środa, 29 stycznia 2014

STARAM SIĘ NIE PRZEGAPIAĆ OKAZJI - rozmowa z Bożeną Mazalik, autorką książki „Baba na Safari”; LiteraTura 2013



Bożena Mazalik, Magdalena Woźniak i Krzysztof Pochwicki, LiteraTura 2013


Śledząc Pani wypowiedzi można dojść do wniosku, że ma Pani ciekawy pomysł na życie. Jest Pani podróżniczką i fotografem, pasjonuje się końmi, mieszkała Pani w leśniczówce. Czy jest Pani niespokojnym duchem, czy raczej wulkanem energii?
Wulkanem może nie, ale trochę jej mam. Uważam, że energia jest ważna. Nie powinno się jej marnotrawić, rozdrabniać na głupstwa, na codzienną bezcelową krzątaninę. Wtedy wpada się w monotonię, a to, przynajmniej mnie, najbardziej tej energii pozbawia. Staram się nie przegapiać okazji, ponieważ wtedy życie może nam ich więcej nie dać. Z każdej przygody próbuję coś wynieść, zapamiętać, maksymalnie ją wykorzystać. W duchu i po cichu zawsze myślę sobie: „ To może mi się przydać w pisaniu” albo: „Zrób to, będziesz wiedziała, jak to jest, zapamiętaj, co człowiek wtedy czuje”.
Jest Pani bardzo barwną i intrygującą osobą. Wynika to także z tego, że łączy Pani w sobie pewne przeciwstawne cechy. Podróżowanie – to ruch, ciągłe zmiany otoczenia, odnajdywanie się we wciąż nowej rzeczywistości, w nowym „wymiarze” niemal. Natomiast dom w leśniczówce – to w pewnym sensie antypody takiego stylu życia, to odgrodzenie się od świata, zakotwiczenie w jednym miejscu, ograniczenie życia towarzyskiego. Z jednej strony – lubi Pani wyzwania i zmiany, a z drugiej – nie jest Pani obca stabilizacja, może nawet pewna rutyna. Posiada Pani umiejętność dostosowania się? Czy zamieszkanie w leśniczówce było zgodne z Pani naturą, czy właśnie taką nabytą umiejętnością?
Dostosowuję się łatwo, ponieważ jestem ciekawa. Lubię zmiany, nowości, co nie znaczy, że moje wewnętrzne Ja czasami się przed nimi nie broni. Ale potrafię je przekonać. Mieszkanie w lesie to był krótki epizod w złych czasach. Ale nie było to ani przez chwile wygnanie czy odludzie. Wtedy działo się chyba najwięcej. Och, to był niezmiernie barwny okres. Ale ponieważ mam zamiar go opisać, wolałabym teraz o nim nie mówić. Były to jednak lata pełne przygód. Powiedziałabym nawet, że „mocne”. Wspominam je zawsze z uśmiechem, mimo że czasem w przeszłości nie było mi do śmiechu. Trochę jak w komedii, gdy śmiejemy się z drobnych potknięć, upadków, tak ja teraz zaśmiewam się z niektórych epizodów.
Dzisiaj, kiedy nie mieszka Pani już w leśniczówce – w jaki sposób szuka Pani swojego azylu?
Nie potrzebuje go szukać, mam coś, czego wielu pewnie może mi pozazdrościć – czas, którego nie marnuję, dużo miejsca, ciszę, spokój i męża, który mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.
Jak zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem? Czy zawsze chciała być Pani pisarką?
Tak. Zawsze. Łatwiej wyrazić mi się w piśmie. Jestem gadułą, potrafię kogoś zagadać i potem mam wyrzuty sumienia. Kiedy piszę, mam świadomość, że ktoś to przeczyta albo nie, odłoży, gdy go znudzę, nie musi tego robić. Po prostu.
Kim jest dla Pani pisarz? Jaka jest Pani definicja pisarza?
Właśnie niedawno się nad tym zastanawiałam. Ktoś nawet wrzucił na Facebooku post na ten temat i wtedy wydawało mi się, że to rozumiem. Niektórzy słowo „pisarz”, traktują jak nobilitację, jak osiągnięcie jakiegoś szczebla w rozwoju literackim. Nie mają śmiałości go używać, bo uważają, że zarezerwowane jest dla twórców wielkich, uznanych. Mam inne zdanie. Może porównam to z malarstwem. Maluję w oleju, w akrylu, używam pasteli, nawet bawię się akwarelą. Lubię to, lubię trzymać w ręce pędzel i obserwować jak powstaje gotowy obraz. Ale nie jestem malarką. We mnie obrazy się nie rodzą. Uwielbiam sam proces malowania i gdy obraz skończę, to z przyjemnością na niego patrzę, ale nie uważam się za malarkę.
Natomiast pisanie mam gdzieś w środku, w pewnej ukrytej przestrzeni, w której usiłuję coś znaleźć, odkryć, wygrzebać. I nie twierdzę, że ono mi dobrze wychodzi, wręcz przeciwnie, widzę wszystkie niedoskonałości, jestem niezadowolona z tego, co robię, jak piszę i o czym. Stale wydaje mi się za mało, za słabo, za płytko, grafomańsko, ale owo „pisanie” wychodzi ze mnie. Mam je w sobie. Kiedy siadam, kładę palce na klawiaturze, to wystarczy, że napiszę pierwsze zdanie, zainicjuję proces i „to” się dzieje. Potem jest długi i żmudny proces nadania temu kształtu, uczynienia zrozumiałym czegoś, co i mnie wydaje się czasami ledwo uchwytne. Ktoś, kto to robi, ponieważ lubi albo musi, jest już pisarzem. Kto pieczołowicie buduje fabułę, układa wątki, projektuje utwór, prowadzi bohaterów, a oni robią, co im każe, jest pisarzem. Ale czy każdy, kto bierze pióro i kartkę, by zapisać swoje myśli, jest pisarzem? Tego już nie wiem.
Można być pisarzem złym, można być rzemieślnikiem, dobrym fachowcem albo wręcz geniuszem. Jeśli ma się dostęp do opowieści, które wyciąga się z kufra jak kłębek wełny lub które, słowo po słowie, wysnuwa z jakiegoś tajemniczego miejsca, ze świata, w którym wszystkie opowieści już istnieją, albo, podobnie do Stevena Kinga, wykopuje jak skamielinę, jeśli ma się dodatkowo niezłomną potrzebę zrobienia tego, to jest się pisarzem. Zupełnie inna sprawa – jakim.
To skomplikowane i możliwe, że za parę lat lub przy następnej powieści moja definicja „pisarza” dojrzeje i ulegnie zmianie. Można namalować mnóstwo obrazów i nie być malarzem, podobnie jak można, podejrzewam, napisać wiele książek i nie być pisarzem. Autorem owszem, nawet bardzo dobrym, ale „pisarz” to chyba jest stan, a nie zawód. Nawet gdyby nie wydało się żadnej własnej książki. Jednak zastanawiałabym się nad pisaniem pamiętników, nad tymi oczyszczającymi przepływami świadomości, jakich się dokonuje, by dać upust emocjom, ponarzekać. To raczej nie jest pisarstwo. Co innego, gdy ktoś jak kronikarz opowiada zdarzenia, pokazuje ludzi, zamyka na kartkach jakąś historię, nieważne, że zdarzyła się naprawdę.

W zeszłym roku została wydana Pani książka „Baba na Safari”. Co Panią zainspirowało i jak Pani ją klasyfikuje? Czy to jest reportaż?
W momencie podjęcia decyzji o powstaniu książki nie zastanawiałam się nad sklasyfikowaniem utworu. Powstał jak wiele innych, z przekornej myśli. Ta zaś narodziła się przy czytaniu miernej książki o polowaniach – że tak pisać to ja też potrafię. Jak się okazuje, bardzo często jest to zapłon, który uruchamia całkiem sporą populację pisarzy. Okazało się, że to było pobożne życzenie, że jednak pisanie, które da się czytać, nie jest takie proste i żeby przelewać swoje myśli na papier trzeba się trochę podszkolić. Stale chciałam więcej i więcej. Ostatecznie „Babę na safari” postanowiłam wydać, bo istniało realne niebezpieczeństwo, że będę ją poprawiać w nieskończoność. Kiedyś musiałam powiedzieć „stop”.
Czy jest Pani zadowolona ze swojego debiutu? Jak książka została przyjęta?
Jestem zadowolona, że wreszcie zdecydowałam się na wyjście z szuflady, a jeśli chodzi o „Babę na safari” mam sygnały o bardzo dobrym odbiorze. Podoba się panom, którzy polują, jak również tym, co nie polują. Zupełnie niezamierzony efekt, ale wspaniały. Pierwotną intencją było napisać książkę dla kobiet, żon myśliwych, które wybierają się do Afryki jako osoby towarzyszące. Chciałam, żeby dowiedziały się, co je czeka. Że bardziej od kostiumu kąpielowego przydadzą im się rękawiczki. Mężczyźni myśliwi na początku brali książkę do ręki nieufnie, bo co takiego baba może napisać o prawdziwym afrykańskim safari? Kupowali książkę dla swoich żon. W domu niezamierzenie sami czytali i podobało się im (co wiem od tychże żon, czasami od nich samych). Czytali „Babę” tacy, którzy na co dzień w ogóle nie czytają i zdziwieni byli, jak łatwo im poszło. Jak mówią: wciąga, podobno jest śmiesznie, a jednocześnie jest w niej wystarczająca porcja napięcia. Niektórzy są zaskoczeni, że brak w książce błędów merytorycznych. To miłe. A z tego wszystkiego wynikałoby, że udało mi się, mimo lekkiej formy, wytworzyć suspens i zaciekawić. Tak, jestem zadowolona z odbioru.
Czy moment ukazania się książki stanowił w Pani życiu punkt zwrotny? Co się w nim zmieniło od tej pory?
Tyle tylko, że piszę więcej. Taki odbiór motywuje, dodaje energii i upewnia, że warto.
Którą ze swoich podróży, wypraw wspomina Pani najmilej?
Tę najdzikszą, ostatni rozdział w „Babie”– czyli jeszcze dzikie Zimbabwe, gdzie człowiek jest blisko niebezpieczeństwa, oddzielony od przyrody cienką trzcinową osłoną szałasu. Niezapomniane doświadczenie.
Najbardziej znane polskie podróżniczki i pisarki to: Elżbieta Dzikowska, Beata Pawlikowska, Martyna Wojciechowska. Chce Pani do nich dołączyć, czy może jeszcze definitywnie nie zdecydowała Pani jaki gatunek literacki uprawiać?
Och, skądże! Nigdy bym nie aspirowała. Jaka tam ze mnie podróżniczka. Nie, nie. Jak już wcześniej powiedziałam, „Babę na safari” napisałam z kilku powodów. Przed wyjazdem szukałam tego typu lektury, ponieważ chciałam się dowiedzieć, jak tam jest, jak się przygotować do wyjazdu. Nie znalazłam niczego w języku polskim, postanowiłam więc napisać. W trakcie pisania zrozumiałam, że chcę pokazać myślistwo inaczej, zburzyć kilka mitów i opinii. Ale źle opisuje mi się rzeczywistość, zdecydowanie wolę świat fikcji literackiej, w której więcej można sprzedać spostrzeżeń, przemyśleń i paradoksalnie łatwiej pokazać realia. Nie, zdecydowanie nie chcę klasyfikować się jako podróżniczka. To było tylko kilka drobnych epizodów. Taka próba sił. Bardziej pragnę odkryć światy, które drzemią gdzieś nieodkryte. Jasne, że skorzystam z doświadczeń. Z pewnością opiszę to, co widziałam czy przeżyłam. Wolę to jednak robić pod płaszczykiem fikcji literackiej i wykorzystać materiał raczej jako tło opowieści.
Niedawno ukazał się tomik „Lato moralnego niepokoju”, który zawiera opowiadania absolwentów Szkoły Pasji Pisania. Wśród nich znajduje się Pani opowiadanie „Staruchy”, utrzymane w konwencji fantasy. Skąd Pani obecność w tej szkole? Jakie umiejętności Pani tam nabyła?
Nauczyłam się, że pisanie to nie tylko składanie zgrabnych zdań, używanie odpowiednich słów, ale… kreacja wiarygodnego świata. Pisanie kłamstwa w taki sposób, by każdy w nie uwierzył. A jednocześnie bezgraniczna uczciwość i prawda w zakresie tej kreacji. Prawda wypływająca z siebie i własnego doświadczenia. Prawda uczuć i emocji. Każdy fałsz jest błyskawicznie wyłapywany przez czytelnika. Wymyślamy i kłamiemy po to, by ukazać najszczerszą prawdę, jaką udało nam się odkryć w życiu. Dowiedziałam się, że wszystko to tylko słowa, ale jednak czasami jest ważne, w jakiej idą kolejności. Dowiedziałam się, że pisanie jest trudniejsze niż kiedykolwiek mogłam to sobie wyobrazić. Że istnieje rodzaj wewnętrznego cenzora, którego trzeba zdecydowanie zabić, ale czasami jest potrzebny inny cenzor, który ustawia nas do pionu, i incydentalnie trzeba go wypuszczać z piwnicy, żeby zrobił swoje. Dowiedziałam się, że gdy udziela się wywiadu, to trzeba bardzo uważać, bo potem ktoś go przeczyta i będzie drążył. A ja nawet nie pamiętam, co wtedy powiedziałam i zastanawiam się, skąd ci ludzie wiedzą o mnie takie rzeczy.
Powiedziała Pani kiedyś, że przez uczestnictwo w warsztatach literackich traci się „niewinność czytania”. Czy tęskni Pani do czasów bardziej bezkrytycznej lektury?
I tak, i nie. Częściowo owo krytyczne podejście do lektury wynika z tego, że poprawiam wiele tekstów innych autorów i automatycznie wyłapuję, co trzeba zmienić, co kłuje. Ostatnio staram się ten program wyłączyć, szczególnie kiedy czytam dla przyjemności. Już mi przeszło cenzurowanie warsztatu. Jeśli ktoś ma dobrą opowieść, to nawet jeśli jest kiepsko opowiedziana i tak mnie wciągnie. Jestem świadoma własnych błędów, tego, że autor sam, już po wydaniu książki, dostrzega wszystko, co nie wyszło, dlatego nie ma sensu drążyć, trzeba iść dalej. Poza tym nauczyłam się czegoś innego – czytelnik normalny, nieskażony teorią, niezepsuty, dziewiczy ma zupełnie inny gust, nie przeszkadzają mu przegadania, przysłówki, zmieniająca się narracja. Ważna jest dla niego historia i jeśli już jest czytelnie opowiedziana i go wciągnie, to mu się podoba. Ale to tylko moja luźna obserwacja, uczyniona na własny użytek. Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, co znaczy „ dobrze napisana” i „go wciągnie”.
Co jest łatwiej napisać: powieść czy opowiadanie?
To zależy od pisarza. Znam miłośników i mistrzów krótkiej formy i podziwiam za to, jak wiele potrafią powiedzieć na kilkunastu, a nawet kilku stronach. Dla mnie bardziej naturalna jest powieść. Jestem długodystansowcem. Rozpędzam się i wydaje mi się, że lepiej sprawdzę się w powieści, ale zobaczymy. Opowiadanie jest formą niezmiernie trudną. Wymaga zdyscyplinowania i utrzymania się w ramach. Powieść daje jednak trochę więcej swobody.
Mówi Pani o sobie, że posiada „skłonność do komedii”. Co to znaczy? Lubi Pani bawić ludzi czy jest to „mechanizm obronny”, który chroni sfery i tematy osobiste i drażliwe? Czy to rodzaj taktyki, dzięki któremu zamienia Pani niewygodną rozmowę w żart?
Nie, wolę kiedy to ja jestem zabawiana. Lubię się śmiać. Ostatecznie nawet z siebie, niektórzy mówią , że lubią moje poczucie humoru. Hmmm... Bardzo cenię lektury lekkie, komiczne, takie, które bawią, odrywają od trudnej często rzeczywistości, ale nie po to, by te sfery chronić. Raczej dlatego, że taka jestem. Nie chcę nikogo niczego uczyć, nawet innego spojrzenia. Hołduję mojej własnej zasadzie, że radość przyciąga do siebie jeszcze więcej radości, a smutek smutku. Uważam, że lektury, które rozśmieszają, robią bardzo wiele dobrego, są jak lekarstwo, potrzebne ludziom zapracowanym i zmęczonym życiem, zbyt poważnym, a nawet depresyjnym. Lektura, która bawi, może poprawić jakość ich życia, wyciągnąć z marazmu, pokazuje świat z innej perspektywy i uczy dystansu. Uwielbiam śmiać się przy lekkiej, zabawnej książce i potrafię ją czytać wiele razy. Zawsze sobie powtarzałam, czytając na przykład książki Joanny Chmielewskiej, że jeśli uda mi się napisać książkę, przy której chociaż jedna osoba roześmieje się głośno, miło spędzi godzinkę czy dwie i poczuje się rozbawiona, to warto się trudzić, warto spędzić nawet rok na pisaniu. Uśmiech wiele może.
Jest wystarczająco wielu dobrych pisarzy, którzy ukazują tę trudniejszą stronę życia, uświadamiają problemy, pokazują na przykładach jak można je rozwiązać. Postanowiłam zając się drugą stroną. Na zasadzie: „na czym się skupiasz, dostajesz tego więcej”. Widzę w życiu wiele sytuacji śmiesznych. To nie jest żadna ucieczka, po prostu życie jest zabawne. Kiedy przestajemy je tak traktować, kiedy zmieniamy swój poziom energii, nastrój i zapatrywanie, życie staje się nieznośne. Nie, to nie ucieczka, to wybór. I każdy go ma. Gdy traktujemy świat z przymrużeniem oka, z dystansem, staramy się być szczęśliwi, życie nam odpłaca tym samym. Sprawdziłam. Nie znaczy to, że nic paskudnego się nie wydarzy, ale łatwiej wrócić do normalności. Nie mam poczucia misji, nie mam zamiaru czegokolwiek uczyć, tłumaczyć. Piszę dla przyjemności i jeśli ktoś to dla przyjemności przeczyta, to będzie podwójna przyjemność, bo również moja.
Jednak teraz podczas poprawiania powieści czasami zastanawiam się nad tym, czy aby pisanie nie sprawiało mi tej przyjemności zbyt wiele. Może warto było od początku bardziej się zdyscyplinować.

Jakie książki czytuje Pani dla własnej przyjemności? Jakie tytuły moglibyśmy zobaczyć na półkach Pani domowej biblioteczki?
Wszystko niemal prócz tych najbardziej wskazanych, które powinnam przeczytać. Ale wszystko przede mną. Ostatnio przybyło sporo polskich autorów i z przyjemnością zauważyłam, że bywają świetni. Poczyniłam kilka wspaniałych odkryć. Szkoda tylko, że dzięki Facebookowi i Internetowi, a nie dzięki księgarniom i promocji wydawców.


Jak wygląda Pani dzień? Czy dużo czasu poświęca Pani na pisanie?
Mam czas i możliwość, mogę pisać cały dzień. Wręcz siłą odrywam się od tego, żeby się poruszać, pomaszerować lub wsiąść na rower. Czasami to robię, częściej jednak padam nosem na klawiaturę.
Pisze Pani artykuły do czasopism, ostatnio zaczęła Pani przygodę z twórczością literacką. Co sprawia Pani więcej satysfakcji?
Kreatywne pisanie. Owszem, czasem coś się we mnie odzywa mocnym głosem, muszę to sprzedać – wtedy piszę esej albo felieton, zdarzy się nawet poezja. Ale ostatnio skupiam się na powieści i chwilowo nie widzę nic innego poza tym światem.
W jaki sposób kreuje Pani swoich bohaterów? Powiedziała Pani kiedyś, że tworząc postać, nawet antagonistyczną, tak się Pani z nią zżywa, że musi potem się od niej odciąć, odreagować. Czy to znaczy, że wkłada Pani w te postaci cząstkę siebie?
Nie wiem, czy wkładam siebie. Jedną czy dwie bohaterki oparłam na własnej osobowości, ale mam nadzieję, że wszystkich pozostałych już nie. Staram się wejść w duszę bohatera, zrozumieć go, poczuć. „Sobą” wiele się nie uciągnie. Robię profil psychologiczny i staram się czuć i myśleć jak bohater. Jeśli jest zazdrosny, próbuję wyobrazić sobie to uczucie, dla mnie trudne, bo nigdy go nie zaznałam. To trochę jak ćwiczenia z inteligencji emocjonalnej: wywołujemy jakąś emocję, jesteśmy z nią, a potem wracamy do rzeczywistości, najlepiej do swojego naturalnego stanu szczęścia. Robię coś podobnego z bohaterami. Stawiam bohatera o określonym profilu w pewnej sytuacji i staram się poczuć, co on by zrobił i dlaczego. Czasami mnie zaskakują. Nie wiem, czy to wyjdzie prawdziwie. Czytelnicy ocenią. Jednak po każdej takiej wycieczce w serce i duszę bohatera muszę wrócić do siebie. Odtworzyć granice własnej tożsamości. Wbrew obawom, jakie miałam na początku, nie jest to takie trudne. Mimo to miałam kiedyś zabawne doświadczenie, nie związane jednak z bohaterami, tylko z aurą. Opisywałam zimę w środku lata. W trakcie pisania niespodziewanie musiałam wyjść na chwilę na zewnątrz. Ubrałam się zatem w gruby sweter i owinęłam szalem. Na dworze było dwadzieścia kilka stopni. Rodzina długo nie dała mi o tym zapomnieć.
Nad czym Pani aktualnie pracuje? Kiedy możemy się spodziewać nowego utworu?
Kilka rzeczy nakłada się na siebie, ale najbardziej absorbuje mnie wielowątkowa powieść, której akcja umieszczona jest w Afryce. W tle jest wszystko to, czego nie chciałam, czego nie wypadało lub nie udało mi się pokazać w „Babie na safari”, trochę marzeń i kropla adrenaliny. Może więcej niż kropla… Tak, chyba dużo więcej. Miała wyjść powieść przygodowa, wyszedł thriller z wszystkimi definicyjnymi wymogami. Mam nadzieję, że w tym roku będzie go można przeczytać.
Bardzo dziękuję za rozmowę:)

wtorek, 28 stycznia 2014

Światy dwa w pogoni za Leśnym Lichem – Katarzyna Georgiou




W RYTMIE NATURY
Ujmij mą dłoń szorstkością ciszy serdeczną, a poczujemy wzajem swoje ciepło pulsujące w przestrzeni połączenia dusz”.
Katarzyna Georgiou
Tomik „Światy dwa…” to poetycki kolaż składający się z wierszy, refleksyjnej prozy oraz fotografii, które pozwalają zobaczyć świat oczami autorki. Zarówno zdjęcia, jak i liryka powstały dzięki bliskiemu kontaktowi z naturą. Poetka maluje słowem i obrazem. Udało jej się uchwycić magiczne chwile odkrywające uroki charakterystyczne dla poszczególnych pór roku. Proza ilustrowana zdjęciami to kontemplacja natury i zwrócenie uwagi na jej cykliczność. Stanowi ona także ramę i kontekst, w które autorka oprawiła swoje wiersze. Te z kolei przedstawiają człowieka z jego tęsknotami, nadziejami i uczuciami. Można w nich wyczytać uniwersalną historię związku dwojga ludzi. Każdy związek przechodzi podobne etapy i podlega tym samym prawidłom, co życie człowieka, także podlega cykliczności.
Proza, wiersze i zdjęcia zostały pogrupowane tematycznie, ułożone w logiczną całość zgodnie z porządkiem i rytmem pór roku. Każdą z części poprzedza wstęp, fragment prozy, który wprowadza w odpowiedni nastrój. Refleksje autorki zdradzają jej wrażliwe oko i ucho, wyczulone na tajemnice natury. Dużą przyjemność sprawia podpatrywanie sposobu, w jaki autorka dostrzega ledwo uchwytne zmiany następujące w przyrodzie, zwiastujące nadejście nowej pory roku. Jej proza pełna jest zwiastującego wiosnę świergotu ptaków, sennego brzęczenia owadów, gdy lato utrwala swój smak w kropli miodu, majestatycznego szumu drzew, które dyskretnie dają znać o nadchodzącej jesieni…
Refleksje zawarte w tomiku zainspirowało piękno przyrody obserwowanej podczas wędrówek i spacerów. Poetka dzieli się nimi z dziecięcym zachwytem i entuzjazmem. W jej wierszach usłyszeć można echa ludowych wierzeń i elementy baśniowe. Podczas włóczęgi towarzyszy jej Anielica-Stróż, bynajmniej niezachowująca powagi, zmienny Marzec miota się rozdarty, nie wie, czy obdarzyć uczuciem Marzannę, czy Wisenkę, „drzewa szumią prastarą pieśnią słowiańskiego echa”, a między nimi usłyszeć można czasem chichot Leśnego Licha…
Czy taki tomik mógł wyjść spod pióra mieszczucha? Wydaje się to niemożliwe. Potrzebne było olśnienie i doznanie poczucia jedności z naturą. Pojawiło się ono, gdy malowniczy zachód słońca zmusił poetkę do zatrzymania się na poboczu drogi, a co ważniejsze – do zatrzymania się w pędzie codziennego życia… Uświadomiła sobie wówczas, że gonitwa za dobrami materialnymi, za sukcesem, za ważnymi sprawami dnia codziennego powoduje, że człowiekowi umyka coś istotnego. Czy można dogonić czas? On jest przewrotny, im bardziej chcemy mu dorównać, tym szybciej gna. Poetka zatrzymała się, a wtedy czas przystanął tuż obok i mrugnął do niej okiem. Zrozumiała, że natura ustala własny rytm, nie przeliczany po ludzku na godziny, lecz odmierzany porami roku. Aby ją pojąć, należy dostosować do tego cyklu swój oddech i krok…
Czym są tytułowe dwa światy? Metaforyczna wieloznaczność daje spore możliwości poszukiwania własnych interpretacji. Jeden z nich to namacalny i fizyczny świat człowieka, drugi – to świat natury, z którym mamy dużo wspólnego. Nawet tkwiące w nas sprzeczności można usprawiedliwić dwoistością natury. Być może poetka miała na myśli także świat mężczyzny i kobiety, bo przecież jej wiersze dotykają związków i uczuć. Nawet w nich dostrzega charakterystyczną dla natury cykliczność.

Warto zwolnić nieco i rozejrzeć się wokół siebie. Oderwać się od przyziemnych spraw i spróbować wpleść się w rytm pór roku. Nie potrzeba w tym celu wywracać swego życia do góry nogami, wystarczy pozwolić poprowadzić się tam, gdzie powiedzie nas Licho…


***

ZA EGZEMPLARZ KSIĄŻKI - DZIĘKUJĘ AUTORCE:)

piątek, 24 stycznia 2014

„Cmono. Rozmowy z pisarzami” - Grzegorz Jankowicz



NARRARE NECESSE EST


„Rozmowa to sposób na przewietrzenie duszy.
Marjane Satrapi
Wszystkie smutki można znieść, gdy ujmie się je w historie lub opowie o nich historie”.
Isak Dinesen
Czytanie i pisanie nigdy się nie kończą. Nasze umysły składają się z tekstów, a zatem nasz stosunek do świata polega na nieustającej lekturze. Patrzeć znaczy tyle, co czytać”.
Orhan Pamuk


Historia literatury jest niezwykła i jej początków nie należy utożsamiać z powstaniem „Iliady” Homera, o czym świadczy doskonałość tego dzieła. Jak to się stało, że najstarszy pomnik literatury europejskiej nie jest wprawką pisarską, tylko od razu niedoścignionym wzorem? Dlatego, że jest ukoronowaniem wielowiekowej tradycji gromadzenia, doskonalenia i przekazywania pieśni i opowieści. Wszystkie historie, które zostały napisane później, aż po powieść we współczesnym kształcie, wywodzą się w prostej linii z tradycji przekazywania opowieści. Powieść – to opowieść przekazana na piśmie, a pisarze wyparli i zastąpili opowiadaczy, pieśniarzy i bardów. Niemal wszystkie kultury świata posiadają tradycję ustnego opowiadania, której historia wiedzie od Homera, przez chińskich pieśniarzy, aż do amerykańskich komików zabawiających nas swoim bajczarstwem ze sceny”. Rabih Alameddine – amerykańsko-libański prozaik, autor książki „Hakawati, mistrz opowieści”, który jako twórca najlepiej odnajduje się w ginącym gatunku „opowieści” – nie bez smutku konkluduje: „Tradycja ustnej opowieści jest coraz słabsza. Gutenberg zadał jej pierwszy cios. Drugi przyszedł ze strony Marconiego. Hakawati zaczęli znikać z krajów arabskich z chwilą pojawienia się radia. Telewizja zmiotła ich z powierzchni ziemi. Internet sypnął piaskiem na ich groby”.

"Cmono. Rozmowy z pisarzami", książka będąca zbiorem rozmów z uznanymi autorami, jest nie tylko kopalnią cytatów, podróżą do korzeni pisarstwa i twórczości literackiej, ale stanowi też próbę określenia jej funkcji i znaczenia dla współczesnego czytelnika. Zaproszeni rozmówcy odpowiadają na pytania dotyczące przyszłości opowieści, starają się dociec, czy literatura może stać się niepotrzebna. Spora część rozważań krąży wokół "natury" słowa - przekaźnika i tworzywa, którym "koduje się" rzeczywistość i przekazuje myśli. Literaci zwracają uwagę na ograniczenia, jakie ono narzuca (zwłaszcza przy tłumaczeniu na języki obce), a także na ukryty potencjał, ładunek emocjonalny bądź ideologiczny, gdyż zręcznie manipulowanie słowem może stać się narzędziem wyzwolenia lub zniewolenia jednostki i całych narodów... 

Rozmówcy Grzegorza Jankowicza: Orhan Pamuk, Rabih Alameddine, Josef Škvorecký, Amos Oz, Etgar Keret, Marjane Satrapi, Dubravka Ugrešić, György Spiró, Lukas Bärfuss, Herta Müller, Charles Simic, John Ashbery i Alberto Manguel – wybitni przedstawiciele światowej prozy i poezji, opowiadają o początkach własnej twórczości i ważnych wydarzeniach w ich życiu. Co ich łączy, prócz popularności i sporych osiągnięć? Przede wszystkim rozległa wiedza. Wielokrotnie zaskakują czytelnika wątki świadczące o tym, że twórcy znają specyfikę i historię literatury poszczególnych narodów, także polskiego. To niezwykłe przeżycie, gdy można posłuchać rozmowy z węgierskim pisarzem o fragmencie historii Polski mało znanym nawet Polakom, zobaczyć niektóre jej aspekty w oczach zagranicznych twórców. Goście Jankowicza to literaci wielkiego kalibru. Nie ma znaczenia, że urodzili się w Libanie, Turcji, Izraelu, Czechosłowacji, Jugosławii, na Węgrzech, w Iranie, Szwajcarii, Rumunii czy w Argentynie. Posiadają rozległą wiedzę, potrafią wznieść się ponad konflikty i podziały, kulturowo przynależą do całego świata.
„Cmono” to niezwykły tom, antologia wywiadów, które układają się w spójną całość (jak zbiór esejów) o silnym przekazie, a rozmowa – w czym duża zasługa Grzegorza Jankowicza (filozofa literatury, krytyka i tłumacza) – podniesiona została do rangi sztuki. Alberto Manguel, jeden z jego interlokutorów, stwierdza: Sztuka rozmowy, tak jak sztuka czytania, polega na współ-tworzeniu. Pytania i odpowiedzi, komentarze i riposty – wszystko to składa się na nowy tekst, którego żaden z uczestników dysputy nie jest wyłącznym autorem. A jednak to stawiający pytania ma najtrudniejsze zadanie. Grzegorz Jankowicz jest w tej materii prawdziwym mistrzem, potrafiącym ustawić niemal niewidoczny stelaż, na którym jego rozmówca może zawiesić swe myśli. Treść pochodzi od osoby udzielającej wywiadu, ale spójność, błyskotliwość i jasność wywodu zawdzięczamy samemu Jankowiczowi, który jest niczym magik wydobywający językowe króliki z naszych kapeluszy”.
Książka „Cmono…” posiada wiele walorów. Prezentuje sztukę konwersacji i konstruowania wywiadów, wydobywających z pisarzy to, co najlepsze – istotę ich pisarstwa i indywidualności. Oczywiście tematyka rozmów nie krąży wyłącznie wokół wielkich problemów współczesnego świata i literatury. W książce można odnaleźć także sporo anegdot. Nie zawsze bowiem impulsem do napisania dzieła staje się „wielkie wydarzenie”. Czasem wszystko zaczyna się od anegdoty. Staje się ona elementem konstrukcyjnym utworu, niekiedy organizuje (tak jak w tym przypadku) treść i formę książki, a nawet inspiruje jej tytuł. Podczas lektury dowiemy się m.in. w jaki sposób Orhan Pamuk próbuje czytelnikom pomieszać granice między światem prawdziwym a powieściowym, co Alberto Manguel czytał Borgesowi, gdy ten stracił wzrok, dlaczego rodzice, którzy posługiwali się wieloma językami, zrobili wszystko, by Amos Oz nauczył się tylko jednego. Dotrzemy i do tego, czym jest tajemnicze „cmono”…
Lektura książki uświadamia, że od zarania dziejów towarzyszy człowiekowi nieodparta potrzeba słuchania opowieści. Dzisiaj sięgamy po książki napędzani tym samym motorem, co nasi przodkowie garnący się do bardów i pieśniarzy. Zmieniły się tylko warunki. Czy powieść jest zagrożona i kiedyś przestanie być potrzebna? Nawet jeśli wielka narracja przechodzi kryzys, nie grozi jej śmierć naturalna. Czytelnicy nie będą mogli obejść się bez książek, a tym bardziej pisarze nie zaniechają tworzenia. Niezależnie bowiem od tego, czy tworzy się, by uciec od rzeczywistości, czy po to, by tę rzeczywistość ocalić, dla człowieka dotkniętego „iskrą bożą” i talentem pisanie jest naturalną potrzebą, jak oddychanie. "Cmono" w to wierzę.

Śmierć opowieści nastąpi dopiero wtedy, gdy zniknie jakiekolwiek życie. Jesteśmy opowieściami, które sobie opowiadamy.
Rabih Alameddine

EGZEMPLARZ RECENZENCKI




"Toast za Temidę", Katarzyna Szewczyk, Jacek Skowroński - fragment



"Z łazienki nie dobiegał najsłabszy odgłos, jakby natręt zrobił sobie przerwę śniadaniową. Rzuciłam okiem na zegar, pomyślałam o swojej reputacji i cicho otworzyłam drzwi mojego wykafelkowanego sanktuarium.
Nie wiem, czy mnie usłyszał, ponieważ stał tyłem i przyglądał się z założonymi rękami pralce, jakby pierwszy raz widział na oczy takie niezwykłe urządzenie.
- Pani pralka... - poruszył śmiesznie palcami u stóp - wygląda w porządku.
- A jak pan to stwierdził?! Nawiązaliście kontakt telepatyczny?
- Nie musi szanowna pani być taka... - Odwrócił się i słowa zamarły mu na ustach.
Przynajmniej zareagował prawidłowo. Być może byłam najstosowniej ubrana, lecz widok wycelowanego w siebie colta z odwiedzionym kurkiem sparaliżowałby goryla.
- Gdybyś przypadkiem nie wiedział, przyjemniaczku - opuściłam lufę, celując mu w nogi - kula z tego kopyta roznosi na miazgę kość udową. A strzelać uczyli mnie zawodowcy.
Cofnął się o krok i oparł o pralkę.
- Ale, proszę pani, ja tylko... - zaczął bełkotać, strzelając na boki rozbieganym wzrokiem. - Ja przepraszam, nie chciałem...
- Zamknij się! Nawet mnie sprytnie podszedłeś, ale popełniłeś błąd. Na naszym osiedlu hydraulicy chodzą parami, do tego mają zawsze upieprzone smarem, i Bóg wie czym, drelichy.
- Dali nam nowe...
- Gówno wam dali! Wskazałam bronią leżący na posadzce klucz francuski. - Zapomniałeś z niego odlepić metkę z ceną. Tylko kamasze pasowały ci do przebrania, lecz nie pomyślałeś o jednym... Prawdziwy hydraulik nigdy nie zgodziłby się zdjąć butów!"

czwartek, 23 stycznia 2014

środa, 22 stycznia 2014

NA SOFIE SZARLATANA - cykl wywiadów Stanisława Karolewskiego




 „Jestem wrocławskim antykwariuszem, codziennie spotykam fascynujące historie przynoszone do nas przez ludzi i antykwaryczne obiekty. Jednak ludzie odchodzą, artefakty sprzedajemy, a czas zaciera pamięć… Postanowiliśmy część z tych historii zachować, uratować przed zapomnieniem i pokazać światu. Tak powstał nasz zupełnie amatorski serial NA SOFIE SZARLATANA, którego emisję rozpoczynamy w czwartek 24 stycznia 2014 roku. Na naszej sofie zasiedli m.in.: Jolanta Maria Kaleta (pisarka), Katarzyna Georgiou (poetka), Anna Pawłowska-Koziar (poetka i bizneswoman), dr Grzegorz Nieć (bibliolog)."
                                                                                                Stanisław Karolewski


***

Pierwszy odcinek, w którym gościem zasiadającym na sofie będzie dr Grzegorz Nieć – bibliolog i bibliofil, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, nosi tytuł „KSIĄŻKI, ALKOHOL I SEKS”.
Jeśli spodobałyby się Wam przechadzki we własnym mieście, po ulicy, na której znajdują się same antykwariaty (wyobrażacie sobie ten klimat?), jeśli chcecie się dowiedzieć, co sądzi na temat wizyt w antykwariatach profesor Aleksander Krawczuk, a także jaki ma związek z tytułem ;) – zapraszam do wysłuchania ciekawej rozmowy przy filiżance herbaty… Emisja już wkrótce!

***

Stanisław Karolewski – pisarz, bibliofil, antykwariusz, historyk sztuki i fotograf; jeden z gości cyklu wywiadów: „LiteraTura 2013” (wywiad TUTAJ), autor książek: "W piaskownicy światów. Epos wrocławski", „Pokonałem raka”, "Bilet na Arkę", inicjator imprez kulturalnych i propagator sztuki, obecnie autor cyklu spotkań: NA SOFIE SZARLATANA.





poniedziałek, 20 stycznia 2014

NIC NIE ROBIĘ NA PÓŁ GWIZDKA - rozmowa z Katarzyną Szewczyk, współautorką książek „Maski” i „Toast za Temidę”



Zadebiutowałaś u boku Jacka Skowrońskiego. Jak doszło do Waszej współpracy?
Poznaliśmy się na forum literackim Weryfikatorium.pl jako szeregowi użytkownicy. Komentowaliśmy i ocenialiśmy czyjeś prace. Nie dość, że pisaliśmy komentarze o niemal identycznej treści, to jeszcze wysyłaliśmy je w tym samym czasie. Momentami to było wręcz irytujące (w sensie żartobliwym), ale gdyby nie to, być może nie zwrócilibyśmy na siebie uwagi. Nawiązaliśmy korespondencję, zaczęliśmy wymieniać się spostrzeżeniami i okazało się, że idealnie się dogadujemy. Mnie podobały się jego prace, jemu moje. Któregoś dnia coś Jackowi podesłałam, a on spytał, czy może mi to „ukraść”. Odpowiedziałam, że tak, bo ja z tym nic więcej nie zrobię, nie mam pomysłu. Po jakimś czasie Jacek odesłał mi przerobiony tekst. Przeczytałam i zdębiałam, bo był świetny. Dopisałam fragment i w ten sposób, bawiąc się, zaczęliśmy pisać razem. A później stało się to już nałogiem. Nie można było tego zatrzymać. Jacek odszukał swoje stare opowiadania, ja swoje i jeśli nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, przesyłaliśmy sobie nawzajem. Postaci Rafała i Elki po raz pierwszy pojawiły się w opowiadaniu „Wszystko ma cenę”. Napisałam krótką obyczajówkę, Jacka korciło, żeby naszpikować ją dynamitem. Nie miałam nic przeciwko. I tak, opowiadanie za opowiadaniem… napisanych wspólnie drukiem ukazało się ponad 20.
Skoro przełamałaś lody, zadebiutowałaś u boku pisarza, który ma swoje miejsce na rynku, to pewno będzie Ci teraz łatwiej napisać i wydać samodzielną książkę? Łatwiej uwierzyć w siebie?
Oczywiście, że łatwiej uwierzyć w siebie. W końcu efekty wspólnej pracy są namacalne. Leżą na półce obleczone w kolorowe okładki J Człowieka może dowartościować komplement, ale to zawsze będzie tylko życzliwe słowo. Słowa są jak wiatr. Publikacje to dowód na to, że jednak sobie tego wszystkiego nie uroiłam. Nie sądzę jednak, żeby to ułatwiło mi pisanie. W zasadzie proces twórczy przebiega u mnie identycznie jak przed pierwszą publikacją. Wymyślona opowieść musi mnie pochłonąć. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Drobne sukcesy nie mają wpływu na poziom zaangażowania w pracę nad tekstem.
Książka, którą piszesz, to kryminał czy zupełnie inny gatunek?
Nie chciałabym na tym etapie gatunkować, zresztą nie lubię tego robić. Trzymam się z dala od szufladkowania, przyczepiania łatek, trzymania się sztywnych zasad. Określanie gatunku powieści zostawiam fachowcom.
To będzie zabawna (mam nadzieję) opowieść o roztrzepanej pisarce, która wbrew własnej woli zostaje wplątana w polityczno-kryminalną aferę. Po gnuśnych latach spędzonych nad klawiaturą nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, a co dopiero grać w misternie przemyślanej maskaradzie. Jakbym już musiała określić gatunek, to wskazałabym komedię kryminalną.

Więc jednak…
Tak. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób krzywo patrzy na literaturę „lekką”, na tak zwane czytadła. Nie będzie egzystencjalnych rozterek, nie będzie scen chwytających za serce. Moim celem jest napisanie takiej powieści, żeby czytelnik na chwilę zapomniał o problemach, uśmiechnął się, rozerwał. Nie stawiam na tej samej półce pojęć: śmieszne i głupie. Owszem, te cechy często idą w parze, ale bywa i na odwrót. Weźmy za przykład baśń „Nowe szaty cesarza”. Do licha, facet paraduje nago przed poddanymi, bo ktoś mu nawciskał bzdur! A jednak baśń uznawana jest za pouczającą i mądrą. Lubię takie paradoksy.
Ale dlaczego kryminał? Bo to modny gatunek? Chcesz się w nim sprawdzić jako kobieta?
Obojętnie przechodzę obok haseł: modne, trendy, na topie. To dla mnie abstrakcja. A czasy, w których kryminał był tylko domeną mężczyzn minęły już dawno. Zresztą, moje ulubione powieści kryminalne wyszły spod pióra kobiety właśnie, Aleksandry Marininy. Wspaniała, koronkowa robota, intrygujące historie ze zbrodnią w tle. A dlaczego zdecydowałam się na wątki kryminalne? Szczerze? Ja się nie zdecydowałam, po prostu tak wyszło. Piszę tak jak w duszy gra. Co poradzę, że wolę opis trupa w szafie od szafy pełnej drogich fatałaszków? Zresztą, podkreślam, że nie jestem pewna jak powieść będzie się prezentować, kiedy postawię ostatnią kropkę.
Wspomniałaś, że z sentymentem powracasz do „Toastu za Temidę”. Czy w ten sposób rekompensujesz sobie brak szaleństwa w życiu?
To nie do końca tak. Miło wspominam wspólną pracę nad opowiadaniami. Ten zastrzyk adrenaliny podczas wymyślania kolejnych przygód. To było prawie jak sport. Bohaterowie zerwali się ze smyczy i robili to, co przeciętnemu śmiertelnikowi raczej nie ma szans się przytrafić. Można było omijać szerokim łukiem obyczaje i banały. Zresztą, w literaturze zawsze można. A co do nudy w życiu…? Był taki gorszy czas, kiedy uważałam moje życie za najnudniejsze na świecie, ale to przeszłość. Pozbierałam się i znowu dostrzegam kolory, choć tak naprawdę nic się od tamtego czasu nie zmieniło.
 Ty przecież jesteś kolorowa. Mówisz o sobie, że jesteś „workiem skrajności”. Co to znaczy?
Taki typ charakteru. Nie znoszę robienia czegokolwiek na pół gwizdka. Jeśli wiem, że z jakichś przyczyn nie będę mogła całkowicie zaangażować się w dane zajęcie, wolę nie zaczynać. A przynajmniej mam opory. Nie ważne, czy chodzi o pisanie, czy o lepienie pierogów. Nie znoszę pisać, w przerwach sprawdzać lekcje, robić kolację, sprzątać. Kiedy siadam do klawiatury, to znikam, albo znika mi rzeczywistość. Raz przejawiam skłonności do skrajnego profesjonalizmu, a innym razem wychodzi ze mnie leń nad lenie, po prostu mistrzyni nicnierobienia. Czasem, w niedzielę cały dzień leżę na kanapie i oglądam telewizję. Domownicy muszą sobie radzić bez „house managera”. Przewróciło się? Niech leży, ja mam wolne. Podobnie jest z innymi sprawami. Jednego dnia nie wyjdę z domu bez starannego makijażu, idealnie dobranego stroju, innego pomykam do osiedlowego w kapciach i dresach męża. Tak to już ze mną jest.
Powiedziałaś, że piszesz książkę o roztrzepanej pisarce. Czy to będzie w jakimś sensie o Tobie?
Owszem, w Aśce jest sporo Kaśki J Naszpikowałam ją zwłaszcza tymi cechami, których u siebie nie lubię. Aśka jest irytująco niepozbierana, ale przez to całkiem swojska.
Czy prześlesz swoją książkę do oceny Jackowi Skowrońskiemu, czy tym razem będziesz zupełnie samodzielna?

Do oceny brzmi jakoś dziwnie. Na pewno prześlę do przeczytania i będę niecierpliwie czekać na opinię. Ale raczej nie chciałabym traktować tego w kategorii sprawdzianu.
Kiedy zaczęłaś pisać i co było najtrudniejsze?
Zaczęłam pisać mniej więcej w 2005 roku. Wcześniej zdarzało mi się popełniać jakieś opowiadania, ale nie traktowałam tego poważnie. Ot, takie przyjemne zajęcie dla zabicia czasu, które poszło w odstawkę nawet nie pamiętam z jakiej przyczyny. Przełom nastąpił, kiedy kolega pożyczył mi zbiór opowiadań Kinga. We wstępie autor naskrobał kilka słów na temat pisania opowiadań właśnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Przeskoczyła wtedy w głowie jakaś iskra. Tym bardziej, że szalenie potrzebowałam jakiegoś zajęcia, które nadałoby życiu barw. To był naprawdę strasznie ciężki czas, staram się wyrzucić te kilka lat z pamięci. Wszystko było tak szare i tak nieznośne, że ta iskierka wydawała się być wybuchem Supernovej. I tak kompletnie w siebie nie wierzyłam, ale pisanie sprawiało mi przyjemność. Kolega za to mocno mi kibicował, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna. Korzystając z okazji dziękuję tym, którzy nie pozwolili mi pisania rzucić w diabły. Krzysiek, Błażej, Konrad, Karol (Finn) – dziękuję!
Później się rozkręciłam, odważyłam się opublikować coś w necie, szlifowałam warsztat, po tym jak dowiedziałam się, że coś takiego istnieje J  To była wyboista droga, ale warto było spędzić te godziny przy klawiaturze, uczyć się na własnych błędach, by pewnego pięknego dnia napisać coś, co wprawi innych w zachwyt.
Trudne do przełknięcia też były problemy z pierwszymi publikacjami. Długo czekałam, nim zobaczyłam swoje nazwisko w druku. Seria pomyłek, niefortunnych zdarzeń. A to ktoś zapomniał, a to czasopismo upadło, chociaż dostałam potwierdzenie, że są tekstem zainteresowani… niezbyt przyjemne to było.
No i przyzwyczajenie rodziny do tego, że pisanie to nowy element mojego życia.
Właśnie, w jaki sposób godzisz obowiązki rodzinne i swoją potrzebę pisania?
Ciągle się tego uczę. Jak już wspomniałam, na początku toczyłam batalie o uświadomienie bliskich, że to nie bzdury, że to dla mnie ważne. To nie było łatwe, na początku nikt nie traktował mnie poważnie. Brakowało mi wsparcia i kilkukrotnie się z tego powodu załamywałam. Nie potrafiłam dostatecznie mocno tupnąć nogą, albo robiłam to w niewłaściwy sposób. To trwało latami, a kiedy już wszyscy się przekonali, że nie dość, że regularnie publikuję, to jeszcze dostaję za to pieniądze, zaakceptowali, to… pojawiły się inne trudności. Z perspektywy czasu wiem, że po prostu pozwoliłam sobie wejść na głowę. Zmarnowałam mnóstwo czasu na użalanie się nad sobą. Bo się mnie dzieci nie słuchają, bo nie rozumieją, bo zbyt często jestem z nimi sama i takie tam inne. Tak naprawdę problem tkwił w mojej głowie. To tak jak w zeszłym roku – nie potrafiłam zorganizować sobie czasu w wakacje. Szarpałam się i złościłam. Postanowiłam, że do pierwszego września robię sobie przerwę w pisaniu. Syn dostał się do przedszkola, odliczałam dni, kiedy nareszcie będę miała wolną chatę. Kiedy wróciłam do domu z LiteraTury, okazało się, że mały bardzo źle się czuje. Myślałam, że to tylko taka złośliwość losu, akurat teraz musiał się przeziębić. Następnego dnia jego stan drastycznie się pogorszył, a diagnoza ścięła mnie z nóg – salmonella. Po tygodniu to co najgorsze minęło, ale dziecko nie może chodzić do przedszkola, póki organizm nie pozbędzie się bakterii. Mamy połowę stycznia, a wyniki wciąż  negatywne… Rozczarowanie sytuacją przysłoniło mi cały świat. Przecież miało być inaczej, tak czekałam! I oczywiście, zamiast szukać sposobu na pogodzenie obowiązków, rozpaćkałam się na dobre. Przełom nastąpił całkiem niedawno. Przestałam się cackać, po raz kolejny podjęłam próbę ułożenia wszystkiego tak, żebym nie była na tym stratna. Prawdę mówiąc, nie do końca wierzyłam, że to się uda, ale czułam, że już mam serdecznie dosyć tej niemocy. Zmiany zaczęłam od siebie, a później było już co raz łatwiej. Jak się chce, to można.
Masz dwoje dzieci. Z pewnością sporo czasu zajmuje Ci wspólne z nimi poznawanie książek? Zasadniczo najpierw czytamy dzieciom książki własnego dzieciństwa, ale potem musimy uwzględniać ich sympatie i wybory. Na jakim etapie jesteście?
Amelia ma teraz 12 lat i już sama wybiera własne lektury. Te, które ja ubóstwiałam w dzieciństwie często okazują się dla niej niestrawne. Realia są często niezrozumiałe, o języku nie wspominając. A Misiek… uwielbia, kiedy mu się czyta. Jest wdzięcznym i mało wymagającym słuchaczem.
Próbowałaś sprawdzić się kiedyś w twórczości dla dzieci?
Pewnego wieczoru córka nie mogła zasnąć, a ja nie wiedziałam już co mam robić, bo wszystkie bajki znała na pamięć. Wtedy wymyśliłyśmy Pana Paproszka, który mieszka pod łóżkiem. Pan Paproszek jest malutki i bardzo łatwo wpada w przeróżne tarapaty. Na przykład wciąga odkurzacz, z którego potem musi się wydostać albo dostaje się komuś do nosa i trzeba go wykichać. To były takie historyjki wymyślane na pół śpiąco, ale córka zaczęła się domagać kolejnych przygód. Kilka z nich dla niej napisałam. Zauważyłam też, że córka zaczęła garnąć się do pisania. Najpierw o Panu Paproszku, ale potem zmieniła temat. Natomiast zaczęła o Panu Paproszku opowiadać bratu, więc…
…Pan Paproszek po prostu poszedł w świat?
Na to wygląda.
Bardzo dziękuję za rozmowę :)



sobota, 18 stycznia 2014

"Trójka", Szymon Adamus - fragment



"Pierwszego dnia zastanawiał się, czy jednak nie zgłosić się do władz. Drugiego rozmyślał o konsekwencjach. Trzeciego był już pewien, co musi zrobić. Czwartego zbierał się na odwagę.Piątego ubrał strój obsługi technicznej pożyczony z firmy i wszedł pewnym krokiem do budynku.
W holu cały czas krzątało się jakieś dwadzieścia osób. Biznesmeni dogadywali ostatnie szczegóły umów, nowa ochrona sprawdzała po raz kolejny zabezpieczenia, a pierwsi klienci biur prawniczych i banków zajmowali się głównie podziwianiem nowego budynku.
- Mam zrobić ostatni przegląd systemów inteligentnego domu w apartamencie – wyjaśnił recepcjoniście bez zająknięcia.
- Nie mam takiego zlecenia.
- Bo to nie zlecenie, tylko standardowa procedura przy nanokonstrukcjach powyżej stu metrów kwadratowych. Sprawdź zapis numer trzydzieści siedem sekcji Ochrona, monitoring i opieka nad rezydentami w księdze budynku.
- Chwileczkę. Sprawdzę, czy wszystko w porządku.
Kilka ruchów ręką po interfejsie później Abdul dostał przepustkę na ostatnie piętro.
Oczywiście, że wszystko było w porządku. Znał te przepisy na wylot. Co prawda przegląd był zrobiony już wcześniej, ale tego recepcjonista nie musiał wiedzieć. Zresztą, jeden test więcej przecież nie zaszkodzi.
Winda pomknęła na ostatnie piętro z miłym pomrukiem, prosząc o hasło dostępu
uaktywnione w dniu otwarcia budynku. Abdul wpisał dwudziestoznakowy ciąg cyfr i liter, który sam zatwierdzał. Panel zmienił kolor z niebieskiego na zielony, co oznaczało, że właściciela apartamentu jeszcze w nim nie było. Pierwsza wizyta po tygodniowym okresie kwarantanny po budowie wymagała zmiany hasła i ustalenia profilu mieszkania. Pominął ten proces, używając jednych z tylnych drzwi w systemie. Takie furtki były pilnie strzeżone, ale konieczne. Służby ratunkowe musiały mieć możliwość wejścia do zabezpieczonego budynku. Zawsze był z tym problem, bo z jednej strony miało się strażaków gotowych do ratowania życia, a z drugiej
biurokratyczne wyboje chroniące prywatność klientów. Podczas akcji najczęściej i tak kończyło się na użyciu żelu rozkładającego drzwi. Żaden z architektów nie chciał brać na siebie ewentualnego procesu z rozwścieczonym mieszkańcem, który mógł przecież wywołać alarm paląc opasłego jointa i wcale nie życzyć sobie wizyty służb porządkowych. Lepiej, żeby później martwili się nim mundurowi. Tak czy inaczej, furtki były rzadko używane, ale wymagane prawnie w każdym budynku z takimi zabezpieczeniami i tak rozbudowaną sztuczną inteligencją.
Po wejściu na korytarz podłączył się do panelu kontrolnego na ścianie i, używając
połączenia ekranu soczewkowego z tabletem wyposażonym w zwijany ekran, podpiął się do systemu. Nagrał dziesięć minut swojej pracy, a następnie włamał się do systemu kamer i puścił obraz w pętli, dodając lekką modyfikację wideo w czasie rzeczywistym. Wykorzystał do tego moc obliczeniową budynku, która wydawała się nie mieć granic. Gdyby chciał, mógłby zapuścić tu w tle program tworzenia konstruktu VR na bazie całego osiedla i recepcjonista nie poczułby na swoim
terminalu nawet ułamka sekundy zwolnienia. Jako informatyk Abdul nie mógł wchodzić do apartamentu i ochrona na dole raczej by mu na to nie pozwoliła, więc modyfikacja nagrań z kamer była konieczna. Na szczęście ochrona wiedziała o obsługiwanym systemie mniej niż niewiele.
Raczej nikomu nie przyjdzie na myśl, by pojawić się tu u góry w ciągu najbliższych dwudziestu minut. Potrzebował połowy tego czasu.Starał się nie patrzeć na drzwi z nanokompozytu, w których odbijał się jak w lustrze. Włosy na karku podniosły mu się do pionu, a w nosie poczuł charakterystyczne swędzenie, gdy zrobił to po raz pierwszy. Przypomniał sobie nagranie i momentalnie odniósł wrażenie, że jego odbicie na drzwiach go obserwuje. Nie było czasu o tym myśleć. Nie było czasu myśleć w ogóle. Drzwi były połączone z siecią bioczujników, kamer i odłączoną od sieci bazą danych, zawierających profile użytkowników. Mówiąc inaczej, aby wejść do środka trzeba było być osobą skonfigurowaną w systemie albo mieć bardzo silne materiały wybuchowe. Abdul miał coś lepszego – modele czujników. Dwanaście najnowocześniejszych skanerów i dwanaście sposobów na ich oszukanie. Producenci takiego sprzętu się tym nie chwalili, firmy budowlane nie wspominały, a
klienci nie mieli bladego pojęcia, ale ich elektroniczny klucz za sto tysięcy euro można było otworzyć odpowiednim, cyfrowym wytrychem w dwadzieścia sekund. Oczywiście byle gówniarz z crackami z sieci by tego nie zrobił, ale on nie był byle gówniarzem. Pierwsze zapory pokonał w pół minuty, przekonując czujniki o awarii kamer. Jedna z podprocedur zapisanych w systemie kazała im w takim przypadku wyłączyć się, jeśli działało jeszcze minimum siedemdziesiąt procent innych
skanerów. Dalej było nieco ciężej, ale kilka obejść, trochę fałszywych danych i kilka programów deszyfrujących domowej roboty sprawiło, że po pięciu minutach na drzwiach pojawił się zielony panel kontrolny i wirtualna klamka czekająca na pociągnięcie. Abdul nabrał powietrza, zwinął tablet i uaktywnił zamek.
Światłość oblała go jak fala tsunami, prawie rzucając na kolana. Zmrużył oczy i zasłonił je ręką. Wszedł do środka na oślep, czując jak puls wraca mu powoli do normalnego tempa. W apartamencie, którego nigdy nie widział na żywo, ale znał na pamięć, było jasno. Wszystkie panele oświetleniowe były ustawione na maksimum. Poza tym nic nie odbiegało od normy. Białe ściany z miękkiego tworzywa sztucznego żarzyły się blaskiem tysiąca włókien oświetleniowych. Mahoniowa podłoga z trzema schodkami prowadzącymi do „wysepki” na samym środku dużego pomieszczenia wyszła w pełnej skali lepiej niż się spodziewał. Poczuł nieopanowane ukłucie dumy
na widok własnego dzieła. Miał ochotę podejść do śnieżnobiałych kanap wokół stolika z grubego, hartowanego szkła i odsapnąć chwilę, delektując się swoją konstrukcją. Tylko to światło. Nie pamiętał, by w ustawieniach startowych natężenie oświetlenia było ustawione na aż taki poziom.
Wydał komendę systemowi, by ten zmniejszył natężenie światła, ale nic to nie dało. Podszedł więc do ściany przy drzwiach, uaktywnił lustrzaną powierzchnię panelu kontrolnego i wydał komendę ręcznie. Nic z tego. Pomieszczenie nadal zalewało się jasnością ze wszystkich stron.
- Przyzwyczaisz się za chwilę do światła. Wejdź i rozgość się – usłyszał za sobą i aż
podskoczył w miejscu. Odwrócił się w stronę, z której dochodził głos, ale zobaczył tylko nieostrą sylwetkę na tle całej ściany rozświetlonej jaskrawą barwą OLED-ów. Nie mógł zmrużyć oczu jeszcze bardziej, bo by je zamknął. Bardzo chciał to teraz zrobić.
- Kim jesteś? - zapytał.
- Przyjacielem. Wejdź proszę. Nie stój w progu.

Drzwi apartamentu zamknęły się za Abdulem Raji Malahem, ponownie tworząc jednolitą powierzchnię, odbijającą pusty korytarz jak lustro. Ukryta kamera zainstalowana w pomieszczeniu straciła łączność i przestała nadawać."

środa, 15 stycznia 2014

"Magdulka i cały świat" - Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego



ODYSEJA POLSKA

„Co mnie zafascynowało w biografii Kieżuna? Wszystko! Bo jest ona niezwykła, nawet przyjmując za oczywiste, że biografie polskich inteligentów z tzw. pokolenia Kolumbów, w porównaniu z biografiami ich rówieśników z innych krajów europejskich, są wyjątkowe. A historia Kieżuna jest niebywała nawet na tle tych polskich i niebanalnych. Nie wiem, czy wielu jeszcze żyjących polskich inteligentów ma za sobą tak bogatą przeszłość, jak on”. Robert Jarocki
Robert Jarocki to autor, który poświęca sporo czasu i wysiłku na poznanie i prezentację ludzi obdarzonych niezwykłą inteligencją i nietuzinkowym życiorysem. W swoich opracowaniach skupia się na ich działalności politycznej i naukowej, relacjach ze znanymi osobistościami i emocjonalnych związkach z Polską. Biografie opracowane przez niego charakteryzują się dogłębną analizą dokonaną na podstawie rozmów, dokumentów i wspomnień i pozwalają poznać bohatera, klimat czasów, w których żyje, a przede wszystkim uświadamiają i pozwalają docenić rangę ich zasług dla kraju i kultury. „Magdulka i cały świat” to wywiad-rzeka z profesorem Kieżunem, wybitnym naukowcem i człowiekiem należącym do grona niepodważalnych autorytetów.
Witold J. Kieżun jest profesorem nauk ekonomicznych, przedstawicielem polskiej szkoły prakseologicznej, teoretykiem zarządzania (uznanym za światowego specjalistę, a nawet guru w tym zakresie); żołnierzem AK, uczestnikiem Powstania Warszawskiego, więźniem sowieckich gułagów, pracownikiem misji ONZ, wykładowcą (m.in. na Temple University w Filadelfii, na Uniwersytecie w Montrealu, na Akademii Leona Koźmińskiego); humanistą i modelowym przykładem człowieka renesansu, posiadającego wszechstronne zainteresowania, wykształcenie i wiedzę.
Książka o profesorze Kieżunie to ujęta chronologicznie historia jego życia od dzieciństwa, przez udział w walkach powstańczych, po karierę naukową, ukazująca podróże, pasje i przyjaźnie, związki ze znanymi i cenionymi ludźmi. Opowieść zaczyna się relacją dotyczącą najwcześniejszych dziecięcych wspomnień, za sprawą barwnej narracji zostajemy przeniesieni w czasie, pogrążając się w klimacie i specyfice wschodnich kresów II Rzeczpospolitej. Sama historia rozgałęzionej i licznej rodziny jest niezwykle ciekawą i dobrze udokumentowaną sagą, której korzenie sięgają XII wieku. Poznajemy środowisko, z jakiego profesor się wywodzi i czynniki, które wpłynęły na kształtowanie jego charakteru. Dowiadujemy się także, jakie znaczenie miała posiadłość ziemska w Magdulce nie tylko dla młodego Witolda, lecz także dla kilku pokoleń rodziny Gieysztorów i Bokunów.
Po śmierci ojca Witold wraz z matką przenosi się do Warszawy, gdzie zastaje go wybuch II Wojny Światowej; poznajemy jego wojenne losy, studia w warunkach konspiracji, udział w Powstaniu, zasługi i okoliczności zdobycia odznaczeń: Krzyża Walecznych oraz Virtuti Militari. Wojenne dokonania i członkostwo w AK zostały skrzętnie odnotowane w odpowiednich aktach i na długie lata zahamowały i utrudniły karierę naukową Kieżuna, a także sprowadziły na niego polityczne represje. W roku 1945 rozpoczęła się jego tułaczka po sowieckich łagrach, czego omal nie przypłacił życiem. Po wojnie rozpoczął studia prawnicze i podjął pracę w NBP. Poznajemy historię jego trudnej i wyboistej kariery w PRL (przypomnimy sobie smak komunistycznych absurdów), a potem dla kontrastu prześledzimy sukcesy osiągane błyskawicznie za granicą. Poznamy uniwersytety, na których wykładał i ludzi, z którymi pracował. Wreszcie dowiemy się, na czym polegała jego misja w Afryce Środkowej, na którą został wysłany z ramienia ONZ oraz jak wyglądały jego związki z polską władzą i politykami współczesnymi…

Życie profesora jest niezwykle barwne, książkę czyta się trochę jak powieść przygodowo-podróżniczą: poznamy okolice Wilna i Nowogródka (zawędrujemy aż nad Świteź), przedwojenny Żoliborz, Warszawę z okresu okupacji i Powstania, powojenny Kraków, obozy sowieckie (Krasnowodsk, pustynia Kara-Kum, Uzbekistan), ponownie wrócimy do Warszawy, a potem przeniesiemy się do Francji, USA, Kanady, Burundi, Rwandy i Burkina Faso… Miejsca zmieniają się jak w kalejdoskopie. Życie napisało profesorowi niezwykły scenariusz, zadbało o dynamizm i zaskakujące zwroty akcji. Śledząc losy naszego bohatera czasem mamy wrażenie, że trzymamy w ręce gotowy scenariusz filmowy, co jest zasługą obrazowej i działającej na wyobraźnię narracji, ale także przemyślanego układu rozdziałów. Poznajemy losy Witolda Kieżuna wplecione w nurt historii jak w kolejnych odsłonach teatralnego spektaklu, ze zmieniającymi się dekoracjami i rekwizytami.
„Magdulka i cały świat” to książka dość obszerna, ale jej styl i forma powodują, że czyta się ją szybko, a lektura pochłania od pierwszych stron. Jarocki jest profesjonalnym reporterem, który panuje nad żywiołem rozmowy, a czytelnika uderza krystalicznie czysta logika zdarzeń; trzyma się wytyczonego szlaku i nie zapuszcza w zbędne wątki poboczne i dygresje. Reporter nie pełni wyłącznie roli słuchacza, jest starannie przygotowany, przytacza opinie uczonych i naocznych świadków wydarzeń, czasem polemizuje – nadaje rozmowie odpowiednią oprawę. Z drugiej strony profesor Kieżun, który jest dydaktykiem, „wykłada swobodnie, dowcipnie, niekiedy porywająco, cechuje go świetna dyscyplina słowa mówionego; nie ma w sobie nic z tradycyjnej profesorskiej pozy i wyniosłości” – okazuje się równie wybornym gawędziarzem. Jego wspomnienia śledzi się z prawdziwą przyjemnością, tym bardziej, że rozmowa jest interesująca i dynamiczna, a styl wypowiedzi zachwyca piękną polszczyzną i elegancką frazą. Nie zabrakło oczywiście tego, co dodaje biografiom szczypty pikanterii – anegdot oraz faktów (nawet buduarowych) z życia ważnych osobistości. Ważnym aspektem książki jest jej przystępność, nawet rozdziały dotyczące kariery naukowej nie stanowią suchego wywodu i pozostają dla laika (który nie ma pojęcia o prakseologii) zupełnie zrozumiałe.
„Magdulka i cały świat” to nie tylko wywiad i autobiografia wybitnej osobistości. To epopeja narodowa, spełniająca wszystkie cechy tego gatunku. Czytelnik poznaje szeroką panoramę polskiego społeczeństwa i spory fragment najnowszej historii Polski. Bohater książki jest reprezentatywnym przedstawicielem mitycznego niemal pokolenia, ponad życie ceniącego honor i ojczyznę; uwikłany jest w ważkie wydarzenia, często nie z własnej woli, raczej porwany w wir rozpędzonej historii. Wielkie wydarzenia i kruchość ludzkiego życia… Nieuchronna, tajemnicza siła, która kieruje losami tysięcy ludzi i ogranicza możliwość wyboru, do złudzenia przypomina starożytne greckie Fatum, a zmagania profesora przywodzą na myśl analogiczne perypetie antycznych bohaterów. Ta książka to odyseja polskiego uczonego i patrioty.


Co w postaci i sylwetce profesora Kieżuna budzi największy szacunek? To, że przez całe życie, pełne przeciwności i tragicznych zrządzeń losu, potrafił zachować idealizm, ufność i wiarę w ludzi. Jego książka przybliża nie tylko etos Powstania, przypomina także podniosły nastrój i nadzieję, jaką zrodził w ludzkich sercach ruch „Solidarności”, a profesor powraca do źródeł jej ideologii, inspirowanej nauką Jana Pawła II, kształtującą „moralny wymiar relacji międzyludzkich w procesie pracy”.
Witold Kieżun jest człowiekiem, który szuka we wszystkich wydarzeniach jasnych stron i czerpie z nich swoją moc. Zapytany o to, czy żałuje czegoś w swoim życiu, odparł, iż omal nie został ministrem w pierwszym niekomunistycznym rządzie wolnej Polski i żałuje, że do tego nie doszło. Robert Jarocki kwituje: „A ja uważam, że całe szczęście. (…) Gdyby był ministrem, doznałby wielu rozczarowań, a może i upokorzeń. A tak może się cieszyć sławą wielkiego guru od zarządzania. Z ministrami we wszystkich ustrojach jest bowiem tak, że muszą mieć skórę słonia. On jej nie ma. Z mojego punktu widzenia szkoda by było Kieżuna na ministra”. Trudno się z tymi słowami nie zgodzić…

EGZEMPLARZ RECENZENCKI


Wygląda na to, że ISKRY to jedno z najważniejszych wydawnictw na polskim rynku książki w ostatnich latach, a „Magdulka…” jest najważniejszą książką, jaką w ostatnim czasie przeczytałam. Szkoda by było, gdyby nie zaistniała tak szeroko, jak na to zasługuje. Polecam gorąco!

Przy okazji dodam, że Akademia Leona Koźmińskiego 16 stycznia (jutro) o godz. 16.00 zaprasza na spotkanie z Witoldem Kieżunem oraz na dyskusję o „obliczach patriotyzmu ukształtowanego na bolesnych doświadczeniach wojny, okupacji i stalinizmu oraz o paradygmacie <<sprawnego działania>> i w zarządzaniu. Żałuję, że obowiązki i odległość nie pozwolą mi wziąć udziału w tym wydarzeniu.