sobota, 29 marca 2014

"Hannah Arendt i Martin Heidegger. Historia pewnej miłości", Antonia Grunenberg




Na przeciwnych słońcach
Antonia Grunenberg podejmuje temat, który wciąż wywołuje kontrowersje i budzi emocje.  Przedstawia historię związku i trudnej przyjaźni dwojga wybitnych i niepokornych, a zarazem najbardziej wpływowych myślicieli XX wieku. Poznali się w 1924 roku na uniwersytecie w Marburgu. Heidegger był charyzmatycznym wykładowcą, przyciągającym rzesze studentów. Pracował nad dziełem „Bycie i czas”, którego publikacja miała zapewnić mu tytuł najwybitniejszego filozofa XX wieku. Arendt przybyła do Marburga dla jego sławy, chciała studiować pod kierunkiem człowieka, który nauczy ją „nowego myślenia”. Heidegger szybko zwrócił na nią uwagę, stała się jego muzą, recenzentką i ściśle strzeżoną miłością. Po trzech latach Hannah przerwała romans, przenosząc się na inny uniwersytet. Nie wydaje się, by Heidegger zbyt mocno przeżył rozstanie. Znalazł się w szczytowym momencie swojej kariery. Studenci otaczali go kultem, w akademickim świecie z trudem jednak budował swoją pozycję. Wstępując do NSDAP widział szansę wywindowania swojej kariery. Z pewnością omamiły go także programowe cele nazizmu, zwłaszcza związane z reformą i „oczyszczeniem” uniwersytetów. Filozof od dawna pragnął dokonać „przewrotu”, który doprowadziłby do odrodzenia „ducha” Akademii Platońskiej – uniwersytet miał stać się placówką niemal arystokratyczną, dostępną dla wybranych studentów.
Rok 1933 był dla Arendt rokiem przełomowym. Zdawała sobie sprawę, że opinia publiczna manifestuje pogardę wobec Żydów, do czasu jednak polityczne napięcia utrzymywano w ryzach; Hannah dorastała w poczuciu, że Niemcy są jej ojczyzną. Wydarzenia, których stała się świadkiem, zaskoczyły ją i zdruzgotały. Najpierw doszły ją pogłoski o aresztowaniu i mordowaniu przyjaciół. A w końcu sama musiała przerwać karierę naukową i opuścić kraj, by uniknąć Zagłady. Nie mogła uwierzyć, że to właśnie „jej mistrz” swym geniuszem udziela wsparcia hitlerowskiemu reżimowi. Zdesperowana i zszokowana poprzysięgła na zawsze zerwać z filozofią. Nie zdawała sobie sprawy, że wydarzenia, w których uczestniczy, całkowicie zdeterminują i zdefiniują jej życie, natomiast więzy łączące ją z Heideggerem i jego myślą filozoficzną pozostaną nierozerwalne.
Po przybyciu do Ameryki, pragnąc nawiązać kontakty i odtworzyć utracone poczucie społecznej przynależności, Hannah zaangażowała się w działalność polityczną na rzecz syjonizmu. Arendt i Heidegger znaleźli się po przeciwnych stronach barykady i w zasadzie przez większość życia pozostali w stosunku do siebie w opozycji. Kiedy ona stawała się rozpoznawalną publicystką i działaczką, on wycofywał się z życia publicznego. Kiedy zdobywała rozgłos, Heidegger po długotrwałym, upokarzającym i oczyszczającym procesie zmuszony był torować sobie drogę w akademickim świecie od nowa, tym razem z dala od polityki.
Książka jest podwójną biografią. Autorka założyła, że życiorys Arendt, zwłaszcza historia krystalizowania się jej poglądów, nie byłaby pełna bez uwzględnienia wpływu jej mistrza. Grunenberg wplata w wątki biograficzne historię intelektualnego dorobku myślicielki wraz z komentarzem, który pozwala zrozumieć jej idee w historycznym kontekście, z uwzględnieniem filozoficznego ducha epoki. Książka przede wszystkim jest hołdem złożonym niepospolitej kobiecie. Poznajemy traumatyczne przeżycia i stan emocjonalnego napięcia, które stale jej towarzyszyły. Nawet u progu sławy, gdy ukazały się jej najważniejsze dzieła, okazało się, że odbiorcy nie są gotowi do przyjęcia i zaakceptowania jej myśli. Spotkało ją skrajne niezrozumienie, szykany i zajadła krytyka. Nigdy nie mogła pogodzić się z zerwanymi z powodu jej poglądów przyjaźniami. Tym bardziej wyjątkowego znaczenia nabrała dla niej odnowiona korespondencja i przyjaźń z Heideggerem. Książka Antonii Grunenberg pozwala w pełni zrozumieć dwoisty dramat Arendt, jako kobiety i myślicielki.

Recenzja opublikowana w FA nr 3/2014, na stronie: http://forumakademickie.pl/recenzje/na-przeciwnych-sloncach/


                                                                                                     

