czwartek, 27 listopada 2014

Zawsze razem


Dzisiaj pod względem technicznym będzie nieco nietypowo. Mam bowiem przyjemność zaprezentować recenzję, którą napisałam dla serwisu BiblioNETka w roli recenzenta. Z tego powodu na blogu znajduje się tylko  fragment, do recenzji przekieruje link. Za niedogodności przepraszam.








Rok 1914, nad Polską gromadzą się chmury. Mieszkańcy Brwinowa i Podkowy Leśnej wiedzą już, że widmo wojny staje się realne. W tych warunkach, w niezwykle dramatycznych okolicznościach, stajemy się świadkami narodzin sióstr-bliźniaczek, najmłodszych członkiń rodziny Winnych. Nie jest to dobry moment, by celebrować cud nowego życia. W ogólnym zamieszaniu i przygnębieniu można nawet zapomnieć zapytać o imiona, które ksiądz w pośpiechu nadał dziewczynkom podczas chrztu. To Maria i Anna, od chwili narodzin już w pewnym sensie „winne” śmierci swojej matki. 


Stanisław nie radzi sobie ze stratą żony i nie potrafi zająć się swymi osieroconymi dziećmi. Kiedy sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, sprawy w swoje ręce biorą jego rodzice. W ten sposób poznajemy najważniejszych bohaterów pierwszego tomu pasjonującej i barwnej sagi rodzinnej...


Ciąg dalszy  TUTAJ



Recenzja została opublikowana na portalu:







piątek, 21 listopada 2014

Felietony wybitnego krytyka muzycznego - Andrzeja Chłopeckiego: zapowiedź i zaproszenie (materiały prasowe)




"Szanowni Państwo,
 serdecznie zapraszamy na dyskusję o felietonach Andrzeja Chłopeckiego. W gronie rozmówców zasiądą: Rafał Ciesielski, Joanna Grotkowska, Paweł Krzaczkowski, Katarzyna Naliwajek-Mazurek, Kamila Stępień-Kutera oraz Sławomir Wieczorek. Spotkanie odbędzie się 22 listopada o godz. 17:00 w Pałacu Myślewickim w Łazienkach Królewskich w Warszawie. Wstęp wolny".
- Paulina Kabalak, Polskie Wydawnictwo Muzyczne S.A.
Wspomniana dyskusja towarzyszy Festiwalowi De Musica. Szczegóły programu:








We wrześniu nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego oraz Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazał się pierwszy tom felietonów Andrzeja Chłopeckiego „Dziennik ucha. Słuchane na ostro”. W najbliższym czasie do księgarni trafi drugi tom zatytułowany „Muzyka wzwodzi. Diagnozy i portrety”. Publikacja ta będzie efektem współpracy PWM  oraz Fundacji Polskiej Rady Muzycznej.

Felietony A. Chłopeckiego były żywą reakcją na wydarzenia związane z muzyką nową. Chociaż powstały kilka, kilkanaście lat temu, to jednak nie straciły na swej wartości. Celne, nierzadko ostre, ironiczne uwagi nadal prowokują do refleksji. Kiedyś wielu czytelników m.in. „Gazety Wyborczej”, „Tygodnika Powszechnego” czy „Ruchu Muzycznego” z niecierpliwością czekało na kolejne teksty Chłopeckiego. Niektórzy skrupulatnie gromadzili wycinki, by móc wracać do tych doskonałych objaśnień zjawisk ze świata muzyki. Niniejsze dwutomowe wydanie da taką możliwość szerszemu gronu odbiorców, którzy są ciekawi opinii na temat muzyki np. Wojciecha Kilara, Pawła Mykietyna, a nawet Piotra Rubika.






Andrzej Chłopecki (1950–2012) – wybitny krytyk muzyczny, znawca muzyki współczesnej i promotor muzyki polskiej. Od końca lat 70. związany z Polskim Radiem. Z rozmachem tworzył życie muzyczne jako dyrektor festiwali Aksamitna Kurtyna i Musica Polonica Nova oraz członek komisji programowej Warszawskiej Jesieni. Był mistrzem pióra, autorem setek tekstów (m.in. „Tygodnik Powszechny”, „Ruch Muzyczny”, „Gazeta Wyborcza”, „Odra”, „Res Publica Nowa”, „MusikTexte”).

Patroni medialni publikacji: Program Drugi Polskiego Radia, „Tygodnik Powszechny”, „Glissando”

wtorek, 18 listopada 2014

O tym, co w życiu ulotne - w sposób nieulotny...



Wpadły mi w ręce wiersze.
Trafiły przypadkowo, jak porwane wiatrem listki, które dostały się przez niedomknięte okno...
 i trafiły mnie mocno... Dokładnie wiem skąd je wiatr przywiał...
Teraz chodzę po lesie, nie mogę ochłonąć...  Tędy przed chwilą przeszedł poeta, jeszcze kołysze się potrącona gałązka... i szukam kolejnych kartek-listków-wierszy napisanych przez mrowisko, utkanych z pajęczyn, porannej rosy, poświaty księżyca, ciszy lasu i klangoru żurawi...





***

Gdybym potrafił i mógł tu
w pozłocie, zieleni, brązach,
tysiące omszałych duktów
w jedno naręcze bym związał.

Na jednej kartce z zeszytu
spróbował połówką tonu
upleść warkocze z prześwitów,
snuć nić z oprzędu kokonu.

Wers bym spróbował opasać, 
opleść choć jego ćwiartkę.
Ją wziąłbym z sobą i w lasach
pustą zostawiłbym kartkę.

By ją pisało mrowisko,
na gniazdo ją przeżuł szerszeń,
by czas, gdy już zrobi wszystko,
zdmuchiwał z drzew moje wiersze...







W las...

W oparach mgieł nieznane
Snują się mgły w mych krokach
Idę w las wczesnym ranem
Nie spuszczam ranka z oka

W las. Zgubić w sobie zwierza
Za łzy mieć i mgłę, i rosę
Zdążać, wędrować, zmierzać
W las, aż po czuby sosen

Tu jestem. Siadam, piszę
W mrówczą spoglądam trasę
Pośród sosnowych szyszek
Które już zaraz lasem

- Janowi Leończukowi







Świsłocka noc

Dnia powieki wolno spadają,
rzęsy jego już bliskie runa,
do sypialni już zmierza pająk,
srebrne oko już puszcza luna.

Idę tropem jakiegoś zwierza,
on podąża za moim śladem.
Idę, staję i nie dowierzam,
prócz mojego głos znikąd żaden.

Lecz nie jestem pniem, ani głuszcem.
Żaden głos, choćby nutka licha?
Gdym zamienił się w słuch i w puszczę,
usłyszałem, jak las oddychał.

I poszedłem tym tchem, tym tropem,
w skłonach trawy, po locie ptaka,
i doszedłem do kilku kropel,
które dzień, odchodząc, wypłakał.

