piątek, 29 sierpnia 2014

"Bostończycy", Henry James




WOJNA PŁCI

Henry James to stylista i klasyk, jeden z najwybitniejszych twórców literatury anglojęzycznej drugiej połowy XIX wieku. Był przedstawicielem realizmu psychologicznego, w utworach portretował społeczeństwo w dobie przemian historycznych, analizował relacje międzyludzkie, modele społeczne, a także konfrontował kulturę amerykańską i europejską. Jego utwory pozostają aktualne, są chętnie wznawiane i często adaptowane na potrzeby filmu. W maju br. po raz pierwszy w Polsce ukazała się powieść „Bostończycy” z 1886 roku, stanowiąca epicką panoramę społeczną, w której pisarz przyglądając się obyczajowym przemianom, wyraża swoje stanowisko wobec gwałtownie rozwijającego się feminizmu, a zwłaszcza  występowaniu kobiet przeciwko tradycyjnie narzuconej im roli.

Akcja książki rozgrywa się w latach 70-tych XIX wieku. Basil Ransom, dżentelmen z Południa, który stracił majątek w wyniku wojny secesyjnej, postanawia rozpocząć karierę prawniczą w Nowym Yorku. W drodze na Północ zatrzymuje się w Bostonie, by odwiedzić kuzynki. Jedna z nich jest majętną damą zaangażowaną w działalność sufrażystek. Olive Chancellor i Basil nie przypadają sobie do gustu, ale kuzynka zaprasza swego gościa na spotkanie zorganizowane przez feministki. Dość niezobowiązująca wizyta przyniesie nieoczekiwane skutki i zwiąże losy sióstr Chancellor oraz Basila w przewrotny i nie dla wszystkich jednakowo pożądany sposób.

Na spotkaniu pojawia się Verena Tarrant, dziewczyna o ogromnym uroku osobistym i pewnych zdolnościach oratorskich. Ma wygłosić wykład na temat kobiet, a jej wystąpienie jest także rodzajem debiutu towarzyskiego. Młodziutkiej prelegentce udaje się oczarować publiczność. Zachwyca także Ransoma i jego kuzynkę, chociaż z zupełnie innych powodów. Olive dostrzega w niej nieoszlifowany diament. Postanawia objąć patronatem dziewczynę, oderwać ją od związków z niezbyt szacowną rodziną i przygotować do spełniania posłannictwa. Basil równie silnie uległ urokowi dziewczyny. Jako zatwardziały konserwatysta nie zainteresował się tematem przemowy (tym bardziej problemem niedocenianych kobiet). W Verenie dostrzegł kandydatkę na damę swego serca. Od tego momentu rozpoczyna się rywalizacja o względy dziewczyny, która zmieni się z czasem w nieprzebierającą w środkach walkę o jej duszę.

Czy Henry James, znany z surowych opinii, zamierzał w swej książce ostro i definitywnie rozprawić się z emancypacją kobiet? Wydaje się, że autor raczej wyraził niechętne stanowisko wobec szumu, który feministki robią wokół siebie. Olive Chancellor autentycznie ma silną potrzebę wypełniania misji, ale prowadzi kampanię, która szybko przeradza się w wojnę toczoną z egoistycznych pobudek. Verena jest tylko niedojrzałym narzędziem w jej rękach, nawet nie jest do końca przekonana o słuszności swojej drogi. Miota się, by zadowolić swoich bliskich. Pisarz nie odmawia jednak kobietom praw i samodzielności. Dla kontrastu egzaltowanym feministkom, prowadzącym pompatyczną wojnę „na salonach”, przeciwstawia sylwetkę doktor Prance, która prowadzi zapracowane, wypełnione troską o pacjentów życie, przy czym pozostaje niezależna. Mimo, iż sympatyczna doktor jest postacią jedynie marginalną, pozostaje prawdziwą bohaterką tej powieści; autor wobec niej nie pozwala sobie na cyniczny ton ani przez chwilę.


Największym atutem powieści jest żywa i pełna błyskotliwych spostrzeżeń, a także oryginalna narracja. Czytelnik jest świadomy fizycznej obecności narratora, ma wrażenie, że łączy go z nim poufałość (wraz z nim  obserwuje i ocenia bohaterów, niemal plotkuje na ich temat). Pisarz potrafi w mistrzowski sposób wyczarować klimat każdej ze scen, oddać cały wachlarz uczuć, uchwycić najmniejszą zmianę nastroju bohatera, przelotne wrażenia, każde drgnienie powieki. Obnaża mechanizm kierujący ludzkim postępowaniem. Henry James, jak nikt inny, potrafi wykazać, iż człowiek nie jest monolitem. Jest skomplikowaną istotą, na którego reakcje i działanie wpływają przeróżne i najbardziej złożone czynniki.




Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję portalowi:




39 komentarzy:

  1. Conrad mówił o Jamesie - Mistrz, co mówi samo za siebie :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Truman Capote, który chętnie przylepiał pisarzom łatki na prawo i lewo - mówił o Jamesie - stylista totalny. Nie chciałam porównywać Capote'go do Conrada, ale zgadzam się z jego słowami, że James interesującą treść potrafi opakować w szalenie interesującą formę...

      Usuń
  2. Czytałam kiedyś "O czym wiedziała Maisie" i również bardzo podobał mi się styl autora :) sama się sobie dziwię, że od tamtej pory nie przeczytałam żadnej książki jego autorstwa... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "O czym wiedziała Maisie" już czeka na półce. Teraz już muszę poznać wszystko:)

      Usuń
  3. Czytałam jego trzy książki: "Ambasadorowie", "Dom na Placu Waszyngton", "Portret damy". Polecam wszystkie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wg rankingów "Bostończycy" nie są tak wysoko oceniane jak wymienione przez Ciebie powieści. Skoro mnie książka zachwyciła, to dużo obiecuję sobie po pozostałych...

      Usuń
  4. Mnie akurat "O czym wiedziała Maisie" nie podobało się, ale "Dom na Placu Waszyngtona" i "W kleszczach lęku" oceniłam bardzo dobrze. Czytałam je już dawno temu, warto by powtórzyć... Miło mi się dowiedzieć, że ukazała się w Polsce kolejna powieść tego autora. Z treści recenzji wynika, że jest to książka o zupełnie innej tematyce niż tamte. Z chęcią przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powieści gatunku grozy specjalnie do mnie nie przemawiają, ale o "Domu na Placu Waszyngtona" słyszałam dużo dobrego. Nie wyobrażam sobie, by pominąć...

      Usuń
  5. XIX wiek nie jest moim ulubionym tłem w książkach, preferuję raczej kilka stuleci wstecz :)

    OdpowiedzUsuń
  6. To musi być prawdziwe arcydzieło. Ta książka będzie dla mnie ucztą czytelniczą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak się czułam podczas lektury:)

      Usuń
  7. Uwielbiam XIX wiek, a tę książkę mam już na swojej liście :) Jestem jej bardzo ciekawa, a ta okłada mnie urzekła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książka jest pięknie i solidnie wydana, a okładka świetnie ilustruje treść. Warto mieć na półce:)

      Usuń
  8. Jeszcze nie czytałam jego książek, ale mam "Plac Waszyngtona" i oglądałam ostatnio "Portret damy", który to film Ci polecam. Wprawdzie nie lubię oglądać filmu nim przeczytam książkę, ale tym razem Marlow mnie tak zachęcił opinia o książce z Kidman na okładce, że się nie powstrzymałam. Spróbuję pomału sobie zorganizować więcej jego książek. To świetnie, że wydano kolejną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O właśnie "Dom na placu Waszyngtona" a nie tak jak, ja napisałam.

      Usuń
    2. Nie przejmuj się skrótem myślowym, wiadomo o co chodzi... Dziękuję za rekomendację. Filmu jeszcze nie widziałam, ale oczywiście słyszałam. Przymierzam się i do książki i do ekranizacji:)

      Usuń
  9. Troszkę za dużo opisu fabuły w tej recenzji, więc część pominęłam. Ja feministek nie lubię i dlatego po książkę nie zamierzam sięgać - pewnie wkurzałoby mnie to "poczucie misji" kuzynki Basila.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgadzam się z Awiolą, że to musi być prawdziwa uczta czytelnicza. XIX wiek to czas, który mnie fascynuje. Z ciekawością sięgnę po "Bostończyków", aby podelektować się dobrą literaturą.
    Pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest przykład wielkiej literatury, absolutna uczta czytelnicza. Teraz już sobie nie wyobrażam, żeby pominąć w domowej biblioteczce:)

      Usuń
  11. Też lubię jak akcja osadzona jest w XIX wieku więc chętnie zapoznam się z powieścią :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli szukasz w powieściach "portretów epoki", to książkę polecam:)

      Usuń
  12. Już oda jakiegoś czasu mam chrapkę na tę książkę. Bardzo podoba mi się fabuła, muszę ją w końcu upolować! Uwielbiam XIX i początek XX wieku w książkach...
    http://pasion-libros.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. Udziela mi się Twój entuzjazm :-) To musi być niezwykła książka :-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Czytałam dwie książki Henry'ego Jamesa, wspomniany "Portret damy", po którym film z Nicole Kidman wydał mi się owszem niezły, ale jednak bez tej głębi, jaką ma książka i dawno, dawno temu "Daisy Miller". Za każdym razem autor zachwycał mnie właśnie mistrzowskim pokazaniem mechanizmów, które powodują człowiekiem. Już dawno postanowiłam poczytać inne jego dzieła i jak to zazwyczaj bywa, skręciłam na boczne ścieżki literackie, zwabiona recenzją, okładką, reklamą, treścią, nazwiskiem autora i co tam jeszcze człowieka może skusić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze znam te ścieżki. Zwykle tak jest, że jedna książka prowadzi do drugiej, to taki niekończący się łańcuszek. Czasem skręca się w rejony zupełnie nieoczekiwane ;) Po "Bostończykach" jednak wiem, że sięgnę po pozostałe książki Jamesa. Dla czystej przyjemności obcowania z tego typu prozą:)

      Usuń
    2. O to to to! Właśnie łańcuszek i na końcu bajka dla dzieci :)

      Usuń
  15. Olu, serdecznie gratuluję! Twoja recenzja "Bostończyków" została doceniona w portalu BiblioNETka i otrzymała status recenzji polecanej przez redakcję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja się przyłączam do gratulacji.

      Usuń
    2. Dziewczyny, serdecznie dziękuję :) A przy okazji dziękuję także tajemniczym "opiekunom" BiblioNETki :)

      Usuń
    3. Konsekwencja to podstawa! ;)

      Usuń
  16. Przykro mi, ale tym razem nie skuszę się na powyższą pozycję, bowiem zdecydowanie preferuje współczesne realia, dlatego obawiam się, że mogłabym się niezbyt komfortowo czuć w innej epoce.

    OdpowiedzUsuń
  17. Wiele osób zachwala Dom na Placu Waszyngtona. Ponieważ jego lektura nie zrobiła na mnie wrażenia postanowiłam do niej wrócić, bo mam wrażenie, że coś przegapiłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz czuję, że czeka mnie wyzwanie:)

      Usuń
  18. Właśnie taką feministką jak doktor Prince pragnę być. Oczywiście mam w planach utwory Jamesa.

    OdpowiedzUsuń
  19. Prozę H. Jamesa poznałem stosunkowo niedawno za sprawą nowelki "Daisy Miller", która bardzo przypadła mi do gustu. "Bostończycy" ogromnie mnie ciekawią głównie ze względu poruszaną kwestię emancypacji kobiet. Wyczytałem gdzieś, że autorowi zarzucano mizoginizm i chciałbym przekonać się, czy to oskarżenie jest słuszne :)

    P.S. Ostatnimi czasy James doczekał się w naszym kraju kilku wznowień, a "Bostończycy", jak zauważyłeś, dotychczas w ogóle nie byli dostępni w polskim przekładzie - ogromnie cieszy mnie takie zainteresowanie klasyką wśród naszego, ponoć nieczytającego społeczeństwa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do kwestii emancypacji Henry James w "Bostończykach" podchodzi podobnie jak Prus w "Emancypantkach". Można powiedzieć, że nadają na tej samej fali. Czytałam, że Henry'emu zarzucano niechęć do kobiet, więc czytając powieść przyglądałam się szczególnie sprawie pod tym kątem. Jestem jeszcze przed lekturą pozostałych powieści, więc nie mogę stwierdzić jak to wygląda w ogólnym dorobku, ale w "Bostończykach" wbrew pozorom mizoginizmu szczególnego nie znalazłam.

      Usuń
  20. Jak ja bym chciała mieć całą tę serię... Już widzę, jak LŚNI na moim regale, jak się pali pod moim roziskrzonym spojrzeniem:)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo marzenie:) Cała półka do dyspozycji Jamesa, w sąsiedztwie Munro. To moi absolutni mistrzowie:)

      Usuń