorium.pl jako szeregowi użytkownicy. Komentowaliśmy i ocenialiśmy czyjeś prace. Nie dość, że pisaliśmy komentarze o niemal identycznej treści, to jeszcze wysyłaliśmy je w tym samym czasie. Momentami to było wręcz irytujące (w sensie żartobliwym), ale gdyby nie to, być może nie zwrócilibyśmy na siebie uwagi. Nawiązaliśmy korespondencję, zaczęliśmy wymieniać się spostrzeżeniami i okazało się, że idealnie się dogadujemy. Mnie podobały się jego prace, jemu moje. Któregoś dnia coś Jackowi podesłałam, a on spytał, czy może mi to „ukraść”. Odpowiedziałam, że tak, bo ja z tym nic więcej nie zrobię, nie mam pomysłu. Po jakimś czasie Jacek odesłał mi przerobiony tekst. Przeczytałam i zdębiałam, bo był świetny. Dopisałam fragment i w ten sposób, bawiąc się, zaczęliśmy pisać razem. A później stało się to już nałogiem. Nie można było tego zatrzymać. Jacek odszukał swoje stare opowiadania, ja swoje i jeśli nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, przesyłaliśmy sobie nawzajem. Postaci Rafała i Elki po raz pierwszy pojawiły się w opowiadaniu „Wszystko ma cenę”. Napisałam krótką obyczajówkę, Jacka korciło, żeby naszpikować ją dynamitem. Nie miałam nic przeciwko. I tak, opowiadanie za opowiadaniem… napisanych wspólnie drukiem ukazało się ponad 20.
Skoro przełamałaś lody, zadebiutowałaś u boku pisarza, który ma swoje miejsce na rynku, to pewno będzie Ci teraz łatwiej napisać i wydać samodzielną książkę? Łatwiej uwierzyć w siebie?
Oczywiście, że łatwiej uwierzyć w siebie. W końcu efekty wspólnej pracy są namacalne. Leżą na półce obleczone w kolorowe okładki J Człowieka może dowartościować komplement, ale to zawsze będzie tylko życzliwe słowo. Słowa są jak wiatr. Publikacje to dowód na to, że jednak sobie tego wszystkiego nie uroiłam. Nie sądzę jednak, żeby to ułatwiło mi pisanie. W zasadzie proces twórczy przebiega u mnie identycznie jak przed pierwszą publikacją. Wymyślona opowieść musi mnie pochłonąć. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Drobne sukcesy nie mają wpływu na poziom zaangażowania w pracę nad tekstem.
Książka, którą piszesz, to kryminał czy zupełnie inny gatunek?
Nie chciałabym na tym etapie gatunkować, zresztą nie lubię tego robić. Trzymam się z dala od szufladkowania, przyczepiania łatek, trzymania się sztywnych zasad. Określanie gatunku powieści zostawiam fachowcom.
To będzie zabawna (mam nadzieję) opowieść o roztrzepanej pisarce, która wbrew własnej woli zostaje wplątana w polityczno-kryminalną aferę. Po gnuśnych latach spędzonych nad klawiaturą nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, a co dopiero grać w misternie przemyślanej maskaradzie. Jakbym już musiała określić gatunek, to wskazałabym komedię kryminalną.