W każdej było moje odbicie
w księżycowej i własnej pełni.
Gdy spadł deszcz majowy jak chrzciciel
jedność moją z puszczą wypełnił.

I gdy księżyc na czubku drzewa
chmurą skryty zapadł się w nockę,
nikt wśród lasu nie podejrzewał,
że przepadnę w Puszczy Świsłockiej...*


- * Puszcza Świsłocka - do 1939 r. oficjalna nazwa Puszczy Knyszyńskiej (od przepływającej przez nią rzeki Świsłoczy)






Wybrane utwory i rysunki pochodzą z tomiku "Ulotnia", ich autorem jest Janusz Andrzejczak. 




JANUSZ ANDRZEJCZAK - poeta, prozaik, malarz, wędrowiec. Urodził się w 1956 roku w Toruniu. Tam mieszka i pracuje. Absolwent Mikołaja Kopernika w Toruniu. Nauczyciel, pedagog. Autor tomików poetyckich: TAKIJEDEN, ŁAGODNIA, ULOTNIA. Wiersze, opowiadania, eseje i krótkie formy prozatorskie publikuje w czasopismach literackich i internecie






Strona autorska poety:
http://www.januszandrzejczak.pl/index.php?aid=1


Informacja znaleziona na stronie autora:
Tomik można nabyć  TUTAJ i bezpośrednio u autora (z dedykacją), kontakt e-mail:  lagodnia11@gmail.com


***
Z podziękowaniem

sobota, 15 listopada 2014

„Wibrowanie kobiecości” w najnowszej książce Romy Ligockiej. Wywiad z autorką – materiały prasowe.






Kraków, lata 50- te XX wieku. Nastoletnia Roma wchodzi w dorosłe życie. Pozostawiona przez matkę, która musiała wyjechać z kraju, bez kontaktu z doświadczoną osobą, która w trudnych życiowych sytuacjach służyłaby radą i pomocą, młoda dziewczyna wpada we wszystkie pułapki swojego wieku. Środowisko artystów, w którym zaczyna się obracać, jest fascynujące, ale i przynosi wiele niebezpieczeństw. "Droga Romo" to wzruszająca opowieść popularnej pisarki, dzięki której czytelniczki jeszcze bardziej ją pokochają i lepiej zrozumieją jej życiowe wybory.

Chciałam opowiedzieć o "wibrowaniu kobiecości", które zaczyna się w nas, w duszy, w ciele, w umyśle - kiedy mamy 16-18 lat - i potem nie opuszcza nas już przez całe życie.
Ale ta książka mówi też o alkoholizmie, aborcji, uzależnieniu od ...mężczyzny. Mówi o trudnym kobiecym losie - o jego pierwszym uderzeniu - wtedy kiedy jesteśmy najsłabsze, niedoświadczone - po prostu młode. Zresztą na to, co nas spotyka w tzw. "dorosłym życiu”, zawsze jesteśmy za młode i zbyt niedoświadczone.
Pisząc tę książkę, przypomniałam sobie sonety  Szekspira - w których jest delikatny i piękny dialog młodości z dojrzałością. Ja napisałam to prozą. Próbowałam porozmawiać ze sobą - tą z przed lat. Roma dzisiejsza, dojrzała - przygląda się swojemu życiu i próbuje odnaleźć siebie z tamtych czasów. Bo przecież za wszystkie błędy, które popełniała 18-letnia Roma, płaci teraz Roma dzisiejsza. Ale może dzięki pisaniu tej książki, nauczyłam się tamtej niedoświadczonej dziewczynie przebaczać - przebaczać sobie. Bo może najtrudniejszą sztuką w życiu, proszę Państwa, jest umieć samemu sobie wybaczyć.


- Roma Ligocka 



6 listpada br. miała miejsce premiera najnowszej powieści Romy Ligockiej, kontynuacji bestsellerowego „Dobrego dziecka”. Zapraszam do przeczytania wywiadu, który z tej okazji z autorką  przeprowadziła Anna Zemanek z Wydawnictwa Literackiego:


Pani Romo proszę nam zdradzić na początek, o czym jest Pani nowa powieść?
Moja nowa powieść jest jak zwykle o wszystkim, co jest w kręgu mojego świata, do którego zawsze wracam, w którym się poruszam. Moja bohaterka przeżywa trudne momenty, ale zdarzają się jej także miłe rzeczy. Myślę, że chociaż żyje ona jakiś czas temu - w dwudziestym wieku, nie w dwudziestym pierwszym,  to jednak problemy, z którymi się boryka i o których opowiada, są również bliskie dzisiejszym kobietom. Podczas rozmów z moimi czytelnikami, przekonałam się, że nawet kobiety, które się czasem do tego nie przyznają, również walczą z takimi problemami o których opowiadam w mojej książce.

Jest to historia młodej dziewczyny u progu dorosłości, nie nastolatki, ale młodej kobiety, która wchodzi w dorosłe życie, w pierwsze związki, oczywiście pojawiają się również konflikty z jej matką. Proszę mi powiedzieć, co młode kobiety mogą znaleźć w Pani powieści?
Muszę się odwołać do mojej poprzedniej powieści, mianowicie do „Dobrego dziecka”. Tamta historia zakończyła się  w momencie, gdy bohaterka stała u progu dorosłości. Nie przekroczyła go jednak, bo wydawało mi się, że tak będzie lepiej, dyskretniej.  Te poważne, trudne sprawy pojawiają się właśnie w mojej nowej książce - bohaterka jest już rok, dwa lata  starsza i uświadamia sobie, że stała się kobietą i wszystkie problemy z tym związane nagle na nią spadają.  Po napisaniu "Dobrego dziecka'" pojawił się lekki niedosyt, również  czytelnicy pytali o jego  kontynuację. Wprawdzie  myślę,  że powieści  nie powinno się kontynuować, zwłaszcza że nie jestem Tołstojem i nie piszę „Wojny i pokoju”, ale jednak postanowiłam pokazać, jak wyglądają problemy i sytuacje przed którymi stanie kobieta u progu dorosłości. Mówi się, że te pierwsze lat dorosłości to najpiękniejszy okres w życiu kobiety. Na pewno jest najtrudniejszy. Wszystko co robi się po raz pierwszy, zostawia bardzo silne ślady w mózgu, w myśleniu, duszy człowieka, ale jednocześnie jest piekielnie trudne.

