czwartek, 31 lipca 2014

"Powierzony klucz", Małgorzata Lutowska - recenzja




PROTESTANTYZM  W  KULTURZE  ŚLĄSKA

Małgorzata Lutowska to pisarka ściśle związana z Dolnym Śląskiem. Jej powieści pozwalają odkryć przebogatą przeszłość i przez to spojrzeć na  region w zupełnie odmienny sposób. Książki mają charakter  obyczajowy, równolegle jednak rozwija się wątek ukazujący dawne, a nawet zamierzchłe czasy. Autorka odsłania historię poprzez epizody obrazujące ludzkie losy. Wątki misternie się splatają, a czytelnik ma wrażenie, że zagłębia się we współczesną powieść wypełnioną szeptami przeszłości.


 „Powierzony klucz”, to książka ukazująca losy protestantów na Dolnym Śląsku (od Marcina Lutra po czasy współczesne). Tematyka wydaje się skomplikowana, ale pisarka zadała sobie sporo trudu, by przedstawić ją w sposób lekki i przystępny. Głównym bohaterem jest Krzysztof, który spędził życie na Pomorzu, a po przejściu na emeryturę postanowił odwiedzić swoje rodzinne strony.



„Powierzony klucz” to w zasadzie odyseja Krzysztofa, który pragnie zobaczyć miejsca ważne ze względu na kobietę, z którą był związany w młodości. Ilse – jego pierwsza miłość - córka pastora wprowadziła niegdyś Krzysztofa w historię reformacji. Od niej dowiedział w jak błyskawicznym tempie nurt ten rozprzestrzenił się na Dolnym Śląsku, jak wielu miał zwolenników oraz wybitnych przedstawicieli, a także jak kolosalny był wkład protestantów w rozwój regionu. Zgłębiając temat, dowiedział się także dlaczego ten potężny ruch został  jednak zduszony i zepchnięty do roli marginesowej.



Czytelnik wraz z Krzysztofem poszukuje śladów historii rozsianych po Dolnym Śląsku, zachwyca się m.in. Kościołem Pokoju w Świdnicy (wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO) i odkrywa ze zdumieniem, że pomimo niesprzyjających, wręcz upokarzających warunków, protestanci pozostawili po sobie niezwykle bogaty (i trwały!) dorobek. Ich budowle, zwłaszcza sakralne, należą dzisiaj do najcenniejszych "polskich" zabytków.



Z kart powieści Małgorzaty Lutowskiej wyłaniają się sylwetki fascynujących postaci. Dowiemy się dlaczego Jakub Böhme (największy śląski filozof) uraził kościół; poznamy miejsce, w którym urodził się i wychował Gotthard Langhans, najsłynniejszy architekt śląski i berliński (twórca Bramy Brandenburskiej). W książce ożywają stare legendy, jak historia urwisów (upamiętnionych na postumencie fontanny na rynku w Gryfowie), którzy uratowali miasto przed pożarem, albo "piorunująca" historia pastora Gottloba, który zginął na ambonie, podczas kazania... Dowiemy się jakie czynniki zadecydowały o niezwykłym wyglądzie i kształcie Kościoła Pokoju w Świdnicy, komu zawdzięczamy świątynię Wang pod Karpaczem, a także co zadecydowało o niezwykłej popularności kurortu w Cieplicach i dokąd sięgają korzenie jego związków z muzyką.



Powieść Małgorzaty Lutowskiej zachwyciła mnie rozmachem i precyzją. Główny bohater poznając przeszłość podąża ku swemu przeznaczeniu, a czytelnik stopniowo odkrywa kunszt pisarski, aż pojmuje karkołomne przedsięwzięcie, którego autorka się podjęła i z którym świetnie sobie poradziła. Śladem gawęd pisarki przemierzymy ścieżki Dolnego Śląska, zawędrujemy nawet do Tyrolu i Norwegii, aż wreszcie dojdziemy do wniosku, że "Powierzony klucz" jest w zasadzie książką o ludzkiej naturze. Mówi o miłości, ambicjach i sumieniu, o sile wiary, determinacji, ale też o nietolerancji i o sztuce dostosowywania się. Człowiek, zdaniem autorki, wbrew przeciwnościom losu i naciskom otoczenia, potrafi znaleźć w sobie siłę, by bronić ideałów i postępować zgodnie z sumieniem. Książka Lutowskiej jest "kluczem" do zrozumienia przeszłości Dolnego Śląska, a tym samym do poznania duszy tego regionu.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu:














piątek, 25 lipca 2014

"Galop'44", Monika Kowaleczko-Szumowska - [recenzja przedpremierowa]




