piątek, 31 października 2014

NAGRODA IDENTITAS DLA JANA POLKOWSKIEGO ZA "ŚLADY KRWI"





Z ogromną przyjemnośćią i satysfakcją informjuję, że laureatem pierwszej edycji Nagrody Identitas został Jan Polkowski, autor ŚLADÓW KRWI - za próbę stworzenia wielkiej panoramy skomplikowanych polskich losów, pytanie o nasze splątane korzenie, a przy tym pokaz maestrii w operowaniu językiem polskim.









Przewodniczący Jury Nagrody części literackiej – Paweł Lisicki tak uzasadnił ten wybór:

"Kapituła nagrody Identitas zdecydowała się nagrodzić książkę Ślady krwi Jana Polkowskiego. To dzieło wybitne, w oryginalny i głęboki zarazem sposób pokazujące losy całego pokolenia Polaków. Jednocześnie jest to piękna przypowieść o poszukiwaniu tożsamości przez jednego człowieka, głównego bohatera książki, który pragnąc odnaleźć siebie i zrozumieć kim jest musi zmierzyć się z przeszłością swoją, swojej rodziny, swego narodu.Książkę Polkowskiego wyróżnia też niezwykły język, czysty, nasycony metaforami, mocny, prawdziwie poetycki. To proza najwyższych lotów".


AUTOROWI SERDECZNIE GRATULUJĘ






            
Więcej informacji o książce:

czwartek, 23 października 2014

"Virginia Woolf. Pokrewne dusze" - wybór listów pod red. Joanne Trautmenn Banks


„Całkiem sporo napisałam, jak zawsze pod Twoim surowym okiem odszukującym mnie poprzez świat. Chciałabym Cię tu mieć dla zachęty. Nikt naprawdę nie przejawia większego zainteresowania, bo niby z jakiej racji, moją pisaniną. Czy myślisz, że napiszę kiedyś dobrą książkę? W każdym razie radzę sobie lepiej niż wcześniej, chociaż ciągle mam okropne gołe i niepłodne okresy. Dużo też czytam (…). Pisanie jest boską sztuką i im więcej piszę i czytam, tym bardziej to kocham.” 
[Virginia Woolf doViolet Dickinson, rok 1905, str. 36]

„Ale jak sprawić, żeby ludzie mówili o wszystkim w całym życiu, tak, że włosy się jeżą, w salonie? Jak można wyważyć i wyostrzyć dialog tak, żeby każde zdanie przedzierało się jak harpun i zmagało z kamykami na dnie duszy czytelnika?” 
[Do Geralda Brenana, rok 1923, str. 220]





NA FALACH ŻYCIA


Virginia Woolf (1882-1941) publicystka, pisarka i feministka; w okresie międzywojennym znacząca postać w intelektualnych i literackich sferach Londynu, z czasem uznana za jedną z największych powieściopisarek i czołowych przedstawicielek literatury modernistycznej XX wieku. Pozostawiła po sobie spory dorobek (recenzje, eseje oraz powieści), więcej chyba jednak emocji wzbudzają jej notatki i uwagi prywatne. Jako osoba spowita aurą tajemniczości, kontrowersji i skandalu od lat fascynuje czytelników, którzy chętnie sięgają po pozycje, które pozwalają zajrzeć w jej życie od podszewki. Do tej pory w Polsce ukazał się Dziennik, teraz pojawia się pozycja, która umożliwi czytelnikom poznanie korespondencji. Zachowało się około czterech tysięcy listów wysłanych do rodziny, przyjaciół i znajomych, a także do wydawców i literatów. Pokrewne dusze stanowią ich starannie przygotowaną antologię.