W książce pojawia się pierwsza miłość, inicjacja seksualną, związki, na które bohaterka nie jest ani gotowa, ani nie wie tak naprawdę, na czym polega związek z drugim człowiekiem.
To jest właśnie jej główny problem. Wynika on i z przeżyć wojennych, i z braku pełnej rodziny, która została zniszczona podczas wojny, i z trudnej relacją z matką, w której nie ma miejsca na rozmowy i tłumaczenie wielu rzeczy i przyjaźń. Jest to jest specyficzna historia kobiety, która nie jest gotowa na związek, ponieważ nikt jej do tej roli nie przygotował, nikt jej nie pomógł. Nie było tak, jak zdarza się to teraz w wielu rodzinach, gdzie młoda dziewczyna, obserwując swoich bliskich naturalnie dojrzewa do takiej roli, przynajmniej w dużym stopniu. Również w dzisiejszych czasach, wiele młodych dziewczyn jest potwornie bezradnych, nie mają z kim porozmawiać, nie mają możliwości,  albo nie potrafią porozumieć się z rodzicami, z nauczycielami. Młode dziewczyny są bardzo samotne. Widzę to na przykład w listach, które do mnie piszą. Samotność młodej dziewczyny nie zmieniła się, chociaż minęło pół wieku, od kiedy moja bohaterka ją przeżywała.

To prawda, problemy młodych kobiet, które wchodzą w dorosłość, w związki, są właściwie takie same. Teraz dziewczyny też spełniają jakieś wymagania zewnętrzne, oczekiwania, kompletnie nie mając kontaktu ani ze swoją kobiecością, ani z tym czego tak naprawdę pragną.
Wydawało by się, że powinno być teraz zupełnie inaczej. Internet, który ma lekarstwem na całe zło i samotność, jednak nim nie jest. Otwartość, z którą się tam mówi o pewnych tematach, ten dobrobyt, który sprawia, że młode dziewczyny mogą sobie teraz razem wyjeżdżać, chodzić, rozmawiać. To daje im swobodę. Szkoła, do której ja uczęszczałam i moja bohaterka też, była szkołą tylko dla dziewcząt. Śmieję się mówiąc, że po raz pierwszy zobaczyłam jak wygląda chłopak z bliska, dopiero kiedy miałam już jakieś siedemnaście lat. Przedtem nie było okazji by nawet na nich popatrzeć. Okazuje się jednak, że przygotowanie do konfrontacji z mężczyzną, a później do życia z nim, odbywa się dzięki bliskim ludziom z którymi się stykamy. Mam przyjaciółkę, która swojej córce wielokrotnie powtarzała „Natalko, kocham cię!”.  Ja natomiast, tego nigdy nie usłyszałam od nikogo z mojej rodziny. To sprawia, że się oswajamy z miłością i nie spada ona na nas jak grom z jasnego nieba, tylko czujemy że kochane. Jeżeli od dziecka mamy tą świadomość, że miłość nam się należy, to potem nie jesteśmy tak potwornie przytłoczone miłością mężczyzny. Pokorny, metafizyczny stosunek do uczuć, którymi nas ktoś nagle obdarza, sprawia że jesteśmy bezbronne i nie umiemy sobie sformułować,  czego my tak w zasadzie oczekujemy, co uczucie ma nam dać i po co właściwie jest. Z powodu powtarzanego przez pokolenia zwyczaju, odzywa się w nas pokora i wdzięczność za to, że ktoś nas wybrał, że nie zostaniemy na tym rynku same, tylko ktoś zdecydował się ten towar, którym my jesteśmy przynajmniej obejrzeć, a może nawet i kupić. I właśnie takie podejście, od początku stwarza niedobrą, niezdrową dla kobiety, krzywdzącą sytuację.

Mam wrażenie, że ta dziewczyna miała potworny głód akceptacji i miłości.
Właśnie tak, właśnie o tym mówię. I… tak naprawdę nie mogła rozróżnić tego, czy mężczyzna naprawdę  ją kocha, czy tylko pożąda i chodzi mu o seks. To było dla niej kompletnie nie do rozróżnienia, nie była przygotowana na tego typu zjawiska. Jej prawdopodobnie w gruncie rzeczy, było wszystko jedno. Wystarczyło jej tylko czyjeś zainteresowanie, żeby się jej wydawało, że jest traktowana poważnie. Prawdopodobnie seks był wyrazem akceptacji i chyba dla niektórych dziewczyn, jest tym do dziś. Seks jest biletem, by zostać przez kogoś zauważonym.  Nie zdają sobie jednak sprawy, że ta droga powinna przebiegać w odwrotnym kierunku. Tak mało ludzi o tym wie, mało dziewcząt ma tę świadomość, że seks to jest nie środek do celu, tylko jest to cel sam w sobie, do  którego wcale nie powinno się tak śpieszyć. Wiele warunków musi być spełnionych, żeby oboje partnerzy dojrzeli do tej sytuacji. Ciągle duża ilość  młodych kobiet uważa, że tak być musi i nawet nie próbuje tego zmienić.. Jest też w tym pogarda i marnowanie tego, co jest później w życiu człowieka niezwykle ważne i szalenie wzbogacające, dodające ogromnej energii. Jednak tak się dzieje, tylko wtedy, gdy świadomie decydujemy się na seks, kiedy wiemy, że nie jest wymuszony, tylko jest to nasza własna decyzja. Wydaje się to prostą rzeczą, jednak wcale tak nie jest.

Bohaterka podejmowała różne decyzje, ale faktycznie była niezwykle osamotniona, pozostawiona sama sobie. Tak jak Pani wspominała, rola matki, rodziny jest bardzo ważna.  Jednak ta dziewczyna nie potrafiła, ani chyba już później nie chciała rozmawiać z matką?
Wyczuwała, że taka rozmowa byłaby z góry skazana na porażkę, że jej matka też nie potrafi z nią rozmawiać i nawet nie chce poruszać tych tematów. Myślę, że rodzice z tamtych czasów, ale również i ci  dzisiejsi wolą udawać, że dziecko z nimi rozmawiać nie chce. Albo gdy młody człowiek nie pyta, to nie zaczynają  rozmowy, bo liczą na to, że może się to jakoś samo ułoży. Jest w tym  ogromny strach, że się zbłaźnimy, że będziemy staroświeccy, śmieszni. To nie jest tak, że dzieci nie chcą z nami rozmawiać. One dokładnie wiedzą, że granica zainteresowania rodziców kończy się  wtedy, gdy dochodzą do głosu emocje, seks i coś naprawdę ważnego. Nawet w przypadku wyboru drogi zawodowej rodzice też się boją, nie chcą brać odpowiedzialności za coś, czego nie ogarniają całkowicie. Rola rodzica nie jest łatwa, ale wydaje mi się, że wielu rodziców jest zbyt wycofanych i ich dzieci są przez to tak bardzo samotne.