BRATERSTWO BRONI

Powstanie Warszawskie to temat od lat wzbudzający emocje i spory, który zdołał nawet podzielić Polaków na obóz stronników i przeciwników. Dzisiaj zdajemy sobie sprawę, że z powodu braku istotnej pomocy z zewnątrz oraz zakulisowych rozgrywek politycznych, zryw narodowy skazany był na klęskę, a w wyniku odwetu Warszawa została niemal zmieciona z powierzchni ziemi. Mimo to, nawet najzagorzalsi krytycy doceniają postawę harcerzy, żołnierzy AK oraz ludności cywilnej stolicy, uznając ją za przykład heroizmu i bohaterstwa.

Czy dzisiaj jesteśmy zdolni do podobnego poświęcenia? Czy zwiedzając Muzeum Powstania Warszawskiego młodzież potrafi zrozumieć o co walczyli jej rówieśnicy? Autorka książki „Galop’44” zadaje pytanie: Czy walczyłbyś, gdybyś się znalazł w Powstaniu? Słowa skierowane są do głównego bohatera książki (współczesnego nastolatka), ale trafiają także w czytelnika. I czytelnik ma powody, by poczuć się nieswojo…

Monika Kowaleczko-Szumowska jest tłumaczem literatury popularnonaukowej, przekłada i pisze książki dla dzieci. Od lat tłumaczy materiały archiwalne dla Muzeum Powstania Warszawskiego. Podczas tej pracy zetknęła się z setkami relacji związanych z Powstaniem oraz z życiorysami jego uczestników. Fascynacja historią zainspirowała ją do napisania powieści dla młodego czytelnika, która pozwoliłaby mu zrozumieć co wydarzyło się w sierpniu 1944 roku.

Głównymi bohaterami książki są bracia, współcześni nastolatkowie, którzy w tajemniczy sposób przenoszą się w czasie i trafiają w sam środek Powstania. Dość szybko przekonują się, że to nie jest „wirtualna” rzeczywistość gier komputerowych i że pobyt w tym miejscu mogą przypłacić życiem. 13-letni Mikołaj z ochotą i charakterystyczną dla niego ciekawością świata rzuca się w wir wydarzeń. Wojtek „przeniósł się” tylko po to, by bezpiecznie sprowadzić brata do domu. Nie jest to jednak takie proste, ponieważ rodzeństwo zostało rozdzielone. Los rzucił ich w okolice Alei Jerozolimskich w chwili, gdy teren jest kontrolowany przez okupanta, komunikacja między dzielnicami jest sparaliżowana, a najzwyklejsze przejście przez ulice jest wyprawą, z której najczęściej się już nie wraca… Ponieważ potrzebna jest żywność, woda i leki, trzeba wymyślić sposób, by przywrócić komunikację. Powstańcy z narażeniem życia budują sieć połączeń piwnicznych, podkopów oraz barykad (z worków z ziemią, płyt chodnikowych, kamieni i mebli), którymi umożliwia się kontakt z innymi częściami miasta. Wojtek uczestniczy w budowie, a gdy barykada jest gotowa, staje się łącznikiem. Poznaje smak przepraw kanałami, kluczy pod obstrzałem Niemców, dostarcza wiadomości, części radiostacji i amunicję. Zaczyna zdawać sobie sprawę jak wygląda życie podczas okupacji i docenia zaangażowanie Warszawiaków. Na własnej skórze poznaje ryzyko, jakie ponoszą młodziutkie łączniczki i sanitariuszki, radiotelegrafiści i reporterzy. Niepostrzeżenie zaczyna nawiązywać przyjaźnie z młodymi powstańcami. Kiedy los pozwala braciom ponownie się spotkać, obaj mają już poczucie spełnianej misji, obaj też doświadczają niepojętego dotąd dla nich poczucia braterstwa broni.

Monice Kowaleczko-Szumowskiej udało się stworzyć bez patosu (nawet z nutą humoru) realistyczny obraz Powstania. Czytelnik wraz z Mikołajem i Wojtkiem spotyka osoby znane z historii (Janka Rodowicza – „Anodę”; Józefa Szczepańskiego – „Ziutka”, dowódcę drużyny „Parasol”, Johna Warda – angielskiego lotnika, jednego z reporterów Powstania). Jest świadkiem autentycznych wydarzeń (naloty, zrzuty alianckie, zestrzelenie samolotu RAF-u, przejazd czołgów z zakładniczkami stanowiącymi żywą tarczę). Obserwujemy przemianę chłopców, którzy zaczynają odczuwać solidarność z powstańcami i potrzebę wykazania własnej odwagi.