Książka jest okazała, a mimo to prezentuje tylko niewielką część listów. To uświadamia, jak tytaniczną pracę wykonała autorka projektu przy selekcji. Czytelnik z pewnością to doceni, gdyż wybór listów oraz ich układ został rzetelnie przemyślany. Wszystkie są datowane, opatrzone zwięzłymi opisami i wyjaśnieniami, sprawiają wrażenie, że zostały niemal rozszyfrowane. Umieszczone w dogodnym miejscu przypisy informują kim są adresaci oraz jaki rodzaj stosunków łączył ich z pisarką. Listy pogrupowane są w rozdziały (odpowiadające poszczególnym okresom życia Virginii) i opatrzone wstępami. Całość wzbogacono niezwykle klimatycznymi fotografiami, przedstawiającymi portrety pisarki oraz jej sylwetkę w otoczeniu rodziny i przyjaciół. W ten sposób opracowana książka stała się udokumentowanym świadectwem życia Virginii Woolf, rodzajem jej epistolarnej autobiografii. Podczas lektury staje się jasne, że Joanne Trautmenn Banks (autorka projektu) kierowała się nie tylko chronologią, koniecznością zilustrowania życia pisarki, przede wszystkim chciała wychwycić (w najdrobniejszych niuansach i tonacjach) wszystkie aspekty jej niezwykle bogatej osobowości. 

Przez całe życie Virginia była albo niezwykle pobudzona, aktywna zawodowo i towarzyska, bądź walczyła z demonami, przeżywając kolejne załamania nerwowe i odsuwając się od świata. Na przemian przeżywała chwile szczęśliwe, bądź traumatyczne; okresy te pojawiały się cyklicznie, jak fale przypływu i odpływu i znalazły odbicie w korespondencji. W lepszych okresach pisała listy błyskotliwe, skrzące inteligencją i migocące dowcipem, przepełnione w dużej mierze ploteczkami (z powodu swojego zamiłowania do spontanicznego plotkarstwa często wpadała w tarapaty towarzyskie). Natkniemy się jednak także na listy świadczące o gorszej kondycji autorki, pochodzące z okresów, gdy „pisanie jest (…) jak przenoszenie cegieł przez mur”.* 

Virginia pisanie miała we krwi. Każda okazja i wydarzenie było dobrym pretekstem, by napisać list. Korespondencja była jej potrzebna jak powietrze, stanowiła ujście dla energii, oczyszczenie umysłu, porządkowanie rozedrganego świata… Czasem stawała się kołem ratunkowym, tarczą obronną przed załamaniem nerwowym, przed torturą samotności. „Listy nie są literaturą!”** pisała do swej przyjaciółki Violet Dickinson w roku 1905, lecz wbrew tej tezie jej listy są niezwykle literackie (czasem poetyckie), a także plastyczne (świadczące, że bliskie jej było malarstwo) i muzyczne (dbała o rytm słów). Poznajemy je chronologicznie, od dziecięcych, przez pełne młodzieńczego zapału, aż po te najbardziej wyrafinowane. Jej styl był zmienny, uzależniony od stopnia poufałości z adresatem, ton dowcipny („naprawdę doktor to gorzej niż mąż”***), przyjazny bądź swawolny (flirtowała po trosze ze wszystkimi), to znowu poważny i nad wyraz rzeczowy.

Pokrewne dusze nie wywołają sensacji wśród czytelników, którzy znają twórczość i Dziennik Virginii (nie  zaskoczą nowymi faktami z jej życia). Pozwalają natomiast zajrzeć w najbardziej intymne sfery życia pisarki, poznajemy „na gorąco” jej odczucia i myśli, wrażenia i motywy postępowania; zrozumiemy jak wieloma odcieniami mieni się jej osobowość. Lektura książki z pewnością przyniesie refleksję, że Virginia Woolf jest pisarką, której utworów nie da się zinterpretować i zrozumieć bez znajomości jej życia. Cały jej dorobek literacki, Dziennik i jej listy są w jakiś sposób z sobą powiązane, wzajemnie się uzupełniają. Wydaje się, że dopiero po przeczytaniu korespondencji można należycie docenić fenomen powieści Fale i sposób, w jaki życie oraz jej osobowość przeniknęły do  tego dzieła.

Warto poświęcić nieco czasu, by poznać Virginię; dla wielbicieli jej talentu to pozycja obowiązkowa. Z jej korespondencji wyłania się obraz epoki, w której żyła oraz portret elity towarzyskiej. Przede wszystkim jednak poznajemy wizerunek samej pisarki, która była postacią nietuzinkową, charyzmatyczną, obdarzoną wielką wyobraźnią, rozedrganą i utkaną z największych sprzeczności. Pewne jest, że bez Virginii Woolf świat pozbawiony by został wielu wrażeń i barw…


*     Pokrewne dusze, str. 190
**   Tamże, str. 35
*** Tamże, str. 26


Za książkę dziękuję portalowi:




recenzja ukazała się TUTAJ



poniedziałek, 20 października 2014

"Dziedziczki Soplicowa", Joanna Puchalska






ŚLADAMI  MICKIEWICZA

Czombrów – malowniczy modrzewiowy dwór, z pobielanym gankiem, położony na wzgórzu, między topolami, nad ruczajem. Zagubiony gdzieś między Nowogródkiem, a Świtezią. I jakoś dziwnie znajomy.

Jeśli zastanowimy się, który dworek szlachecki przedstawiony w literaturze w sposób szczególny przypadł Polakom do serca serca - pomyślimy o Soplicowie. Nie wszyscy jednak wiedzą, że pierwowzorem mitycznego Soplicowa był Czombrów, który posiadał duszę i niezwykłą przeszłość. Dwór przez wieki był świadkiem historycznych wydarzeń (przemarsz wojsk napoleońskich, procesy i zajazdy szlacheckie, wojny). Przez jakiś czas był związany z rodziną Mickiewiczów. Wieszcz zapewne często tu gościł i fascynował się historią, gdyż osnowa „Pana Tadeusza” mocno opiera się na czombrowskich realiach.

Czy rzeczywiście „Pan  Tadeusz” ukazuje losy ostatniego szlacheckiego pospolitego ruszenia? Otóż jednak nie, gdyż jak dowcipnie wyraził się w wywiadzie Ryszard Ordyński (polski reżyser teatralny i filmowy) - ostatni „zajazd na Litwie” miał miejsce w 1928 roku, kiedy Czombrów przez miesiąc oblężony był przez ekipę filmową (z plejadą gwiazd polskiego niemego kina), wykonującą plenerowe ujęcia do ekranizacji „Pana Tadeusza”, a także tłumy okolicznych sąsiadów, którzy ze wzruszeniem przyglądali się przedsięwzięciu. Mieszkańcom przydzielono role statystów, w filmie także uwieczniono w stroju sarmackim samego właściciela dworu, Karola Karpowicza.

Film (którego premierę oglądał prezydent Ignacy Mościcki oraz marszałek Józef Piłsudski) przyczynił się do wzmożonej popularności Czombrowa. Przed wojną  dwór zostaje oficjalnie włączony w trasę szlaku turystycznego prowadzącego „śladami Mickiewicza”, a tłumy wycieczek stały się stałym elementem krajobrazu. Pojawiła się konieczność wyznaczenia przewodnika. Ta odpowiedzialność spada na synową właścicieli, której zadaniem było od tej pory oprowadzanie gości „po Soplicowie”.

16 maja 1943 roku partyzanci sowieccy podkładają ogień we wszystkich narożnikach dworu. Płonie Czombrów, płoną wszystkie polskie dwory w okolicy. To koniec pewnej epoki. Maria Karpowiczowa, ostatnia dziedziczka,  ma zaledwie kilka minut, by wyjść z domu i zabrać przedmioty, które chce ocalić. Ratuje dworskie archiwum.