Można wyczuć ogromną bezradność w relacji po obu stronach, zarówno ze strony tej młodej dziewczyny, jak i ze strony matki. Co może Pani doradzić obu pokoleniom tych kobiet, żeby im ułatwić chociażby rozpoczęcie dialogu?
Bardzo dużo przebywam z młodymi ludźmi. Lubię rozmawiać z młodymi kobietami i tak się składa, że one też chcą rozmawiać ze mną. Konsultuję z nimi moją wiedzę i doświadczenia oraz moich bohaterek. Wspomniana wcześniej Natalka, wymyśliła sobie, że najbardziej chciałaby wyjść za mąż za izraelskiego żołnierza, ponieważ jest on dla niej symbolem dzielności, odwagi. Równocześnie są to chłopcy, którzy kochają niezwykle swoje matki, rodzinę. Powiedziałam jej, że ona trochę jest z innego świata i zapytałam, czy on będzie z nią szczęśliwy. Natalka na to odrzekła „ciociu, najważniejsze, żebym ja była z nim szczęśliwa”. Dziewczyna miała wtedy lat osiemnaście, a ja tego zdania do dzisiaj nigdy nie mówię sobie w kontakcie z mężczyznami. Nie pytam „czy on mi da szczęście?”, tylko raczej „ co ja bym mogła zrobić, by oczy mu zabłysły na mój widok?”. I to pod każdym względem. Co ja muszę zrobić, jakie zadania mam do wykonania, żeby go przekonać, że sobie zasłużyłam na jego zainteresowanie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że to on powinien przekonać mnie, że to on ma zasłużyć na moje zainteresowanie. Nauczono mnie w dzieciństwie, jak i również moją bohaterkę, że zainteresowanie mężczyzny kobietą jest ogromnym dla niej przywilejem. Kiedyś rozmawiałam z dziewczyną, która się właśnie rozwiodła i jej matka spytała „kto cię weźmie z dzieckiem?”. Już w samym sformułowaniu „kto cię weźmie” jest zawarte takie przesłanie, że ona jest jak używany towar w second-handzie. Kto kupi ciuch, który jest przeceniony? Nie wolno tak o sobie myśleć.  To jest właśnie moja rada dla młodych dziewcząt: bądźcie jak Natalka. Najważniejsze jest to, co mężczyzna może mi dać, czy naprawdę jest w stanie zaofiarować mi to, na czym mi zależy? Czy cena, którą płacę za ten związek jest dla mnie do przyjęcia? Gdyby dziewczyny i kobiety tak myślały, to prawdopodobnie było by mniej małżeństw z alkoholikami, problematycznymi ludźmi, związków z żonatymi mężczyznami. Ja polecałabym głęboką zmianę myślenia. Jest w nas ogromny niepokój i lęk, że nikt nas nie będzie chciał. Wydaje mi się, że każda młoda dziewczyna, gdy ogląda się w lustrze, chcąc nie chcąc zastanawia się kto ją weźmie, czy taką jaką jest, ktoś ją w ogóle zechce i pokocha? Im więcej w szkole i w domu otrzyma akceptacji, tym większe prawdopodobieństwo, że ta dziewczyna powie: „Tak, zechce mnie. I będzie to ktoś, kto będzie na mnie zasługiwał.” To jest chyba największa sztuka.

Miłość własna i akceptacja, to jest najlepsze chyba lekarstwo dla kobiet, które kochają za bardzo.
Tak, dla wszystkich kobiet. Najważniejsze, żeby miały świadomość, że to jest ich życie, i że żadna jego godzina nie zasługuje na zmarnowanie. Kiedyś przeczytałam wspaniałe zdanie, chyba amerykańskiej autorki, które brzmiało: „gdyby kobiety chociaż dwadzieścia procent energii, którą zużywają najpierw na nawiązanie, a później na utrzymanie związku, poświęciły dla siebie, na kształcenie psychiczne, sportowe bądź zawodowe, to miałyby sto procent więcej sukcesów.”

A nasza dziewczyna najwięcej energii poświęca swojemu mężowi, który jest alkoholikiem. Nie umiała rozpoznać  tego niebezpieczeństwa, zanim wyszła za mąż za tego mężczyzną. Przez jego chorobę, ona właściwie nie ma własnego życia, jest praktycznie zniszczona.
I to jest smutne, bo dziewczyna jest ładną osiemnastolatką. Wszyscy mówią, że tęsknią za tym wiekiem -  chcą mieć znowu osiemnaście, dziewiętnaście lat. Moja bohaterka na pewno nie tęskni, aby znów mieć tyle lat, a jeśli tęskni,  to na pewno nie w takiej formie jak u niej się to odbywało. Zamiast cieszyć się życiem, faktem, że dostała się na Akademię Sztuk Pięknych, co zarówno w tamtych czasach jak i teraz nie było łatwe, mieć pełno znajomości, prowadzić czarujące studenckie życie, robić to, co lubi najbardziej, czyli malować i żyć ze świadomością, że tyle energii i piękna to nie będzie miała już nigdy w życiu, dziewczyna wiąże się z alkoholikiem, nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy. To romantyczne wychowanie sprawia, że nie potrafi zobaczyć kim naprawdę jest ten mężczyzna, który się w miarę zachowuje i jest nieźle ubrany. Dziewczyna boi się zapytać o  to, co wydaje jej się dziwne,  postanawia to przemilczeć, bo uważa, że mężczyzna po prostu taki jest i należy go takim przyjąć. A później, to co ją niepokoiło, okazuje straszną chorobą. Nie piszę o jakiś patologiach, moja bohaterka nie trafia na mordercę czy sadystę, tylko na człowieka, który jest inteligentny, wrażliwy i walczy z nałogiem. Są przecież  takie osoby wśród poetów, pisarzy, aktorów, znanych osób, które przyznają się do choroby alkoholowej. Tej dziewczynie wydaje się, że dzięki sile  swojej miłości, ale przede wszystkim opiece nad mężem, wyzwoli go z tego nałogu. Dzięki temu, jej wartość wzrośnie, będzie kimś. Takie wypadki się zdarzają. Przygotowując się do tej książki, przeczytałam wstrząsającą rzecz. Są kobiety, które niechętnie widzą, że partner się pozbywa swojego nałogu, bo wtedy czują się nagle niepotrzebne. Wolą, żeby pił nadal, bo wtedy mogą być kimś ważnym. Żeby się przed nią usprawiedliwiał, upokarzał, przepraszał. Wyzwolony z nałogu mężczyzna sprawa, że jej osoba traci znaczenie… I w dziewczynie, którą opisuję, też jest coś takiego. Ona nagle czuje, że komuś jest potrzebna. W jej przypadku jest to spowodowane przeżyciami z dzieciństwa – gdy bohaterka jest mała, opiekuje się matką, bo jest wojna,  nawzajem się wspierają. Ma ten wzór wydrukowany, polegający na tym, że jest coś warta tylko wtedy, gdy kogoś wspiera. Fakt, że może komuś pomóc, nadaje jej rangę i wartość. Myślę, że wiele kobiet myśli tak i dziś i właśnie dlatego starałam się to pokazać, żeby kobiety prześledziły w sobie ten mechanizm. Bo przecież to wcale nie chodzi o to, by uwolnić męża z nałogu czy problemów, tylko o to żeby być ważną i potrzebną. Jeśli zastanowimy się nad tym, to może zmienimy swoje podejście i przekonamy się, że związek niekoniecznie polega na ciągłym jednostronnym wsparciu.

Dobrze, że teraz mamy większą wiedzę na temat tego nałogu, ale w czasach kiedy nasza bohaterka ma osiemnaście, dziewiętnaście lat, czyli w latach pięćdziesiątych, właściwie alkoholizm jest wszechobecny. Wszyscy piją i jest też na to duże przyzwolenie społeczne.
Tak, opisałam taką młodzież bez przyszłości. Mam wrażenie, że kilka, a nawet kilkanaście lat po wojnie wszyscy pili. Polska tonęła w morzu wódki, także dlatego, że chcieli zapomnieć. Rany były niezabliźnione i nie do zabliźnienia. Nie było rodziny, która nie straciłaby swoich bliskich. Ludzie stracili dosłownie wszystko. Kiedy się teraz mówi o wojnie, to wyobrażamy ją sobie jako grę komputerową. A naprawdę to jest tak, że na wojnie ludzie tracą matki, ojców, domy, pieniądze, pracę – wszystko. Moja bohaterka z racji swojej inteligencji i zainteresowań interesuje się starszymi od siebie mężczyznami, którzy w czasie wojny mieli kilkanaście lat. Wojna całkowicie złamała im kręgosłupy, oni nie czują się ani nic warci, ani potrzebni. Poza tym, w Polsce panuje świadomość, że przyszła nowa niewola – nie ma już Niemców, ale jest komunizm. Wielu młodych ludzi z tego powodu nie widziało przed sobą żadnej przyszłości. W tej sytuacji alkohol był panaceum na wszystko. Przyzwolenie społeczne natomiast zawsze było, a w tamtym czasie jeszcze się  zwiększyło i wszyscy pili. Zwyczaj, że chodziło się z butelką wódki w torebce, w kieszeni,  był wtedy tak normalny, jak to, że dzisiaj nosi się komórkę. Prawdopodobnie wódka służyła też komunikacji. Oczywiście to miało duże skutki społeczne i zmieniało stosunki między ludźmi, tym bardziej, że coś takiego nie znika z dnia na dzień, ale ciągnie się aż do dziś. Cieszę się, że poradziliśmy sobie obecnie trochę z papierosami. Dzisiaj nikt nie pali tak ostentacyjnie, może kiedyś również picie przestanie być modne. Ale wtedy ludzie palili i pili na umór. Była w tym taka tęsknota za śmiercią, o której  też piszę, i którą widziałam w tym pokoleniu. Ich ojcowie, bracia, siostry przeważnie zginęli w różnych okolicznościach – w powstaniu, na wojnie, dlatego w tych ludziach, którym udało się przetrwać,  była częściowo nieuświadomiona tęsknota za śmiercią. Było przeświadczenie w ich wnętrzu, że jeśli ich ojcowie zginęli młodo to i oni też powinni. Napisałam takie zdanie, że w Krakowie zaczynają umierać poeci, i rzeczywiście powtarzały  się wypadki samobójstw z tej racji, że poeci byli wrażliwi i oni jako pierwsi na ten pomysł wpadli. Była wtedy fala samobójstw związana z tym, że ludzie nie radzili sobie z nową rzeczywistością. Mentalnie, pod wpływem rodziców, tkwili ciągle w wojnie. To jest właśnie jej cena, którą płacą kolejne pokolenia.

Z jednej strony mamy opisywane w książce przez Panią depresje powojenne, wtedy jeszcze niediagnozowane, samobójstwa, alkoholizm, zwłaszcza, że główna bohaterka obraca się głównie w artystycznych środowiskach.  Z drugiej strony mamy czas odwilży gomułkowskiej, gdzie trochę więcej swobody i wolności jest możliwe. Wybucha kolorowe życie, tęsknota za barwnymi obrazami. Opis festiwali, działań środowiska ASP i wszystkich wydarzeń kulturalnych, Piwnica pod Baranami, jest  taką przeciwwagą dla tych negatywnych zjawisk.
Nie chcę, żeby ta książka była odebrana jak jednolity opis koszmaru. Wręcz przeciwnie, wybuchająca wolność i swoboda była szalenie silna i zmysłowa, dlatego, że przedtem panowała wszechobecna szarość. Dziś nasze zmysły są zmęczone tymi wszystkimi bodźcami, ale w czasach gdy nie było telewizji, komórek i wszystkich tych przedziwnych rzeczy, to koncert jazzowy, czy muzyka na ulicy, czy z radia, czy kolorowe stroje, od razu człowieka uskrzydlały. Ja opisuję także ten artystyczny, kolorowy, piękny Kraków. To właśnie wtedy działał Tadeusz Kantor i jego teatr na ul. Łobzowskiej,  i każdy film, który przychodził do nas z Zachodu był oglądany przez nas parę razy, komentowany i wchłaniany. Ale także książki, ja akurat wspominam o Francoise Sagan , która opisuje doświadczenia dziewcząt z tamtych czasów. Ale my wtedy to przeżywaliśmy, chłonęliśmy i to było bardzo radosne, pozytywne. Myślę, że w porównaniu do dzisiejszych młodych ludzi, bardziej potrzebowaliśmy intelektualnej rozrywki. Może wynikało to z tego, że innych możliwości nie było. Czytanie książek, chodzenie na koncerty było czymś szalenie ważnym. Nie było takiego schematu, że po pracy włączamy telewizor. Żyło się wtedy bardzo kolorowym, artystycznym życiem. Moja bohaterka ma ten przywilej, że obraca się wśród malarzy, aktorów, poetów, w środowisku,  które dawało więcej niż sama szkoła czy uniwersytety. Niedaleko miejsca w którym rozmawiamy, na ulicy Sławkowskiej,  była kawiarnia w której można było spotkać znanych artystów. Wystarczyło chwilę tam posiedzieć i zawsze któryś przyszedł – piękny, przystojny, otoczony wianuszkiem kobiet. Można było na niego patrzeć, a nawet z nim porozmawiać. Dzisiaj byłoby to znacznie trudniejsze, bo już nie ma takich skupionych, prężnie działających środowisk artystycznych. Świat  jest rozproszony, podzielił się na komórki. I każdy w swojej komórce,  ze swoją komórką obcuje najczęściej…

Faktycznie w tych opisach widać, że wystarczyło wyjść na Rynek, żeby spotkać czy to Piotra Skrzyneckiego, czy innego artystę . I właściwie nasza bohaterka …
Zbyszka Cybulskiego, Kantora… Zawsze się ktoś pojawił.