czwartek, 27 marca 2014

"Surowe", Esther García Llovet




FRAGMENTY UKŁADANKI
Niedawno ukazała się zapowiedź książki „Surowe” („Las crudas”) Ester Garcii Llovet, którą w Hiszpanii okrzyknięto wschodzącą gwiazdą prozy. Sięgnęłam po tę pozycję zaintrygowana pochwałami krytyków, którzy twierdzą, że autorka umiejętnie wykorzystuje doświadczenia zdobyte podczas studiowania dosyć rozbieżnych kierunków i zgrabnie łączy w swej prozie elementy psychologii klinicznej i reżyserii filmowej. Zainteresowała mnie także obietnica ukazania niestereotypowego obrazu Hiszpanii i świeże spojrzenie na relacje damsko-męskie. Czy książka spełnia oczekiwania?
Ze względu na rozmiary pozycję nazwałabym bardziej nowelą niż powieścią. To, co uderza od razu, to charakter prozy, gdyż rzeczywiście zgodnie z obietnicami książkę odbiera się w sposób „filmowy”. Relacje damsko-męskie są istotne, ale główne przesłanie utworu widziałabym raczej w wątku przemiany głównego bohatera – oldboya i imprezowicza, wiecznego chłopca, który na skutek splotu wydarzeń i przeżyć dowiaduje się prawdy o sobie i zmienia podejście do życia.
Utwór kojarzy się z filmem dzięki reżimowi, jakiemu poddała autorka fragmenty opisowe. Książka ogranicza się do dialogów oraz do prezentacji scen absolutnie koniecznych. Nie ma tu zbędnych słów, interpretacji, nie poznamy stosunku autorki do bohaterów ani ich przemyśleń. Budowa utworu jest klamrowa, rozpoczyna się sceną stypy i kończy w identycznej scenerii, bliźniaczą uroczystością pożegnalną. Wszystko, co wydarza się między tymi scenami, to migawki z życia Romo Esmiza, pokazane w sposób lapidarny i pozbawiony komentarza. Z tych strzępów czytelnik musi sam ułożyć obraz bohatera i domyślić się o co właściwie w tej kabale chodzi. Romo to rozwodnik, zblazowany imprezowicz i typ macho, właściciel restauracji zatrudniający kelnerki w sposób nie do końca legalny i nie przywiązujący się do kobiet. Ponieważ z zasady unika płacenia poważnych zobowiązań, naraził się paru osobom i zmuszony jest zachowywać stałą czujność. Wyraźnie jednak odczuwa dreszczyk ekscytacji, czując, że ktoś go śledzi.
W momencie, gdy poznajemy Esmiza, zaczyna w nim dokonywać się proces przemiany. Dostrzegł, że ludzie, którzy go otaczają, zmagają się z bolesnymi osobistymi stratami i że jego w jakiś sposób też to dotyka. Współczuje przyjacielowi, Włochowi, który pochował żonę. Obserwuje dramatyczne przeżycia rodziny, z której uprowadzono córeczkę. Poznaje tragedię życiową ulubionego spikera radiowego. W końcu na jego drodze staje kobieta, nielegalna emigrantka z ogarniętego wojną Salwadoru, zmagająca się z chorobą dziecka… Wydarzenia, których jesteśmy świadkami, powodują, że zaczyna się rozpadać świat Esmiza, zmienia się jego wyobrażenie o sobie. Nie wszystko potoczyło się bowiem tak, jakby tego sobie życzył. Życie to nie tylko radosna fiesta... Esmiz jest świadomy, że przygoda z unikaniem zobowiązań może się źle skończyć, ale niespodziewanie publicznie zostaje sponiewierany i upokorzony przez kobietę. Z kolei Perica, kobieta, którą pokochał, ignoruje go. Sprawa z teściową uprzytomniła mu, że swoją zabawę, quasi gangsterkę, uprawia z nudów albo by we własnych oczach utrzymać swój wizerunek macho. Przekonuje się, że obraz, jaki sobie stworzył, to tylko fasada, za którą rozpościera się pustka…
Oryginalność „Surowych” polega na tym, że czytelnik otrzymuje tylko zarys, szkic historii, którą musi sam zinterpretować. Wprawdzie porównałam wcześniej sposób prowadzenia fabuły do filmu, ale przecież klimat filmu tworzą nie same tylko obrazy. Sceny mogą być ascetyczne, ale nastrój uzupełnia muzyka, ustawienia kamery, światło, gra aktorów, ich gesty, wreszcie – mimika ich twarzy. W książce jesteśmy tego wszystkiego pozbawieni, otrzymujemy „surowy” materiał, cała układanka może (a nawet musi) powstać w wyobraźni czytelnika.

Książkę nazwałabym eksperymentem. Nie językowym, bo pod tym względem autorka prezentuje perfekcyjny warsztat. Raczej fabularnym. Charakteryzuje go lapidarność opisów, które nie zdradzają emocji, myśli ani uczuć bohaterów. Esther Garcia Llovet egzaminuje czytelnika. A ponieważ takie eksperymenty są ryzykowne, autorka albo od razu zaskarbi sobie przychylność odbiorcy, albo okaże się, że on i pisarka krążą po zupełnie obcych orbitach…

