środa, 30 kwietnia 2014

"NIEMIECCY ARTYŚCI W KARKONOSZACH W LATACH 1880-1945" - Agata Rome-Dzida, recenzja


Artur Dressler "Malarz w plenerze", 1854

PANORAMA KARKONOSKA
Agata Rome-Dzida (historyk sztuki, doktor nauk humanistycznych, absolwentka Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu i stypendystka Herder Insitut w Marburgu) to związana z Dolnym Śląskiem animatorka kultury, która zajmuje się szeroko rozumianą promocją i popularyzacją tego regionu. Wraz z mężem zrewitalizowała zabytkowy pałac w Staniszowie, a następnie przekształciła go w hotel i w centrum artystyczne. Jest prezesem zarządu fundacji, której celem jest krzewienie kultury Dolnego Śląska i Karkonoszy, ochrona dziedzictwa regionu oraz promocja lokalnych artystów. Do dziedzictwa kulturowego w dużej mierze zalicza się dorobek przedwojennego niemieckiego środowiska artystycznego, który został częściowo przejęty i wchłonięty przez polską kulturę; z jego korzeni bezpośrednio wyrasta współczesna twórczość na terenie Karkonoszy. Autorka w sposób szczególny zainteresowała się tym tematem. Efektem jej badań naukowych jest książka „Niemieccy artyści w Karkonoszach w latach 1880-1945”.


Głównym założeniem tej pracy jest przypomnienie dorobku przedwojennych artystów, a jednocześnie rozprawienie się z mitami, które narosły wokół „kolonii artystycznej” w Szklarskiej Porębie. Autorka zadała sobie sporo trudu, by dotrzeć do archiwów różnych instytucji, galerii i prywatnych kolekcji, wyszukując obrazy często dziś zapomniane, odczytując je na nowo i wydobywając tkwiące w nich wartości. Zaprezentowała je w odpowiednim kontekście kulturowo-politycznym, opatrzyła komentarzem, rzucając na nie obiektywne światło, a przede wszystkim uwalniając je od negatywnych konotacji (zwłaszcza znaczeń, które zostały im nadane na potrzeby ideologii nazistowskiej).


Region Karkonoszy był miejscem wypoczynku pruskich rodów arystokratycznych, a także inspiracją dla artystów i literatów. Przybywali tu z różnych części Niemiec, niektórzy osiedlali się na stałe. Zostawili po sobie spuściznę w postaci pejzaży, grafik, rzeźb, dzieł muzycznych i literackich. Na początku XX wieku okolicom Szklarskiej Poręby zaczęto przypisywać rangę „kolonii artystycznej”. Termin został przyjęty z aplauzem przez samych artystów i był skwapliwie wykorzystany w strategii mającej na celu przyciągnięcie turystów w Karkonosze.


Pionierami życia artystycznego byli bracia Hauptmann ( jeden z nich, Gerhart, był laureatem literackiej Nagrody Nobla), którzy rozsławili region, przyciągnęli literatów, filozofów, ludzi kultury i finansjery. Niebanalną rolę w kształtowaniu znaczenia regionu i w tworzeniu jego mitu odegrał malarz Hermann Hendrich, który traktował sztukę jako posłannictwo, a jego celem stało się przywrócenie do życia legend z zamierzchłych czasów. Przełożył dramaty muzyczne Ryszarda Wagnera na język obrazów. Był pomysłodawcą i inicjatorem budowy sal wystawienniczych „Sagenhalle” (Hali Baśni) oraz „Parsifaltempel” (Świątynia Parsifala), w których prezentował płótna nawiązujące do legend o Duchu Gór i Parsifalu.


Najwybitniejszymi przedstawicielami śląskiego malarstwa pejzażowego byli Alfred Dressler i Carl Ernst Morgenstern. Dressler zainicjował wyprawy malarskie w plener. Jego autoportret „Malarz w plenerze” (na okładce książki) jest anegdotą, a zarazem komentarzem odnoszącym się do sytuacji malarzy skazanych na powszechne niezrozumienie. Najbardziej cenione są jego malowane szerokimi pociągnięciami pędzla pejzaże: „Widok na Dolinę Łomniczki pod Śnieżką i Karpacz” oraz „Krajobraz okolic Trzebnicy”. Malarz nie był związany z Karkonoszami na stałe, a widoki gór były tylko jednym z jego ulubionych motywów; fascynowały go w tym samym stopniu, co nadbałtyckie wydmy. Morgenstern z kolei związał się z regionem, podarował swój dom w Wilczej Porębie artystom i poświęcił motywom karkonoskim sporo uwagi. W jego dorobku znaleźć można obrazy pełne artyzmu i głębokiej myśli („Pejzaż Karkonoszy”, w którym odwrócił kolorystykę szczytów i płaskiej przestrzeni lub uproszczony i modernistyczny „Mały Staw w Karkonoszach”), ale także pejzaże pozbawione artystycznego wyrazu, które tworzył, by hołdować gustom turystów.