Nawet można było tworzyć to środowisko, prawda? W książce jest anegdota o wernisażu głównej bohaterki w miejscu,  które staje się właśnie Piwnicą pod Baranami. Ona osobiście uczestniczy we wszystkich tych cudownych wydarzeniach.
Tak, tak. Jest to przywilej bohaterki - ona w takim świecie się znalazła. Po prostu tak jest, że po wojnie ludzie, którzy organizowali  takie rzeczy mieli ogromne pole do popisu. Po kataklizmach i wojnach ludzie próbują tworzyć świat od nowa. Instynkt, aby zbudować wszystko jeszcze raz, zawsze się wtedy pojawia, poparty jest zapałem i entuzjazmem. Im ten świat robi się później przyjemniejszy, łagodniejszy, tym bardziej ten zapał gaśnie. W tej chwili rano wstajemy i zastanawiamy się,  po co tak naprawdę to zrobiliśmy. W okresach, w których się dużo dzieje nie myślimy w ten sposób, po prostu się cieszymy, że wstaliśmy i będzie coś nowego do przeżycia. To oczywiście się wiązało z sytuacją polityczną, z rządami Gomułki. To było zdumiewające,  ile nadziei ludzkiej wywołał, chociaż wcale nie miał dobrych zamiarów wobec swojej ojczyzny.  Wiele  nadziei jest w ludziach, tylko trzeba ją wzbudzić. Po tym okropnym okresie stalinizmu, kiedy ludzie byli potwornie zastraszeni, kiedy za każde słowo można było pójść do więzienia, kiedy rozstrzeliwano bez sądu, przychodzi człowiek, który obiecuje odrobinę wolności. Że będzie można w odpowiednich warunkach, na przykład wyjechać za granicę.  Że powstanie jedno czy drugie pismo, które da się czytać i tego rodzaju rzeczy od razu wzbudziły ogromny entuzjazm i euforię wśród ludzi. Moja bohaterka też daje się ponieść tej euforii. Myślę, że to niewiele się zmieniło. Jeśli teraz pojawia się polityk, który obiecuje jakąś lepszą perspektywę, od razu wzbudza to entuzjazm, pojawia się wiara, dyskusja. To widać we wszystkich rewolucjach – pomarańczowych, zielonych, różowych, które się przetoczyły przez Europę. Widać to było przez jakiś czas na Ukrainie. Widać, jak mało ludziom potrzeba, wystarczy im powiedzieć parę ludzkich, dobrych, pozytywnych słów. Ludzie pragną dobrej energii i przywództwa, co też dobrze w mojej książce widać.

Czasy się zmieniają, a potrzeby ludzkie ciągle takie same… Pani Romo, miejmy nadzieję, że ta książka pomoże czytelnikom i czytelniczkom w pozytywnym konstruowaniu świata, rzeczywistości, poranka. I przede wszystkim da nam energię i impuls do przebudowy własnej samooceny czy osoby.
… I własnego świata. Myślę, że pomoże na pewno, wystarczy zrobić maleńki krok, wziąć ją do ręki i przeczytać. Od tego należy zacząć, a potem myślę, że powinno się wszystko dobrze potoczyć.

Zapraszamy w takim razie do lektury.




Roma Ligocka – malarka i pisarka. Jej książki: Dziewczynka w czerwonym płaszczyku, Kobieta w podróży oraz Tylko ja sama są bestsellerami, nie tylko w Polsce ale i w Europie. Wielokrotnie nagradzana, przez wiele lat pracowała jako kostiumolog i scenograf w licznych europejskich teatrach, operach, także w filmie i telewizji. Jest też uznaną malarką – jej prace można spotkać w wielu kolekcjach na całym świecie. W Wydawnictwie Literackim ukazały się trzy tomy 





* Wszystkie źródła pochodzą z Wydawnictwa Literackiego

piątek, 7 listopada 2014

MIŁOŚĆ W ARYSTOKRATYCZNYCH KRĘGACH, CZYLI BAŚŃ O KSIĘŻNICZCE BEZ HAPPY ENDU



Radziwiłłowie – dumny litewsko-polski ród magnacki, o niewyobrażalnym bogactwie i szerokich wpływach. Jego historia w dużym stopniu sprzężona jest z dziejami państwa polskiego, a członkowie rodu w różny sposób zapisali się w jego historii: jedni bronili państwowości polskiej, inni pozwalali sobie prowadzić politykę sprzeczną z wolą władców Rzeczypospolitej. Jednym z bardziej znanych epizodów związanych z rodem, jest romans i potajemny ślub Barbary (siostry hetmana Mikołaja Radziwiłła, zwanego Rudym) z królem Zygmuntem Augustem. Ich kontrowersyjna miłość, która stała się inspiracją dla artystów i twórców, weszła już na stałe do kultury polskiej jako symbol - stanowi polską wersję historii Romea i Julii. Biorąc pod uwagę nieustającą fascynację dziejami tragicznie zakończonych, słynnych romansów, zadziwiające jest, iż współczesnym zupełnie umknął bardzo głośny epizod dotyczący miłości innej książęcej pary: Wilhelma I Hohenzollerna i Elizy Radziwiłłówny, o którym nie tyle zapomniano, co świadomie pozwolono, by popadł w zapomnienie. Ich losy jednak były nie mniej romantyczne, bardziej pogmatwane i rozegrały się w najznakomitszych kręgach XIX-wiecznej pruskiej arystokracji, w świecie pełnym majestatu i splendoru. Wiadomość o ich miłości odbiła się gromkim echem, przysparzając młodej parze wrogów lub sprzymierzeńców w całej niemal Europie…


Dlaczego dopiero teraz historia ujrzała światło dzienne? Otóż niemiecka pisarka, kulturoznawca i biograf - Dagmar von Gersdorff – szukając w archiwach materiałów na temat królewskiej pary (Luizy oraz Franciszka Wilhelma III) natknęła się na ręczne notatki ich syna – księcia Wilhelma. Owe zapiski przez szereg lat krążyły wokół Elizy Radziwiłłówny i ułożyły się w historię wielkiej i nieszczęśliwej miłości. Zaintrygowana tym motywem pisarka zaczęła zwiedzać pałace i miejsca, które były świadkami wydarzeń; dotarła do ich prywatnej korespondencji i do pamiętników księżniczki. Sięgnęła także do kronik towarzyskich, pisanych przez członków ówczesnej socjety. Oczarowana historią, a także zdumiona faktem, iż została ona tak dalece zapomniana, wyparta czy wręcz ukryta - pisarka postanowiła odkurzyć ją, wydobyć z zakamarków tajnych archiwów i przywrócić światu. We wrześniu br. miała miejsce premiera polskiego wydania książki o znaczącym tytule: „Na całym świecie tylko Ona”, który jest cytatem listu i echem wyznania księcia Wilhelma [str.77]





Poznajmy zatem bohaterów tego dramatu: oto książę Antoni Radziwiłł - polityk, stronnik i przyjaciel króla pruskiego, mąż pruskiej księżnej (bliskiej kuzynki króla), namiestnik Wielkiego Księstwa Poznańskiego; kompozytor (skomponował muzykę do "Fausta" Goethe'go), artysta, meloman, mecenas sztuki, protektor Chopina i Beethovena. Książę Radziwiłł prowadził jeden z najsłynniejszych salonów artystycznych w Berlinie, ośrodek polskiego życia kulturalnego. Jego dzieci odebrały staranne wykształcenie. Ukochana córka Eliza, która odziedziczyła po ojcu rozmaite talenty, była powszechnie uwielbiana i podziwiana. Uchodziła za niezwykle bystrą kobietę, od najmłodszych lat wprawiała w zachwyt ludzi, z którymi się zetknęła. Hrabina Bernstorff, kronikarka i baczna obserwatorka życia arystokracji w Berlinie, zastanawiając się nad powodem wielkiego powodzenia Radziwiłłówny napisała: "Eliza roztaczała taki czar, któremu nikt nie mógł się oprzeć, dzięki kontrastowi między pozornym spokojem na zewnątrz, a żarzącym się wewnętrznym płomieniem". [str. 52] Nic dziwnego, że książę Wilhelm zwrócił na nią uwagę. Szybko dostrzeżono jego afekt, a wiadomość o sympatii młodych ludzi obiegła lotem błyskawicy całą stolicę. Ponieważ król póki co nie stawiał przeszkód – przyszłość młodego księcia i księżniczki Elizy wydawała się przesądzona.




Kiedy jednak książę oficjalnie zgłosił się do ojca, by prosić o zezwolenie na ślub, spotkał się z odprawą. Dlaczego tak się stało? W postawie króla pruskiego widać sporo wahania i niekonsekwencji. Kiedy zorientował się, że wybranką syna jest polska księżniczka – zlecił sporządzenie analizy prawnej, która miała rozstrzygnąć wpływ ewentualnego mariażu na losy dynastii. Później zlecał wykonanie podobnych badań jeszcze wielokrotnie. Doprawdy żadna księżniczka nie była „zlustrowana” i prześwietlana w podobny sposób i nie była przedmiotem dochodzenia przeprowadzonego na taką skalę! Powstało około 30 wielostronicowych ekspertyz i kontr-ekspertyz. Rzesze prawników (nawet rodzeństwo księcia) wzięło pod lupę genealogię Radziwiłłów oraz pogmatwane przepisy prawne, doszło do spięć – prawnicy między sobą niemal rozpętali wojnę. Wydaje się, że królewski ojciec swoją postawą wniósł do sprawy wiele chaosu. Być może walczyły w nim uczucia i prywatne sentymenty z racją stanu i ambicją. Być może sprawę przesądził fakt, iż brat Antoniego Radziwiłła brał udział w ruchach wyzwoleńczych. Cokolwiek nim kierowało, mógł zakończyć ów romans w każdej chwili, ale nie mógł się na to zdobyć. Raz po raz wysyłał Wilhelma z misjami, które ułatwiały mu spotkanie z Radziwiłłami i przez cały czas (czasem nieświadomie) podsycał tę miłość,  pozwalając rodzić się złudnym nadziejom. Z jednej z takich wypraw Wilhelm przesłał ojcu list pełen synowskiej wdzięczności i czułości, dziękując za jego wspaniałomyślny gest. „To, że mogę z nią teraz rozmawiać, kiedy nasza przyszłość wydaje się wreszcie pewniejsza, kiedy możemy bez zahamowań dyskutować o tak wielu sprawach, napełnia mnie takim szczęściem, o jakim mi się nawet nie śniło! W ciągu tych trzech lat próby stała się bardziej dojrzała i bogatsza w doświadczenia – Nie będę w stanie dość wyrazić mojej wdzięczności za to, że zezwoliliście mi na tę podróż.” [str. 130]


Rysunek ołówkiem, Eliza Radziwiłł. 


Król nie oponuje, nie odpowiada na list, wydaje się, że sprzyja młodym, którzy w tajemnicy zaręczają się i zaczynają wymieniać korespondencję. Oficjalnie jednak ciągle pojawiają się kolejne przeszkody. Kampania, która ma pomóc je pokonać, rozkręciła się z niewiarygodnym zaangażowaniem wielkiego świata, wiele osób poszukuje rozwiązań. Rozpatrzono możliwość podniesienia księżniczki do rangi księżnej Kurlandii, a jej ojca do rangi księcia Krakowa. Brano pod uwagę ewentualną adopcję Elizy przez księcia Augusta Pruskiego, a nawet przez samego cara! Naprawdę jednak wszystkie te projekty nie mogły się na wiele przydać,  a rozwiązanie od samego początku leżało tuż obok... Istniała luka prawna, z której Fryderyk Wilhelm III mógł w każdej chwili skorzystać, gdyż jako przedstawiciel suwerennego rodu miał prawo regulować wewnętrzne przepisy. Tylko, że nikt nie pokwapił się, by powiadomić księcia Wilhelma o tej możliwości.



Sprawę ostatecznie przesądził dopiero ożenek młodszego syna. Kiedy król Prus zaczął starać się o rękę księżniczki Marii Sasko-Wiemarskiej dla księcia Karola – otrzymał ostrą odpowiedź, że rodzice księżniczki nie zamierzają „poświęcić” córki dla dalszego pretendenta do tronu, jeśli Wilhelm ma zamiar poślubić polską księżniczkę. Nie mogliby znieść afrontu, że ich córka będzie miała niższą pozycję. Król zrozumiał, że w tej sytuacji będzie musiał poświęcić szczęście jednego z synów i stało się jasne, że ważniejszy dla polityki jest związek z Weimarem. W tym czasie wiadomo już było, że kronprinc – pierwszy sukcesor tronu, nie doczeka się potomstwa, dlatego należało wykazać się większymi wymaganiami i bardziej twardą postawą wobec Wilhelma, który będzie musiał starszego brata wkrótce zastąpić.


Fragment rysunku Elizy Radziwiłł

Augusta Sasko-Weimarska, którą wyznaczono na żonę Wilhelma, dobrze wiedziała jaka czeka ją przyszłość. Swego przyszłego małżonka przywitała słowami: „Wiem, kogo mam Wam zastąpić. Niech Bóg sprawi, że będę mogła Wam ją zastąpić moimi najlepszymi staraniami” [str. 187]. Jest pewne także, iż Wilhelm – król Prus, a później cesarz Niemiec,  nigdy nie docenił starań swojej małżonki. Augusta nie czuła się dobrze na dworze berlińskim, oboje z roku na rok stawali się coraz bardziej nieszczęśliwi. Wilhelm do końca życia zachował w swym sercu uczucie do Elizy i nawet po jej śmierci (zmarła mając 31 lat na suchoty) zachował jej portret na swoim biurku. 
Jak długotrwałe wahania króla pruskiego i drążenie w przeszłości swego rodu znosili Radziwiłłowie i co przeżywała przez te lata niezwykle wrażliwa dziewczyna, jaką była Eliza? Jak zniosła rozstanie? Czy kiedykolwiek zaznała szczęścia? Dlaczego Wilhelm tak ulegle podporządkował się ojcu? Dlaczego caryca Aleksandra podarowała mu portrecik Elizy? Na wszystkie te pytania odpowiedź znajduje się w książce Dagmar von Gersdorff, której udało się nie tylko wypełnić białe plamy historii, odkryć mniej znaną kartę kroniki rodu Radziwiłłów, rzucić sporo światła na polityczną sytuację Polski podczas rozbiorów, nakreślić panoramę XIX-wiecznych arystokratycznych elit europejskich, obnażyć mechanizmy tworzenia koalicji przez monarchę pruskiego i ukazać potęgę Hohenzollernów. Przede wszystkim jednak udało się autorce w sposób barwny i gęsty od emocji, opowiedzieć historię pięknej Polki, która omal nie została królową Prus, a może nawet cesarzową Niemiec... Czytelnik z pewnością nie uniknie refleksji o tym jak mogłaby, przy odrobinie szczęścia, potoczyć się wtedy nasza historia…
                                                                               

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu:



                                   


poniedziałek, 3 listopada 2014

SOFOKLES PO LIFTINGU, CZYLI GARŚĆ PLOTEK Z ANTYKU





Tłumaczenie: Antoni Libera
Wydawnictwo: Wydawnictwo Sic!
data wydania: wrzesień 2014
słowa kluczowe: dramat antyczny
kategoria: klasyka       
liczba stron: 384
ISBN: 978-83-61967-70-5




Sofokles (496 - 406 p.n.e.) to największy (obok Ajsycholosa i Eurypidesa) tragik starożytnej Grecji. Polityk, dowódca wojskowy, kapłan, aktor, kompozytor, a przede wszystkim jeden z największych mistrzów słowa. Uosobienie zawrotnej kariery i przyczyna zgryzoty dla swych wielkich rywali…Wcześnie osiągnął sukces. W wieku 28 lat zwyciężył w zawodach dionizyjskich, wygrał z samym Ajschylosem. Jakże gorzką pigułką musiała stać się dla Ajschylosa, twórcy tragedii greckiej, porażka z młodszym o 29 lat artystą! On sam przecież dostąpił tego zaszczytu dopiero w wieku 41 lat. Sofokles miał go pokonać jeszcze dwunastokrotnie…
W ciągu swego długiego życia (zmarł mając 90 lat, zadławiwszy się owocem) Sofokles napisał 123 tragedie oraz liczne dramaty satyryczne. Do dzisiaj w całości przetrwało jedynie 7 sztuk, w tym: Król Edyp, Edyp w Kolonos oraz Antygona, wchodzące w skład trylogii tebańskiej. Dramaty te nie powstawały z myślą o utworzeniu cyklu, są dziełami autonomicznymi, nawet nie były pisane chronologicznie (Antygona jest utworem wczesnym, Edyp w Kolonos powstał pod koniec życia), mimo to komponują się i tworzą całość. Król Edyp (uznany przez Arystotelesa za wzór dramatu) jest tragedią przeznaczenia. Ukazuje całkowitą bezsilność człowieka wobec wyroków boskich. Edyp w Kolonos (tragedia łaski) ukazuje schyłek życia Edypa i początek niezgody między jego synami. Antygona (tragedia władzy) przedstawia konflikt między prawami boskimi a ustanowionymi przez człowieka oraz cenę jaką za to przyjdzie zapłacić córce Edypa. We wrześniu, nakładem Wydawnictwa Sic! ukazała się książka, prezentująca cały cykl w zupełnie nowej odsłonie - w opracowaniu i przekładzie Antoniego Libery.

Polscy tłumacze z dziełami Sofoklesa zmagali się już wielokrotnie. Sposób odbierania poezji oraz wrażliwość czytelnika i widza jednak stale ewoluuje i co jakiś czas pojawia się konieczność ponownego dostosowania przekładu do mentalności odbiorców. Antoni Libera jako reżyser teatralny pracujący z tekstem, słuchający interpretacji aktorów, dostrzegł niedostatki i wady dotychczasowych wersji. Dla potrzeb teatru i dla komfortu współczesnego widza, postanowił zmierzyć się z przekładem dramatów w odmienny sposób. Jego celem stało się uproszczenie języka, uniknięcie anachronizmów, wszelkich nienaturalności i zbędnego patosu. Dramaty Sofoklesa w formie zaprezentowanej przez Liberę mają dobrze "brzmieć" ze sceny. Dzięki temu widz zapominając o dystansie dzielącym go od czasów, gdy utwór powstawał, będzie mógł bez przeszkód skupić się na przeżywaniu tego, co najistotniejsze - na mistrzowsko ukazanym, uniwersalnym dramacie człowieka.

Swoje przemyślenia i argumenty Antoni Libera zawarł w eseju dotyczącym historii i sztuki przekładu, stanowiącym wprowadzenie do książki. Ponad to, każdy z dramatów poprzedzony został odrębnym wstępem zawierającym genezę utworu oraz wyjaśnienia pozwalające osadzić utwór w kontekście historycznym i kulturowym. Dzięki temu czytelnik odświeży sobie różne warianty mitu Edypa, pozna parę interesujących szczegółów (anegdot i plotek) pozwalających lepiej zrozumieć prezentowane dramaty. Pojmie w jakie tarapaty wpadł Sofokles, tworząc tebański cykl niechronologicznie i jak mistrzowsko z tej sytuacji wybrnął. Będzie miał także okazję dowiedzieć się do jakiej bezczelności posunął się jego syn, kierowany chciwością (w tym przypadku "kompleks Edypa" nabiera prawdziwie odmiennego znaczenia). Wydaje się nawet, że po lekturze, czytelnik bez trudu będzie mógł wyobrazić sobie atmosferę, jaka towarzyszyć musiała premierowemu przedstawieniu Edypa z Kolonos, które miało miejsce już po śmierci wielkiego tragika. Biorąc pod uwagę sławę, jaką cieszył się za życia, a także uwielbienie, jakim otaczano jego dzieła - można pojąć z jakim wzruszeniem Ateńczycy przyjąć musieli ostatni dramat swego mistrza, ostatnie jego słowa - zwłaszcza, że sławiły uroki rodzinnego Kolonos (dzisiaj przedmieścia Aten), a także zawierały aluzje do zwycięskiego epizodu wojny peloponeskiej…

Do książki została dołączona płyta, na której obszerne fragmenty „Trylogii Tebańskiej”, odczytane zostały przez samego autora przekładu. Płyta jest dodatkowym atutem książki i jej dopełnieniem. Pozwala czytelnikowi od razu poznać rezultat pracy Antoniego Libery i efekt nowatorskiego, a zarazem całkowicie klasycznego przekładu. 


***
Z podziękowaniem
***


Link do rozmowy nawiązującej do wstępu Trylogii Tebańskiej: