piątek, 19 grudnia 2014

Zapisane w gwiazdach, czyli polityka, zemsta, miłość i gorączka złota


Podoba mi się idea, że możemy się przejrzeć w gwiazdach. Ludzkość robi to od tysięcy lat. Co nie znaczy, że nie ma różnicy między faktami, a prawdą” * 

Szereg przypadków nie może być przypadkiem”** 


„- Jeżeli własne doświadczenie czegoś mnie nauczyło, to tego: zawsze miej na uwadze, jak niesłychanie trudno jest zrozumieć daną sytuację z cudzego punktu widzenia” ***




Hokitika to miasto leżące u ujścia rzeki o tej samej nazwie, na zachodnim wybrzeżu Południowej Wyspy Nowej Zelandii. Zostało założone w 1864 roku przez poszukiwaczy złota i przez krótki okres czasu było jednym z najludniejszych obszarów tego wyspiarskiego państwa. Za sprawą powieści przenosimy się do Hokitika z 1866 roku, do miasta dopiero założonego, które zachowuje jeszcze pionierski charakter (to zaledwie skrawek ziemi wydarty dżungli i Maorysom), ale już jest gęsto zabudowane. Gorączka złota szybko się rozprzestrzenia, miejsce staje się sławne i przyciąga tłumy amatorów łatwego zarobku i poszukiwaczy przygód z całego świata. Akcja książki zaczyna się dokładnie 27 stycznia. Data jest ważna - tego dnia planety Merkury, Jowisz i Mars znalazły się w zasięgu konstelacji Strzelca. Strzelec jest znakiem ludzi żądnych wiedzy, którzy dla jej poznania podejmą każde ryzyko, śmiało rzucają wszystko i ruszają w świat. Jowisz symbolizuje dalekie krainy i cudzoziemców. W harmonijnych aspektach zwiastuje powodzenie, popularność, a nawet prestiż. Mars to instynkt samozachowawczy. Symbolizuje agresję, a także odwagę. Pomaga w przezwyciężaniu przeciwności losu, skłania do rywalizacji, ale może popchnąć do działania bez zastanowienia, rzucania się na oślep. Gromadzenie informacji i sposób komunikacji zależy od Merkurego. W naturze tej planety leży ciekawość, towarzyskość, ale też gadatliwość, plotkarstwo, a nawet skłonność do intryg… Czy te informacje są istotne? I tak, i nie. Znajomość zamierzeń autorki (i jej gry prowadzonej z czytelnikiem) nie jest dla samego rozwikłania zagadki niezbędna, ale dodaje powieści uroku i smaku. Skoro autorka zadała sobie tyle trudu, by przestudiować relacje między ciałami niebieskimi, by przeanalizować układ planet na niebie z 1866 roku i dostosować fabułę do prawideł astrologii - to  warto wiedzieć przynajmniej, że takie zabiegi zostały podjęte.

Trzeba przyznać, iż przedsięwzięcie jest oryginalne i wymagało ogromnego nakładu pracy. Co prawda najlepiej zorientowani będą i docenią pracę autorki czytelnicy, którzy mają pojęcie o astrologii, gdyż tylko oni już na pierwszy rzut oka są w stanie odczytać zagrożenia i możliwości płynące z ułożenia poszczególnych planet. Zwykłemu czytelnikowi z pewnością wiele umknie, co nie znaczy, iż przyjemność płynąca z lektury będzie mniejsza. Istnieją przecież pewne tropy, łatwe do odczytanie nawet dla laików. Nietrudno się zorientować, że planetom podporządkowano w tej książce każdy element – nawet okładka ma swoje symboliczne znaczenie. Nieprzypadkowa jest liczba bohaterów, którzy zostali podzieleni na postacie gwiezdne i planetarne. Ciekawa jest konstrukcja książki, gdyż jej poszczególne części mają odzwierciedlać kolejne fazy księżyca, a ściślej mówiąc – jego ubywanie (od pełni, aż do nowiu). W oryginalnej wersji pierwsza część liczy 360 stron, każda następna jest dokładnie o połowę krótsza od poprzedniej. W języku polskim ta prawidłowość zostaje zachowana, ale nie zgadza się ilość stron. Rozbudowane części ulegają stopniowemu skróceniu, aż  zmieniają się w lakoniczne zapiski. Ponieważ poznajemy historię od końca (cofamy się aż do punktu wyjścia), na wyjaśnienia niektórych zdarzeń przyjdzie nam sporo poczekać i niektóre poznamy jedynie w migawkowym skrócie…