Powieść „Galop’44”, której premierę starannie zaplanowano na przeddzień rocznicy Godziny "W", to nie tylko wyraz hołdu dla młodych powstańców. Jest ewidentną polemiką do książki „Obłęd’44” Piotra Zychowicza. Autorka jest także pełna wiary, że w dzisiejszych czasach, w których naprawdę nie jest łatwo zaimponować młodzieży - postawa wojennego pokolenia nadal wzbudza w niej podziw i szacunek. Przesłanie książki jest jasne: gdyby tylko zaszła taka potrzeba, młodzi ludzie byliby zdolni postąpić tak samo… Książka ważna i potrzebna. Polecam.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:






poniedziałek, 21 lipca 2014

"Pozytywnie nieobliczalni", Marcin Brzostowski - recenzja



Trybiki wielkiej machiny

Marcin Brzostowski, autor m.in. „Słodkiej bomby Silly” (recenzja TUTAJ) przygodę pisarską rozpoczął w roku 2002 wydając książkę: „Pozytywnie nieobliczalni”. W 2014 roku ta sama mini-powieść ukazała się ponownie, tym razem w wersji e-bookowej, zapewne dopracowanej, bowiem czytelnik nie znajdzie śladów świadczących, że ma do czynienia z debiutem. Książka odsłania kulisy pracy w korporacji oraz ukazuje zderzenie ideałów młodego prawnika z bezdusznością tego systemu.  Po dwunastu latach książka pozostaje świeża i aktualna, historia mogła wydarzyć się dzisiaj (może tylko zbyt pozytywnie rozwija się wątek mecenasa Hańko i Roberta), absurd nadal śmieszy, realia są aktualne, nawet utwory muzyczne nadawane w popularnych stacjach radiowych wciąż są te same…

Marlon i Robert przyjaźnią się od czasów studiów i do tej pory  udawało im się trzymać razem. Podjęli pracę w miejscu, o którym marzy wielu młodych prawników i sielanka trwa do momentu, gdy Robert zostaje zwolniony. Marlonowi, pozbawionemu nie tylko towarzystwa przyjaciela, ale także ochronnego parasola (jaki nad podwładnymi rozciągnął mecenas Hańko), otwierają się oczy i na własnej skórze zaczyna doświadczać na czym polega praca w korporacji. Zwierzchnictwo ambitnej i drapieżnej mecenas oznacza koniec ery koleżeństwa i początek wyścigu szczurów. Od tej pory od pracowników wymaga się absolutnej dyspozycyjności i rezygnacji z życia osobistego. W powietrzu zaczyna unosić się cień niepewności, nie pozwalający przewidzieć kto zostanie zwolniony w ramach „przewietrzenia atmosfery”, co dodatkowo ma wpływać na efektywność pracy. Korporacja - to nie tylko praca, to przede wszystkim styl życia, który wymaga, by jej członkowie żyli, mieszkali, a nawet wypoczywali w odpowiedni, narzucony sposób. Czy Marlon potrafi się dostosować i zacznie myśleć w sposób „korporacyjny”, czy zwycięży raczej jego rockowa dusza?

Każdy, kto wcześniej zetknął się już ze stylem autora może spodziewać się, że książka będzie odpowiednio nasączona ironią, ale bynajmniej nie musi się obawiać, że jest przepełniona zajadłą krytyką. Autor krytykuje system, ale przecież nie wszystkich ludzi. W korporacjach – jak wszędzie - nie brakuje przyzwoitych prawników i pracowników. „Pozytywnie nieobliczalni” to przede wszystkim powieść, w której znajdziemy mnóstwo inteligentnego humoru. Marlon nie spędza czasu wyłącznie na rutynowych,, prawniczych czynnościach, prowadzi całkiem bujne życie towarzyskie. Niespodziewanie robi się dość… balangowo i młodzieżowo, a nawet romantycznie. Błyskotliwe dialogi, lekki styl, trochę dosadny język (to świat pokazany z męskiego punktu widzenia), zwariowane perypetie bohaterów – sprawiają, że książkę czyta się błyskawicznie, natomiast jej przesłanie z pewnością zatrzyma czytelnika na dłużej. Polecam!


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję autorowi.