Więc jednak…
Tak. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób krzywo patrzy na literaturę „lekką”, na tak zwane czytadła. Nie będzie egzystencjalnych rozterek, nie będzie scen chwytających za serce. Moim celem jest napisanie takiej powieści, żeby czytelnik na chwilę zapomniał o problemach, uśmiechnął się, rozerwał. Nie stawiam na tej samej półce pojęć: śmieszne i głupie. Owszem, te cechy często idą w parze, ale bywa i na odwrót. Weźmy za przykład baśń „Nowe szaty cesarza”. Do licha, facet paraduje nago przed poddanymi, bo ktoś mu nawciskał bzdur! A jednak baśń uznawana jest za pouczającą i mądrą. Lubię takie paradoksy.
Ale dlaczego kryminał? Bo to modny gatunek? Chcesz się w nim sprawdzić jako kobieta?
Obojętnie przechodzę obok haseł: modne, trendy, na topie. To dla mnie abstrakcja. A czasy, w których kryminał był tylko domeną mężczyzn minęły już dawno. Zresztą, moje ulubione powieści kryminalne wyszły spod pióra kobiety właśnie, Aleksandry Marininy. Wspaniała, koronkowa robota, intrygujące historie ze zbrodnią w tle. A dlaczego zdecydowałam się na wątki kryminalne? Szczerze? Ja się nie zdecydowałam, po prostu tak wyszło. Piszę tak jak w duszy gra. Co poradzę, że wolę opis trupa w szafie od szafy pełnej drogich fatałaszków? Zresztą, podkreślam, że nie jestem pewna jak powieść będzie się prezentować, kiedy postawię ostatnią kropkę.
Wspomniałaś, że z sentymentem powracasz do „Toastu za Temidę”. Czy w ten sposób rekompensujesz sobie brak szaleństwa w życiu?
To nie do końca tak. Miło wspominam wspólną pracę nad opowiadaniami. Ten zastrzyk adrenaliny podczas wymyślania kolejnych przygód. To było prawie jak sport. Bohaterowie zerwali się ze smyczy i robili to, co przeciętnemu śmiertelnikowi raczej nie ma szans się przytrafić. Można było omijać szerokim łukiem obyczaje i banały. Zresztą, w literaturze zawsze można. A co do nudy w życiu…? Był taki gorszy czas, kiedy uważałam moje życie za najnudniejsze na świecie, ale to przeszłość. Pozbierałam się i znowu dostrzegam kolory, choć tak naprawdę nic się od tamtego czasu nie zmieniło.
 Ty przecież jesteś kolorowa. Mówisz o sobie, że jesteś „workiem skrajności”. Co to znaczy?
Taki typ charakteru. Nie znoszę robienia czegokolwiek na pół gwizdka. Jeśli wiem, że z jakichś przyczyn nie będę mogła całkowicie zaangażować się w dane zajęcie, wolę nie zaczynać. A przynajmniej mam opory. Nie ważne, czy chodzi o pisanie, czy o lepienie pierogów. Nie znoszę pisać, w przerwach sprawdzać lekcje, robić kolację, sprzątać. Kiedy siadam do klawiatury, to znikam, albo znika mi rzeczywistość. Raz przejawiam skłonności do skrajnego profesjonalizmu, a innym razem wychodzi ze mnie leń nad lenie, po prostu mistrzyni nicnierobienia. Czasem, w niedzielę cały dzień leżę na kanapie i oglądam telewizję. Domownicy muszą sobie radzić bez „house managera”. Przewróciło się? Niech leży, ja mam wolne. Podobnie jest z innymi sprawami. Jednego dnia nie wyjdę z domu bez starannego makijażu, idealnie dobranego stroju, innego pomykam do osiedlowego w kapciach i dresach męża. Tak to już ze mną jest.
Powiedziałaś, że piszesz książkę o roztrzepanej pisarce. Czy to będzie w jakimś sensie o Tobie?
Owszem, w Aśce jest sporo Kaśki J Naszpikowałam ją zwłaszcza tymi cechami, których u siebie nie lubię. Aśka jest irytująco niepozbierana, ale przez to całkiem swojska.
Czy prześlesz swoją książkę do oceny Jackowi Skowrońskiemu, czy tym razem będziesz zupełnie samodzielna?

Do oceny brzmi jakoś dziwnie. Na pewno prześlę do przeczytania i będę niecierpliwie czekać na opinię. Ale raczej nie chciałabym traktować tego w kategorii sprawdzianu.
Kiedy zaczęłaś pisać i co było najtrudniejsze?
Zaczęłam pisać mniej więcej w 2005 roku. Wcześniej zdarzało mi się popełniać jakieś opowiadania, ale nie traktowałam tego poważnie. Ot, takie przyjemne zajęcie dla zabicia czasu, które poszło w odstawkę nawet nie pamiętam z jakiej przyczyny. Przełom nastąpił, kiedy kolega pożyczył mi zbiór opowiadań Kinga. We wstępie autor naskrobał kilka słów na temat pisania opowiadań właśnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Przeskoczyła wtedy w głowie jakaś iskra. Tym bardziej, że szalenie potrzebowałam jakiegoś zajęcia, które nadałoby życiu barw. To był naprawdę strasznie ciężki czas, staram się wyrzucić te kilka lat z pamięci. Wszystko było tak szare i tak nieznośne, że ta iskierka wydawała się być wybuchem Supernovej. I tak kompletnie w siebie nie wierzyłam, ale pisanie sprawiało mi przyjemność. Kolega za to mocno mi kibicował, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna. Korzystając z okazji dziękuję tym, którzy nie pozwolili mi pisania rzucić w diabły. Krzysiek, Błażej, Konrad, Karol (Finn) – dziękuję!
Później się rozkręciłam, odważyłam się opublikować coś w necie, szlifowałam warsztat, po tym jak dowiedziałam się, że coś takiego istnieje J  To była wyboista droga, ale warto było spędzić te godziny przy klawiaturze, uczyć się na własnych błędach, by pewnego pięknego dnia napisać coś, co wprawi innych w zachwyt.
Trudne do przełknięcia też były problemy z pierwszymi publikacjami. Długo czekałam, nim zobaczyłam swoje nazwisko w druku. Seria pomyłek, niefortunnych zdarzeń. A to ktoś zapomniał, a to czasopismo upadło, chociaż dostałam potwierdzenie, że są tekstem zainteresowani… niezbyt przyjemne to było.
No i przyzwyczajenie rodziny do tego, że pisanie to nowy element mojego życia.
Właśnie, w jaki sposób godzisz obowiązki rodzinne i swoją potrzebę pisania?
Ciągle się tego uczę. Jak już wspomniałam, na początku toczyłam batalie o uświadomienie bliskich, że to nie bzdury, że to dla mnie ważne. To nie było łatwe, na początku nikt nie traktował mnie poważnie. Brakowało mi wsparcia i kilkukrotnie się z tego powodu załamywałam. Nie potrafiłam dostatecznie mocno tupnąć nogą, albo robiłam to w niewłaściwy sposób. To trwało latami, a kiedy już wszyscy się przekonali, że nie dość, że regularnie publikuję, to jeszcze dostaję za to pieniądze, zaakceptowali, to… pojawiły się inne trudności. Z perspektywy czasu wiem, że po prostu pozwoliłam sobie wejść na głowę. Zmarnowałam mnóstwo czasu na użalanie się nad sobą. Bo się mnie dzieci nie słuchają, bo nie rozumieją, bo zbyt często jestem z nimi sama i takie tam inne. Tak naprawdę problem tkwił w mojej głowie. To tak jak w zeszłym roku – nie potrafiłam zorganizować sobie czasu w wakacje. Szarpałam się i złościłam. Postanowiłam, że do pierwszego września robię sobie przerwę w pisaniu. Syn dostał się do przedszkola, odliczałam dni, kiedy nareszcie będę miała wolną chatę. Kiedy wróciłam do domu z LiteraTury, okazało się, że mały bardzo źle się czuje. Myślałam, że to tylko taka złośliwość losu, akurat teraz musiał się przeziębić. Następnego dnia jego stan drastycznie się pogorszył, a diagnoza ścięła mnie z nóg – salmonella. Po tygodniu to co najgorsze minęło, ale dziecko nie może chodzić do przedszkola, póki organizm nie pozbędzie się bakterii. Mamy połowę stycznia, a wyniki wciąż  negatywne… Rozczarowanie sytuacją przysłoniło mi cały świat. Przecież miało być inaczej, tak czekałam! I oczywiście, zamiast szukać sposobu na pogodzenie obowiązków, rozpaćkałam się na dobre. Przełom nastąpił całkiem niedawno. Przestałam się cackać, po raz kolejny podjęłam próbę ułożenia wszystkiego tak, żebym nie była na tym stratna. Prawdę mówiąc, nie do końca wierzyłam, że to się uda, ale czułam, że już mam serdecznie dosyć tej niemocy. Zmiany zaczęłam od siebie, a później było już co raz łatwiej. Jak się chce, to można.
Masz dwoje dzieci. Z pewnością sporo czasu zajmuje Ci wspólne z nimi poznawanie książek? Zasadniczo najpierw czytamy dzieciom książki własnego dzieciństwa, ale potem musimy uwzględniać ich sympatie i wybory. Na jakim etapie jesteście?
Amelia ma teraz 12 lat i już sama wybiera własne lektury. Te, które ja ubóstwiałam w dzieciństwie często okazują się dla niej niestrawne. Realia są często niezrozumiałe, o języku nie wspominając. A Misiek… uwielbia, kiedy mu się czyta. Jest wdzięcznym i mało wymagającym słuchaczem.
Próbowałaś sprawdzić się kiedyś w twórczości dla dzieci?
Pewnego wieczoru córka nie mogła zasnąć, a ja nie wiedziałam już co mam robić, bo wszystkie bajki znała na pamięć. Wtedy wymyśliłyśmy Pana Paproszka, który mieszka pod łóżkiem. Pan Paproszek jest malutki i bardzo łatwo wpada w przeróżne tarapaty. Na przykład wciąga odkurzacz, z którego potem musi się wydostać albo dostaje się komuś do nosa i trzeba go wykichać. To były takie historyjki wymyślane na pół śpiąco, ale córka zaczęła się domagać kolejnych przygód. Kilka z nich dla niej napisałam. Zauważyłam też, że córka zaczęła garnąć się do pisania. Najpierw o Panu Paproszku, ale potem zmieniła temat. Natomiast zaczęła o Panu Paproszku opowiadać bratu, więc…
…Pan Paproszek po prostu poszedł w świat?
Na to wygląda.
Bardzo dziękuję za rozmowę :)



6 komentarzy:

  1. Bardzo fajna historia o początkach tego współautorzenia:) Ale najbardziej podoba mi się, jak Katarzyna Szewczyk opowiada o przełamaniu się, żeby pisać na poważnie. Chyba troszeczkę mi zaimponowała:) Nie znałam jej wcześniej, ale teraz na pewno zwrócę na nią uwagę. Bardzo ciekawa rozmowa:)

    OdpowiedzUsuń
  2. świetna babeczka...31.10 sobie ściągnęłam, więc przeczytam;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa Twoich wrażeń, a ja będę miała dla Was fragmencik książki "Toast za Temidę":)

      Usuń
  3. Polska autorka kryminałów? Zapamiętam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zawsze ciekawy wywiad. Kolejna, polska autorka którą muszę poznać koniecznie.

    OdpowiedzUsuń