***
                          
Joanna Puchalska (z zawodu historyk) jest prawowitą właścicielką i spadkobierczynią ocalonych dokumentów. Dorastała słuchając rodzinnych „czombrowskich” opowieści. Wielokrotnie wyjeżdżała za wschodnią granicę, szukając śladów majątku, porównując szczegóły topograficzne z „Panem Tadeuszem” w ręce. Była autorką cyklu audycji w radiowej Jedynce: „Droga do Soplicowa”. Współpracowała z Filmoteką Narodową przy rekonstruowaniu filmu Ryszarda Ordyńskiego i rozszyfrowywaniu sekretów, które kryły w sobie poszczególne ujęcia. W 2012 roku, z okazji repremiery tego filmu zorganizowała wystawę porównującą zdjęcia Czombrowa z kadrami filmu. Wreszcie postanowiła napisać książkę, która stałaby się połączeniem i podsumowaniem wszystkich projektów i która z pewnością potraktowana została jako wypełnienie życiowej misji.

Archiwa dworskie pozwoliły prześledzić życie codzienne mieszkańców dworu na przestrzeni kilku stuleci. Książka przedstawia losy kilku pokoleń właścicieli dworu, przy czym akcent położony jest na doniosłej roli, jaką spełniały czombrowskie kobiety.

Trudno ogarnąć w zwięzłej recenzji wszystkie aspekty książki. Przede wszystkim prawdziwe wzruszenie budzi poznawanie życia polskiej szlachty osiadłej w okolicach Nowogródka i jednoczesne uświadamianie sobie, jak wiele z tych wydarzeń odbiło się echem w mickiewiczowskim poemacie. Książka zawiera wiele niespodzianek, wędrując „soplicowskimi” ścieżkami spotkamy fascynujące osobistości, między innymi matkę chrzestną Mickiewicza (ówczesną właścicielkę Czombrowa) oraz słynnego filozofa i teoretyka fotografii – Jana Bułhaka, bliskiego kuzyna Karpowiczów.

Klimat książki tworzą nie tylko rodzinne wspomnienia, ale także zdjęcia pochodzące z cudownie ocalonego archiwum. Z fotografii spoglądają na nas kolejni właściciele Czombrowa, ich goście (także ekipa filmowa). Zobaczymy inne wartościowe dokumenty: fragmenty dworskiego inwentarza, spis poddanych zobowiązanych do pańszczyzny, notatkę sporządzoną dla ekonoma Mateusza Majewskiego (dziadka Mickiewicza), a nawet odręcznie pisane przepisy, pochodzące z dworskiej „książki kucharskiej”.


„Dziedziczki Soplicowa” to niezwykła książka, która jest nie tylko kroniką rodzinną. Stanowi barwną i rozległą panoramę życia polskiego społeczeństwa na Kresach, a jednocześnie pozwala zajrzeć za kulisy powstawania najsłynniejszego poematu narodowego. Z pewnością jest to idealny prezent dla Polaków, który pomoże w sposób bardziej świadomy uczestniczyć w obchodach 180. rocznicy wydania „Pana Tadeusza”. Z całą pewnością zachęci do ponownego sięgnięcia po poemat i skonfrontowania go z nowymi faktami. 


Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję wydawnictwu:



sobota, 11 października 2014

"ERASMOPEJA", Jagoda Grudzień - recenzja





W OBAWIE, BY NIC NIE UMKNĘŁO


W zeszłym roku miesięcznik „Forum Akademickie” ogłosił konkurs na powieść o tematyce studenckiej. Jego założeniem było wyłonienie książki, która w najlepszy sposób przedstawi różne aspekty oraz realia dotyczące studiowania. Zwyciężyła powieść „Erasmopeja” Jagody Grudzień, a jej premiera miała miejsce 22 września br.

Laureatka konkursu jest absolwentką polonistyki i doktorantką nauk humanistycznych, a jej specjalizacją jest teatr profilaktyczny. Oprócz tego, że staje się właśnie pisarką (i wygrywa w konkursach), zajmuje się tłumaczeniem, redakcją tekstów i publikuje artykuły w czasopismach. Jagoda Grudzień pracuje już nad kontynuacją swojej powieści, co jest bardzo sympatyczną wiadomością. Istnieje spora szansa, że po wnikliwej i bystrej ocenie dotyczącej studiowania za granicą (w ramach programu Erasmus), będziemy mogli wkrótce poznać równie dowcipną i głęboką diagnozę systemu wyższego szkolnictwa w naszym rodzimym kraju.

„Erasmopeja” jest zapisem (kroniką) roku nauki na Uniwersytecie w Bergen. Oto Marcela, zdolna studentka, która obroniła pracę magisterską, ale jeszcze do końca nie sprecyzowała swoich planów życiowych, została zakwalifikowana do programu Erasmus. Postanawia skwapliwie skorzystać ze swojej szansy, wyjeżdża do Norwegii i nagle staje oko w oko z zupełnie nieznanym otoczeniem i warunkami. Pozbawiona pewnej wygodnej rutyny, która dotąd zapewniała jej poczucie bezpieczeństwa, musi pokonać w sobie wiele lęków (w tym nieśmiałość), by dostosować się do zupełnie nieznanego rytmu życia akademickiego i pokonać piętrzące się biurokratyczne przeszkody. Dziewczyna poznaje akademik i miasto, szuka pracy (by uzupełnić swoje skromne zasoby), przestawia się na wykłady prowadzone w języku norweskim, przede wszystkim zaś (szczególnie i w głównej mierze) integruje się ze studentami. Tytuł książki w dość zabawny sposób nawiązujący do mitycznych herosów, podkreśla tytaniczne zmagania naszej bohaterki z erasmusową rzeczywistością.

Autorce udało się stworzyć bohaterkę, która zapada w pamięć. Studentka dostosowuje się do nowych warunków (stara się wtopić w multinarodowy tłum) i czerpiąc życie pełnymi garściami (obawiając się, by nic jej nie ominęło) stara się wykorzystać do cna swoją erasmusową szansę. Wykłady i imprezy (z akcentem na to drugie), praca w restauracji, rozmowy kuchenne w akademiku prowadzone aż po świt (są i poważne tematy – kryzys tożsamości, różnice narodowości,kwestia patriotyzmu), śmiałe plany na przyszłość i refleksje przeróżnej natury. Warto zwrócić uwagę na świetne spostrzeżenia dotyczące fenomenu portali społecznościowych. Autorka demaskuje rolę Facebooka (prawdziwej choroby XXI wieku), wyjaśnia czemu brak „lajków” tak dołuje i dlaczego uzależnienie od portalu staje się najlepszą drogą prowadzącą prosto w piekło depresji…

Książka napisana jest nieszablonowo i nieco przekornie. Autorka odważyła się po swojemu nazwać świat, przedstawiła historię w sposób bezpruderyjny i niebanalny. Styl jest błyskotliwy i młodzieżowy, (żeby nie powiedzieć hipsterski), rytm narracji przypomina wartki strumień (rzeki?świadomości?); pełen ozdobników, dygresji, nawiązań literackich i inteligentnego humoru; jest trochę postrzelony (jak główna bohaterka) i szalony jak życie studentów w Bergen. Świetnie oddaje nastrój i treść powieści. Od czasu do czasu spotykamy określenie tyle zaskakujące, co wywołujące uśmiech (widać, że dziewczyna ma głowę na karku i z „motyką nie porywa się na zorzę polarną”*). W ten sposób, puszczając perskie oko, udało się autorce wypełnić wymogi konkursu, a także zachować lekki i kpiarski ton, który z pewnością przypadnie młodzieży do gustu.


* str. 127

                          
Z czystym sumieniem oddaję autorce swojego „lajka” ;)



UWAGA! Jeśli ktoś chce nabyć książkę, poznać pełną wdzięku i nieco szaloną, intelektualną erasmusową przygodę, to podpowiadam, że świetna okazja nadarzy się podczas Targów Książki w Krakowie (25 października, godz. 13-16, na stoisku Wydawnictwa Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie). Autorka osobiście (zarzekając się, że nie jest Marcelą) będzie podpisywała egzemplarze swojej książki.






Jeszcze słów parę o Akademickiej Oficynie Wydawniczej. Wydawnictwo nie jest nowe, pojawiło się na rynku w roku 1991 i do tej pory skupiało się na publikacji miesięcznika „Forum Akademickie”, informatorów i poradników. Przeprowadzony konkurs jest sygnałem, że postanowiło rozszerzyć swój profil. „Erasmopeja” została wydana jako pierwsza książka cyklu „Studenckie czasy”, co oznacza, że wydawnictwo zamierza w dalszym ciągu iść tym kursem (literatura piękna i faktu). Z pewnością jest na dobrej drodze, by wypełnić niszę, która do tej pory świeciła niewytłumaczalną pustką. Warto zwrócić uwagę na jakość książki, wydanej ze znajomością sztuki redaktorskiej, co w dzisiejszych czasach nie zawsze jest standardem. Profesjonalizm, doświadczenie oraz poziom pierwszej wydanej książki daje gwarancję, że cała seria będzie utrzymana naprawdę na najwyższym poziomie.


piątek, 3 października 2014

"Mgły nad portem w Barcelonie", Xulio Ricardo Trigo




WBITA W FOTEL WORKIEM MĄKI


Barcelona – stolica Katalonii, jedno z najstarszych, a zarazem najchętniej odwiedzanych metropolii europejskich. Miasto wielokulturowe, kosmopolityczne, kontrastowe i nieco tajemnicze. Urzekającą atmosferę tworzą magiczne zaułki, zabytki pochodzące z różnych epok, a zwłaszcza baśniowa, odrealniona architektura mistrza secesji, Antonio Gaudiego. Barcelona jest natchnieniem dla artystów, ale także wdzięcznym tematem książek o przeróżnej tematyce. „Katedra w Barcelonie”  Falconesa czy „Cień wiatru” Zafóna – to może nie arcydzieła, ale czyta się je przyjemnie i potęgują aurę tajemniczości tego miasta. Po sukcesie Zafóna turyści z całego świata (z nosami w książkach) odbywają pielgrzymki śladami miejsc, o których pisarz napomknął bodaj szeptem. Wszystko to świadczy, że chętnie sięgamy po książki tego typu i uwielbiamy znajdować się jeszcze długo pod ich wrażeniem. Ja lubię, więc nie mogłam się oprzeć zapowiedziom książki, obiecującej wyprawę do średniowiecznej Katalonii.

W czerwcu br. ukazała się powieść „Mgły nad portem w Barcelonie”, jej autorem jest Xulio Ricardo Trigo. Mmm… Książka obiecuje uchylić rąbka kolejnych tajemnic katalońskiej stolicy. Jeszcze tylko sprawdzam jeden szczególik, bo „who is Xulio”, do diaska? Oddycham z ulgą, wszelkie znaki na ziemi i niebie wskazują, że to nowa nieodkryta perła, wschodząca, a raczej już błyszcząca gwiazda na hiszpańskim, a ściślej: na katalońskim niebie. To nieznany dotąd w Polsce poeta, pisarz (napisał czternaście książek, w tym trzy historyczne!), tłumacz, publicysta oraz zdobywca nagród literackich. Pełna lista osiągnięć (znalezionych w internecie) powinna dawać gwarancję, że sięgniemy po literaturę całkiem przyzwoitych lotów.

Robię kawę, rodzinę wysyłam na księżyc, siadam w ulubionym fotelu i poddaję się wielkiej przygodzie. Przenoszę się do XV wieku i zagłębiam się w problemy ówczesnych mieszkańców. Barcelona w tym czasie przeżywa poważny kryzys gospodarczy. Brak portu sprawia, że nie ma szans na dorównanie miastom basenu Morza Śródziemnego. Żaden statek z towarami nie odważy się zmierzyć z mieliznami i skałami Barcelony. Budowa portu jest sprawą priorytetową. Nie jest to jednak takie proste, bo wszelkie żywioły na niebie i ziemi (a także głęboko w morzu) uwzięły się, by to zadanie uniemożliwić.

Pomysł ogólnie jest ciekawy i miał spory potencjał, by przerodzić się w ciekawą powieść. Poznajemy nieznane fragmenty historii, a dodatkowym bonusikiem jest zwrócenie uwagi na sztukę kartografii, dziedzinę nauki, której nie poświęcono w  literaturze zbyt dużo miejsca, a która już wkrótce po opisywanych zdarzeniach (w dobie wielkich odkryć geograficznych) odegra przełomową rolę. Gdyby autor zdecydował się pozostać przy eseju historycznym, zapewne utwór byłby całkiem interesujący. Zrobił jednak błąd, postanowił wprowadzić fabułę oraz bohaterów... Rety! Jeśli po pisarzu, poecie, publicyście, tłumaczu i zdobywcy nagród literackich nie można spodziewać się polotu i precyzji słowa, to przynajmniej oczekiwać należałoby prostej konsekwencji i mniej infantylnych przygód.

Gdzie tam Falcones czy Zafón, czar pryska, magii nie ma… Z czasem tracimy nadzieję, że książka pokaże budowę portu, raczej jest dokumentacją niepowodzeń i ludzkiej nieudolności… Głównym wątkiem są raczej losy Marcela, chłopca który dorasta do spełnienia swoich marzeń. Dobrze więc, niech będzie o dzielnym chłopcu… Tyle, że bohaterowie książki wypadają blado i nieprzekonująco, postępują niespójnie i najczęściej sprawiają wrażenie, że nie wiedzą czego chcą. Przedstawieni zostali w taki sposób, że razem ze swymi krzykliwymi i przesadnymi gestami przypominają spektakl w teatrze marionetek. Postacie są skonstruowane bez znajomości ludzkiej psychiki, a co gorsza - logiki. Marcel, nasza kluczowa nieszczęsna postać, to chłopak poważnie chory na serce. Zaszkodzić mu może najmniejszy wysiłek. Z woli Bożej (jak mu wytłumaczono), odkąd sięga pamięcią, nie wolno mu wykonywać żadnych czynności, które mogłyby go zmęczyć. Nasz bohater jednak, co podkreślono kilkakrotnie, ma wygląd osiłka.  Przecieram oczy, gdyż według definicji osiłek to: „paker”, „mięśniak”, nawet „bysio”. Umięśnione ciało i rumiane lica, które dał mu autor, przy tak poważnej chorobie serca jest nieco niewiarygodne - ale widocznie także otrzymał je „z woli Nieba”… Chłopak, któremu absolutnie nie wolno się męczyć - bez problemu  nosi starca na rękach, taszczy worki z mąką i półtonowe skarby. Biega po górach, jeździ konno i potrafi się obronić, wykorzystując sztuczki godne szermierzy. Och! I scena z koniem...Ponieważ dobra książka czegoś powinna nauczyć, znajdzie się dobra rada dla podróżnych, którzy wybierają się na przejażdżkę konną w góry. Warto mieć z sobą kostkę smalcu (a najlepiej dwie), na wypadek, gdyby koń zechciał zaklinować się między skałami…

"Słowa piekarza uderzały w Marcela niczym ciężkie worki z mąką, które codziennie nosił. Odczuwał w sercu ból i po raz pierwszy od przybycia do Mnotblanc czuł, że bardzo przyspieszyło mu tętno."* 
/Marcel przeniósł tony worków z mąką, ale dla chłopca chorego na serce to bułka z masłem. Farciarzowi tętno przyspieszyło dopiero po dwóch latach./

„Co jest ważniejsze, jeździec czy wierzchowiec? Marcel zauważył podniecenie konia tą niespodziewaną podróżą. Niespokojny zdawał się nie zauważać nawet, że chłopak odwracał się raz po raz, patrząc na pozostające coraz bardziej w tyle Montblanc.”**
  