Erich Fuchs został uznany za głównego przedstawiciela Heimatkunst w Karkonoszach. Heimatkunst to dość złożony nurt w sztuce niemieckiej, którego przedstawiciele swoją twórczością wyrażali „miłość do swojej małej ojczyzny”, a artyści w Karkonoszach idealnie w ten nurt się wpisywali. Fuchs stworzył ponad 7 tysięcy prac (rysunki, obrazy olejne, akwarele, grafiki), w których odzwierciedlił wszelkie przejawy życia i kultury mieszkańców. Jego sztandarowym dziełem jest seria kompozycji „Lud śląski” oraz cykl „Tkacze śląscy” (zainspirowany głośnym dramatem Gerharta Hauptmana „Tkacze”). Fuchs to artysta, który związał się z regionem całym sercem i poświęcił mu swą twórczość bezgranicznie, stał się archiwistą i kronikarzem regionu. Mieszkał w Karkonoszach do 1945 roku, kiedy to został wysiedlony.

Karkonoscy artyści prezentowali malarstwo tradycyjne, niechętnie sięgali po nowinki, raczej można było zarzucić im zachowawczość. Artur Ressel był malarzem, którego uznawano za symbol śląskości i przedstawiciela mistycyzmu, ale jednocześnie nie wahał się wkraczać w nowe trendy w sztuce. Uważa się, że ma ogromne zasługi dla III Rzeszy. Zdaniem autorki – nie jest to do końca prawda. Rzeczywiście, namalował portret niemieckiego pilota, jednak tematami jego obrazów zwykle były rodzina, chłopi i mała ojczyzna; trudno uznać to za przejaw nazistowskiej propagandy.

Na uwagę zasługują nietypowe i niezwykłe okoliczności powstawania dzieł Otto Dixa. Swego czasu uchodził za bezpardonowego komentatora stosunków społecznych i politycznych, który piętnował w obrazach zło i okrucieństwo wojny. Naziści pozbawili go profesury w Akademii Sztuk Pięknych w Dreźnie, wyklęli jego sztukę i zniszczyli obrazy. Artysta przeniósł się nad Jezioro Bodeńskie, często bywał w Karkonoszach. Do dziś trwają spory, czy obrazy z tego okresu powstały w celu poprawienia wizerunku malarza w oczach nazistów, czy w celu potępienia tych ostatnich. Namalował 150 pejzaży, w tym 12 w Karkonoszach, ale zdaniem autorki nigdy nie uległ urokowi gór. Przeciwnie – uważał, że góry go ograniczają i czuł się w związku z własnym wygnaniem „skazany na pejzaż”, a w swoich obrazach zawarł alegorię własnego losu i samotności.

C.E. Morgenstern "Mały Staw w Karkonoszach" 

Dojście nazistów do władzy przyniosło daleko idące zmiany w postrzeganiu sztuki i roli, jaką miała odgrywać. Sztuka prowincjonalna, która skupiała się dotąd na wydobyciu specyfiki regionu, przestała mieć znaczenie albo została wprzęgnięta w ogólnokrajową propagandę, która miała dostarczyć świadectwo wyższości niemieckiego narodu nad innymi. Karkonoska sztuka idealnie wpasowała się w te cele. Dopatrywano się w niej wpływów niemieckiego malarstwa romantycznego, a karkonoscy artyści nagle zaczęli być postrzegani jako następcy Caspara Davida Fridricha. W latach trzydziestych zaczął kształtować się mit tego obszaru jako miejsca artystycznie wybranego. Paradoksalnie mit ten, zdaniem autorki, poprzeć można tylko jednym przykładem – motywami obrazów Otto Dixa, malarza wyklętego przez nazistów.

