piątek, 28 lutego 2014

"Szkice piórkiem", Andrzej Bobkowski - fragmenty




„9.6.1940


(...) Upał straszliwy. Po obiedzie poszliśmy do Bagatelle. Słońce, kwitną tysiące róż. Gdzieś z bardzo daleka dolatywały grzmoty. Może artyleria, może bombardowanie. Stanąłem przy jednym z krzaków i wsłuchiwałem się w te dalekie odgłosy.  Jakiś huk zabrzmiał głośniej niż inne i w tym momencie rozkwitła, biała róża osypała się cicho na ziemię."

"28.7.1940
Czy znasz nastrój i życie w południowych miasteczkach Francji? Zawsze o tobie myślę i tak mi żal, że nie jesteśmy razem. Mielibyśmy tyle tematów do rozmowy i tyle okazji do przeżywania tego, co innym wymyka się, przecieka między palcami i wydaje się nudną monotonią. (...)

Piję rum i zapalam papierosa. Noc jest znowu upalna i będzie się spało półsnem. O jedenastej zamykają bistro. Siwa patronka człapie od skwerku i woła przeciągle: „Toto, Toto, minou, minou...” Ale „Toto”, wielki, czarny kocur, znikł. Poniosła go upalna noc. Rano odnajdzie się pod drzwiczkami lodowni, węsząc zamknięte wewnątrz mięso. Staruszka powie mu: „Méchant Toto, la viande n'est pas pour toi – oh non!” i obejrzawszy się, czy druga staruszka, jej siostra, nie widzi, odkraje kawał mięsa i schowa „Toto” ze zdobyczą za ladę. A potem krzyknie piskliwym głosem: „Du café pour monsieur!” Będę pił kawę...


(…) Czemu nie jesteśmy razem? Śmialibyśmy się razem, chodząc po wąskich uliczkach pełnych słońca i chodzilibyśmy tak wolno i leniwie, jak szły moje papiery z Prefektury do merostwa: 500 metrów w 24 godziny. Demain après-midi znowu bez ciebie”..."
„20.8.1940
(…) Łaziłem po Narbonne. Miasta południa należy oglądać tylko pomiędzy zachodem słońca i nocą. Całe bogactwo przesłonecznionego dnia osiada pod wieczór, milknie, zastyga i nie rozprasza się w hałasie i gwarze rozhukanego światła. Błąkam się po wąskich uliczkach, tak wąskich, że trzeba się nimi prawie przepychać. Bokiem, zawsze przylepione do murów, majestatyczne koty a w drzwiach domów siedzą ludzie i gadają. Tu czuć cebulę, stamtąd dolatuje czosnek, płynący na lekkie chmurze smażonej oliwy, a pod to wkrada się często niepozorny, ale zjadliwy rynsztok. Lubisz bajki – tu miałbyś tło do wszystkich bajek razem wziętych. Te uliczki i domy, zakamarki i podwórka można ożywić wszelkimi postaciami, najbardziej nieprawdopodobnymi. Kto wie, czy nie stałyby się prawdziwe w tym otoczeniu. W jakiejś okropnej uliczce odkryłem lokal masonów. Na brudnych drzwiach wspaniale złociły się emblematy loży. Kto tu do nich należy?

Wracam o zmroku, jadąc wśród winnic. Winogrona już dojrzewają. Zsiadłem z roweru i zerwałem ciężką kiść czarnych owoców, pokrytych prześlicznym sinawym puszkiem. Wgryzłem się w nie spragniony – było mi gorąco i usta miałem wyschnięte. Niebo już pociemniało i tylko nad górami, w stronie słońca, było jeszcze popielatobłękitne. Wiał wiatr. Siedziałem na rozgrzanym kamieniu, patrzyłem w niebo głaskany gorącym wiatrem, a po brodzie ciekł mi purpurowy sok zerwanych z krzaka winogron. Czułem tylko, jak intensywność życia wzmogła się we mnie do ostateczności. Czułem swoją młodość, przeżyłem ją w tych kilku chwilach tak, że krew powinna była mi trysnąć ze wszystkich por i pomieszać się z sokiem winogron. Złapałem życie, na moment, ale wyraźnie. To było wspaniałe”.



poniedziałek, 24 lutego 2014

"Czarny hrabia", Tom Reiss











GENERAŁ ZREHABILITOWANY
Tom Reiss to amerykański pisarz, historyk i dziennikarz, autor książek o charakterze dokumentalnym. W roku 2013 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera za publikację, która właśnie ukazała się na naszym rynku – „Czarny hrabia. Chwała, rewolucja, zdrada i prawdziwy hrabia Monte Christo”. To idealna pozycja dla miłośników historii i przygody, szczególnie dla wielbicieli twórczości Aleksandra Dumasa. Książka jest biografią czarnoskórego generała, który wsławił się podczas rewolucji francuskiej, a dzięki usilnym działaniom wpływowych ludzi popadł w zapomnienie. Podczas lektury czytelnik przekonuje się, że jego losy są mu zupełnie obce, a jednocześnie bliskie i znajome. Książka jest w pewnym sensie wskrzeszeniem legendy. Można doznać wrażenia, że popularne postacie literackie cudownym sposobem zdołały uwolnić się z kart powieści i stanęły przed czytelnikiem w całej swojej zawadiackiej postaci… To niesforny i nieco zagubiony d’Artagnan, który łatwo wpada w tarapaty oraz idealistyczny, ale mroczny Edmund Dantes, który za sprawą spisku spędził 20 lat w lochach twierdzy, na wyspie If. Tom Reiss ujawnia światu, iż pierwowzorem najsłynniejszego muszkietera oraz tajemniczego mściciela Dantesa był jeden człowiek. To generał, współtowarzysz broni Napoleona, ojciec Aleksandra Dumasa. XIX-wieczny powieściopisarz uwieczniając przygody swego ojca w książkach nie tylko starał się oddać mu hołd, ale także pełnił ściśle określoną misję.
Dzieje czarnoskórego generała Alexa Dumasa są zdumiewające. Dziwnym zrządzeniem losu wywodził się jednocześnie z nizin społecznych i z arystokracji. Urodził się na niedużej plantacji, był synem zbiegłego arystokraty i niewolnicy. Kilka lat później, gdy jego ojciec odzyskał nazwisko rodowe i majątek, pobierał już nauki w najlepszych paryskich szkołach i brylował na salonach. Po zatargu z ojcem wstąpił do armii i zrobił błyskotliwą karierę. Zaciągnął się nie jako oficer, lecz jako zwykły żołnierz, co w normalnych warunkach zamykało drogę do awansu. Podczas rewolucji pojawiły się jednak nowe możliwości, które Dumas skwapliwie wykorzystał, podobnie zresztą jak pochodzący z Korsyki Napoleon. Przez długi czas losy obu tych żołnierzy były ściśle splecione. Walczyli dla jednej sprawy. O ile jednak idealista Dumas oddany był całym sobą republice, o tyle Napoleon miał już swoje dalekosiężne plany. Potężnie zbudowany, świetnie prezentujący się w mundurze, otoczony legendą za życia i miłością podwładnych, waleczny, ale zupełnie pozbawiony umiejętności dyplomatycznych Dumas, posturą i wyglądem deklasujący Napoleona, stał się dla przyszłego tyrana postacią wielce niewygodną. Kiedy Bonaparte doszedł do władzy, zaczął, niczym fatum, prześladować Dumasa i sprowadzać nań kolejne nieszczęścia. Nie można co prawda udowodnić, że za aresztowaniem i osadzeniem generała w więzieniu, a nawet próbą otrucia, krył się rozkaz Napoleona. Z całą pewnością wiadomo jednak, że schorowany Dumas, któremu udało się w końcu uwolnić i wrócić do domu, został przez Napoleona zdegradowany i pozbawiony majątku. Przez resztę życia borykał się z nędzą, upokorzeniem i prześladowaniami rasowymi. Z trudem uchronił się przed deportacją. Zmarł w zapomnieniu i niełasce.
Aleksander Dumas, przez całe życie głęboko rozgoryczony losem ojca, poświęcił mnóstwo czasu i energii, by przywrócić mu dobre imię. Wiele jego działań zakończyło się niepowodzeniem. Przeciwko samemu pisarzowi prowadzona była rasistowska kampania. Niektórzy krytycy, Balzac i inni koledzy po piórze, ze wzgardą nazywali go „synem Murzyna”… Dzięki talentowi Dumasa-pisarza stało się jednak coś nieprzewidywalnego. Pamięć o odwadze i czynach generała przetrwała w bestsellerowych i ponadczasowych powieściach, a sam generał znalazł się w literackim panteonie gwiazd pod postaciami d’Artagnana i Dantesa. Dzisiaj, za sprawą Toma Reissa, Alex Dumas odzyskuje należne miejsce w historii, nazwisko, a także honor.
Można się dziwić, dlaczego amerykański pisarz podjął się misji przywrócenia dobrego imienia francuskiemu bohaterowi narodowemu. Kiedy jednak czytelnik dowiaduje się, jakie znaczenie miał „Hrabia Monte Christo” dla rodziny Reissa, cała przygoda nabiera nowego kontekstu. Staje się jasne, że „Czarny hrabia” to projekt, w który Reiss zaangażował się emocjonalnie, w zasadzie podjął to samo wyzwanie, któremu 170 lat temu nie podołał pisarz Aleksander Dumas…
Przygotowując się do napisania książki Tom Reiss podejmuje szeroko zakrojone działania. Gromadzi dokumenty, listy i raporty wojskowe, podróżuje śladami generała. W poszukiwaniu jego tropów przemierza Francję, dociera na wyspę Saint-Domingue, odwiedza plantację trzciny cukrowej, a także twierdzę w Tarencie we Włoszech. W pewnym momencie jego plan omal nie rozbija się o zamknięte drzwi pewnego sejfu i bezduszną biurokrację. Wtedy jednak z pomocą przychodzi kilku zagorzałych zwolenników generała, a akcja zdobycia dokumentów nabiera sensacyjnych, niemal szpiegowskich rumieńców.
Swoją książkę pisze Reiss z kronikarską skrupulatnością i dziennikarskim zacięciem. Dzięki temu przedstawia szeroką panoramę społeczną, obejmującą lata 1714-1814, ukazuje przebieg rewolucji francuskiej i prawdziwą twarz Napoleona, który intrygami i podstępem torował sobie drogę do władzy. Przede wszystkim zaś jest to książka, która w pasjonujący sposób przywraca pamięć o niezwykłym człowieku.
Losy czarnoskórego generała stanowią wdzięczny materiał na biograficzną opowieść. Legendy o jego sławie nie są przesadzone, a przygody, które zgotował mu los, są nie mniej awanturnicze i poplątane niż sensacyjna fikcja literacka. Znamienne dla bohatera jest to, że przez całe życie popadał w skrajności. Urodził się jako niewolnik, a odegrał znaczącą rolę w walce o równość wszystkich obywateli wobec prawa. Będąc czarnoskórym, stał się jednocześnie ulubieńcem salonów i przedmiotem skrytej nienawiści. Był legendą za życia, a odszedł w zapomnieniu. Tropienie jego czynów w losach kolejnych bohaterów powieści Dumasa-syna stało się, zdaniem Reissa, dla niego terapią. Jest to widoczne zwłaszcza w przypadku „Hrabiego Monte Christo”. Pisarz kazał doświadczyć Edmundowi Dantesowi tych samych traumatycznych przeżyć, które były udziałem jego ojca. Pozwolił mu jednak zemścić się, pokonać nieprzyjaciół, przeżyć smak mrocznego triumfu. Tom Reiss uświadamia czytelnikom piętno, jakie Dumas odcisnął w historii literatury. Jego bohater, który po ucieczce z lochów buduje luksusową kryjówkę w grotach wyspy i poświęca życie walce ze złem (często naginając prawo do własnej woli), stał się prototypem wielu mrocznych, samotnych bohaterów literackich, szczególnie Batmana – komiksowego superherosa, który fascynuje kolejne pokolenia czytelników i wielbicieli kina.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:



Autor: Tom Reiss
Przekład: Marek Fedyszak
Data premiery: luty 2014
Liczba stron: 512
ISBN: 978-83-08-05230-3


[Numer tekstu to: T11192]

sobota, 22 lutego 2014

Apel "Sztukatera": OGÓLNOPOLSKA ZBIÓRKA DARÓW KULTURALNYCH





Jaki jest cel tej zbiórki? 
"W naszym otoczeniu występuje mnóstwo miejsc, w których brakuje książek, jakie mogą wywołać uśmiech na niejednej twarzy. To właśnie w tych miejscach literaccy bohaterowie mają szansę odżyć na nowo, zyskując serca kolejnych czytelników, dla których przeczytanie ciekawego utworu jest jedną z nielicznych rozrywek. Biblioteki środowiskowe posiadają znacznie ograniczony księgozbiór bądź nie posiadają go wcale, przez co wiedza i szczęście, mieszczące się w niepozornym utworze literackim, nie dociera do tych, dla których przeczytanie książki jest drogą do chociażby krótkotrwałego szczęścia. Naszą misją jest zapełnienie tych miejsc pozycjami, które przyniosą radość zarówno dorosłym, jak i dzieciom, często będących znacznie skrzywdzonym przez los.
               


Dlaczego ta akcja jest szczególnie ważna? 
Pragniemy dotrzeć do miejsc, które często są zapominane, mimo tego, iż są tworzone przez wspólnotę osób, niejednokrotnie boleśnie dotkniętych przez los. O pewnych miejscach nie mówi się głośno, ponieważ my sami nie chcielibyśmy znaleźć się w sytuacji tych, którzy niekiedy stracili wszystko. Wydaje się, że przekazanie parunastu książek niczego nie zmieni, ale tak nie jest. To zmieni - i to dużo! Chodzi nam nie tylko o przekazanie dóbr kulturalnych, ale również i okazanie gestu pomocy. Te niepozorne działanie jest pewnego rodzaju aktem próby okazania wsparcia potrzebującym i pokazania problemów ówczesnego społeczeństwa - problemu samotności i braku zrozumienia. Dzięki niewielkiemu wsparciu każdego człowieka mamy szansę wspólnymi siłami wywołać łzy radości. Są w naszym kraju wsie, w których brakuje bibliotek czy też świetlic, będących miejscem spotkań nie tylko dorosłej lokalnej społeczności, ale też i nieletnich, którzy w chwili obecnej najczęściej spędzają czas na przystankach. Chcemy stworzyć dla nich spokojne miejsca do nauki, gdzie będą mogli poświecić się zdobywaniu wiedzy oraz zabawom".

Co rozumiemy poprzez hasło „dary kulturalne"?
a) Książki - zarówno nowe, jak i używane,
b) Materiały biurowe,
c) Pieniądze,
d) Wszelkiego rodzaju materiały i produkty, jakie mogą okazać się być pomocne w bibliotekach, domach pomocy czy kultury.

Jak przekazać wpłaty pieniężne?
Wystarczy przelew:
Akcja: „Święta z Książką"
konto bankowe: Bank Millennium SA
03 1160 2202 0000 0002 2944 5132
tytułem: „Święta z Książką"

Natomiast paczki przyjmujemy pod adresem:
Adres korespondencyjny:
Stowarzyszenie Sztukater
skr. pocz. Nr 6
50-950 Wrocław 68
Z dopiskiem: „Święta z Książką"
tel. 791566675
email: info@sztukater.pl




Na początku lutego 2014r. rozpoczęliśmy również cykliczną internetową aukcję charytatywną. Zebrane w ten sposób fundusze zostaną przeznaczone na zakup meblościanek do Domu Dziecka w Górcu, w którym obecnie mieszka 48. podopiecznych. Aukcja zyskała wsparcie polskich muzyków i pisarzy, którzy przekazali na jej rzecz przedmioty, z jakimi identyfikują ich licytujący.

Szczegóły przebiegu akcji można znaleźć na naszej stronie internetowej:
oraz



***

SERDECZNIE ZAPRASZAMY DO WSPARCIA AKCJI!

***




czwartek, 20 lutego 2014

NA SOFIE SZARLATANA - 003 - rozmowa z Anną Pawłowską-Koziar


BIZNES I POEZJA - gościem Szarlatana w dzisiejszym odcinku jest poetka, pedagog i bizneswoman, właścicielka firmy "Rzepianka" oraz autorka książki "Berek".



SERDECZNIE ZAPRASZAM :)











piątek, 14 lutego 2014

"Niebo ma kolor zielony"- Krystyna Januszewska, fragment




***



„ – Może obejrzymy dom. – Usłyszałam w jego głosie wahanie. Zapomniał, że w domu są przecież rodzice – Proponuję najpierw pójść do ogrodu – szybko zmienił danie. – Nie uprzedziłem teściów o państwa wizycie, mogą się czuć zakłopotani.
- Nam chodzi głównie o ogród – powiedział kategorycznie mężczyzna. – Domu nie będziemy oglądać. – Uniósł wysoko brwi, a potem ruszył przed siebie. Karol, speszony, stracił nagle poczucie kierunku. Drepcząc bezradnie w miejscu rozglądał się, jakby czekał na odsiecz. Dołączyłam do nich dopiero po chwili. Niech się trochę pomęczy sam. Łowiąc najmniejszy gest, każde słowo, podsycałam w sobie nienawiść. Obcy dotykali drzew, to była profanacja.
- Moja żona – Karol przedstawił mnie, zerkając podejrzliwie. Kobieta przywitała się bez słowa, a mężczyzna mruknął niezrozumiale swoje nazwisko. – Państwo chcą obejrzeć ogród – wyjaśnił szybko, bojąc się tego, co odpowiem. 
- Ach tak? – udawałam zdziwienie. Przez chwilę trwała cisza. W powietrzu można było zawiesić siekierę.
- Piękna posiadłość – mężczyzna wydukał półgłosem.
- Piękna – odpowiedziałam krótko.
- Jest co oglądać – nadskakiwał Karol, posyłając mi zabójcze spojrzenie. – Może zacznijmy stamtąd –skazał kierunek.
- W tych strojach? – zapytałam oburzona. – Teren jest grząski, potopimy się.
- Grząski? – zapytał Karol i uniósł brwi ze zdziwienia.
- Trochę jest – szybko wyjaśniłam. – Szczególnie koło strumienia i nad stawem.
- To tutaj płynie strumień? – zapytała damulka.
- To za dużo powiedziane – wyjaśnił pospiesznie. – Tylko, gdy lato jest deszczowe.
- To cudowne – dodała – A czy wiosną nie zalewa ogrodu?
- Ależ skąd – zapewniał – to tylko wąski strumyczek.
- Dwa lata temu zalało nam piwnicę – poprawiłam.
- Wyjątkowo – Karol uśmiechnął się słodko.
Damulka wyglądała na zdziwioną. Szukała wsparcia. Jej towarzysz w skupieniu oglądał drzewa.
- Najlepiej, gdy wszystko spokojnie obejrzymy – zaproponował. A więc połknął haczyk. Ujrzałam to w jego oczach. Zawsze tak było. Gdy ktoś po raz pierwszy oglądał nasz ogród, tracił dla niego głowę. Zachwyt i zazdrość, to zobaczyłam w jego spojrzeniu. Będzie chciał kupić. Byłam pewna. (…)
Z każdym krokiem gniew coraz bardziej ze mnie opadał. Właśnie tak to na mnie działało. Musiałam być kiedyś ptakiem albo motylem. Tylko to tłumaczy metamorfozę, której ulegałam za każdym razem, gdy ten zielony świat wchłaniał mnie, przenikał i czarował.
Cudnej magii ogrodu uległam ja, stojący mocno na ziemi i zupełnie nieromantyczny Karol i nieproszeni goście. Nikt nic nie mówił. (…)
- O Boże!
Staliśmy zanurzeni w morzu kwiatów. Sięgały nam do ramion, niektóre wyżej. Nie było widać końca. Mali, jak owady w środku dorodnego trawnika, unosiliśmy ramiona wysoko, by zobaczyć jego kraniec. Karol dotykał wielkich kielichów gladioli, których ciężkie płatki łaskotały w policzki. Całe łany zielonych mieczy o kwiatach klasycznych, prostych jak krochmalona kokarda, podwójnych, potrójnych, z płatkami jak ciało meduzy lub jak postrzępiony jedwab, i kolory, czyste albo mieszane, w kropki, plamki, ciapki, i te kształty z narkotycznych wizji… Wiele lat pracowałam nad wyhodowaniem tych okazów.
Szliśmy dalej. Rosnące w głębi krzewy georginii rozmiarami i wysokością przewyższały wszystko. Ich kwiaty jak owoce dorodnej dyni, jak aksamitne piłki, uderzały po twarzach. Spadały nam na ramiona tysiące czarnych robaczków mieszkających w długich kwiatowych płatkach. 
Pachnącym szpalerom nie było końca. Jeden rodzaj kwiatów przechodził w drugi. Karol, który już dawno nie był w tej części ogrodu, szedł przed siebie z głupią miną i raz po raz spoglądał do tyłu.Damulka z otwartymi ustami, nie bacząc na zapadające się w ziemi buciki, rozgarniała żółte turki. Szła poprzez grube łodygi słoneczników, opędzając się od pszczół i bąków, prowadzona zapachem róż, które zwisały kaskadami z drewnianych podpór. Jej towarzysz, całkiem zagubiony, jak małe dziecko, co chwilę zmieniał kierunek. Zabłądził w plątaninie ścieżek.
Weszliśmy między róże. Część rosła dziko. Poplątane gałęzie tarasowały drogę. Gęste ściany różowego kwiecia nie pozwalały przejść na drugą stronę. Duszący zapach wypełniał płuca. Odmiany klasyczne, stare gatunki rosły tu od wielu lat – zbite pęki róży burbońskiej, w kolorach od bladego różu do purpury, obficie kwitnąca, bursztynowożółta róża angielska, i słodka Mousseline o jasnoróżowych omszonych płatkach.(…)
Zapachy miodowo-cynamonowe, hipnotyczne opary, obezwładniały. Czułam się u siebie, lecz oni, zagubieni w tej powodzi barw, spoglądali niepewnie w moją stronę, jakby się bali, że nie wyprowadzę ich z tej magicznej krainy. Widzieli moje bose nogi podrapane do krwi o różane kolce, rozczochrane włosy, podartą chustkę, którą trzymałam w dłoni. W ich oczach ujrzałam strach, i o to mi chodziło. Gdy zrozumiałam, że mają dość, pokazałam wyjście. 
- Pójdziemy tędy – Jak wyrocznia wyznaczyłam kierunek.
- Tam nie- usłyszałam krzyk Karola. Błagał wzrokiem, żebym przestała. – Tam nie – powtórzył ciszej.
Udawałam zdziwioną.
- Dlaczego? – Tam jest bardzo ładnie. Proszę, proszę – Poprowadziłam gości w sam środek różanego ogrodu.
Staliśmy na małym placyku wysypanym żwirem. Przystrzyżony żywopłot z bukszpanu ukrywał tajemnicę. W środku bielona kapliczka, z błękitną figurką Matki Boskiej w półkolistym zagłębieniu, a obok krzyż i nie oszlifowana kamienna płyta.
- Co to jest? – czekałam na to pytanie.
- Nic takiego – odpowiedziałam z uśmiechem. – To tylko kapliczka, a to – dotknęłam ręką kamienia – grób naszego syna. – Moje oczy drążyły w głowie Karola dziurę wielkości krateru po bombie. W jego twarzy widać było ból. Znowu byłam dla niego okrutna.”

wtorek, 11 lutego 2014

TWÓRCZOŚĆ TO RANA, KTÓRA SIĘ NIE GOI - rozmowa z pisarką i malarką Krystyną Januszewską, LiteraTura 2013


Powoli żegnam się z cyklem wywiadów zrealizowanych dla LiteraTury. Sprawiły mi one wiele radości i satysfakcji. Dziękuję wszystkim autorom, którzy przyjęli zaproszenie:)
Moim dzisiejszym gościem jest autorka o niezwykłej wrażliwości i empatii. To pisarka, która (na przekór temu, co sama o sobie sądzi) potrafi z a u w a ż a l n i e zaznaczyć swoje istnienie poza „szarą codziennością, która zamyka kobietę w konwencji matki, żony, synowej i córki”. Kiedyś powiedziała o sobie: „Marzy mi się, żeby kiedyś stanąć w miejscu, w którym po raz pierwszy poczułam, że jestem i wykrzyczeć głośno wszystko, co mnie dręczy i boli, co mi w życiu nie wyszło. To, że mogę pisać, jest właśnie takim krzykiem. To jedyny sposób, w jaki potrafię mówić otwarcie. Nie chcę przeminąć z wiatrem, bardzo boję się nicości, utraty doświadczeń, cudownych obrazów, myśli i wspomnień, które w sobie noszę”.* Przytaczam te słowa, bo autorka podarowała nam w nich klucz do swojej twórczości. Warto sięgnąć po jej książki, bo one wołają o tym, o czym zapewne nie mówi się nawet szeptem… Każda książka to krzyk. Spotkanie z powieściami i bohaterami tej autorki to zawsze wyzwanie. Czytelnik musi się z nimi zmierzyć, bo poruszają trudne tematy, zmuszają do refleksji, do bolesnych przemyśleń.
Ale czy dla siebie autorka pozostaje bardziej pobłażliwa? Jaką cenę płaci pisarz za stworzenie bolesnej książki? Jak taki proces przebiega? Czy więcej bólu sprawia czytelnikowi, czy swemu twórcy? Niezależnie od tego, ile z autora pozostaje w jego utworach, jedno jest pewne – w każdej bolesnej książce jest zaklęta cząstka jego duszy…
Moja rozmówczyni nie potrafi zachować dystansu do swoich powieści i pozostaje swoim największym krytykiem. Niezbyt pochlebnie także wyraża się o swoich obrazach. Nie każdy wie, że jest malarką, a okładka książki „Niebo ma kolor zielony” to fragment jej obrazu. Jej płótna są pełne barw. Im bardziej książki są melancholijne i smutne, tym bardziej, dla równowagi chyba, obrazy bywają radosne…
Serdecznie zapraszam na rozmowę z pisarką Krystyną Januszewską.



            
Kiedy czytelnik poznaje Pani książki, a potem dowiaduje się, jaką obrała Pani drogę zawodową – jest zaskoczony. Jak to się stało, że nie pomyślała Pani o pisarstwie na początku swej kariery zawodowej, już na studiach?
Błędem było już to, że nie od razu poszłam we właściwym kierunku. To był czysty pragmatyzm. W latach siedemdziesiątych trzeba się było raz zdecydować na kierunek studiów. Jedna uczelnia i tylko jedna możliwość na rok, żeby złożyć gdzieś dokumenty. O malowaniu jeszcze nie myślałam, pisanie było już jednak marzeniem, niestety realia nie pozwalały. Na studia polonistyczne nie miałam szans z powodu ortografii. Wtedy nie znano określeń dysleksja, czy dysgrafia. Po prostu robiłam błędy i nie byłabym  w stanie zdać egzaminów wstępnych. To dziwne, że tak trudno przyswoić sobie pisownię kilkudziesięciu słów, a jednak się zdarza. Ta ułomność objawia się u mnie także w życiu codziennym. Gdy mam do wyboru więcej niż jedną opcję, zawsze mam wątpliwości. Wiele rzeczy robię mechanicznie, bo gdy tylko pomyślę, tracę pewność siebie. Biologia była kompromisem pomiędzy tym, co było bliskie memu sercu, a tym, co leżało w granicach możliwości. Kierunków na uczelniach było mniej niż teraz, a kandydatów cała masa. W liceum nr 11 w Poznaniu, do którego uczęszczałam, w jednym roczniku było po siedem klas, a w klasach po czterdzieści osób.
Nie żałuję jednak swojego wyboru. To były miłe studia. Skończyłam je z dodatkowym kierunkiem pedagogicznym, co od razu predysponowało mnie do zawodu. Jednak w szkole nigdy nie uczyłam. Mój mąż bał się nauczycielek, twierdził, że są mądrzejsze niż radio i on tego raczej nie udźwignie. Żeby więc nie niszczyć małżeńskich relacji [śmiech], zostałam analitykiem i zaczęłam pracę w szpitalu. Moje życie było i jest dość barwne, byłoby dobrym materiałem na książkę. Studia skończyłam „w podskokach”, nie mogłam sobie pozwolić na zwłokę. W międzyczasie bowiem wyszłam za mąż i urodziłam dwójkę dzieci. Z takim bagażem trzeba było sobie bez ociągania poradzić, znaleźć pracę, mieszkanie, własne miejsce na Ziemi. Nie było więc łatwo, i w takich warunkach nie mogłam nawet pomyśleć o sobie i o tym, co dla mnie ważne i co chciałabym w życiu robić. Dekada od roku 1980 do 1990 to był okres bezmyślnej egzystencji w pogoni za skarpetkami, mlekiem w proszku, masłem dla dzieci, kredkami do szkoły, a jednocześnie lata, w których mogłam dzieciom poświęcić wiele czasu. W kraju nic się nie działo, za to w rodzinach wiele. Kwitło życie towarzyskie, wspólne wyjazdy do lasu, pod namiot, na działkę. Stare było w rozsypce, nowe nie działało. Dopiero po roku 1990 zaczęły się pojawiać możliwości. W tym czasie urodziłam trzecie dziecko, syna, a kiedy i on nieco podrósł, zaczęłam myśleć o sobie. Była we mnie niezwykła i dość natarczywa potrzeba tworzenia. Próbowałam znaleźć płaszczyznę aktywności, która da mi odskocznię i pozwoli wyjść z cienia domowych obowiązków i powinności na światło i do ludzi. Bałam się szarości, nudy, powtarzalności w życiu, chciałam czegoś nowego, twórczego. Zaczęłam malować. A potem pisać. Ale wcześniej powołałam do życia własne laboratorium analityczne. W roku 1992, jak przystało na kobietę aktywną zostałam bizneswoman.
Jak potoczyła się Pani kariera zawodowa?
To jest właśnie temat na książkę, nie wiem tylko śmieszną czy smutną. Dorabiałam już na studiach. To były studia dzienne, więc tylko wtedy kiedy był na to czas, a dzieci grzecznie spały w łóżeczkach. Robiłam z kolorowych kokardek małe różyczki, a z zielonego filcu gałązki i listki. Powstawały z tego małe broszki, wtedy były hitem. Pomagała mi mama sprzedając je w pracy i wśród swoich znajomych na całym osiedlu. Rozpoznawałam je później na ulicy. Nie zarabiałam wiele ale starczyło na bieliznę dla dzieci. W 1978 roku ukończyłam biologię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i zasiliłam kadrę pracowników laboratorium w Szpitalu Przeciwgruźliczym w Chodzieży. Mąż miał stypendium, a więc zagwarantowaną pracę i mieszkanie. Jednak już w roku 1980 udało nam się przenieść do Rogoźna, chodziło o to, żeby być bliżej Poznania. Znalazła się dla mnie praca w przychodni na stanowisku kierownika laboratorium. Już  wtedy zaczęłam trochę malować. W tym czasie udało mi się zdobyć także  uprawnienia artysty nieprofesjonalnego. Egzamin odbywał się w Pile i  wydawano specjalne legitymacje. Kiedy w 1985 roku urodziłam Piotra, żeby się nie „obijać” na urlopie wychowawczym i mieć własne pieniądze założyłam firmę „Malowanie na tkaninach”. Marzyłam o własnej drukarni, ale na to nie było mnie stać. Znajomi kupili w Niemczech farby akrylowe na bawełnę i płótno, cudowne, barwne,  łatwe w użyciu i utrwalane po prostu żelazkiem. Zaczęłam malować, najpierw smerfy i motylki na poduszkach dla dzieci, a potem obrusy. To było przyjemne zajęcie i niezwykle twórcze, ale bardzo czasochłonne, a ja potrzebowałam pieniędzy. W związku z tym obok malowania, a potem na większą skalę założyłyśmy z siostrą męża spółkę z o.o. Sanpol. Tym sposobem zostałam prezesem spółki handlującej narzędziami szwedzkiej firmy Sandwik z wyłącznością na Polskę. Ale handel nie był moim przeznaczeniem. Nie dałam rady dojeżdżać do Poznania, albo z towarem po kraju pilnując jednocześnie domu i trójki dzieci. Firma pozostała w rękach szwagierki, a teraz jej dorosłych dzieci. Dalej prosperuje i świetnie sobie radzi. Ja postanowiłam wrócić do korzeni i robić to, co potrafiłam i lubiłam. Sprzedałam starego malucha, starczyło mi na połowę aparatu do robienia analiz. Mimo to, w roku 1992 narodziło się Laboratorium Analiz Medycznych i działa na pełnych obrotach. Po roku 2000 wiele się zmieniło w polskiej służbie zdrowia. Musiałam zdobyć nowe uprawnienia, żeby móc prowadzić własną firmę. Udało się, a moje laboratorium zostało wpisane na listę NZOZ-ów i mogło współpracować z NFZ-tem. Zanim to jednak nastąpiło, miałam za sobą trudne lata i sporo pracy. Dziś żartuję sobie wspominając, wtedy nie spałam po nocach.
Pracuje Pani bardzo intensywnie – zarządza, zajmuje się pacjentami. Do domu wraca Pani późno, pisze wieczorami… Jak to się stało, że nie wybrała Pani dotąd tylko jednej drogi? Jak godzi Pani pracę z pasją i potrzebą pisania?
Nie mam odwagi rzucić pracy zawodowej dla książek. Znam nieco realia, wiem, że nawet wtedy, gdy pisze się poczytne powieści, dochody z nich nie są wielkie. Raz, drugi może się udać, wpadnie lepszy zarobek, ale potem przychodzą lata niepewności, czy będzie czym zapłacić rachunki. Nie jestem idealistką, wiem, co znaczy lęk o finansowe jutro. Dlatego jestem dorosłą Anią, która musi żyć w światach równoległych, a jednak bardzo odmiennych.
Kobiety piszące są bardziej niż inne Aniami z Zielonego Wzgórza. Jak ona – żyją w dwóch światach, tym realnym, egzystencjalnym i tym po drugiej stronie lustra. Krążą tak w obie strony, przeskakując przez szklaną ścianę raz w jedną, raz w drugą stronę. Czasami gubią się i prawie zawsze, bez względu na sukcesy rodzinne, zawodowe, pisarskie… są nieszczęśliwe.
Autorka Ani, Lucy Maud Montgomery, mimo sukcesów była kobietą nieszczęśliwą. Za fasadą wielkiej marzycielki, wytrwałej i uznanej pisarki, troskliwej, pracowitej żony i przykładnej matki mieszkała osoba niespełniona, kobieta rozdarta życiowo i zmęczona psychicznie. Zabiło ją ciągłe przekraczanie lustra, poczucie niedoskonałości, tego, że w niczym nie była najlepsza, ponieważ nie miała odwagi niczego porzucić. Okoliczności jej śmierci nie są do końca jasne. Miesiąc przed śmiercią napisała: „Moje życie było piekłem, piekłem, piekłem. Mój umysł, wszystko, dla czego żyłam – świat oszalał. Moje życie powinno wkrótce dobiec kresu. Nikt nie podejrzewa, w jakim strasznym stanie jestem”.
Odeszła 24 kwietnia 1942 roku. Oficjalnie podano, że na atak serca. W rzeczywistości ponoć otruła się. List pożegnalny, pozostawiony przy łóżku, został utajniony przez rodzinę z uwagi na pamięć i renomę pisarki, będącej już wtedy bohaterką narodową Kanady.
Nowotwór melancholii, choroba dwóch stron lustra pokonała także inne piszące Anie. Virginia Woolf i Sylwia Plath pragnęły normalnie żyć, spełniać się na wielu płaszczyznach, ale twórczość była jak rana, która nie chciała się nigdy zagoić. Chciały cieszyć się codziennością, a jednocześnie zmieniać życie czytelnika, budzić go i chłostać, wstrząsnąć i kwestionować jego wybory.
To uczucie rozdarcia jest Pani dobrze znane…
Mnie pisanie też bardzo boli… I nie mam odwagi niczego porzucić. Już wiem, że w niczym nie będę najlepsza, niestety czasu nie da się rozciągnąć. Trzeba dorosnąć, dojrzeć, trochę się zestarzeć, żeby mogła powstać książka. Kim jesteśmy u progu dorosłości, czego oczekujemy od życia, o czym śnimy dla siebie po nocach, marzymy w majowe wieczory, planujemy jesienią, gdy idziemy aleją drzew obsypaną żółknącymi liśćmi, gdy nasza dusza jest taka młoda i ufna? Tyle nam się chce zakosztować, tyle doświadczyć, dotknąć cząstką własnego jestestwa. Przyspieszony oddech młodości rozsadza głowę – śmiać się ze szczęścia, płakać, tańczyć jak Gene Kelly w „Deszczowej piosence”? Wszystko wydaje się proste, czyste i możliwe, perspektywa jak w panoramicznym kinie. Potem mijają lata. Dlaczego tak szybko? Coraz bliżej horyzont, spojrzenie wstecz i przed siebie, zdziwienie, że tak się jakoś inaczej złożyło. Słońce wschodzi i zachodzi tak samo, tylko my jesteśmy inni, chociaż ci sami.
Jak to jest żyć intensywnie po dwóch stronach lustra?
Wszystko się z sobą splata. Pisanie to proces, który musi potrwać. Poza pracą absorbuje mnie bardzo rodzina. Trójka dzieci – trzy nowe rodziny, bardzo kochane; troje wnucząt, one są jeszcze ważniejsze. Cenię sobie życie rodzinne, lubię gdy jesteśmy razem. Mam także rodziców, siostrę, nic bez nich dziać się nie może. Są znajomi i przyjaciele. Wiele ważnych osób, i wszyscy tworzą moją historię. Wystarczy tylko spisać.
Nie spieszę się z wydaniem kolejnej książki, podczytuję ją, czasem coś poprawię. Czekam aż dojrzeje. Chcę, żeby była smaczniejsza. Zarabiam na życie, więc sprawa pieniędzy nie jest pierwszorzędna. Teraz wszystko robię dużo wolniej. Wiem, że jak Magda z „Ostatniej kwadry” nie będę już wielką pisarką, ale piszę, bo lubię. Przez te kilka lat jeździłam trochę na spotkania autorskie, nagadałam się i dojrzałam w czasie tych rozmów. Zrozumiałam, że popularność to nie jest wygodna rzecz, bo zmusza do czegoś, za czym się nie przepada. Sprzedawać książki razem z własnym ego to trochę za wiele, a przecież nie da się inaczej stojąc twarzą w twarz z czytelnikiem.
Właśnie w tej chwili pielęgnuję kolejną książkę, podlewam ją, dokarmiam, otulam. Niech sobie spokojnie rośnie. To będzie książka prawdziwa, o ludziach z krwi i kości. Historia, która się kończy i dlatego jest taka ważna. Odchodzą ci, którzy jeszcze pamiętają, czas nagli, trzeba ją zatrzymać dla wnuków, dla tych, co przyjdą po nas.
Czym jest dla Pani proces tworzenia? Co zmusza do takiego wysiłku?
Początkowo pisanie było odskocznią od zwyczajności, ucieczką do świata fantazji przed dniem wypełnionym powtarzanymi bez końca czynnościami. Takim namiotem tlenowym, w którym odzyskiwałam wiarę w ludzi, w uczucia, szukałam czułości i zrozumienia. Potem było ciekawością, dokąd mnie to zaprowadzi. A teraz jest wypełnianiem zobowiązań w stosunku do siebie i tych, którzy czekają na moje książki – jeśli tacy istnieją, a zakładam, że tak.
Najpierw chciałam się trochę wyżalić na braki, które odczuwałam. Nie należę do osób asertywnych. Nie upomnę się, jeśli czegoś mi brakuje, po prostu przełykam ciernie z uśmiechem. Próbowałam wyrazić wszystko na piśmie, było mi wtedy łatwiej. Ale to mi przeszło, więc nasuwa się przypuszczenie, że pisanie było dla mnie terapią. Teraz mam inną misję. Zostawiam siebie na boku, moje udręki nie są na tyle ciekawe, żeby je z siebie wypruwać. Pisanie o sobie jest zbyt wyczerpujące, nieomal zabójcze. Teraz chcę odsłonić przeszłość ludzi, którzy odchodzą i czasy, które minęły. Ostatni świadkowie tych zdarzeń teraz mają głos. To ostatni moment, żeby ich wysłuchać, bo za chwilę już nie będzie z kim rozmawiać.
W jaki sposób odkrywała Pani w sobie pisarkę?
Zawsze lubiłam pisać, bo byłam nieśmiała. Pisałam do szuflady. Kiedy pojawiały się jakieś problemy, przelewałam je na papier i z czasem stwierdziłam, że całkiem nieźle mi to wychodzi. W 1995 roku redaktorka czasopisma regionalnego zaprosiła mnie do współpracy. Zaczęłam pisać felietony. W roku 1998 dostałam pierwszą nagrodę „Twojego Stylu” za opowiadanie „Odwiedził mnie mój mąż” i dalej już samo poszło.
W roku 1997 miała już Pani gotowe dwie książki.
Tak. Wydawnictwo ogłosiło konkurs, w którym wzięłam udział. I dziś mogę stwierdzić, że otworzył mi on drogę do pisarstwa. To były lata, kiedy nie było jeszcze takich możliwości, jak dziś. Nie można było oddać komuś tekstu, żeby go zainteresować. Literaci tworzyli dosyć hermetyczną grupę. Dlatego kiedy tylko pojawiły się nowe możliwości, trzeba było z nich korzystać.
Na konkurs wysłałam dwie książki – „Ostatnią kwadrę księżyca” i „Przytulać kamienie”. Liczyłam, że jeśli nie jedna, to może druga zyska uznanie jury. Potem dowiedziałam się, że obydwie doszły do finału. Jednak to „Kamienie” zostały wyróżnione.
Jak dowiedziała się Pani o konkursach?
Wszystko, co się wtedy wydarzyło, było sprawą przypadku. Mąż znalazł ogłoszenie o konkursie i stwierdził, że powinnam spróbować. Trochę to zbagatelizowałam – kto w Warszawie chciałby czytać takie rzeczy? Opowiadanie jednak machnęłam bez wielkiego wysiłku. Minął rok od wyznaczonego terminu. To długo. Wszyscy zapomnieliśmy o konkursie. Pod koniec kwietnia Iwona Banach, moja znajoma, jedna z uczestniczek konkursu, zadzwoniła do mnie informując, że zdobyłam główną nagrodę. To było jak grom z jasnego nieba. Ale jeszcze niczego nie rozstrzygało. Nawet po wręczeniu nagród z wielką pompą, po zwiedzaniu redakcji „Twojego Stylu” i po powrocie z Warszawy nie miałam planów pisarskich. Nawet po tym, kiedy Krystyna Kofta do spółki z Tomaszem Jastrunem stwierdzili, że mam dryg do pisania, a dyplom chwalił mój literacki styl – nadal niczego nie planowałam. Miałam trójkę dorastających dzieci, na głowie ich matury, egzaminy na studia i swoją pracę zawodową. Po jakimś czasie znowu zadzwoniła Iwonka Banach, informując mnie, że jest konkurs wydawnictwa Zysk i S-ka i powinnam spróbować. To niesamowite – przecież byłam jej konkurentką, ona także startowała. Wszystko zawdzięczam jej, to ona była wtedy moim dobrym duchem.
Napisałam w ciągu roku dwie książki, obydwie doszły do finału, ponieważ podpisane były innymi pseudonimami. Nagrodzono „Przytulać kamienie”. Ale wydawnictwo nie zdążyło mnie zawiadomić o nagrodzie, która miała być ogłoszona na Targach Książki w Warszawie. Moja córka pracowała wówczas w studenckim radiu „Afera” i jechała na Targi jako przedstawiciel tego radia. Zabrałam się z nią, żeby na własne oczy zobaczyć kto otrzyma nagrodę. Gdy wśród trzech nazwisk usłyszałam swoje – byłam zaskoczona. Nie byłam przygotowana. Odbierałam gratulacje w starym swetrze, wytartych spodniach, z rozwianym włosem…
Czy wtedy otwarła się już droga do kariery pisarskiej?
Nie tak prędko… Odebrałam gratulacje, jednak książka nie została od razu opublikowana. Wydano tylko pierwszą nagrodzoną pozycję, pozostałych dwóch, w tym mojej – już nie. Od czasu do czasu dzwoniłam w tej sprawie do wydawnictwa, ale całkiem straciłam nadzieję. Dopiero, kiedy przyjęto do pracy nowego redaktora, Jana Grzegorczyka, który ze zdziwieniem odebrał mój kolejny telefon – sprawy ruszyły do przodu. Przeczytał książkę, zaczął redagować. Po dwóch latach książka została wydana.
Moje literackie losy plotą się jak sinusoida – raz w górę, a raz w dół. Janowi Grzegorczykowi wiele zawdzięczam, robił świetną korektę, bezlitosną i uczciwą, to bardzo dużo. Na tym niestety kończy się rola redaktora. Później byli redaktorzy zewnętrzni, to już nie to samo. Poza nim nigdy nie miałam opiekuna ani doradcy, trzeba sobie było po prosty radzić. To u nas jeszcze nie funkcjonuje na taką skalę, żeby przeciętnego pisarza, czy też wydawnictwo było na niego stać. Nie płodziłam bestsellerów, ale pisałam systematycznie, a wydawca konsekwentnie wydawał. Szukałam też możliwości na własną rękę. Wydawnictwa Media Rodzina i Muza SA w 1999 roku, na fali sukcesu pierwszego tomu Harry’ego Pottera, ogłosiły konkurs „Uwierz w siłę wyobraźni”, na który nadeszło 600 prac. Przyznano trzy główne nagrody, a potem wyłoniono jeszcze najlepsze książki z każdego województwa. Dostałam nagrodę za „Maryśkę”, ale książka nie została wydana, ponieważ wydawnictwo nie dało sobie rady z taką ilością laureatów. Po czterech latach oddano mi prawa do książki. „Maryśkę” wydał Zysk, ale pod tytułem „Trzy światy”.
Została Pani także nominowana do nagrody literackiej Medów Publicznych „Cogito”.
Kiedy wydałam „Rozbitka”, byłam zmęczona i przybita. Pewnego dnia w internecie znalazłam ogłoszenie, że została powołana nowa nagroda literacka dla pisarzy i muzyków. Miała być konkurencją dla Nike. Wydawnictwa i ośrodki kultury miały zgłaszać swoich autorów. Pomyślałam, że to dla mnie szansa, liczyłam na kolejny cud. Poprosiłam wydawnictwo, żeby zgłosiło „Rozbitka”, ale wcześniej wyznaczono już kandydata i zgłoszono kogoś innego. Wtedy zadzwoniła pani dyrektor z biblioteki w Wągrowcu i zapytała, czy może wysłać moją książkę na konkurs, a później zrobił to dyrektor naszego Centrum Kultury, w Rogoźnie. Tym sposobem „Rozbitek” dostał nominację. Taka to jest historia samotnej literackiej walki kobiety po przejściach, z sukcesami na miarę talentu, niezbyt wielkimi, ale dającymi sporo satysfakcji i zabawy…
Kim są dla Pani Virginia Woolf i Lucy Maud Montgomery? Czy jako przewodniczki duchowe towarzyszą Pani od zawsze?
Virginię Woolf odkryłam późno. Najpierw „Panią Dalloway”, a potem „Własny Pokój”, który mną dogłębnie poruszył. Przeczytałam chyba wszystkie książki Virginii wydane w Polsce. Przesiąkłam nią, momentami czułam się Virginią. Bywało, że w trudnych momentach chciałam jak ona wejść do wody w płaszczu z kamieniami w kieszeniach. Uważam, że mam podobną jak ona wrażliwość i stosunek do życia. Domyślam się tylko, nigdy z nią przecież nie rozmawiałam. Chłonęłam jej książki, najbardziej dzienniki, dzień po dniu.
Natomiast Lucy Maud Montgomery to całkiem inna osoba, z pozoru żyjąca inaczej, pisząca inaczej. Jednak gdy poznana się dokładnie jej biografię, widać wiele podobieństw. Czasami jakbym żyła w jednej i w drugiej. Virginia miała podobne jak ja dylematy, Lucy podobne problemy w życiu. Dlatego tak kocham obydwie.
Fascynują mnie kobiety mądre i takie, które dążą do celu, ale nie za wszelką cenę. Najważniejsze, żeby znać miejsce w szeregu i nie tracić głowy.
Targają mną dwie sprzeczności: potrzeba niezależności i egoistycznej pracy nad sobą i spolegliwość w stosunku do oczekiwań najbliższych. Tego nie da się jednak pogodzić. Przez wiele lat pisałam swoje książki tak, by nie być ciężarem dla innych. Nie do końca się to udało. Musiałam błyskawicznie przenosić się z rzeczywistości w fikcję. Intensywnie byłam żoną, matką i kobietą pracującą, równie intensywnie pisałam. Żyję w ten sposób od trzynastu lat, chociaż teraz już dużo wolniej. To chyba związane jest z wiekiem. Żal mi jedynie, że nie mogłam być kimś więcej niż zwykłą kobietą, że nigdy nie będę Virginią Woolf, Simone Weil ani Lucy Maud Montgomery. A tak bardzo chciałam. Nie da się być wszystkim po trochę, trzeba coś poświęcić, z czegoś zrezygnować. Inaczej można być jedynie przeciętnym…
Jak to jest z tym pisaniem? Zasiada Pani systematycznie, wyrabia Pani „codzienną normę”, czy czeka na coś, co szarpnie duszą?
Z wiekiem jest mi coraz trudniej zasiąść do pisania. Wciąż poszerza się kontakt z rodziną. Rodzą się dzieci, potem wnuki, więc czas trzeba dzielić pomiędzy wszystkich. Zaczęłam pisać, kiedy dzieci dorosły i mogłam wieczorem spokojnie usiąść. Robiłam notatki do późna i nie miałam z tym większych problemów. Z wiekiem sprawność fizyczna niestety się pogarsza. Przede wszystkim człowiek nie ogarnia całości, myśli uciekają w innym kierunku i czasem zupełnie nie mogę się skoncentrować. Wiem, że pisanie jest moim przeznaczeniem. Nikt nie każe mi pisać, po prostu robię to odruchowo. Siadam i  kiedy mam przysłowiowy miecz nad głową robię to szybko, to mnie  mobilizuje. Zupełnie jak w szkole [śmiech]. Zaczyna mnie też gnębić myśl, że tyle jest książek, po co więc jeszcze moja w tym wszystkim…
 Naprawdę dopuszcza Pani do siebie myśl o „złamaniu pióra”?
Właśnie tak czuję… Bardzo przeżywam swoje książki, spalam się. Bardzo poważnie się rozchorowałam, gdy pisałam książkę „Rozbitek@brzeg.pl”. Przygotowując się do pisania naczytałam się książek na temat śmierci, nałogów, niektórych uzależnień. Studiowałam „Fausta”, „Pod wulkanem” Lowry’ego, „Grę w klasy”, „Diabła w raju” Henry Millera,  „Mistrza i Małgorzatę”. Zanurzyłam się w  mrocznych klimatach, żeby wywołać właściwą atmosferę do pisania. A potem pisałam blisko rok i to mnie dużo kosztowało. Rozchorowałam się. Moja książka oparta jest na faktach – bohater umiera na raka wyniszczony chorobą i długą chemioterapią. W końcu zaczęłam umierać i ja. Złapałam nietypową bakterię – Pseudomonas aeruginosa,  która atakuje głównie ciężko chorych pacjentów szpitalnych. Jak widać jestem już zdrowa, ale obleciał mnie strach na widok sporego zestawu  zastrzyków.
Poza tym podczas pisania miały miejsce niezrozumiałe zjawiska. To komputer zaatakował wirus, to znów wszystko, co napisałam, po prostu znikało i potrzebny był informatyk, żeby wyszperać gdzieś w mózgu maszyny książkę o niesfornym artyście.. Pomyślałam sobie, że bohater książki nie wpadł chyba w zachwyt na widok tego, co piszę i nie chce po prostu tej książki. Czułam, że obserwuje mnie i próbuje przeszkodzić.
Dlaczego tak ważne było, by mimo wszelkich przeszkód napisać tę książkę?
Ponieważ to książka o kimś dla mnie bliskim. To był brat mojej mamy, sporo od niej młodszy. Znałam go bardzo dobrze, przystojnego, dobrego chłopaka. Pamiętam jaki był w młodości i o czym marzył, a co w końcu zrobił z życiem, albo co życie zrobiło z niego. Chciałam tą książką zwrócić uwagę, że człowiek rodzi się czysty i pełen dobrych intencji. Nie jest w stanie przewidzieć w pełni przyszłości i manewrować życiem z precyzją. Moja babcia najbardziej kochała „Rozbitka”, a miała pięcioro dzieci. Dopóki mogła, chroniła go przed światem. Współczuję jej, a także innym matkom w podobnej sytuacji. Ale osoby, które mają w rodzinie alkoholika, nie akceptują mojego podejścia. Rozumiem, że niełatwo odkryć taki problem we własnym domu. „Rozbitek” jest więc moim własnym spojrzeniem na problem, wynika z obserwacji i przemyśleń, a także z dość dobrej znajomości faktów z życia bohatera. Ale nie jest to książka o nałogu, niewiele w niej na ten temat. To raczej książka o zawiedzionych nadziejach i niefortunnych przypadkach.
Skąd taki znaczący, symboliczny tytuł powieści?
Na początku miał być po prostu „Rozbitek”. Gdy jednak książka szła do druku, okazało się, że na rynku pojawiła się właśnie powieść Chucka Palahniuka o takim tytule. Zrodził się problem, bo „Rozbitek” już we mnie wrósł. Zatem nawiązując do marzeń bohatera wymyśliłam jego adres w zaświaty, a jednocześnie skojarzyłam słowo Brzeg z miastem, które było dla niego całym życiem, z brzegiem Odry, nad którą mieszkał i kochał nad życie i z symbolicznym brzegiem, o który się w  końcu rozbił.
Wróćmy do Pani pierwszych książek. Wiem, że gotowe były dwie, ale najpierw zapytam o „Kamienie”, bo los zadecydował, że był to Pani debiut powieściowy. „Przytulać kamienie” to książka, w której podejmuje Pani dialog o dominacji płci, o znaczeniu kobiety i mężczyzny, o matriarchacie i patriarchacie… Pani bohaterki zostały skrzywdzone bądź rozczarowały się mężczyznami, bo przecież nawet Annę zawiódł ojciec. Najbardziej ucierpiała Maria. Czy zdaniem Pani o tym, w jaki sposób kobieta się rozwinie, czy też spełni, decyduje przede wszystkim mężczyzna, który musi dorosnąć do jej wyobrażeń i potrzeb, musi stworzyć jej odpowiednie warunki?
Kiedy pisałam tę książkę, temat dominacji płci nie był jeszcze tak gorący, jak dzisiaj. Nie mówiło się o nim w mediach. Wtedy zastanawiałam się raczej nad tym, do jakiego stopnia można się odciąć od własnych korzeni. Czy człowiek da się ukształtować i tak oddzielić od dzieciństwa i sposobu wychowania, że nie zostanie w nim nic z tego, co otrzymał w rodzinnym domu, co mu przekazano w genach? Jak bardzo zło wrasta w człowieka? Zakończenie książki – podeptane skrzypce – miało udowodnić, że nic się nie zmienia, że podstawą współżycia jest gra, że człowiek czasem się obnaża, wyłania z ukrycia. Zło pozostaje i rodzi zło, trudno od niego uciec. Łagodność i pokora rodzą pokorę. Czasami pokorny ucieka w niebyt, żeby się oczyścić z brudu, ale nie walczy. Anna jest usposobieniem kobiety mocnej. Potrafi podjąć wyzwanie. Maria to ktoś delikatny, o cechach ludzi natchnionych, nieobecnych, potrzebujących opieki. Gdy spotka na swojej drodze zło, to ginie. Tworząc Marię, miałam w głowie rozmowę z Jemmą Muradian, piękną, czarnowłosą kobietą, pół Ormianką, pół Polką.
Kim jest Jemma Muradian, zdradzi nam Pani?

To rówieśnica mojej córki. Chodziły razem do przedszkola i podstawówki. Znam matkę Jemmy, mieszkała wiele lat w Rogoźnie. Jest Polką, a jej mąż pochodził z Armenii. Poznali się w Kijowie, pobrali i kilka lat mieszkali razem. Po jakimś czasie matka i córka wróciły do Polski. Byłam pod wielkim wrażeniem opowieści Jemmy, kiedy pisałam swoją książkę. To ona opowiedziała mi o Armenii, o wykształconych i oczytanych Ormianach,o ojcu, który budził ją w nocy, żeby przeczytać jej cudowny fragment jakiegoś tekstu. Jemma natchnęła mnie… i dlatego wymyśliłam Marię.
W Pani książce można odnaleźć leciutki posmak egzotyki, poznać nieco historię Armenii. Poza tym umieściła Pani akcję w niezwykłej scenerii, która podkreśla dramat młodej kobiety: ośnieżone Alpy, wszechogarniająca biel, która potęguje nastrój i współgra ze sterylną czystością prywatnej kliniki doktora Szyca…
Doskonale pamiętam kiedy postanowiłam napisać tę książkę. Jechaliśmy z mężem na urlop do Austrii, wąską drogą wzdłuż strumienia, ponad nami unosiły się wysokie zbocza. W Alpach była jesień. To właśnie wtedy wymyśliłam fabułę.
Co się zmieniło w Pani życiu po wydaniu tej powieści?
Przez wiele lat nic. Może tylko to, że dostałam pozwolenie na pisanie. To, że książka została wydana – a wtedy, to nie było tak oczywiste – i pojawiła się na półkach w Empiku, dało mi prawo do własnych pasji. Wiedziałam już, że to nie kaprys, nuda ani fanaberia, tylko głęboka potrzeba
W tym samym czasie napisała Pani także „Ostatnią kwadrę księżyca”, książkę bliższą polskich realiów…
Napisałam ją pierwotnie w postaci siedmiu opowiadań. Każde było osobną historią, które łączyły się w ostatnim opowiadaniu, gdzie wyjaśniałam związki poszczególnych bohaterów. Książka przeleżała kilka lat szufladzie. Była niemal gotowa, ale wydawnictwu nie podobał się zbiór krótkich form. Postanowiłam przerobić tekst i połączyć poszczególne historie we wspólną fabułę. To było karkołomne zadanie. Wiele się w tym czasie zmieniło – realia, sposób komunikowania, podróżowania. Trzeba było zgrać pory roku, pilnować czasu akcji, odpowiednio dobrać wiek bohaterów, pociąć tekst na kawałki, a potem sensownie posklejać. Chyba szybciej byłoby napisać ją od nowa.
„Rzadko zdarzało mi się popaść w taką biedę, w jaką wpadłam wczoraj wieczorem (…) czytając ostatnią część „Lat”. Wydała mi się stekiem tak słabiutkich banialuk – takich północnych ploteczek; taką wystawą mojej własnej niedołężności. Jedyne, co byłam w stanie zrobić, to rzucić tym o stół” – to fragment dzienników Virginii Woolf. Ten fragment skojarzył mi się z refleksjami jednej z bohaterek „Ostatniej kwadry”. Czy już wtedy bliskie były Pani przemyślenia Virginii Woolf?
W zasadzie nie myślałam o Virginii, ona pojawiła się wiele lat później. Ale miałam ją cały czas pod skórą, pisząc nową wersję książki. Magda-pisarka była mi potrzebna, żeby opisać męki twórcze kobiety, które chce jakoś zaznaczyć swoje istnienie poza szarą codziennością, ale codzienność zamyka ją w konwencji matki, żony, synowej, córki. Rozumie, że nie da się być idealną partnerką, jeśli weźmie się to wszystko na głowę. Stara się, ale w końcu potrzebuje samotności, żeby w skupieniu dokończyć to, co rozpoczęła. Niestety, traci wiarę i przestaje marzyć. Rozumie, że nigdy nie będzie dobrą pisarką, że to, co tworzy, nie jest wiele warte i chyba chce umrzeć. Ale na końcu dostaje szansę, nagrodę, która jest zadośćuczynieniem dla twórczej męki. Okazuje się, że takie stany są u twórców normalne, nawet najlepsi – także Virginia – miewają wątpliwości, czy to, co tworzą, ma jakąś wartość.
Który z licznych bohaterów książki jest Pani najbliższy?
Ależ każdy z nich. Wczuwałam się w każdego z bohaterów. Mam ich cechy – jestem zapracowana, nie mam czasu pisać, rodzina mnie zagarnia, praca mnie absorbuje, czas upływa, znajomi i bliscy odchodzą; sama nie wiem dokąd idę i czy na końcu będzie nagroda, błądzę i wciąż szukam drogi. W każdym bohaterze jest cząstka mnie.

Dla kogo Pani pisze swoje książki? Kto jest ich adresatem?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Ze względu na upływ czasu wiele spraw wygląda inaczej niż wtedy, gdy powstawały książki. Myślę, że zmieniają się także czytelnicy. Wszyscy się zmieniamy. Gdy zaczynałam pisać, miałam 47 lat, w domu były wszystkie dzieci. Teraz dzieci dorosły, mają swoje rodziny i dzieci, a ja skończyłam niedawno 60 lat. Przeszłam więc, obok własnej drogi życiowej, także ich drogę, drogę moich rodziców, a wcześniej dziadków. Wiem sporo o życiu, o tym, czego się po nim oczekuje i co otrzymuje. O tym są moje książki. Najpierw o miłości, potem o śmierci. A teraz piszę o przodkach. Dlatego tak trudno znaleźć wspólną płaszczyznę dla poszczególnych moich powieści i konkretnego ich odbiorcę. Nie wiadomo komu je polecić… „Ostatnia kwadra księżyca” to książka o tym, że młodzi ludzie widzą przed sobą drogę, każdy swoją, to ich napędza i prowadzi. Ale im bliżej do celu podróży, tym trudniej się idzie i już nie wszystko jest takie oczywiste. Zawodzą bliscy, dają o sobie znać upiory, niezrealizowane marzenia, opuszcza ich wiara, ale oni wciąż idą, licząc na to, że na końcu drogi zdarzy się jeszcze coś cudownego. I niektórym się to udaje… Samo życie.
Dziękuję za rozmowę :) 
***