środa, 16 lipca 2014

"JESTEM FARCIARZEM" - Wywiad z Krystianem Głuszko, autorem książki "Spektrum" i tomiku wierszy "Śmierć wiosny"



Co łączy Sokratesa, Einsteina, Van Gogha i Napoleona?

Uznani byli za szaleńców. Dla mnie te postacie są bardzo ważne. Jako nastolatek przeczytałem "Pasję życia" z biografią Van Gogha. W tym czasie zostałem zdiagnozowany i oficjalnie uznano mnie za osobę „zaburzoną”. Książka Irvinga Stone'a, pokazała mi, że pomimo etykietki wariata, można coś osiągnąć, zrobić coś ważnego. Szaleństwo nie łączy się z wykluczeniem (przynajmniej nie zawsze), a Sokrates, Einstein, Van Gogh i Napoleon udowodnili mi to swoją historią. Podbudowali mnie i dali nadzieję. Szaleństwo nie skreśliło ich, wręcz przeciwnie... Doszedłem do wniosku, że zaburzenia mogą być darem a nie przekleństwem. Stąd mój filmik na Youtube.com.

Czy uważa Pan, że bez tej nuty "szaleństwa", jak to Pan ujął, Einstein i pozostali, nie dokonaliby rzeczy, za które ich podziwiamy?

Wierzę, że nic bez przyczyny się nie dzieje. Wszystko do czegoś nas prowadzi. Gdybym nie zachorował nie zacząłbym pisać. Einstein zawdzięczał swoją inteligencję swoim specyficznym zaburzeniom. Wyobraźnia Van Gogha potęgowana była szaleństwem...
"Zaburzenia psychiczne" otwierają wrota do innego wymiaru, gdzie nie ma rzeczy niemożliwych. Tam wszystko może się zdarzyć – może powstać genialny wzór matematyczny, cudowny wiersz, piękny obraz, a to wszystko często wyprzedza daną epokę. Tak, uważam, że gdyby nie ich "szaleństwo" nie stworzyliby tego, za co teraz ich podziwiamy...

„Pisać zacząłem, ponieważ miałem coś ważnego do powiedzenia. Chcę, nie! Muszę przełamać temat tabu chorób duszy. Chcę, muszę pokazać miejsca zapomniane przez samego Boga oraz okrutne terapie tam stosowane” – to Pana słowa. Mówi Pan oczywiście o swojej książce „Spektrum”, ale najpierw powstały wiersze. Kiedy zaczął Pan je pisać?

W mojej głowie co noc, od zawsze, słowa łapane za dnia układały się w zdania, a te w historie. Zacząłem je spisywać wierszem, godzinę po wieczorku poetyckim w szkole mojej siostry. Nie pamiętam jak tam trafiłem ale dokładnie zapamiętałem tę ulgę i radość po napisaniu pierwszych strof wiersza. Miałem wtedy jakieś czternaście lat. Od tamtej pory już nic w sobie nie dusiłem. Długopisem i papierem ujarzmiałem swoje uczucia. Nadal to robię.

Wiersze zastąpiły Panu w jakimś sensie dialog z drugim człowiekiem, musiały zastąpić Panu w swoim czasie cały świat. Z który poetami poczuł Pan więź i wspólny język? Który poeta jest najbliższy?

Ten etap mojego życia pamiętam jak przez gęstą mgłę. Czas, gdy pisałem wiersze został wyczyszczony z mojej pamięci sporymi dawkami leków. Większość utworów, które napisałem zostały przeze mnie zniszczone. Wiem, że Wojaczek był mi zawsze bliski. On mówił do mnie swoimi wierszami a ja mu odpowiadałem moimi. Do tej pory często wracam do jego tekstów.... Cenię każdego poetę, który pisze duszą a nie oczyma.

"Spektrum", to książka, którą chce Pan przełamać milczenie wokół „chorób duszy”. Pokazuje Pan, na co skazane są osoby „chore”, które są izolowane na oddziałach szpitalnych dla własnego dobra. Czy system, który każe zamykać i izolować ludzi chorych sprawdza się, czy jest to „zamiatanie problemu pod dywan”?



Czasy się zmieniają a wraz z nimi podejście do osób chorych psychicznie. Społeczeństwo stało się bardziej otwarte. W szpitalach psychiatrycznych panują lepsze warunki, niż kilkanaście lat temu, gdy po raz pierwszy tam trafiłem. Czy system się sprawdza? System często jest chory tak samo jak pacjent i przypomina schemat: przyjąć-zaleczyć-czekać na powrót. Chore jest to, że często leczenie zastępuje się izolowaniem. Zdarza się, że umieszcza się chorego w szpitalu dla dobra jego rodziny, a nie dla dobra samego pacjenta. Poznałem wielu pacjentów, którzy trafili tam, ponieważ byli "problemem" dla swoich bliskich.

Kim byłby Krystian Głuszko, gdyby nie zachorował?

Nie wiem kim bym był, gdyby nie moje zaburzenia. Nie wiem nawet jaki bym był. Może nie pracowałbym za barem, bo udałoby mi się skończyć studia? Byłbym lepszym człowiekiem? Ewę poznałem zaraz po zrezygnowaniu ze studiów. Gdyby nie choroba nie wróciłbym do mojego miasteczka i nie spotkalibyśmy się. Nie pokochali. Nie byłoby "nas". Jeśli moje życie miałoby wyglądać inaczej, to jestem wdzięczny przeznaczeniu za mój los. Mam wielkie szczęście i doceniam je każdego dnia - to jest moja recepta na uśmiech, nawet gdy jest mi ciężko. Czy pisałbym, gdyby nie choroba? Pewnie tak, lecz z innego powodu.... Ostatnio moja doktor zaleciła mi pisanie. Stwierdziła, że to świetny sposób na radzenie sobie z tłumionymi przeze mnie emocjami. Mam pisać kryminały kiedy chcę się wyżyć. Spisywać wspomnienia i wyżalać się na kartce papieru. Pisanie jest moim sposobem na podnoszenie się, gdy ból rzuca mnie na kolana.

Pisanie kryminału traktuje Pan tylko jako sprawę prywatną, terapię zaleconą „na recepcie”, czy myśli Pan o wydaniu książki?

Przede wszystkim pisanie bardzo mi pomaga. "Spektrum" także było czymś w rodzaju terapii, cała moja przygoda z pisaniem nią jest. Nie ukrywam, że publikacją moich tekstów, chcę udowodnić innym, oraz samemu sobie, że potrafię jak każdy człowiek zrobić coś samodzielnie i mogę to zrobić dobrze.
 
Chciał Pan zostać pedagogiem. Dlaczego pociąga Pana praca tego typu?


Chciałem pracować z trudną młodzieżą. Pomagać zagubionym, młodym ludziom. Czułem, że to było moim powołaniem. Niestety, studia musiałem przerwać. W samą sesję trafiłem do szpitala. Byłem wtedy poddawany okrutnej metodzie "leczenia" poprzez wywoływanie wstrząsów insulinowych. Byłem jednak uparty i poraz drugi rozpocząłem studia pedagogiczne. Tym razem chciałem dać z siebie wszystko i zapisałem się na wolontariat. Miałem pracować w honspicjum. Jednak pojawiły się pierwsze ataki padaczki, wywołane źle wykonanymi elektrowstrząsami. Błąd w sztuce lekarskiej przekreślił moje plany i marzenia.

No właśnie. Przez błąd w sztuce lekarskiej zachorował Pan na epilepsję. W dużej mierze choroba przekreśliła Pana plany na przyszłość.  Czy kiedykolwiek usłyszał Pan słowo "przepraszamy"?
                                         
Nikt mnie nie przeprosił. Nie spodziewałem się słowa "przepraszam " i nigdy go nie usłyszałem. Żadne słowa nie przywrócą mi zdrowia. Wybaczyłem lekarzom. Łatwiej żyje się bez żalu i nienawiści. Minęło sporo lat. Nauczyłem się żyć z atakami epilepsji i amnezjami, które co jakiś czas się pojawiają. Nie skończyłem studiów, straciłem kilka lat życia, ale teraz jestem szczęśliwy. Mogło być gorzej. Dostałem od życia więcej niż zasłużyłem. Jestem farciarzem.

Za pomocą książki wykrzyczałem swoją historię. Pokazałem siebie takim, jakim jestem naprawdę i świat mnie "przyjął". To ogromne szczęście. Swój pancerz zrzuciłem na stałe. Chociaż nadal jestem za szybą, teraz widzę przez nią wyraźniej. Ze swojej izolacji wychodzę każdego dnia na nowo. Nie jest to łatwe, nad tym muszę pracować codziennie, bez przerwy. Choroby burzą mój świat co jakiś czas, ale nauczyłem się odbudowywać go szybciej. Ma teraz lepsze, mocniejsze fundamenty - powiększającą się rodzinę. Tak, osiągnąłem swój cel - jestem szczęśliwy i daję szczęście innym. Mam nadzieję, że moja książka pomoże w jakiś sposób osobom, które też się pogubiły...

Niedawno miało miejsce radosne wydarzenie, dziś ma pan kompletną rodzinę. Serdecznie gratuluję narodzin córeczki. Czy Pana świat mocno się zmienił?

Mój świat stał się wreszcie takim, jakim być powinien. Czuję się spełniony… W końcu jesteśmy w komplecie. Teraz już wiem, że to na nią czekałem całe życie…

Serdecznie dziękuję za rozmowę:)


Rozmawiała Aleksandra Urbańczyk



niedziela, 13 lipca 2014

Janusz Szuber i Chagall - skojarzenia





Pianie kogutów



"Pianie kogutów na zmianę pogody: 
Pod siną chmurą sine jądra śliwek 
Z popielatym nalotem i lepką szczeliną - 
Tam słodkie strupy brudnego bursztynu. 

Język próbuje wygładzić chropowatość pestki 
I lata mijają. A ona dalej rani podniebienie 
Obiecując, że dotknę sedna - dna tamtego dnia 
Kiedy koguty piały na zmianę pogody."




Od jakiegoś czasu tłucze mi się po głowie wiersz z tomiku: "Pianie kogutów. Wiersze wybrane". Może dlatego, że lato znajduje się w pełnym rozkwicie. Chociaż utwór oddaje nastrój letniego dnia, to przecież nie tylko o upalny dzień tu chodzi. Wiersz raczej dotyka istoty twórczości literackiej. 

Autorem jest Janusz Szuber, poeta, eseista i felietonista z Sanoka, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i PEN Clubu, który wydał kilkanaście tomików poetyckich (m.in. Śniąc siebie w obcym domu, O chłopcu mieszającym powidła, Biedronka na śniegu, Czerteź). Jego wiersze przetłumaczono na 12 języków. Wysoko je cenił Zbigniew Herbert, a Czesław Miłosz w przytoczonym wierszu dostrzegł arcydzieło... W maju br. nakładem Wydawnictwa literackiego ukazał się nowy tomik: Tym razem wyraźnie.











poniedziałek, 7 lipca 2014

"Wszechświat kontra Alex Woods", Gavin Extence - recenzja




PRAWO MORALNE WE MNIE…

Zastanawialiście się kiedyś nad prawdopodobieństwem trafienia meteorytu w konkretnego człowieka? O ile uderzenie drobnego skalnego ciała niebieskiego w Ziemię nie jest w skali kosmosu niczym niezwykłym (nasz glob jest nimi bombardowany), to szansa trafienia w głowę danego człowieka wynosi mniej więcej 1: 7 miliardów. Takim „farciarzem” okazał się Alex Woods, który pod wpływem wspomnianego incydentu stał się zupełnie niekonwencjonalnym nastolatkiem. W największym skrócie można powiedzieć, że książka „Wszechświat kontra Alex Woods” to historia chłopca, który  ma KOSMICZNE problemy…

Alex cudem przeżył katastrofę, ale meteoryt uszkodził jego mózg. Chociaż… nie jest to do końca dobre określenie. Nie tyle uszkodził, co w pewnym sensie zmienił jego właściwości. Wywołał padaczkę. Z drugiej strony – zadziałał stymulująco na obszary odpowiedzialne za dobrą pamięć i predyspozycje do nauki. Alex pojmuje wszystko w lot, uczy się zadziwiająco szybko i nie ma problemów ze zrozumieniem najbardziej skomplikowanych zagadnień. Chyba, że chodzi o kobiety, w tym temacie nie pomógł mu nawet meteoryt...

Pewnych funkcji jego mózg został pozbawiony. Z całą pewnością uszkodzony został ośrodek odpowiedzialny za umiejętność przystosowania do życia w społeczeństwie i dopasowywania zachowań do oczekiwań otoczenia (czytaj: manipulowania faktami, kluczenia i zwodzenia). Kłamstwo nie leży po prostu w jego naturze. Innymi słowy – Alex nie potrafi oszukiwać, owijać w bawełnę, przebierać w słowach i serwować półprawd.  Jest także zupełnie pozbawiony egoizmu oraz materializmu i nie potrafi  użyć siły przeciwko drugiemu człowiekowi. Jest całkowicie i do szczętu pozbawiony mechanizmu samoobronnego. W zasadzie na tym polega intryga i genialny zamysł książki.