Książka w dużej mierze skupia się na malarstwie, ale omawia też w sposób wyczerpujący inne dziedziny twórczości. Autorka wymienia znakomitych grafików (m.in. Friedricha Augusta Tittela, twórcę „kanonu” motywów karkonoskich), omawia działalność i funkcjonowanie pracowni oraz szkół (Szkoła Snycerki w Cieplicach), sporo miejsca poświęca organizacjom, które wspierały artystów oraz sztukę regionu (Towarzystwo Karkonoskie). Prezentuje i omawia prace malarzy Stowarzyszenia Artystów św. Łukasza, którego nazwa zaczęła funkcjonować z czasem jako synonim „kolonii artystycznej”. Wyjaśnia nieporozumienie i udowadnia, że grupa (oprócz kilku wybitnych przedstawicieli) nie zasługuje na szczególne wyróżnienie, gdyż jej jedynym założeniem było odniesienie sukcesu komercyjnego, a obrazy nie wyróżniały się poziomem artystycznym.

„Niemieccy artyści w Karkonoszach w latach 1880-1945” to efekt szeroko zakrojonych i kompleksowych badań. Czytelnicy powinni docenić zarówno estetykę wydania (praca przypomina album malarstwa), a także rzetelność informacji, książka stanowi bowiem napisaną z rozmachem panoramę epoki. Jeżeli nie wyczerpuje tematu dotyczącego Heimatkunst, to otwiera pole do dyskusji. Autorce nie tylko udało się przedstawić dokonania artystów, uchwyciła także moment, w którym ich twórczość (często wbrew intencjom autorów) została wykorzystana przez propagandę i politykę nazistów. Obok sylwetek poszczególnych malarzy poznajemy historię i przesłanki powstania „kolonii artystycznych”. Sprawą decydującą o nadaniu grupie artystycznej tego typu rangi było wypracowanie wspólnej i niezależnej od innych ośrodków postawy światopoglądowej. Tej przesłanki w Szklarskiej Porębie nigdy nie udało się spełnić, zjawisko zatem nie mieści się jednoznacznie w ramach definicji „kolonii artystycznych”. Autorka jest świadoma, iż scheda po przedwojennych artystach stanowi dziś integralny i istotny czynnik tożsamości kulturowej regionu, oddaje więc im należny hołd, jednocześnie podkreślając, że przypisując im rangę „artystycznej kolonii”, należy zachować daleko idącą ostrożność.


***
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: Poligrafia Ad Rem. Serdecznie dziękuję:)



piątek, 25 kwietnia 2014

"Skojarzenia zapisane w brulionie", A. Lutosławska-Jaworska - fragm.




BIEGNIJ W STRONĘ KSIĘŻYCA

W 1942 roku w Gorlicach likwidowano getto. Wywożono Żydów. Na stacji dantejskie sceny, krzyki – wody! Wody! – słychać było na odległość. Podejść nie można było zbyt blisko, bo strażnicy strzelali do wszystkiego w pobliżu wagonów. Gdy tych udręczonych biedaków wywieźli (dokąd? – Auschwitz? Treblinka?), w mieście zapanował ponury spokój. Akurat wtedy byłam u wujostwa na czymś w rodzaju wakacji, a w każdym razie odmianie codzienności. U znajomych wujka Staszka, którzy mieli niewielki dwór spędziłam kilka dni, zbierając len i obżerając się chlebem z masłem i serem. Było pięknie. Pod koniec mojego pobytu w Gorlicach ciocia wysłała mnie po coś do znajomej w stronę miasta, której nie znałam. Chwilę zostałam u tej znajomej i zapytałam, jak mam wracać do domu: czy tak jak przyszłam – dosyć pokrętną drogą, czy też jest jakaś możliwość, aby dojść szybciej, bo niedługo godzina policyjna.Wytłumaczyli mi: - Prosto, w lewo, w prawo, prosto, w prawo… Niewiele mi to dało, tym bardziej, że jestem matołem topograficznym, ale zaczęłam dobrze i patrzyłam z ufnością w księżyc,bo on świecił na południowej stronie, czyli tam, gdzie miałam iść. Weszłam w zupełnie ciche uliczki, dosyć wąskie, coś mi się nie zgadzało z tym „prosto w lewo…”

Na ulicy rozdeptana zabawka – kaczuszka, patrzę wyżej – z okna zwisa zakrwawiona pierzyna – i czuję, jak mi cierpnie skóra na głowie – jestem w getcie. W pustym getcie. Pędzę bardzo głośno, bo mam drewniaki na stopach. Pędzę, ale w którą stronę? – Biegnij w stronę księżyca! Tam jest dom.


Nikt mnie nie zabił: ani Niemcy, ani szabrownik – a mogli. Kiedy dopadłam drzwi na drugim piętrze, nogi miałam jak z waty. Usiadłam. Zapukałam jak pies nisko, i gdy otworzyły się drzwi, krewni przez chwilę nie mogli zrozumieć kto puka, bo mnie nie było. Dosłownie i w przenośni.

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Skojarzenia zapisane w brulionie", Anna Lutosławska-Jaworska




BRULION PISANY EMOCJAMI
Anna Lutosławska-Jaworska to aktorka, reżyser teatralny, wykładowca akademicki oraz pisarka. Zadebiutowała rolą Urszuli w filmie „Ostatni etap” z 1947 roku, wystąpiła w epizodzie w „Czterech pancernych” (jako nauczycielka, która ugościła załogę Rudego w swoim domu), grywa w serialach („Lekarze”, „Barwy szczęścia”). Przede wszystkim jednak jest aktorką dramatyczną, specjalistką od skomplikowanych psychologicznie postaci, które nie stanowią jednolitej „bryły”, a ich złożona osobowość odsłania się stopniowo podczas całego spektaklu. Do jej ważniejszych kreacji, które zapisały się już w historii polskiego teatru, należą między innymi: Księżniczka Wiśniowiecka w „Śnie srebrnym Salomei” Słowackiego, Kasandra w „Orestei” Ajschylosa, Rozalinda w „Jak wam się podoba” Szekspira oraz Idalia w „Fantazym” Słowackiego.
„Skojarzenia” to niewielka książeczka, brulion – jak bezceremonialnie i z dystansem nazwała ją sama autorka. W zasadzie jest to nietypowa autobiografia. Jej poznawanie przypomina przeglądanie rodzinnego albumu w towarzystwie autorki, która prezentując fotografie, snuje swoją intymną historię. Książka różni się od innych biografii jak obraz impresjonistyczny od realistycznego. Autorka nie cyzeluje każdego szczegółu, lecz skupia się na wrażeniach, pisze swój brulion emocjami…
Jest córką malarki i aktora, zdolności artystyczne odziedziczyła w genach. Zapewne zawsze czuła, że aktorstwo jest jej przeznaczeniem, jednak debiut przerósł jej wyobrażenia. Nic nie przygotowało jej do traumatycznego przeżycia, gdy musiała założyć autentyczny strój, należący wcześniej do więźniarki, która nie przeżyła obozu… Wtedy przekonała się, że aktorstwo nie polega na „odgrywaniu”, lecz na „mierzeniu” się z rolą.
Autorka dzieli się swoimi refleksjami na temat aktorstwa i pracy w teatrze. Poznajemy kulisy zawodu, sprawy, które dostarczały jej najwięcej satysfakcji i wzruszeń, a także sylwetki kolegów aktorów, którzy zaopiekowali się nią jak młodszą siostrą, z którymi się przyjaźniła i z którymi dobrze się pracowało. Dowiadujemy się także o samodzielnych projektach aktorki, o jej monodramach, spektaklach przygotowywanych dla emigrantów i dla dzieci w domu dziecka. Jeden z rozdziałów stanowi swego rodzaju manifest artystyczny, bowiem autorka zdradza w nim tajniki swego kunsztu. Z kolei zakończenie nie zostało „napisane”, a raczej „wyreżyserowane”. Autorka oddaje głos krytykom, dzięki czemu czytelnik może ją niemal zobaczyć w krótkich migawkach – w blasku reflektorów, na scenie, w jej największym żywiole.
Jest osobą spełnioną w życiu zawodowym i prywatnym, mimo iż poznała smak rezygnacji i wyrzeczeń. Nie wahała się przerwać kariery lub zrezygnować z atrakcyjnych ofert pracy po to, by poświęcić więcej czasu rodzinie. Dziś te wspomnienia nie stanowią problemu ani nie są podszyte żalem. Dla niej każda podobna decyzja to tylko sztuka kompromisu i wyznaczania priorytetów. Skupia się na tym, co dobre i wartościowe. Tak samo pisała swoją książkę. Nie poświęciła uwagi ludziom, z którymi wiążą się przykre wspomnienia. Szkoda dla nich miejsca i refleksji. Wspomina Jana Pawła II (także pracę przy jego sztuce), słynną reżyser spektakli teatralnych i przyjaciółkę – Krystynę Skuszankę, Tadeusza Łomnickiego, Gabrielę Kownacką, pisarkę Marię Kuncewiczową, całą plejadę osób z grona rodziny i najbliższych przyjaciół. „Brulion” napisany został w swobodnym stylu, czasem myśl podąża za tematami lub przedmiotami (chciałoby się powiedzieć: rekwizytami), które pojawiają się w życiu autorki jak refren: pamiętne sylwestry, pamiętne odprawy paszportowe, walizki, pamiątki czy kwiaty wręczane przy różnych okazjach…
Każdy rozdzialik (szkic) tej książeczki jest szczególny i w każdym odnajdujemy cząstkę duszy artystki. Jedną z refleksji płynących z lektury jest myśl, że źródeł sukcesów pani Anny w tworzeniu kreacji scenicznych, w organizowaniu artystycznych przedsięwzięć czy w życiu prywatnym należy szukać w jej ciepłym stosunku do ludzi, wrażliwości i empatii. „Skojarzenia” to skarbnica wartości, które dziś nie są zbyt często promowane. Jest w niej coś szlachetnego i kojącego. Świat, z którym zmaga się Anna Lutosławska-Jaworska nie jest idealistyczny ani idylliczny, ale został przedstawiony w sposób tak ujmujący, że chciałoby się mieć zaszczyt do niego należeć.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:


                   

piątek, 18 kwietnia 2014

Przy Wielkim Piątku...




Panie,
wiem że dni moje są policzone
zostało ich niewiele
Tyle żebym zdążył jeszcze zebrać piasek
którym przykryją mi twarz
nie zdążę już
zadośćuczynić skrzywdzonym
ani przeprosić tych wszystkich
którym wyrządziłem zło
dlatego smutna jest moja dusza
życie moje
powinno zatoczyć koło
zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata
a teraz widzę dokładnie
na moment przed codą
porwane akordy
źle zestawione kolory i słowa
jazgot dysonans
języki chaosu
dlaczego
życie moje
nie było jak kręgi na wodzie
obudzonym w nieskończonych głębiach
początkiem który rośnie
układa się w słoje stopnie fałdy
by skonać spokojnie
u twoich nieodgadnionych kolan 

- Herbert Zbigniew / Brewiarz IV/

czwartek, 17 kwietnia 2014

NA SOFIE SZARLATANA - 007- Matrix






Na czerwonej sofie zasiada poetka Marzena Dudek-Iwanowicz. Przedstawia magiczną historię pewnego wiersza, który doprowadził do znajomości... Poetka spróbuje odpowiedzieć na pytanie - czy w dzisiejszych czasach łatwo można znaleźć inspirację... A skąd Matrix? Otóż, posłuchajcie...


SZARLATAN ZAPRASZA!







poniedziałek, 14 kwietnia 2014

"Pendereccy. Saga rodzinna", red. K. Janowska, P. Mucharski



BYŁEM ORTODOKSEM AWANGARDY
„Pendereccy. Saga rodzinna” to wywiad-rzeka przeprowadzony przez Katarzynę Janowską i Piotra Mucharskiego, dziennikarzy znanych z rozmów z wybitnymi przedstawicielami polskiej kultury, religii i nauki emitowanych przez TVP (m.in. „Rozmowy na koniec wieku”). Wywiadu udzielił im kompozytor, który został okrzyknięty jednym z najważniejszych twórców muzyki XX wieku. Życie i twórczość Krzysztofa Pendereckiego stała się już tematem licznych książek i opracowań przeznaczonych dla melomanów, znawców i studentów. Najnowsza książka powstała jednak bez pretensji do muzykologii, nie została napisana skomplikowanym językiem, nie zawiera naukowej nomenklatury. Stanowi zapis rozmowy z kompozytorem i jego żoną i jest zaproszeniem dla szerokiego kręgu odbiorców do prywatnego życia, którego dotąd mistrz zbyt często nie upubliczniał.
Książka jest wydana estetycznie, czyta się ją gładko i z zainteresowaniem, a dodatkową atrakcję stanowią liczne fotografie, a nawet fragmenty terminarza oraz partytur kompozytora. Czytelnik ma wrażenie, że podczas słuchania opowieści mistrza przegląda jego album rodzinny oraz ma wgląd w jego prywatne zapiski. Publikacja z pewnością sprawi sporo satysfakcji melomanom, wielbicielom twórczości kompozytora, ale także czytelnikom, którzy po prostu lubią piśmiennictwo biograficzne.
Krzysztof Penderecki opowiada o swoich przodkach, zwłaszcza o dziadku, który zaszczepił w nim miłość do muzyki i do drzew. Wspomina studia i mówi o swojej karierze. O buncie, który pchnął go w stronę awangardy. O swoich żonach i rodzinie. O przyjaźniach i ludziach, których dane było mu spotkać. Przede wszystkim jednak z największą swadą i otwartością mistrz opowiada o muzyce, Lusławicach i drzewach – swoich trzech pasjach, które dzięki jego staraniom ściśle się z sobą splatają.
Swoją wielką przygodę z muzyką zaczął Penderecki w dzieciństwie od gry na skrzypcach; dopiero na studiach postanowił poświęcić się komponowaniu. Studia ukończył w 1958 roku, a już w następnym roku w sensacyjny sposób wygrał konkurs Związku Kompozytorów Polskich, zgarniając wszystkie trzy pierwsze nagrody. Światową sławę przyniosło mu skomponowanie i wykonanie „Pasji wg św. Łukasza”, dzieła sakralnego, zamówionego na uczczenie 700-lecia katedry w Münster, w Niemczech. Zakończeniem okresu awangardowego i odkrywczego była „I Symfonia”, od tej pory Penderecki komponuje już inaczej, wracając do melodyki. Kompozytor w interesujący sposób opowiada o okolicznościach powstawania niektórych dzieł, równie chętnie przytacza anegdoty i zdradza, jakie miewał kłopoty z orkiestrami, a także w których krajach ma najwdzięczniejszą i najbardziej otwartą publiczność.
Jednym z najobszerniejszych wątków rozmowy są Lusławice. Kompozytor kupił posiadłość, która miała swoją burzliwą przeszłość. W chwili zakupu dworek był zdewastowany i Pendereccy zadali sobie sporo trudu, by przywrócić go do stanu świetności. Już w latach osiemdziesiątych, zaraz po restauracji, kompozytor i jego żona organizowali koncerty kameralne. Zapewne już wtedy narodziła się myśl o potrzebie wybudowania większej sali koncertowej. Dzisiaj naprzeciwko dworku, z inicjatywy kompozytora, powstała pełna rozmachu inwestycja – Europejskie Centrum Muzyczne, które zadedykowane utalentowanej młodzieży z całej Europy. Centrum to kampus studencki z salami koncertowymi, ale kompozytor myśli także o muzykujących dzieciach, którym chce umożliwić spędzanie wakacji w tym ośrodku.
Jedną z największych pasji kompozytora są drzewa. Miłość do nich odziedziczył w genach, gdyż jego pradziadek był leśnikiem, który zakładał lasy w dobrach hrabiego Raczyńskiego. Dziadek z kolei wiele czasu poświęcił, by mały Krzysztof nauczył się rozpoznawać gatunki drzew i poznał ich łacińskie nazwy. Po wyremontowaniu dworku kompozytor założył prywatne arboretum – park z ciekawymi okazami drzew. Dziś ogród artysty nie ma sobie równych. Zawiera okazy sprowadzane z całego świata, ale kompozytor jest dumny także z gatunków rodzimych. Posiada prawdziwą kolekcję klonów i lip. Kiedy urodziła się wnuczka, posadził 132 dęby. W części ogrodu zaprojektował labirynt, do budowy którego wykorzystano 15 tysięcy grabów… W jego ogrodzie najważniejsze są drzewa. Pozostałe rośliny i kwiaty są jedynie tłem i uzupełnieniem. Kompozytor jest nie tylko niesłychanie z niego dumny, ale także duchowo z nim związany, gdyż widzi paralelę między arboretum a swoją muzyką. Penderecki nie wytycza ścieżek i alejek ani nie sadzi roślin. Podobnie jak w przypadku dzieł muzycznych, jego ogród został skomponowany…
Kompozytor ujmuje czytelnika wyznaniem, że jest mrukiem i za mruka uchodzi. Nigdy nie prowadził intensywnego życia towarzyskiego, nie przywiązywał wagi do dyplomacji w rozmowie, a dziś nie przejmuje się już opiniami na swój temat (co nie znaczy, że nigdy nie zdarzało mu się cierpieć z ich powodu).Wywiad został uzupełniony rozmową z Elżbietą Penderecką, żoną kompozytora, a jednocześnie jego menedżerką i inicjatorką konkursów oraz imprez muzycznych, która zechciała podzielić się swoimi refleksjami o życiu z geniuszem i która zarazem bardzo jego wizerunek ociepliła.
                                                                                      
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:


http://www.obliczakultury.pl/literatura/kultura/biograficzne/4367-pendereccy-saga-rodzinna-red-k-janowska-p-mucharski-recenzja


Data premiery: grudzień 2013
Oprawa: twarda
Liczba stron: 350
ISBN: 978-83-08-05231-0

czwartek, 10 kwietnia 2014

"Na prastarej ziemi", Amitav Ghosh




PRZEZ WIEKI I KONTYNENTY
Amitav Ghosh to hidusko-bengalski pisarz i antropolog. Studiował w Delhi, Oksfordzie i Aleksandrii. Pisząc pracę doktorską z dziedziny antropologii zamieszkał w Egipcie, miał więc okazję dobrze poznać kulturę tego kraju. Studiował średniowieczne dokumenty, a jednocześnie uczył się języka i uczestniczył w życiu współczesnych Egipcjan. Doktorat poświęcił postaci XII-wiecznego kupca i podróżnika. Jego życie zrekonstruował na podstawie dokumentów i listów, które cudem przetrwały do dziś. Kwerenda, jaką prowadził, w dużej mierze dotycząca migracji ludności w średniowieczu, a także jednoczesna obserwacja tego samego zjawiska w warunkach współczesnych, zmusiły go do refleksji na temat natury człowieka. Swoje spostrzeżenia i wrażenia z pobytu w Egipcie postanowił opublikować w formie książki.
„Na prastarej ziemi” to lektura, która wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Jej konstrukcja opiera się na dwóch wątkach przebiegających w dość odległych płaszczyznach czasowych. Pierwszy z nich to narracja autobiograficzna, którą z pewną dozą ostrożności można nazwać dziennikiem podróży. Drugi – to esej historyczny, którego osnowę stanowi życie kupca Ben Jidżu, zrekonsruowanego na podstawie dokumentów, znalezionych podczas sensacyjnego odkrycia dokonanego w kairskiej „genizie”.
Kair jest miastem stosunkowo młodym. Co prawda stolica rozrosła się, pochłonęła pustynię i zatrzymała dopiero u stóp piramid, ale pochodzi z dużo późniejszej epoki niż one. Pierwszą osadą położoną w tym miejscu był rzymski fort założony w 150 r. n.e. Kair nie ma jednolitego planu. Jest archipelagiem zakładanych w różnych okresach przez rozmaite dynastie miast, które w końcu zlepiły się w jeden, nie do końca ujarzmiony konglomerat. Kiedy osiedlił się tu średniowieczny kupiec Ben Jidżu, rolę stolicy pełnił Faustat (dziś jedna z dzielnic Kairu). Ben Jidżu należał do synagogi Ibn Ezry i dzięki temu jego nazwisko nie zawieruszyło się w mrokach dziejów. W roku 1864 litewski talmudysta Jakub Saphira dokonał ważnego odkrycia. Odnalazł genizę wypełnioną dokumentami o historycznym znaczeniu.
Geniza to pomieszczenie, w którym przechowywano święte księgi, modlitewniki, a także dokumenty świeckie. Konieczność istnienia takiego pomieszczenia wynika z szacunku, którym Żydzi otaczają wszelkie pisma, jeżeli występuje w nich imię Boga. Co jakiś czas miejsce to opróżniano, a jej zawartość zakopywano w ziemi (rodzaj pogrzebu). Dziwnym trafem nie uczyniono tego w tym przypadku. Geniza synagogi Ibn Ezry zawierała 280 tysięcy dokumentów, które trafiały tu w latach 1025- 1875. Znaleziono w niej autentyczne rękopisy Pisma Świętego, umowy, intercyzy, wiersze, korespondencję handlową i prywatną. Dzisiaj synagoga już nie istnieje, a dokumenty zdążyły rozproszyć się po świecie. Duża część z nich (w tym listy i dokumenty należące do Ben Jidżu) trafiły do Oksfordu, gdzie zetknął się z nimi Amitav Ghosh.
Ben Jidżu urodził się w Tunezji, a mieszkał w Kairze, Adenie (port jemeński) i Mangalore na wybrzeżu Malabarskim (Indie). Był dobrze wykształconym człowiekiem, kaligrafem, skrybą, poetą i bogatym kupcem. W czasach bez mediów kupcy zupełnie nieźle orientowali się w przebiegu ważnych wydarzeń. Służyła temu ożywiona korespondencja z siecią zaprzyjaźnionych handlowców i urzędników. Listy tego typu składały się z części oficjalnej zawierającej przegląd wydarzeń politycznych oraz prywatnej, w której znajdowały się plotki, prywatne prośby i długie formuły pozdrowień.
Listy, których adresatem był Ben Jidżu, zawierają relacje naocznych świadków wydarzeń historycznych (spotkanie wojsk krzyżowców w Palestynie, oblężenie Damaszku). Dobry stan tych listów i ich ilość pozwoliły odtworzyć przebieg życia średniowiecznego kupca, a opowieść o nim kryje niejedną niespodziankę, a nawet skandal. Amitav Ghosh zidentyfikował nawet tajemniczego niewolnika, któremu listy zwykle poświęcały zaledwie kilka słów. Ta najbardziej enigmatyczna i najmniej uchwytna postać wyraźnie zafascynowała autora i dzięki temu dziś znane jest jego imię, pochodzenie, a nawet wyznanie. Dowiadujemy się jakie zasługi oddał swemu panu, jakim cieszył się zaufaniem, wreszcie na czym polegało jego „niewolnictwo”.
W wątku współczesnym autor z poczuciem humoru i refleksją opisuje zwyczajne życie Egipcjan, ich obrzędy i religię. Wyjaśnia znaczenie ramadanu. Jest świadkiem ceremonii weselnej oraz uczestniczy w święcie miełłudów. Ta część ma charakter reportażowy, ale od podobnych publikacji różni ją dyskrecja. Nazwy wiosek zostały zmienione, nazwiska i imiona osób, z którymi zetknął się autor zapewne tym bardziej. Jego intencją było pokazanie mentalności Egipcjan. W eseju historycznym autor także próbuje dotrzeć do natury człowieka. Dzięki temu obydwa wątki łączą się ze sobą, autor przeprowadza między nimi paralelę i wyciąga zastanawiające wnioski.

„Na prastarej ziemi” to wielowymiarowa wyprawa poprzez wieki i kontynenty, wreszcie – podróż duchowa. Książka Ghosha przedstawia także zderzenie świata hinduizmu i islamu. Jeśli czytelnikiem jest Europejczyk, otwiera się dodatkowy kontekst kulturowy. Najbardziej uderzającym wnioskiem płynącym z lektury jest refleksja, iż tak naprawdę więcej nas wszystkich łączy, niż dzieli…

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:

http://www.obliczakultury.pl/literatura/kultura/kultura/4355-na-prastarej-ziemi-amitav-ghosh-recenzja

Autor: Amitav Ghosh
Tytuł: Na prastarej ziemi
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 
Data premiery: 30 wrzesień 2013
ISBN: 978-83-7785-079-4
Liczba stron: 368
Tłumaczenie: Jacek Spólny

piątek, 4 kwietnia 2014

"Zielono mam w głowie", Kazimierz Wierzyński z tomu "Wiosna i wino" (1919)







„Zielono mam w głowie i fiołki w niej kwitną
Na klombach mych myśli sadzone za młodu,

Pod słońcem, co dało mi duszę błękitną
I które mi świeci bez trosk i zachodu.

Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wokoło i jestem radosną

Wichurą zachwytu i szczęścia poety,
Co zamiast człowiekiem, powinien być wiosną!”.

                                              -Kazimierz Wierzyński












* zdjęcia z własnego archiwum:)

Nie wiem jak u Was, ale u mnie za oknem czereśnia już lada dzień zaprezentuje się w pełnej krasie...

czwartek, 3 kwietnia 2014

NA SOFIE SZARLATANA - 006 - Jak wrócić do własnego



Powoli zbliżamy się do końca serii... Dzisiejszym gościem antykwariatu "Szarlatan" jest wrocławska poetka, anglista, nauczyciel muzyki i wychowania przedszkolnego, która opowiada o perypetiach z przenosinami do domu na wsi... Z pewnością sylwetka poetki nie będzie Wam zupełnie nieznana, gdyż gościła już niejednokrotnie na moim blogu... 


 Tym razem na rozmowę na słynnej sofie zaprasza "Szarlatan":)