Jeśli pominąć sferę symboli i odniesień astrologicznych – czytelnikowi nadal pozostaje lektura ze wszech miar intrygująca. Książka jest stylizowana i klimatem przypomina XIX-wieczne powieści. Autorce udało się w pomysłowy sposób spleść wątki o charakterze obyczajowym, westernowym, sensacyjnym, a nawet kryminalnym. W efekcie powstał wnikliwy obraz społeczności Hokitika, którą tworzy dosyć przypadkowy zlepek przedstawicieli różnych narodowości, osób o zupełnie odmiennych pozycjach społecznych i majątkowych. W mieście zatrzymują się poszukiwacze przygód z całego świata: bogaci przedsiębiorcy, zwykli kopacze i dyskryminowani Chińczycy. Trafiają tu marzyciele, ludzie chcący wzbogacić się uczciwą pracą, ale także cwaniacy i najprawdziwsi szubrawcy…To co rzuca się w oczy, to tymczasowość. To nie jest zwykłe miasto, lecz pozór miasta (z hotelami, które zastępują domy mieszkalne). Wszystkich mieszkańców łączy tylko jeden cel: chęć zdobycia złota i jak najszybszy powrót do domu…

Akcja książki zaczyna się od zgromadzenia dwunastu mężczyzn (nie jest to aluzja do apostołów, lecz do ilości "domów horoskopowych"). Mężczyźni spotkali się, by omówić niezwykłe wydarzenia, do których doszło w mieście. Naradę przerywa przybycie młodego Szkota. Walter Moody uciekł do Nowej Zelandii, by rozpocząć nowe życie z dala od kłopotów rodzinnych oraz nieciekawego zawodu. Ponieważ zaskarbia sobie sympatię mężczyzn - od razu zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i poproszony jest o pomoc w rozwikłaniu zagadki.

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej (dokładnie 14 stycznia). Tego feralnego dnia doszło do szeregu tajemniczych wydarzeń. Najpierw zmarł samotny i niezbyt popularny poszukiwacz złota, pozostawiając po sobie zaskakująco wielką fortunę. W tym samym czasie zaginął najbogatszy mieszkaniec Hokitika – młodzieniec Emery Staines, a na poboczu drogi znaleziono ledwo żywą prostytutkę. W miarę czytania pojawia się coraz więcej zagadek, wszystko się komplikuje, ale te trzy sprawy coraz ściślej ze sobą się wiążą. 




Miasto huczy od plotek. Mieszkańcy na własną rękę próbują rozwikłać zagadki, a przy okazji każdy próbuje uszczknąć coś ze znalezionego skarbu dla siebie… Przez jakiś czas przyglądamy się sprawie oczami Waltera, ale ta perspektywa zmienia się, tak jak ulega zmianie światło padające na poszczególnych bohaterów. Oczywiście wszyscy mężczyźni z narady okazują się w sprawę uwikłani. Co chwilę na jaw wychodzą nowe fakty, zmieniają się okoliczności, wielokrotnie jesteśmy zmuszani do przewartościowania tego, czego się domyślaliśmy. Poznajemy mroczne historie i przedziwne powiązania między bohaterami. Hokitika – oznacza w języku Maorysów: „w kółko” i rzeczywiście mamy wrażenie, że historia zatacza idealne koło i to kilkakrotnie.

Fabuła książki jest nie tylko wielopiętrowa (misterna, niemal koronkowa), a rozmach autorki jest prawdziwie „dumasowski”. Trzeba przyznać, iż procesowi myślowemu nic nie można zarzucić, konstrukcja broni się aż do końca, chociaż czasem postępowanie bohaterów wydaje się nielogiczne. Nie zapominajmy jednak o planetach, które skłaniają do pewnych zachowań...Śledzenie fabuły wymaga nie lada skupienia. Przyglądanie się wszystkim znikającym i przypadkowo odnajdującym się bagażom jest dość skomplikowane, a historia  pojawienia się skarbu w domu samotnika tak karkołomna, że potrzeba sporo uwagi, by nie zatonąć w pokręconej intrydze. Zmieniamy tyle razy percepcję, że już niczego nie jesteśmy pewni…Zainteresowanie w zasadzie stale rośnie, w końcu musimy się przekonać czy z tego galimatiasu można jakoś sensownie wybrnąć. Jednak… rozszyfrowanie powieści przypomina trochę grzebanie w mechanizmie szwajcarskiego zegarka. Przyglądanie się wszystkim perfekcyjnie dopasowanym częściom wywołuje fascynację, nawet zachwyt, ale…czy wzbudza emocje?

W pewnym momencie czytelnik może się poczuć wyczerpany i zrezygnowany. Zupełnie jak  poszukiwacz złota, który nie przestaje kopać, przesiewać i niestrudzenie szuka samorodków, mimo, iż wszystko, co mu się trafia, to jedynie złoty piasek… Pracuje jednak dalej, bo wciąż ma nadzieję na znalezienie swojej bonanzy…

Podczas tej obszernej lektury można stracić nadzieję w to, że poza wyrafinowaną grą z czytelnikiem i zabawą z konwencją, książka posiada głębszy morał. Dopiero, kiedy przeczyta się całość – w pełni można docenić zamierzenie autorki i zrozumieć przesłanie jej monumentalnego dzieła.  Nadchodzi wreszcie więc ten moment, gdy w skale i grubej warstwie żwiru dostrzegamy wreszcie kawałeczek najprawdziwszego złotego kruszcu…

Komu polecam? Czytelnikowi, który doceni wyzwania...




Eleanor Catton: „Mój kuzyn Tołstoj”; „Książki. Magazyn do czytania” nr 3, październik 2014, str.20
** „Wszystko, co lśni”, Eleanor Catton, str. 411
*** Tamże, str. 713




Autor: Eleanor Catton
Tytuł: Wszystko, co lśni
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Data wydania: 9 października 2014

Ilość stron: 936
Słowa kluczowe: literatura nowozelandzka, Nagroda Bookera






Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:








26 komentarzy:

  1. Ale pokaźne tomisko… uwielbiam takie! Fabuła naprawdę świetna… będę się musiała porozglądać za tą książka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co prawda nie interesuję się astrologią, ale wyzwania lubię :) Książka już na mnie czeka, ale chyba potrzebuję jakiegoś urlopu żeby porządnie się w nią "wgryźć" :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Już tytuł posta zachęca.
    A Twoja recenzja już sama przykuwa uwagę.
    Może i ja kiedyś przeczytam.....

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ mnie zachęciłaś! Uwielbiam takie tajemnicze powieści. Dodam, że zaintrygowała mnie forma książka, której konstrukcja wydaje się zupełnie niezwykła!

    OdpowiedzUsuń
  5. Książkę mam w planach, jej tytuł już od dawna jest zapisany w moim spisie, teraz tylko czekam, aż nadarzy się stosowny moment i dużo czasu, żeby ją przeczytać :) Mam nadzieję, że mój brak znajomości astrologii nie będzie przeszkadzał :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Intryguje mnie w tej książce stylizacja na XIX wiek. Chętnie ją przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetna, ciekawa recenzja, ale jakoś mnie nie zachęciła do przeczytania książki. No cóż... może nie jestem gotowa na wyzwania? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. A gdybyś nie dostała tej książki od wydawnictwa, to byś ją w ogóle przeczytała? Bo mnie jakoś tak wygląda to na nudziarstwo...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otrzymałam z wydawnictwa na własną prośbę. Książka jest specyficzna i nielicho zakręcona, a o nudziarstwie nie ma mowy. Przykro mi, że wynudziłam...

      Usuń
    2. Oj, nie o to mi chodziło :)
      Twoją recenzję przeczytałam z zainteresowaniem, bo byłam ciekawa, co napiszesz. Nawet czekałam na nią, bo już wcześniej gdzieś wspominałaś, że to czytasz.
      Natomiast jeśli chodzi o książkę, to chodzę koło niej od początku, kiedy się ukazała i mam dylemat: kupić czy nie kupić. Lubię wiktoriańskie klimaty, ale oryginalne, powstałe w XIX wieku czy na przełomie XIX i XX. Współczesne pastisze mnie denerwują. No, może za wyjątkiem "Płatka... " Fabera, ale i tak uważam, że prawdziwy Dickens jest lepszy niż dwudziestowieczna podróbka.
      Zaglądałam do książki Catton w księgarni (a w przypadku nieznanych powieści zawsze stosuję zasadę pierwszego zdania, jak mnie porwie, to biorę, a jak nie, to nie... ;))), no i jakoś mnie nie zachwyciło. Odniosłam wrażenie, że to strasznie gruba, wydumana i nudna powieść. Recenzje jej są z reguły bardzo poprawne, ale jakoś tak bez szczególnych zachwytów. Nikt nie napisał, że go ta powieść tak porwała, że czytał do rana, obgryzając paznokcie z napięcia. A przyznasz chyba, że to najlepsza rekomendacja?
      No i tak... Wciąż rozważam jednak, czy kupić, bo co będzie, jeśli jednak to jest dobre i mogłoby mi się spodobać? Taki dylemat mam...

      Usuń
    3. No to mi ulżyło:)
      Trzeba przyznać, że o książce było głośno na długo przed jej polską premierą. Chciałam ją poznać między innymi przez nagrodę - bo skoro nagrodzona Bookerem, to nie może być słaba. I nie jest słaba. cieszę się, że ją poznałam i że stoi na półce. Ale z drugiej strony czytałam i czytałam - i ciągle pamiętałam o tych astrologicznych odniesieniach, skupiona byłam na śledzeniu pokręconej fabuły i co chwilę zmieniać musiałam zdanie o bohaterach. Może to wszystko przeszkodziło mi zapomnieć o całej tej otoczce i po prostu rozpłynąć się w lekturze, przejąć się losami bohaterów... Lubię się wzruszać i przeżywać emocje "razem" z bohaterami, a tego mi brakowało...
      Trudno mi przekonywać Cię do książki. Wiesz najlepiej czego w nich szukasz i myślę, że najlepiej zdać się w tym przypadku na intuicję:) (to Ci pomogłam;)

      Usuń
    4. Tak sobie myślę, że z pewnością jest to tekst interesujący dla astrologów, widziałam nawet recenzję tej powieści w grudniowym numerze miesięcznika "Czwarty Wymiar" poświęconego sprawom paranormalnym i jest absolutny wyjątek, bo tam raczej nie recenzują powieści. Jednak ja przy całej swojej sympatii dla tematów nie z tej Ziemi jakoś nigdy nie potrafiłam zrozumieć, o co tam chodzi z tymi domami, ascendentami i całą resztą.
      Mam nadzieję, że powieść Catton kupią w mojej bibliotece i wtedy się przekonam. Jak mi podejdzie, to sobie kupię i już.

      Usuń
    5. Ale to też nie jest tak, że książka jest interesująca konkretnie dla astrologów... Catton nie zajmuje się "wiedzą" astrologiczną, czyni tylko aluzje, konstruuje bohaterów tak, by działali zgodnie z tym, co charakteryzuje dane planety. To był pomysł na książkę, taka zabawa z czytelnikiem... To trochę tak jakby uznać, że "Imię róży" to tekst interesujący dla bibliotekarzy...
      Zastanawiam się do czego mogłabym porównać przygodę z książką Catton i nic mi nie przychodzi do głowy. To chyba oznacza jak dla mnie, że książka jest oryginalna... W każdym razie sam pomysł - jest.

      Usuń
  9. Jako Strzelec zodiakalny powinnam rzucić się na tę książkę w poszukiwaniu przygód. Nie ma bowiem nic bardziej fascynującego, niż poszukiwanie złota. Jednakże ostrożny Mars stałe cofa moja rękę, gdy sięgam po tę pozycję. Ot, jaka jest siła w tak potężnych planetach!
    Nie wiem tylko, gdzie był Merkury gdy przychodziłam na świat, bo jestem słabo towarzyska. Podejrzewam, że balował na jakiejś imprezie. :)
    Przeraża mnie opasłość tomu. Gdyby ktoś napisał, że czyta się jak "Millenium"...
    Ale rzecz jasna, jak trafię na nią w bibliotece, to nie omieszkam przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako zodiakalnemu Strzelcowi - składam Ci (jak najpewniej spóźnione) serdeczne urodzinowe życzenia:)
      Gdzie był Merkury podczas Twoich narodzin? Przy Twoim zawodzie - po prostu musiał też coś przy nich majstrować:)

      Usuń
  10. Zerkałam w kierunku tej książki w księgarni, ale póki co chyba nie jestem gotowa na lekturę. Całość zapowiada się świetnie, a Twoja recenzja jest bardzo zachęcająca, ale teraz chyba nie jest dobry moment na mój kontakt z tą powieścią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście - czas przedświątecznej krzątaniny i zadumy - to może nie jest najlepsza chwila na rozpoczęcie tej przygody, ale po świętach - polecam:)

      Usuń
  11. coś mnie ciągnie do tej lektury, cytat z książki świetny, a te pozostałe dwa bardzo mi przypadły do gustu. Jak zwykle przekonujesz mnie do lektur po które raczej bym nie sięgnęła

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pierwszy cytat pochodzi z wywiadu pisarki (na temat książki oczywiście), a dwa pozostałe już z książki.
      Tym razem starałam się podkreślić, że książka jest specyficzna i dość wymagająca, by przyszły czytelnik wiedział, że czeka go wyzwanie:) Tym bardziej cieszę się, że Cię przekonałam :)

      Usuń
  12. Już sama ilość stron tej książki robi niemałe wrażenie. Lubię takie wyzwania, więc chętnie się na nią skuszę. ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla Ciebie interesujący powinien być kawałek historii Nowej Zelandii, z gorączką złota w tle:)

      Usuń
  13. Ja jednak podziękuję, ponieważ teraz jestem ogarnięta gorączką przedświątecznych przygotować, ale może później znajdę więcej wolnego czasu. Zobaczę, jak to wszystko w planach mi wyjdzie.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ha, po fali euforii jak przypłynęła razem z polskim tłumaczeniem, pojawiają się dość trzeźwe i delikatnie krytyczne recenzje :) Ja osobiście lubię, kiedy autor pogrywa sobie z czytelnikiem, zapraszając go do świata, który wykreował wg własnych zasad, gdzie nie wszystko jest od początku jasne, itd., ale przyznaję szczerze, że rozmiar tej księgi mocno mnie przeraża. Prawie 1000 stron to naprawdę sporo, chociaż jeśli książka przypadnie do gustu, to na dłużej możemy zakotwiczyć w opowieści, którą skrywa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak lubi mawiać kuzyn mojego męża: "Nikt nie obiecał, że będzie łatwo";)
      Na szczęście zauważyłeś, że moje uwagi są tylko delikatnie krytyczne. Książka jest rzeczywiście potężnych rozmiarów i ponieważ jest wymagająca - to naturalne, że czasem trzeba od niej odpocząć. Ale to nie jest zarzut. W zasadzie, jak już podkreślałam, brakowało mi tylko tego, że nie potrafiłam się do końca "przejąć" losami bohaterów. Pozostałam obserwatorem...

      Usuń
  15. A ja się nawet cieszę, że piszesz trochę bardziej zachowawczo niż większość czytelników tej książki. Bo Twoja recenzja (i Owcy z książką podobnie) to może nie kubeł, ale szklaneczka zimnej wody, dzięki której nie oczekuję cudów ;) A planowałam lekturę na święta (nie wiem czy się uda), więc trafiłyście w dobry moment :)

    OdpowiedzUsuń