Zdarzenie z meteorytem, wywołało sensację w skali światowej, a kiedy fascynacja mediów nieco przygasła, chłopcu nadal towarzyszyła sława (bardziej już lokalna). Alex często czuł się rozpoznawalny niczym Harry Potter. Sława medialna nie szła niestety w parze z uznaniem środowiska rówieśników. Uderzenie meteorytu w zasadzie pozbawiło go prawdziwego dzieciństwa. Uchodził za oryginała, jeśli nie dziwoląga i prędzej dogadywał się z dorosłymi niż z dziećmi. Między innymi dlatego dość szybko zaprzyjaźnił się z sąsiadem, panem Petersenem. Chłopca i staruszka połączyło uczucie dojmującej samotności i miłość do książek. Ich przyjaźń jest lejtmotywem powieści, a zarazem jej esencją, a perypetie wyalienowanego nastolatka oraz gderliwego staruszka popalającego trawkę dostarczają wiele zabawy i wzruszeń.

Na uwagę zasługuje nie tylko para głównych bohaterów; autor bowiem stworzył dość nietuzinkową galerię postaci. Najbliżsi chłopca, którzy stanowią zbiór prawdziwych oryginałów to: matka (kobieta samotnie wychowująca dziecko, wróżka), Ellie – pomoc sklepowa (zbuntowana nastolatka zafascynowana stylem gothic i emo), doktor Monica Weir (astrofizyk, osoba która wie wszystko o kosmosie, ale nie wie nic o modzie) oraz doktor Enderby (wybitny neurolog, ateista i człowiek o nieskalanej moralności). Możecie być pewni, że posiadając takich opiekunów i wychowawców Alex nie tylko musi odebrać interesującą edukację, nie może też narzekać na nudę. Czytelnik natomiast z prawdziwym rozbawieniem i niesłabnącą uwagą przygląda się zmaganiom dorosłych, którzy nie szczędzą sił i starań wychowawczych, podjętych dla dobra Alexa. Przy okazji dodać należy, że kierowanie chłopcem wcale nie jest łatwe, ponieważ Alex jest zdeterminowany i zwykle udaje mu się przeprowadzić swoje zamierzenia do końca. Kieruje się swoimi żelaznymi zasadami, a główna reguła nakazuje mu postępować  SŁUSZNE, a nie tak, jak się od niego oczekuje. Oczywiście przez swoje przekonania cały czas wpada z jednych tarapatów w drugie. Przyznać jednak trzeba, że nie obawia się podejmować zadań, które niejednokrotnie przerosłyby siły dorosłego…

Książkę czyta się, a w zasadzie pochłania - błyskawicznie. Napisana jest z dużą dawką inteligentnego humoru oraz z precyzją. Nie ma zbędnego słowa, ani gestu. Genialna narracja sprawia, że czytelnik angażuje się w historię emocjonalnie, a wprowadzenie niemal sensacyjnego wątku dodaje sporo dynamiki. Śledzimy poczynania Alexa, a przy okazji wielokrotnie za jego sprawą nasze myśli krążą wokół WIELKIEGO PLANU WSZECHŚWIATA, bowiem Gawin Extence porusza sprawy życia i śmierci, dojrzewania, względności czasu, natury świata i kondycji człowieka. Dotyka także tematów związanych z prawami moralnymi i sumieniem, gloryfikuje piękną i mądrą przyjaźń, wreszcie - oddaje hołd pisarzom. Książka jest ciepła, poruszająca i mądra. A Alex? Od pierwszej chwili skradł moje serce i szczerze mówiąc myślę o nim jak o realnej postaci… Mam nadzieję, że gdziekolwiek dziś się znajduje – nieźle się bawi, zgłębiając tę swoją teorię wszystkiego…

Fenomenalny debiut!



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:





czwartek, 3 lipca 2014

"Dla siebie znalezioną ścieżką", Małgorzata Lutowska - recenzja



BEZ GRANIC

Jeśli ktoś rozgląda się za urlopową lekturą, która utrzymana jest w odpowiednich (do zwiedzania lub wypoczynku) klimatach, a zarazem zapewnia odpowiednią ilość wrażeń, proponuję książkę:  „Dla siebie znalezioną ścieżką” Małgorzaty Lutowskiej. Jestem pewna, że pozycja  ta zapewni całkiem sporo doznań. Być może zainspiruje do ciekawej wyprawy w nieodkryte rejony Polski; z pewnością skłoni do refleksji i empatii… Być może wyzwoli odwagę, by podążyć nieznaną drogą, niezbadaną ścieżką; może ośmieli, by wzorem bohaterki podjąć wyzwanie…

Alicja zdecydowała się spędzić wczasy w Starej Kamienicy, wsi w Górach Izerskich. Wybrała miejsce trochę przypadkowo, licząc na spokojny zakątek sprzyjający lekturze. Nie wiedziała, że zaprzyjaźniając się z gospodarzami i tajemniczym Michałem – nie tylko zostanie wciągnięta w życie miejscowej społeczności, ale bardzo szybko emocjonalnie się z nią zwiąże.

Nieco przytłoczona swoimi problemami kobieta powoli o nich zapomina i otwiera się na nowe doznania. Odkrywa, że Góry Izerskie oferują nie tylko odpoczynek, relaks i piękne widoki, ale także skrywają w sobie nieprzebrane tajemnice: ciekawe miejsca, zabytki, intrygujące ruiny, fragmenty murów oraz legendy. Każde miejsce, ścieżka i każdy kamień był świadkiem frapujących wydarzeń. Często takie na wpół zapomniane miejsca pozostają dla turysty całkowicie nieme… ale nie wtedy, gdy pozyska się doskonałego przewodnika.

Alicja odkrywa miejsca o historycznym znaczeniu. Poznaje mieszkańców, słucha ich opowieści,  dowiaduje się o pogmatwanych, często tragicznych losach współczesnych, przedwojennych (a także dużo wcześniejszych) właścicieli tej ziemi. Zaczyna dostrzegać czynniki, które ukształtowały specyfikę obszaru. Przekonuje się, że nie tylko Góry Izerskie, ale cały region Dolnego Śląska jest niezwykły. 

Książka napisana jest w intrygujący sposób. Autorka używa literackiego, obrazowego języka, a w dodatku stosuje urozmaiconą narrację. Czytelnik poznaje relacje ludzi, których spotyka Alicja. Od czasu do czasu rolę przejmuje narrator wszechwiedzący i odbieramy wrażenie, że trafia do nas głos z przeszłości... Ba! Wydaje się, że każdy dom, przedmiot (makatka, talerzyk) obdarzone są pamięcią i snują własną historię...

Dowiadujemy się jaką sławę zdobył niepokorny książę Bolesław II Rogatka, a także na czym polegał dramat rycerza Gotsche Schoffa, właściciela zamku Chojnik. Kolejne historie uświadamiają, że region ten zawsze był wielokulturowym tyglem, w którym wymieszały się wpływy celtyckiej, germańskiej i słowiańskiej kultury (doszukać się także można śladów Walonów, Żydów, Mongołów, Szwedów oraz Franków). Poznajemy historię powojenną (śledzimy m.in. losy mieszkańców wsi o przewrotnej nazwie: Wünschendorf: "Wioska Życzeń" i przejmującą oraz nieszablonową historię Kopańca), a także historię współczesną, która tworzy się właśnie na oczach Alicji… Opowieści i relacje są wzruszające i zmuszają do refleksji. Tłumaczą specyfikę regionu, a zwłaszcza swoiste rozdarcie Niemców i Polaków, którym wielka historia pogmatwała życie…

Ponieważ tematyka jest poważna, autorka dla równowagi nadała książce lekką formę, czytelnik jest także świadkiem subtelnie rozwijającego się uczucia między parą głównych bohaterów. Nie jest to jednak typowy romans, raczej ciekawa mieszanka gatunków. Książka jest właściwie osobliwym przewodnikiem. Podążając śladami Alicji i Michała możemy nie tylko trafić do opisanych miejsc, ale także do… autentycznych mieszkańców występujących w powieści. Jest także kroniką, świadectwem skomplikowanych i poplątanych ludzkich losów. Przede wszystkim jednak dostarcza sporo materiału do przemyślenia, niesie wyraźne przesłanie. Zmusza do zastanowienia czy należycie doceniamy fakt, iż jesteśmy pokoleniem urodzonym podczas pokoju. Uświadamia, że gospodarzymy na swoim kawałku ziemi tylko przez chwilę, po czym odchodzimy. Pozostawiamy po sobie pamiątki, przedmioty materialne, które służąc przyszłym pokoleniom, stają się pomostem między przeszłością a przyszłością… Skoro nasz czas jest tak ograniczony, to nie warto trwonić życia na siedzenie z założonymi rękami. Jeśli z jakichkolwiek względów jesteśmy rozczarowani, to powinniśmy coś zmienić… być może podążyć nieznaną ścieżką, bo przecież nikt nie wie jakie możliwości czekają za zakrętem…


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu: