piątek, 10 stycznia 2014

"Odszedł ode mnie", Anna Rybkowska - fragment



„W bibliotece od razu zostałam zakwalifikowana do grona kobiet lękliwych i mało rozgarniętych, szefowa filii mówiła do mnie, oddzielając słowa, jakby to były paciorki różańca, i cały czas wyczuwałam w niej jakieś podskórne napięcie. To prawda, nigdy nie zajmowałam się tego rodzaju pracą, ale czy to takie trudne polecać ludziom książki, które się kiedyś czytało, i doradzać uprzejmie, jeśli ktoś z czytelników miał z tym kłopot?
- Pani Beato, nowości są dla tych, co je wcześniej zamawiali, nie może pani ich wynosić i dawać każdemu! Pani Sękowska skarżyła się na panią już drugi raz, że pani pożycza książki, które ona sobie zaklepała, innym. Tak nie można!
Byłam zdania, że nie można właśnie tak, jak mi przykazywała, ale zachowałam opinię w głębi swojej życzliwej dla wszystkich osoby. Wolałam znów nie podpaść, w ogóle zależało mi cholernie na tej pracy. Dużo bardziej niż na prostym pojęciu bycia uczciwą, właściwie byłam zdeterminowana i niech sobie nowości czyta, kto tam chce, zamawia czy płaci pod stołem dolarami!
- Czy pani te książki zaliczyła do powieści? Bo leżą na półce z powieściami, a to przecież Masterton!
- Ta akurat historia nie zalicza się do tego gatunku – wyjąkałam chrypliwie.
- Czy pani wie, jakim pisarzem jest Masterton?
- Wszechstronnym – odrzekłam z uśmiechem.
- Tu jest kod, ma pani z tyłu kod komputerowy, proszę się nauczyć te kody odczytywać!
- Tak – nabrałam powietrza, by szybko wyznać na wydechu, jakby co najmniej chodziło o operową arię, zaśpiewaną na scenie w Royal Albert Hall – tylko, że akurat to jest zwyczajna powieść, może nieco sensacyjna, ale na pewno nie horror. Ten kod został błędnie umieszczony. „Jest to opowieść o życiu, miłości i przeznaczeniu ludzi, którzy znaleźli się na pokładzie luksusowego statku w jego dziewiczym rejsie” zacytowałam z notatki na okładce książki. – Ktoś musiał wadliwie zakwalifikować tę powieść, to jest obyczajówka z elementami sensacji, a nie horror.
- Czy pani ją czytała? – szefowa spojrzała na mnie podejrzliwie, jakby znajomość książek była karalna.
-Tak.
- To proszę sprawdzić w komputerze, kto wprowadził tę powieść.
Zasiadłam i odszukałam odpowiedni rejestr…
- Pani – powiedziałam cicho”.

9 komentarzy:

  1. Świetny fragment, spodobał mi się :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zachęcający fragment. Ciekawe czy pani Beata napytała sobie biedy;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książkę czytałam i polecam. Mnie się bardzo podobała.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie podoba mi się. I nie chodzi o sposób pisania;) Tylko o przedstawienie pracy w bibliotece, z którym jako bibliotekarka nie mogę (i nie chcę) się zgodzić. Ale to tylko krótki fragment, a całości nie znam. Nie mogę więc jej oceniać;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja rozumiem, że dotknął Cię ten fragment - jako bibliotekarkę, ale doprawdy autorce nie chodziło o krytykę pracy w bibliotece ogólnie, tylko o relacje międzyludzkie. Ludzie przyjaźnie nastawieni i ludzie mniej mili doprawdy znajdują się wszędzie: w sklepie obuwniczym, na poczcie i w Urzędzie Miejskim...Może zdarzyć się i kierowniczce biblioteki traktować swoją pracownicę "z góry". Bibliotekarka to też człowiek;)

      Usuń
  5. Biedna Beata... Ależ jestem ciekawa co było dalej :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajne! A takich ludzi, co to są nieomylni to bym w ucho trzepnęła. Strasznie mnie drażni taka postawa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ojej, abstrahując od walorów estetycznych powyższej próbki, mogę powiedzieć śmiało, że moja szefowa to cud, miód i orzeszki:)

    OdpowiedzUsuń