sobota, 22 marca 2014

"Dom nad jeziorem smutku", Marilynne Robinson



PAMIĘĆ WODY
Dobrze, gdy książka spełnia związane z nią oczekiwania. Jeszcze lepiej, gdy je przerasta. Nie ma chyba jednak większej przyjemności, gdy sięgając się po książkę niepozorną, po której nie spodziewamy się zbyt wiele, a ściślej mówiąc oczekujemy tylko niezobowiązującej przygody, nagle odkrywamy, że za jej sprawą oglądamy gwiazdy, wspinamy się na Everest przyjemności i odkrywamy nową (dosłownie) Amerykę prozy…
Właśnie wracam z takiej wyprawy. Przeczytałam powieść „Dom nad jeziorem smutku”. Ugrzęzłam w niej na kilka dni… Gdybym miała wskazać, jaka lektura dostarczyła mi podobny zestaw wrażeń, to wybrałabym „Boga rzeczy małych” Arundhati Roy. Podkreślam: chodziło o wrażenia, bo to książka o zupełnie innej tematyce. Spodziewałam się spokojnej lektury, a okazało się, że usiadłam na beczce prochu…
Akcja książki rozgrywa się w Fingeborne, niewielkiej miejscowości położonej na tle malowniczych gór i wzgórz stanu Idaho, nad rozległym jeziorem, które przecina most kolejowy. Czytelnik od razu zanurza się w specyficznym klimacie małych, sennych miejscowości, gdzie czas płynie nieśpiesznie i leniwie. Od czasu do czasu zdarzają się klęski żywiołowe i ludzkie dramaty – pożary, powodzie, wypadki, samobójstwa... Mieszkańcy przywykli do nich i podskórnie je nawet przeczuwają.
Narratorką jest Ruth, jedna z osieroconych sióstr, które wychowują się w domu na wzgórzu, nieco na uboczu, z dala od ludzi. Na długo przed przyjściem dziewczynek na świat w Fingeborne miała miejsce katastrofa kolejowa. Rozpędzony pociąg runął z mostu wprost w otchłań jeziora. Nigdy nie wydobyto wraku ani ciał ludzi, którzy zginęli. Rozległe jezioro, dominujące w krajobrazie, nie pozwala uwolnić się od wspomnień. Okolica oswoiła się z legendą lokalnego „Titanica”…
Jedną z ofiar katastrofy był dziadek Ruth i Lucille. Osierocił trzy córki: Helen, Molly i Sylvie. Ich matka nie rozmawiała z dziećmi na temat żałoby. Starała się wychować córki najlepiej jak potrafiła. Ponieważ była osobą apodyktyczną, starała się postępować tak, by nie przytłoczyć swych dzieci. Nigdy jednak też nie dała im specjalnie odczuć, że je kocha. W rezultacie wszystkie ją opuściły.
Molly poczuła powołanie i wyjechała na misję, książka więcej o niej nie wspomina. Helen i Sylvie uciekły do miasta, wyszły za mąż bez zgody matki, ale życie rodzinne im się nigdy nie ułożyło. Pewnego dnia Helen przywiozła swoje córeczki – Ruth i Lucille, zostawiła je na ganku domu swej matki, nakazała im czekać i odjechała, by rozpędzonym samochodem rzucić się w przepaść…
Babcia zajęła się dziewczynkami troskliwie, przelewając na nie uczucia, których nie potrafiła wcześniej okazać córkom. Była w podeszłym wieku, więc wkrótce niestety też je opuściła. Dzieci trafiły pod opiekę szwagierek babci – ekscentrycznych ciotek, które ulotniły się jak kamfora, gdy tylko udało im się sprowadzić do domu zaginioną córkę babci – Sylvie.
Odbudowa rodzinnego ogniska z Sylvie od początku nie rokowała dobrze i dziewczynki zdawały sobie z tego sprawę. Kobieta była wrażliwa i miła, miała w sobie coś fascynującego, była jednak społecznie nieprzystosowana i wyobcowana. Została z dziewczynkami rozumiejąc swój obowiązek, ale nigdy nie dawała nadziei na stabilizację, nawet nie próbowała wcielić się w rolę gospodyni domu. Nie rozstawała się ze swoim płaszczem, jakby chciała zaznaczyć, że wpadła tylko na chwilę. Wiecznie gdzieś znikała, niepokoiła opowiadaniem historii związanych z dworcami autobusowymi i kolejowymi. Bywała zamyślona lub nieobecna. Pociągi wywoływały w niej niezdrową fascynację. Dziewczynki, które zdążyły się już przyzwyczaić, że stale je ktoś opuszcza, odbierając niepokojące sygnały, zmuszone były nie spuszczać ciotki z oka.
Siostry Ruth i Lucille były nierozłączne, często stanowiąc dla siebie jedyną ostoję i oparcie. Jednak w pewnym momencie ich drogi się rozeszły. Płomiennowłosa i pełna temperamentu Lucille zaczęła dostrzegać, że ich życie różni się diametralnie od życia innych mieszkańców miasteczka i postanowiła przystosować siebie i siostrę do zachowania, jakiego wobec nich oczekiwano. W końcu nie wytrzymała, wyprowadziła się z domu i zerwała kontakty z siostrą i ciotką. Od tej pory Ruth i Sylvie stały się nierozłączne, dziewczyna zaczęła oglądać świat oczami swej ciotki.
Ruth i Lucille to dzieci skazane na porzucenie. Nigdy nie miały stabilnej rodzinnej sytuacji, co sprawiło, że musiały nauczyć się nie przywiązywać do niczego i nikogo. Zostały opuszczone przez rodziców, kolejne ciotki i babcię. Każda z sióstr uporała się z tym problemem na własny sposób. Podczas gdy Lucille w pewnym momencie postanowiła odciąć się od przeszłości i zacząć żyć jak inni, jej siostra pozostała w zawieszeniu. Ruth w jakimś sensie duchowo pozostała na zawsze na ganku, na którym porzuciła ją matka.
Dominującym motywem książki jest samotność, która doskwiera wszystkim bohaterkom. Powieść podkreśla kruchość relacji międzyludzkich i pokazuje jak ciężko kobiecie przystosować się, zająć miejsce wyznaczone jej tradycyjnie przez społeczeństwo, jeśli sama nigdy nie doznała miłości i poczucia stabilizacji.
Urzekła mnie ta poetycka powieść, jej niespieszna i liryczna narracja pełna biblijnych odniesień (zwłaszcza nawiązanie do Księgi Rut) i styl, który co rusz wymaga cofania się o całe ustępy i akapity. Książki nie czyta się więc, tylko brodzi w niej po kolana... Przeznaczona jest dla czytelników, którzy nie lubią prostych historii. Jest tajemnicza, wypełniona światłem i licznymi jego odblaskami. Śledząc akcję, czytelnik ogląda rozmazane smugi światła pociągów odbitych nocą w tafli jeziora, skrzące się w gałęziach drzew kryształki lodu, koronę przewróconego drzewa odbitego w lustrze wody, ciepły poblask okien majaczącego w oddali miasteczka, gdy nocą dziewczynki wracają ze ślizgawki… Życie mieszkańców miasteczka związane jest z jeziorem, więc autorka nieustannie krąży wokół motywu wody. Powódź, potop, Noe i jego arka, wrak pociągu na dnie jeziora, lód zasklepiający się nad nim… Woda raz jest elementem nastrojowego pejzażu, innym razem symbolem kary, ale i zbawienia. To pełni funkcję oczyszczającą, to znów jest symbolem śmierci. W Fingeborne, miejscowości, która zachowała jeszcze swój pierwotny charakter, jezioro jest metaforą nieujarzmionej przyrody, która włada człowiekiem i wpływa na jego sposób myślenia…

Poszukując informacji na temat pisarki, odkryłam, że ta niepozorna książka zdążyła zrobić całkiem spore zamieszanie w literackim światku. Marilynne Robinson to amerykańska pisarka, eseistka i wykładowca uniwersytecki. „Dom nad jeziorem smutku” (w oryginale „Housekeeping”) jest jej debiutem, który jednak miał miejsce już w 1980 roku. Od tego czasu książka została sfilmowana i okrzyknięta w Ameryce jedną z najważniejszych stu powieści współczesnych. Była nominowana do nagrody Pulitzera, zdobyła Nagrodę Fundacji Hemingwaya (Hemingway Foundation/ PEN Award). Wygląda na to, że autorka nie pisze często, ale to, co wydaje, odbija się szerokim echem. Ćwierć wieku po debiucie, w 2005 roku, wydała swoją drugą książkę „Gilead”, która zdobyła nagrodę Pulitzera. Robinson trzyma poziom.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:




Autor: Marilynne Robinson
Tytuł: Dom nad jeziorem smutku
Wydawnictwo: M
Ilość stron: 212
ISBN: 978-83-7595-712-9


piątek, 21 marca 2014

MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ POEZJI - dwa tomiki wierszy Anny Strzelec

Ten post miałam napisać dopiero jutro, ale skoro spojrzałam w kalendarz i zobaczyłam jaki dziś mamy dzień, nie mogłam sprawy odwlekać. Przede wszystkim dziękuję pisarce, a dzisiaj przede wszystkim: poetce Annie Strzelec za niespodziankę, którą mi sprawiła – za uroczy tomik z wierszami. Teraz jestem posiadaczką dwóch tomików wierszy pani Anny, wydanych przez wydawnictwo Miniatura. Co ciekawe, obydwa zawierają wiersze o miłości, ale zarazem utrzymane są w zupełnie innych barwach, w innym nastroju i w innej tonacji…



Pierwszy tomik: „Gdziekolwiek jesteś…Dialogi liryczne”, to utwory Anny Strzelec i korespondujące z nimi wiersze Andrzeja I. Sawko. Rozmowa zakochanych. Przedmowę do zbiorku napisała dr Lucyna Smykowska-Karaś. Tomik przypomina kameralny koncert na dwa głosy, a ożywiony (rozpalony) został barwnymi i wyrazistymi obrazami Vincenta Van Gogha.




Drugi tomik: „Jeszcze raz w podróż…” to wybór bardzo osobistych wierszy, w których jest o wiele więcej melancholii i tęsknoty… Dodane zdjęcia wykonane przez Paulę Kubiak oraz subtelna, niemal chłodna barwa grafiki i okładki – dały zupełnie odmienny efekt…




Wiersz, który mi się najbardziej podobał z najnowszego tomiku...


Zjawiłeś się...
w moim życiu
rzeczownik
jeszcze nie wiem jaki ma smak
fascynacja...
ciekawość
komu się to spodoba
wersy, podmiot liryczny...
to tylko wiersz
gdy spadają nieodkryte dotąd
nienazwane gwiazdy...
nie potrafię współzawodniczyć
z doskonałością...
stworzenia świata
*
Nad ranem rodzą się wiersze
niczym jaskółki wiją gniazda z moich słów
już tylko zachwyt
nie zapalaj światła
nie płosz ich
proszę...

- Anna Strzelec, Jeszcze raz w podróży...




Haniu, dziękuję:)

czwartek, 20 marca 2014

SPOTKANIE AUTORSKIE Z MARIUSZEM URBANKIEM



19 marca br. w Salonie Literackim Michała Jagiełły (pisarza, poety, eseisty,taternika i alpinisty) w Bibliotece Śląskiej w Katowicach gościł Mariusz Urbanek, autor popularnych i cenionych biografii („Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie”, „Zły Tyrmand”, „Kisiel”, „Waldorf”, „Broniewski. Miłość, wódka, polityka”, „Brzechwa. Nie dla dzieci”, „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”)



Autor w sympatyczny i ciepły sposób opowiadał o początkach swojej twórczości, o pracy magisterskiej, która stała się jego debiutem i przetarła szlak pisarski;  o fascynacji postaciami, które stały się bohaterami jego biografii; o pracy w archiwach i interesujących rozmowach z osobami, które osobiście zetknęły się z jego bohaterami. Pojawił się wątek czarnej legendy, która towarzyszyła Bolesławowi Wieniawie-Długoszowskiemu, pisarz wspomniał o wywiadzie z Barbarą Hoff, drugą żoną Tyrmanda, który opublikowany został dopiero we wznowieniu książki; słuchacze dowiedzieli się jak wspomina Tyrmanda  tajemnicza Bogna, dziewczyna, którą pisarz wprowadzał w świat bohemy; na czym polegała nadgorliwość żony Władysława Broniewskiego i dlaczego utrudniła życie biografom swojego męża… Wreszcie zapytany o plany – pisarz zdradził, że myśli o napisaniu biografii Gałczyńskiego. Nie wiem jak Wy, ale mimo, iż podobna pozycja ukazała się w Znaku, to w tym wypadku uważam, że od nadmiaru głowa nie boli. Z niecierpliwością będę czekać na Gałczyńskiego rozpracowanego przez Mariusza Urbanka…


                

NA SOFIE SZARLATANA - 005 - Z fałszywą kennkartą



W dzisiejszym odcinku historia jak z filmu - czyli fałszywa kennkarta wydana przez Armię Krajową... - na sofie gościnnie: Paweł Szydłowski.









wtorek, 18 marca 2014

"Pierwsza miłość", Sándor Márai - fragm.



„Rzadko tamtędy chodzę, tylko wtedy, gdy jest to absolutnie konieczne. Wolę włóczyć się po okolicach, gdzie przedtem bywałem rzadko. Dzisiejszego popołudnia poszedłem na dworzec kolejowy, usiadłem na ławce i przeczekałem dwa pociągi. Czekało wielu podróżnych, wiele kobiet z bliskimi osobami. Zajmujące, zaskakujące sceny powitań i pożegnań. Pociąg do Budapesztu stał tylko dwie minuty. W wagonie restauracyjnym wiedziałem jakiegoś siwowłosego pana przy stoliku z czerwoną lampą, który czytał francuską gazetę. Świat wydaje się nadzwyczaj duży. Z pewnością jest milion spraw, przy których moje kłopoty, wszystko, co mnie do tyczy i dotyka, jest śmieszne i bez znaczenia. Są takie miasta: Antwerpia, Florencja, Buenos Aires, o których ja nic nie wiem. Są na świecie ludzie nieszczęśliwi i szczęśliwi, przy których to wszystko, co może mi się zdarzyć, jakieś najokropniejsze i najradośniejsze wydarzenie, to tylko tyle, co śmierć muchy, gdy jesienią odpadnie od okna. Nic. Nie jestem nikim ważnym. Mimo to, dlaczego to, co się ze mną dzieje, wydaje mi się takie gigantyczne? Gigantycznie niesprawiedliwe, gigantycznie nieszczęśliwe i gigantycznie radosne? Dziwię się jakim sposobem tak olbrzymie uczucie może zmieścić się w moim życiu? Jestem pewien, że to uczucie ma jakąś taką moc, że mógłbym poruszyć, oświetlić i ogrzać cały świat. Dzisiaj czuję, że nie jestem niczym innym, jak tylko przewodem, i że ta gigantyczna moc, ten straszliwy prąd, który porusza świat, oświetla go i ogrzewa, dotarł do mnie, przepłynął przeze mnie i ja, marny słaby przewód, nie wytrzymuję, nie jestem w stanie przekazać go dalej. Ale dla świata jest to tylko przeszkoda cienka jak włos. Prąd pędzi dalej. Nikt tego nie czuje.”

sobota, 15 marca 2014

Dwie Krystyny... (wytropione u pisarki...)


„Kiedy czas stał się inny niż projekcja marzeń…
Pisklęta coraz dalej… Bardziej obce miasta…
Kiedy autorytety jak lodowce gasną –                        
Wracaj do domu. Z garbem. Z bliznami na twarzy”…

Przytoczony fragment - to początek sonetu Krystyny Koneckiej „KOŁYSANKA DLA SIEBIE. BIAŁOWOJSZE. NAD DZISNĄ”. Z tym utworem zetknęłam się dzięki Krystynie Januszewskiej, która ciepło o nim wspomniała w wywiadzie: „W Empikach J wypada zazwyczaj tuż nad podłogą”. (Sonet dał mi sporo do myślenia, gdy przygotowywałam się do wywiadu z panią Januszewską). Jeszcze piękniej o twórczości Krystyny Koneckiej pisarka wyraziła się w swoim felietonie: „A lipy w pełnej krasie”. [Warto przeczytać! TUTAJ]

Krystynę Januszewską już znacie. Niedawno opublikowałam wywiad, w którym wzruszająco i z wielką szczerością pisarka zechciała opowiedzieć o swojej twórczości i życiu. [TUTAJ]

Obie panie – poetka i pisarka – dobrze się znają i przyjaźnią. Mam nieodparte wrażenie, że to, czym się dziś zajmuje Krystyna Januszewska, o czym pisze,  jest w pewnym sensie odpowiedzią na piękny sonet Krystyny Koneckiej…






1 kwietnia w Poznaniu,  w  Klubie Literackim „Dąbrówka” odbędzie się niezwykłe spotkanie autorskie, na którym będzie można spotkać obie panie. Krystyna Konecka zaprezentuje sonety „Ogrody Szekspira” oraz „Szklana kula”, a pisarka i malarka Krystyna Januszewska przeczyta fragmenty prozy oraz przedstawi swoją twórczość plastyczną.



Mogę tylko żałować, że mieszkam daleko od Poznania… 

czwartek, 13 marca 2014

"Rosja, nasza miłość", W. R. Śliwowscy



Prywatna Rosja
Wiktoria Śliwowska to polska historyczka, badaczka historii Rosji i losu Polaków zesłanych na Syberię; autorka m.in. monografii życia i twórczości Aleksandra Hercena, rosyjskiego pisarza i myśliciela, który narażając się na szykany poparł Polaków podczas Powstania Styczniowego. René Śliwowski jest historykiem literatury rosyjskiej, wykładowcą, tłumaczem i krytykiem, znawcą Czechowa i Płatonowa. Małżeństwo opublikowało wiele książek (niektóre wspólnie), artykułów i prac naukowych, od lat zaangażowane jest w propagowanie kultury rosyjskiej. W roku 2008 wydali wspomnienia, autorski dwugłos będący biografią, a także świadectwem ich wspólnej pracy i pasji.
René Śliwowski urodził się we Francji, wychował się nad Loarą, mieszkał wraz z rodziną w wielu robotniczych osiedlach i wrócił do kraju po wojnie, w ramach repatriacji. Wiktoria podczas okupacji mieszkała w getcie, a kiedy zamordowano jej matkę, udało się ją wydostać i ukryć u polskiej rodziny. W czasie Powstania Warszawskiego mieszkała w kamienicy, która znalazła się bezpośrednio w centrum walki. Doświadczenia, które wynieśli z dzieciństwa, są zupełnie się odmienne, jednak od momentu spotkania na studiach ich losy podążają już wspólnym torem.
Do Leningradu wyjechali w 1949 roku, na zaproszenie rządu sowieckiego, który obiecywał młodym ludziom wykształcenie i stypendium. Zetknięcie się z Krajem Rad początkowo mocno ich rozczarowało. Dziś wspominają, że Rosja zaprosiła ich w gościnę, ale nie od razu otwarła przed nimi swoją duszę… Przeżyli szok cywilizacyjny i mentalny. Musieli dostosować się do surrealistycznych warunków życia, w których wszechobecna partia panowała nad każdym, najmniejszym krokiem studenta i chciała znać każdą jego myśl. Spodziewali się poznać najlepsze dzieła literatury rosyjskiej, a otrzymali mocno okrojony program, spreparowaną historię oraz cały repertuar przedmiotów ideologicznych. Niełatwo było zaprzyjaźnić się z radzieckimi studentami, którzy dostali dokładne instrukcje jak traktować przybyszów z Polski, a wokół aktywnie działała sieć donosicieli, szpiegów i podżegaczy. Patria czuwała nad przyjaźniami, spędzaniem czasu wolnego i wyznaczała osoby, z którymi należało się uczyć. Oprócz normalnych zajęć, studenci musieli regularnie uczestniczyć w dyskusjach na temat „moralności socjalistycznej” oraz zdawać egzaminy ze znajomości sowieckiej prasy. Śliwowscy drobiazgowo opisują czas spędzony w Leningradzie i pod tym względem ich książka jest dokumentem i kroniką ukazującą realia studiowania w Związku Radzieckim w czasach stalinowskich i w okresie zimnej wojny.
Po powrocie z Leningradu oboje podjęli naukę na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie z czasem René znalazł zatrudnienie jako wykładowca. Wiktoria związała się z Insytutem Historii PAN, a w książce wspomina o swoich współpracownikach, zwłaszcza o mistrzach i przewodnikach duchowych, a także zamieszcza refleksje na temat atmosfery, jaka w instytucie zawsze jej towarzyszyła.
Na studiach w Warszawie, jako absolwenci Instytutu Pedagogicznego w Leningradzie, stali się oboje doskonałymi kandydatami do pilotowania zagranicznych delegacji. Do ich obowiązków należało podejmowanie i opieka nad gośćmi przyjeżdżającymi zza wschodniej granicy. Sami także zaczęli coraz częściej wyjeżdżać do Rosji, biorąc udział w stażach i konferencjach. W ten sposób poznali wielu Rosjan, z wieloma serdecznie się zaprzyjaźnili. Wkrótce nie musieli korzystać z zakwaterowania w hotelach, zawsze czekało na nich prywatne zaproszenie. Od tej pory przestała im doskwierać oficjalna rzeczywistość. Poznali życie Rosjan od prywatnej strony. Mogli prowadzić niekontrolowane rozmowy, podczas których ich nowi przyjaciele chętniej się otwierali. Nawet zwiedzanie miast odbywało się od tej pory zupełnie inaczej. Ulice, zaułki i domy odkrywane z przyjaciółmi ukazały zupełnie inne oblicze. Poznali miejsca związane z historią i literaturą, z ciekawymi ludźmi; stopniowo zaczęła otwierać się przed nimi Rosja Bułhakowa, Czechowa i Dostojewskiego…
Książka Wiktorii i Renégo Śliwowskich poświęcona jest jednak przede wszystkim ludziom, gdyż dla nich Rosja – to Rosjanie. Zetknęli się z wieloma przedstawicielami rosyjskiej inteligencji. We wspomnieniach wymieniają osoby dobrze znane Polakom (np. Bułat Okudżawa), ale także nazwiska osób znanych mniej lub wcale, a które zasłużyły się dla kultury i historii naszego kraju. Władimir Djakow – historyk, dzięki któremu ujawnione zostały dokumenty dotyczące polskich zesłańców na Syberię i tereny dzisiejszego Kazachstanu. Natan Ejdelman – historyk i pierwszy sowiecki obywatel, który przyznał, że czuje się jako Rosjanin odpowiedzialny za katyńską zbrodnię. Stanisław Rossadin – historyk i pisarz, którego książki, pełne dumy z dokonań własnej kultury, zawierają sporo refleksji o konieczności przyznania się do popełnionych podłości. Julian Grigorjewicz Oksman – historyk, największy duchowy mistrz i guru małżeństwa Śliwowskich… To tylko kilka nazwisk z imponującej plejady wybitnych postaci pisarzy, działaczy społecznych i historyków. Są to najczęściej ludzie, którzy pomimo najróżniejszych szykan nigdy nie wstąpili do partii, łaknęli wolności i często płacili ogromną cenę za swoją niezależność. To właśnie im, ludziom niezłomnym, Śliwowscy poświęcają swoje wspomnienia i dedykują książkę. I pomimo iż w pewnym momencie ilość tych nazwisk może nieco przytłoczyć, to przede wszystkim rośnie szacunek dla autorów, którzy uczą patrzeć na wschodnich sąsiadów bez uprzedzeń, za to z empatią.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:





środa, 12 marca 2014

"Surowe", Esther Garcia Llovet - zapowiadana nowość






W lipcu zeszłego roku ukazała się książka hiszpańskiej pisarki Esther Garcii Llovet pt.„Surowe”. Sprzedaż książki była ograniczona tylko do kilku księgarni. Teraz planowana jest ogólnopolska premiera. Jest to dobra wiadomość dla wielbicieli prozy tego typu, książkę napisała „wschodząca gwiazda” hiszpańskiej prozy, a ma nieść przesłanie, że Hiszpania  „to nie tylko radosna fiesta”.  Autorka dotąd nie jest znana na polskim rynku, pomimo iż jak dotąd wydała trzy powieści i opowiadania.

„Surowe” to współczesna powieść obyczajowa, która stanowi zapis dość szczególnych relacji między kobietą, a mężczyzną. „To historia nie tylko ścierających się, wręcz odpychających charakterów, to także niemal filmowe, ascetycznie naszkicowane obrazy pełne nieoczekiwanych zestawień”.

Bohaterem powieści jest Esmiz -  „mający wyraźną słabość do kelnerek rozwodnik i oldboy, który prowadzi swą restaurację w sposób niekoniecznie legalny, obchodzący się z ludźmi niekoniecznie szlachetnie… oraz Perika, kobieta która budzi w nim nie tylko zmysłowy pociąg, ale też chorobliwe, nieznane mu dotąd emocje.”

Atutem książki jest konstrukcja psychologiczna bohaterów. Esmiz, Perika, jej syn, przyjaciel… Wszyscy mają na sumieniu przeróżne grzeszki. Obdarzeni są słabościami i wadami, a ich postępowanie budzi czasem niechęć. Ale nie pozostawia też obojętnym. Dlatego „Surowe” niepokoją, kuszą i zwodzą, „jak przystało na książkę, która po przeczytaniu nadal budzi zaintrygowanie i refleksje”.

***

Esther Garcia Llovet – urodziła się w 1963 roku w Maladze. Jest autorką opowiadań, wydała powieści: „Submaquina”, „Coda” i „Las crudas” („Surowe”). Ukończyła psychologię kliniczną oraz reżyserię filmową, a krytycy uważają, że wpływów tych dwóch dziedzin można łatwo doszukać się w tematach i sposobach obrazowania obecnych w jej twórczości.

, nieznane mu dotąd emocje.
, nieznane mu dotąd emocje.

poniedziałek, 10 marca 2014

Kilka refleksji o "Studni" Grzegorza Filipa ( z cyklu: "wytropione u pisarza...")


Pamiętacie zapewne książkę, o której pisałam [recenzja TUTAJ]. Jeśli zaciekawił Was autor  (a przypuszczam, że tak było) - to podpowiem, że warto zaglądnąć na jego autorski blog:



                                                      grzegorz filip.blog literacki


Podlinkowałam post, który składa się z refleksji na temat "Studni" - znalezionych przez autora na różnych blogach. Na jego blogu autorskim można przeczytać oczywiście o wiele więcej informacji na temat samej książki; są relacje ze spotkań autorskich,  wywiady, zdjęcia oraz recenzje.  





Warto zajrzeć!


niedziela, 9 marca 2014

Wytropione u pisarki: KONKURS!





Jest mamą, jest lekarką i zdolną pisarką…

Jest neurologiem, pracuje z dziećmi, a swoją wiedzę zawodową potrafi przekazać w książkach. Pisze mądre książki dla dzieci, poruszające ważne problemy… Ukryte są w nich nie tylko wskazówki dla dzieci, ale także, a może zwłaszcza - dla dorosłych… Pierwsza część została wprowadzona do jednego ze szkolnych podręczników, stała się oficjalną lekturą dla dzieci w klasie piątej. Kiedy autorka pisała „Julkę i Maję w labiryncie” [recenzja TUTAJ] z pewnością nie wyobrażała sobie, że powstanie cała seria tych książeczek.

Właśnie ukazała się kolejna (już czwarta) część tej sympatycznej i mądrej serii. Wydawca pisze: „Julek, Maja i ich nowi przyjaciele szukają agenta zaginionego w grze. Czas się ugina, do gry wkraczają realni ludzie, nie ich awatary, sprzymierzeńcy nagle okazują się zdrajcami. Sytuację ratuje poczucie humoru Julka i spryt Mai.”

Książka ukazała się nakładem Wydawnictwa Akapit Press, ale co ciekawe – autorka na swoim blogu ogłosiła konkurs, w którym można wygrać tę książeczkę. Warto spróbować! Trzeba się jednak pospieszyć, konkurs trwa tylko do 11 marca

Gorąco polecam całą serię książeczek o Julku i Mai.  
      




czwartek, 6 marca 2014

"Stommowisko. O mojej rodzinie i o mnie", Ludwik Stomma




Rozmowa ze starym znajomym
Ludwika Stommy przedstawiać nie trzeba. To antorpolog kultury, etnolog, profesor uniwersytecki (wykładał w Polsce, obecnie na Sorbonie), publicysta i pisarz, autor książek historycznych i felietonów. Jego pióro jest lekkie, artykuły barwne i dowcipne, poczucie humoru cięte; język na poły niewyparzony, na poły zdradzający niepospolitą erudycję; poglądy niczym nieskrępowane (lewicowe i często niepopularne), opinie kontrowersyjne, wzbudzające entuzjazm bądź konsternację… Czyż można nie sięgnąć po jego autobiograficzną książkę, która prezentuje środowisko związane z tak znaną osobistością, ujęte w charakterystyczny „stommowski”, nieco ironiczny, nieco szelmowski, ale z pewnością niebanalny sposób?
„Stommowisko” to trochę kronika rodzinna, a po części luźny zbiór anegdot i historyjek związanych z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi autora. Pochodzi on z inteligenckiej rodziny, ojciec był specjalistą w zakresie prawa karnego, politykiem i posłem na Sejm PRL. Kiedy urodził się Ludwik, Stanisław Stomma był publicystą związanym z „Tygodnikiem Powszechnym”, w którym pisywali wówczas Turowicz, Kisielewski czy Gołubiew. Ponieważ w redakcji panowały bardzo serdeczne stosunki, a jej pracownicy często się spotykali, traktując się wzajemnie niemal jak członkowie rodziny. Pierwsza część książki stanowi charakterystykę tego środowiska, pełną soczystych historyjek i anegdot. Powinna ona zainteresować zwłaszcza wielbicieli legendarnego Kisiela. Książka prezentuje kilka mniej znanych faktów i smaczków z jego biografii.
Stomma opisuje także swoje dzieciństwo, lata szkolne i studenckie, fascynację futbolem, karierę zawodową, dzieje sercowych podbojów, wreszcie historię swoich dwóch małżeństw. Z jego wspomnień wyłaniają się realia siermiężnej PRL-owskiej rzeczywistości, ale także barwne wrażenia z emigracji, odkrywanie Francji, która okazała się tak fascynująca i gościnna, że nie wypuściła autora do dziś…
Kisiel, Turowicz, Herbert, Tyrmand, Holland, Olbrychski… – ta książka to kalejdoskop znanych nazwisk, ale przede wszystkim morze anegdot. Felietonistyka jest jednym z trudniejszych dziennikarskich gatunków, do których potrzebne jest lekkie pióro, charyzmatyczna osobowość i niebanalne poczucie humoru. Takim mistrzem był Kisielewski. Stomma zaś wychowany jest na jego pisarstwie. W przenośni i dosłownie. Z powodzeniem uprawia felieton już od lat, a charakterystyczną dlań finezję i stylistyczną swobodę przeniósł do swojej biografii. „Stommowisko” napisane jest z gawędziarskim zacięciem, a magnetyzm słów sprawia, że od lektury nie sposób się oderwać. Nie można autorowi odmówić osobistego wdzięku, będącego zaskakującą mieszanką łobuzerii i akademickiego autorytetu. Z pewnymi poglądami można się zgadzać bądź nie i w niczym nie umniejsza to przyjemności płynącej z lektury. Książka napisana jest w formie swobodnej narracji, autor nie przestrzega ściśle chronologii. Jego myśl dryfuje w dowolnych kierunkach, czasem z prądem, czasem – odbita rykoszetem – biegnie w nieprzewidywalną stronę… Każda dygresja rodzi kolejny łańcuch skojarzeń. Autor nie uderza w patetyczne tony ani nie dba przesadnie o polityczną poprawność.
Lektura tej książki jest jak rozmowa ze starym, dobrym znajomym, z którym nie zawsze musimy się zgadzać, czasem trzeba wręcz uderzyć pięścią w stół i głośno się posprzeczać, ale przecież i tak wiadomo, że długo bez niego nie wytrzymamy. Bo byłoby nudno. Przede wszystkim jednak książka jest biografią napisaną przez osobę dojrzałą, narracja ma w pewnym stopniu charakter rozliczeniowy. Stomma z prostotą i szczerością przyznaje się do błędów życiowych, wie, co w życiu dla niego ważne i co komu zawdzięcza. Książka stała się dla autora doskonałą okazją, by wyrazić wdzięczność. A jeśli się komuś należało, to także wetknąć szpilkę…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:


NA SOFIE SZARLATANA -004- Antykwaryczne pająki



A wieczorową porą budzą się pająki... czyli nowy odcinek szarlatańskiego serialu - dziś w nieco inny sposób. Na rozmowę słuchaczy o mocnych nerwach zaprasza autor cyklu: Stanisław Karolewski.


Serdecznie zapraszamy!






wtorek, 4 marca 2014

„CÓRKA CZAROWNIC”, Dorota Terakowska




DORASTANIE DO WOLNOŚCI

Była zdolną publicystką, która wracała z wyprawy dziennikarskiej z gotowym tekstem w głowie. Jej książki powstawały zupełnie inaczej. Dojrzewały długo, a pisarka wkładała w ich tworzenie całą siebie, swoje emocje, świadomość, a nawet podświadomość. Pisała od końca. „Nie wiem doprawdy, co mam jeszcze pisać. Gdyż zawsze i wszędzie są sprawy, rzeczy, zjawiska i istoty, które trzeba rozumieć – i takie, w które wystarczy wierzyć” – to zdanie stało się kluczem otwierającym drogę do napisania „Córki Czarownic”, jednej z najpiękniejszych baśni w literaturze polskiej.
Książka powstawała w latach 1985-88, wydana została w 1991 roku, a już w następnym zdobyła nagrodę polskiej sieci IBBY (międzynarodowej organizacji wspierającej literaturę dziecięcą), a także umieszczona została na Liście Honorowej Hansa Christiana Andersena. Dorota Terakowska nigdy nie hołdowała modnym nurtom literackim, uprawiała tradycyjną sztukę opowiadania. „Córka Czarownic”, która utrzymana jest w poetyce utworów fantasy, przemawia do psychiki dziecka swoją prostotą, a dorosłego czytelnika zachwyca dojrzałością przemyśleń. Jest klasyczną baśnią, której akcja rozgrywa się na dwóch planach. Przedstawia skomplikowany proces dojrzewania jednostki i zdobywania przez nią samoświadomości, z drugiej strony ukazuje historię wyzwalania się państwa spod jarzma niewoli i jego dorastanie do wolności.
Główną bohaterką jest Dziewczynka izolowana od ludzi i wychowywana z dala od ludzkich siedzib. Od zawsze towarzyszy jej samotność i poczucie zagrożenia. Jej opiekunką jest Czarownica, której zadaniem jest ochrona dziewczynki i przekazanie wiedzy z magicznej Księgi. Dziewczynka uczy się zaklęć, a jednocześnie poznaje kronikę pewnego Królestwa.
Kiedy przyswoi Księgę, zostaje przekazana następnej Czarownicy, gdzie czeka ją kolejny etap nauki. Uczy się mowy zwierząt i gwiazd, szacunku dla Matki Natury i próbuje rozszyfrować naturę człowieka. Jest stale w drodze, wymaga tego jej bezpieczeństwo oraz kolejne zmiany opiekunek. Podczas podróży ma okazję przekonać się jak wygląda życie w państwie, w którym mieszka. Szerzy się terror, ludzie żyją w strachu, pracując w ciężkich warunkach. Jedyne, co trzyma ich przy życiu, to tajemnicza Pieśń, która sławi wspaniałą przeszłość i wieszczy upadek wroga. To nie jest zwykła pieśń, lecz jedyny oręż i tarcza zniewolonych ludzi.
Królestwo, o którym Dziewczynka czyta w kronice, rozwijało się szczęśliwie i dostatnio pod rządami kolejnych królów Luilów. Każdy władca rządził lepiej i sprawiedliwiej od poprzednika, nie było miejsca piękniejszego i bogatszego. Mieszkańcy żyli w raju, nie znali przemocy, przestępstw ani niegodziwości. Każdy władca upamiętniał swoje panowanie wspaniałym przedsięwzięciem. Luil X zadbał, by medycyna osiągnęła wysoki poziom, Luil XI założył Akademię Nauk, Luil XIX uczynił z uczonych i twórców arystokrację. Kiedy Królestwo osiągnęło doskonałość, Luil XXIII postanowił podarować podwładnym wieczny pokój, zlikwidował stan rycerski i rozkazał zniszczyć wszelką broń.
Niedługo potem agresywny sąsiad najechał ziemie Królestwa i podbił go. Król i jego rodzina zostali zamordowani, a bezbronni mieszkańcy popadli w niewolę. Najeźdźcy wywodzący się z prymitywnego plemienia nie znali się na budowaniu, ich sposobem rządzenia były grabież, burzenie i niszczenie. Dumni mieszkańcy Królestwa musieli ugiąć kark i zakuci w kajdany zostali zmuszeni do pracy ponad siły. Ten stan trwa już wiele wieków, na szczęście przepowiednia obiecuje, że zbliża się kres niewoli.
W trakcie nauki Dziewczynka dowiaduje się, czym jest utopia. Przekonuje się, że kronika, którą poznaje, stanowi historię jej narodu. Zaczyna sobie zdawać sprawę z niebezpieczeństwa, jakie jej grozi i mgliście przeczuwa czekające ją zadanie. Budzi się w niej świadomość, że jest kimś wyjątkowym. Im bardziej zdaje sobie z tego sprawę, tym bardziej przepowiednia jest zagrożona, bowiem Czarownice nigdy nie nauczyły jej, że przywództwo jest misją i wiąże się z miłością do poddanych... Czy będzie można zapobiec katastrofie? Czy przepowiednia spełni się, jeśli wszystko się komplikuje? Czy Pieśń może się mylić? Czy Czarownice mają zapasowy plan?
„Córka Czarownic” jest utworem posiadającym walory zarówno literackie, jak i wychowawcze. Baśń stanowi metaforę dojrzewania i zdobywania samoświadomości. Fabuła ma charakter fantastyczny, ale emocje i przemyślenia dziecka są autentyczne i szczere. Podczas lektury dziecko odnajdzie z pewnością wiele odpowiedzi na nurtujące je pytania.
Pisząc książkę, Terakowska szeroko czerpała z motywów literackich. Sama także bez wątpienia stała się inspiracją dla innych twórców. W książce można odnaleźć analogie do „Małego Księcia” Antoine’a de Saint-Exupery’ego (egoistyczne słowa Róży odbijają się echem w wypowiedziach głównej bohaterki), pobrzmiewają motywy z książek C.S. Lewisa, Ursuli le Guin; baśń kończy się z prawdziwie tolkienowskim rozmachem. Natomiast specyficzny motyw nauki, przechodzenie kolejnych etapów, by przygotowywać się i zasłużyć na przejęcie władzy został wykorzystany na podobnej zasadzie przez Jarosława Grzędowicza w książce „Pan Lodowego Ogrodu”.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:



Recenzja opublikowana na stronie: http://www.obliczakultury.pl/literatura/86-mlodziezowe/4275-corka-czarownic-dorota-terakowska-recenzja