/No właśnie, jak to z tym jest. Ważniejszy jest koń czy jeździec? Koń, o którym mowa, to jednak nieudany egzemplarz… Nie zauważył, że jego pan odwraca głowę, bo przecież powinien… W głowie się nie mieści. Powinien jakoś zdyscyplinować jeźdźca, zagwizdać na palcach czy coś, może zapytać czy czegoś nie zapomniał…/

Nieścisłości i skrajne rozdarcie dotyczy również innych postaci. Oto mistrz Stassi jest zazdrosny o autorytet swego pomocnika, uczonego Esquivy. Mota więc intrygę, by się go pozbyć; po czym od razu, już po pięciu minutach zaczyna żałować, że kartograf jednak nie stoi u jego boku, by ratować go z opresji. Joseph Cots – weteran wojenny i przyjaciel Marcela - bez mrugnięcia okiem popełnia zbrodnię, po czym nie może sobie poradzić z sumieniem, gdy widzi przestępstwo dokonane przez innego człowieka… Jakże jest rozdarty… A kobiety? Powiało prawdziwą grozą, kiedy zrozumiałam jaki jest stosunek Marcela do matki, a najlepsza jest sierotka Teresa (bo musi być jakaś sierotka), która zadziera przed każdym spódnicę i sprowadza braciszków zakonnych na złą drogę…

Szkoda.

Tło historyczne książki jest ciekawe, a nawet przygody chorego na serce Indiany Jonesa mogłyby (przy odrobinie wysiłku) przedstawiać się zupełnie znośnie. Nieźle w końcu przedstawiono realia średniowiecznej Katalonii, a czytelnik poznaje też mroczne strony średniowiecznego Kościoła, który mocno przyczynił się w owym czasie do  wstrzymywania postępu, umieszczając na indeksie pisma starożytnych uczonych oraz innowierców. Powieść można ewentualnie polecić fascynatom historii Barcelony i czytelnikom, którzy lubią poznawać epokę średniowiecza. Wytrawnym czytelnikom wypada odradzić. Z krzykiem. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić czy tekst został zmaltretowany przez  tłumacza czy też ten sam biedny tłumacz tarzał się ze śmiechu przekładając niektóre fragmenty tej historii. To naprawdę niewiarygodne, by nagradzany autor czternastu książek, publicysta i poeta, mógł sadzić metafory ciężkie i niezgrabne, jak nieszczęsne wory z mąką…


*  str. 180
** str. 183

środa, 1 października 2014

Hölderlin i van Gogh - skojarzenia






Chleb i wino 

Miasto już odpoczywa. Turkot ostatnich powozów

Migoczących światłami oddala się i ulica

Cichnie w poświacie latarni. Syci słodyczy dnia, 

Ludzie śpieszą do domu, by tam w spokoju i ciszy 
Ocenić zysk i stratę. Opustoszał też rynek,
Zniknęły ze straganów winogrona i kwiaty,
I wszelkie rękodzieło. Tylko z dalekich ogrodów
Dochodzi muzyka. Struny potrąca zapewne 
Ktoś zakochany lub taki, co jest sam i wspomina
Młodość i dawnych przyjaciół. Słychać też wieczne źródła
Bijące z wonnego gruntu, i dzwon w gęstniejącym mroku
I głos czuwającej straży, gdy ogłasza godzinę.
I wiatr powiewa chwilami, wzburzając korony drzew,
I oto tajemniczo, niby cień naszej ziemi,
Wschodzi powoli księżyc. Nastaje noc, marzycielka, 
Rozgwieżdżona, wyniosła, nielicząca się z nami, 
I srebrna, zagadkowa, jakby z innego świata
Króluje majestatycznie i smutno tam, nad szczytami.


- Friedriech Hölderlin, fragment  utworu "Chleb i wino", z:  "Friedrich Hölderlin. Co się ostaje, ustanawiają poeci. Wiersze wybrane w przekładzie Antoniego Libery"