poniedziałek, 29 grudnia 2014

ZATRZYMANY W KADRZE ["Półbrat", L.S. Christensen]





"Mundus vult decipi"


Pokój zatopiony w mroku. Trzy kobiety skupione wokół stołu z namaszczeniem czytają list. Warto zwrócić uwagę na ten rekwizyt, gdyż scena w rytmicznych sekwencjach powróci wielokrotnie, w różnych momentach życia bohaterów. Pod stołem mali chłopcy, równie przejęci, starają się nie uronić z lektury ani słowa… 

Wspomniany epizodzik to najwcześniejsze dziecięce wspomnienie Barnuma Nilsena – genialnego i nie do końca docenianego norweskiego scenarzysty filmowego, a także jedna ze scen jego najważniejszego filmu. Nie zrozumiemy jednak autobiografii Nielsena i nie uchwycimy przesłania, jeśli poznamy historię od tego momentu. Żeby ją należycie ocenić, trzeba zatrzymać film i przewinąć taśmę. Musimy cofnąć się w czasie, gdyż historia nabrała kształtu dużo wcześniej (...). Stop! Zwróćmy uwagę: zatrzymany kadr przedstawia tłum na ulicach i radosne święto. To zdarzenie ma dokładną datę. Jest 8 maja 1945 roku, mieszkańcy Oslo hucznie fetują pierwszy dzień wolności. W chwili (której sobie nigdy nie wybaczą), gdy w kominku płoną dzieła Knuta Hamsuna, Stara i Boletta wznoszą toast za swoje smutne szczęście i za tych, którzy nie wrócą. W tym samym czasie na strychu kamienicy wybrzmiewa ostatni akord wojny i zaczyna powstawać zarys pierwszego rozdziału naszej opowieści… 

CIĄG DALSZY TUTAJ



Recenzja została opublikowana na portalu:








* Mundus vult decipi (łac.): Świat pragnie być oszukiwany; cyt. Za: Lars Saabye Christensen, „Półbrat”, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Literackie, str. 180. 





Tytuł: Półbrat 
Autor: Lars Saabye Christensen 
Tłumaczenie: Iwona Zimnicka 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 
Liczba stron: 900 
Ocena: 6/6 


wtorek, 23 grudnia 2014

ZDROWYCH I SPOKOJNYCH ŚWIĄT!








Święta już za progiem, pragnę więc już dziś przełamać się z Wami blogowym opłatkiem...

Kiedy zaświeci pierwsza gwiazda, gdy zasiądziecie do stołu, niech do Was z kolędą przypłyną życzenia pomyślności, miłości, zdrowia i spokoju w sercach…
Niech to będzie czas, który wszystkich rozpromieni, napełni optymizmem i wiarą.
Niech ciepły klimat spotkania z bliskimi i blask Gwiazdy Betlejemskiej pozostanie z Wami, doda sił i pomoże obrać dobry kierunek i bezpieczną drogę w Nowym Roku 2015

Ola








[źródło]

piątek, 19 grudnia 2014

Zapisane w gwiazdach, czyli polityka, zemsta, miłość i gorączka złota


Podoba mi się idea, że możemy się przejrzeć w gwiazdach. Ludzkość robi to od tysięcy lat. Co nie znaczy, że nie ma różnicy między faktami, a prawdą” * 

Szereg przypadków nie może być przypadkiem”** 


„- Jeżeli własne doświadczenie czegoś mnie nauczyło, to tego: zawsze miej na uwadze, jak niesłychanie trudno jest zrozumieć daną sytuację z cudzego punktu widzenia” ***




Hokitika to miasto leżące u ujścia rzeki o tej samej nazwie, na zachodnim wybrzeżu Południowej Wyspy Nowej Zelandii. Zostało założone w 1864 roku przez poszukiwaczy złota i przez krótki okres czasu było jednym z najludniejszych obszarów tego wyspiarskiego państwa. Za sprawą powieści przenosimy się do Hokitika z 1866 roku, do miasta dopiero założonego, które zachowuje jeszcze pionierski charakter (to zaledwie skrawek ziemi wydarty dżungli i Maorysom), ale już jest gęsto zabudowane. Gorączka złota szybko się rozprzestrzenia, miejsce staje się sławne i przyciąga tłumy amatorów łatwego zarobku i poszukiwaczy przygód z całego świata. Akcja książki zaczyna się dokładnie 27 stycznia. Data jest ważna - tego dnia planety Merkury, Jowisz i Mars znalazły się w zasięgu konstelacji Strzelca. Strzelec jest znakiem ludzi żądnych wiedzy, którzy dla jej poznania podejmą każde ryzyko, śmiało rzucają wszystko i ruszają w świat. Jowisz symbolizuje dalekie krainy i cudzoziemców. W harmonijnych aspektach zwiastuje powodzenie, popularność, a nawet prestiż. Mars to instynkt samozachowawczy. Symbolizuje agresję, a także odwagę. Pomaga w przezwyciężaniu przeciwności losu, skłania do rywalizacji, ale może popchnąć do działania bez zastanowienia, rzucania się na oślep. Gromadzenie informacji i sposób komunikacji zależy od Merkurego. W naturze tej planety leży ciekawość, towarzyskość, ale też gadatliwość, plotkarstwo, a nawet skłonność do intryg… Czy te informacje są istotne? I tak, i nie. Znajomość zamierzeń autorki (i jej gry prowadzonej z czytelnikiem) nie jest dla samego rozwikłania zagadki niezbędna, ale dodaje powieści uroku i smaku. Skoro autorka zadała sobie tyle trudu, by przestudiować relacje między ciałami niebieskimi, by przeanalizować układ planet na niebie z 1866 roku i dostosować fabułę do prawideł astrologii - to  warto wiedzieć przynajmniej, że takie zabiegi zostały podjęte.

Trzeba przyznać, iż przedsięwzięcie jest oryginalne i wymagało ogromnego nakładu pracy. Co prawda najlepiej zorientowani będą i docenią pracę autorki czytelnicy, którzy mają pojęcie o astrologii, gdyż tylko oni już na pierwszy rzut oka są w stanie odczytać zagrożenia i możliwości płynące z ułożenia poszczególnych planet. Zwykłemu czytelnikowi z pewnością wiele umknie, co nie znaczy, iż przyjemność płynąca z lektury będzie mniejsza. Istnieją przecież pewne tropy, łatwe do odczytanie nawet dla laików. Nietrudno się zorientować, że planetom podporządkowano w tej książce każdy element – nawet okładka ma swoje symboliczne znaczenie. Nieprzypadkowa jest liczba bohaterów, którzy zostali podzieleni na postacie gwiezdne i planetarne. Ciekawa jest konstrukcja książki, gdyż jej poszczególne części mają odzwierciedlać kolejne fazy księżyca, a ściślej mówiąc – jego ubywanie (od pełni, aż do nowiu). W oryginalnej wersji pierwsza część liczy 360 stron, każda następna jest dokładnie o połowę krótsza od poprzedniej. W języku polskim ta prawidłowość zostaje zachowana, ale nie zgadza się ilość stron. Rozbudowane części ulegają stopniowemu skróceniu, aż  zmieniają się w lakoniczne zapiski. Ponieważ poznajemy historię od końca (cofamy się aż do punktu wyjścia), na wyjaśnienia niektórych zdarzeń przyjdzie nam sporo poczekać i niektóre poznamy jedynie w migawkowym skrócie…

Jeśli pominąć sferę symboli i odniesień astrologicznych – czytelnikowi nadal pozostaje lektura ze wszech miar intrygująca. Książka jest stylizowana i klimatem przypomina XIX-wieczne powieści. Autorce udało się w pomysłowy sposób spleść wątki o charakterze obyczajowym, westernowym, sensacyjnym, a nawet kryminalnym. W efekcie powstał wnikliwy obraz społeczności Hokitika, którą tworzy dosyć przypadkowy zlepek przedstawicieli różnych narodowości, osób o zupełnie odmiennych pozycjach społecznych i majątkowych. W mieście zatrzymują się poszukiwacze przygód z całego świata: bogaci przedsiębiorcy, zwykli kopacze i dyskryminowani Chińczycy. Trafiają tu marzyciele, ludzie chcący wzbogacić się uczciwą pracą, ale także cwaniacy i najprawdziwsi szubrawcy…To co rzuca się w oczy, to tymczasowość. To nie jest zwykłe miasto, lecz pozór miasta (z hotelami, które zastępują domy mieszkalne). Wszystkich mieszkańców łączy tylko jeden cel: chęć zdobycia złota i jak najszybszy powrót do domu…

Akcja książki zaczyna się od zgromadzenia dwunastu mężczyzn (nie jest to aluzja do apostołów, lecz do ilości "domów horoskopowych"). Mężczyźni spotkali się, by omówić niezwykłe wydarzenia, do których doszło w mieście. Naradę przerywa przybycie młodego Szkota. Walter Moody uciekł do Nowej Zelandii, by rozpocząć nowe życie z dala od kłopotów rodzinnych oraz nieciekawego zawodu. Ponieważ zaskarbia sobie sympatię mężczyzn - od razu zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i poproszony jest o pomoc w rozwikłaniu zagadki.

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej (dokładnie 14 stycznia). Tego feralnego dnia doszło do szeregu tajemniczych wydarzeń. Najpierw zmarł samotny i niezbyt popularny poszukiwacz złota, pozostawiając po sobie zaskakująco wielką fortunę. W tym samym czasie zaginął najbogatszy mieszkaniec Hokitika – młodzieniec Emery Staines, a na poboczu drogi znaleziono ledwo żywą prostytutkę. W miarę czytania pojawia się coraz więcej zagadek, wszystko się komplikuje, ale te trzy sprawy coraz ściślej ze sobą się wiążą. 




Miasto huczy od plotek. Mieszkańcy na własną rękę próbują rozwikłać zagadki, a przy okazji każdy próbuje uszczknąć coś ze znalezionego skarbu dla siebie… Przez jakiś czas przyglądamy się sprawie oczami Waltera, ale ta perspektywa zmienia się, tak jak ulega zmianie światło padające na poszczególnych bohaterów. Oczywiście wszyscy mężczyźni z narady okazują się w sprawę uwikłani. Co chwilę na jaw wychodzą nowe fakty, zmieniają się okoliczności, wielokrotnie jesteśmy zmuszani do przewartościowania tego, czego się domyślaliśmy. Poznajemy mroczne historie i przedziwne powiązania między bohaterami. Hokitika – oznacza w języku Maorysów: „w kółko” i rzeczywiście mamy wrażenie, że historia zatacza idealne koło i to kilkakrotnie.

Fabuła książki jest nie tylko wielopiętrowa (misterna, niemal koronkowa), a rozmach autorki jest prawdziwie „dumasowski”. Trzeba przyznać, iż procesowi myślowemu nic nie można zarzucić, konstrukcja broni się aż do końca, chociaż czasem postępowanie bohaterów wydaje się nielogiczne. Nie zapominajmy jednak o planetach, które skłaniają do pewnych zachowań...Śledzenie fabuły wymaga nie lada skupienia. Przyglądanie się wszystkim znikającym i przypadkowo odnajdującym się bagażom jest dość skomplikowane, a historia  pojawienia się skarbu w domu samotnika tak karkołomna, że potrzeba sporo uwagi, by nie zatonąć w pokręconej intrydze. Zmieniamy tyle razy percepcję, że już niczego nie jesteśmy pewni…Zainteresowanie w zasadzie stale rośnie, w końcu musimy się przekonać czy z tego galimatiasu można jakoś sensownie wybrnąć. Jednak… rozszyfrowanie powieści przypomina trochę grzebanie w mechanizmie szwajcarskiego zegarka. Przyglądanie się wszystkim perfekcyjnie dopasowanym częściom wywołuje fascynację, nawet zachwyt, ale…czy wzbudza emocje?

W pewnym momencie czytelnik może się poczuć wyczerpany i zrezygnowany. Zupełnie jak  poszukiwacz złota, który nie przestaje kopać, przesiewać i niestrudzenie szuka samorodków, mimo, iż wszystko, co mu się trafia, to jedynie złoty piasek… Pracuje jednak dalej, bo wciąż ma nadzieję na znalezienie swojej bonanzy…

Podczas tej obszernej lektury można stracić nadzieję w to, że poza wyrafinowaną grą z czytelnikiem i zabawą z konwencją, książka posiada głębszy morał. Dopiero, kiedy przeczyta się całość – w pełni można docenić zamierzenie autorki i zrozumieć przesłanie jej monumentalnego dzieła.  Nadchodzi wreszcie więc ten moment, gdy w skale i grubej warstwie żwiru dostrzegamy wreszcie kawałeczek najprawdziwszego złotego kruszcu…

Komu polecam? Czytelnikowi, który doceni wyzwania...




Eleanor Catton: „Mój kuzyn Tołstoj”; „Książki. Magazyn do czytania” nr 3, październik 2014, str.20
** „Wszystko, co lśni”, Eleanor Catton, str. 411
*** Tamże, str. 713




Autor: Eleanor Catton
Tytuł: Wszystko, co lśni
Tłumaczenie: Maciej Świerkocki
Data wydania: 9 października 2014

Ilość stron: 936
Słowa kluczowe: literatura nowozelandzka, Nagroda Bookera






Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję:








czwartek, 11 grudnia 2014

Liebster Blog Award, czyli wkręceni do zabawy




Spotkało mnie miłe wyróżnienie ze strony autorek blogów: Notatnik Kaye oraz O biografiach i innych drobiazgach, które zaprosiły mnie do wzięcia udziału w zabawie. Postaram się odpowiedzieć na pytania i proszę o cierpliwość, z pewnością się powtarzam.  
 [Nominacja do zabawy Liebster Blog Award ta jest otrzymywana od innego blogera, w ramach uznania za dobrze wykonaną robotę. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań, wyznaczyć kolejne osoby i zadać im 11 swoich pytań] 

W takim razie, do dzieła...

***

Pytania Kaye:


1. Czy prowadzenie bloga zmieniło w jakikolwiek sposób Twoje nawyki lub preferencje czytelnicze?

W pewnym stopniu zmieniło... Kiedy zostałam zaproszona do przeprowadzenia wywiadów z polskimi autorami - przygotowując się do rozmów, miałam wrażenie, że odkrywam inny świat i sięgam po książki, do których bym nie dotarła. Dzisiaj z przyjemnością śledzę postępy i nowe książki rozmówców... Natomiast nie mogę stwierdzić, że blogowanie diametralnie odmieniło moje preferencje lub nawyki czytelnicze. Blogi bywają dla mnie źródłem inspiracji; bywa, że jakaś książka znajduje mnie (i to jest magiczne), ale najczęściej kieruję się intuicją. Jeśli otrzymuję książki z wydawnictwa lub za pośrednictwem któregoś z serwisów czytelniczych - też mam to szczęście, że wyboru dokonuję sama. Czytam to, co mnie pociąga i to nadal jest piękne:)

2. Co najbardziej lubisz w blogowaniu o książkach? 

Lubię czytać książki. Potem zmywam naczynia, a w głowie układają mi się zdania. Myję okno i męczy mnie jakaś fraza...Czy mam wspominać jaką mam minę, gdy stoję w ogonku w sklepie i przychodzi moja kolej? W końcu siadam do klawiatury i muszę się od tekstu jakoś uwolnić. Lubię pisać recenzje. Lubię na blogach podczytywać oryginalne teksty. Lubię rozmawiać z autorami. Lubię rozmowy. Lubię ludzi. Blog jest dobrym miejscem:) 


3. Czego najbardziej nie lubisz w książkowej blogosferze?


Wojenek...

4. Jakie trzy książki, od których lektury trudno było Ci się oderwać, mogłabyś polecić?


 "Półbrat" Christensena (arcydzieło, piękna historia, piękna proza). "Imię wiatru" - Rothfussa (fantasy, subtelnie ukazane uczucia, nie tyle muzykalność tekstu, co umiejętność przedstawienia muzyki w tekście, co jest nie lada sztuką; oczywiście to kawał dobrej rozrywki). "Virginia Woolf.Pokrewne dusze" (wybór listów z komentarzem, dzięki tej książce udało mi się rozszyfrować "Fale" autorki, zafascynowała mnie sama Virginia). 

5. Jaka jest Twoja ulubiona sentencja o książkach/czytaniu?

"Czytanie i pisanie nigdy się nie kończą. Nasze umysły składają się z tekstów, a zatem nasz stosunek do świata polega na nieustającej lekturze. Patrzeć znaczy tyle, co czytać" - Orhan Pamuk

 6. Jakiego rodzaju książek raczej nie czytasz i dlaczego?

Nie czytam horrorów, bo się potem boję wypuszczać psa na dwór;) 
A z poważniejszych powodów - nie czytuję książek, w których dzieje się krzywda dzieciom

7. Czy zdarza Ci się kupować kilka wydań tej samej książki? Jeśli tak, dlaczego?


Owszem, zdarza mi się. Lubię komuś czasem podarować swoją własną, sprawdzoną, może nawet ukochaną książkę - jeśli czuję, że obdarowana osoba tę książkę doceni. To jest zupełnie inna sytuacja, niż iść do księgarni i kupić po prostu książkę - fabrycznie (chyba drukarsko?) nową. Powstaje jakaś więź. Pewnie o tej więzi wiem tylko ja i książka, ale trudno;)
Oczywiście wtedy nie mam już tej książki, więc jeśli mi naprawdę doskwiera jej brak - kupuję następną...

8. Ukochana książka z dzieciństwa to…?

"Dzieci z Bullerbyn", ale gdy wspominam tę książkę, to przecież reszta ukochanych bajek dopomina się, by je wspomnieć... Mary Poppins poszturchuje mnie parasolem, mało to razem miałyśmy przygód? A ile mnie dręczył Włóczykij, gdy się zastanawiałam gdzie się podziewa, gdy nie imprezuje z Muminkami... "Ania z Zielonego Wzgórza" rozumiała moje smutki, "Konik Garbusek" Jerszowa i baśnie Puszkina do dziś zachowały swoją magię, co roku jeszcze przed Gwiazdką trzeba było zawitać w świecie "Dziadka do orzechów"... Ale dziś chcę przypomnieć jeszcze jedną książeczkę. Czy ktoś ją jeszcze pamięta?






Ech, łza się w oku zakręciła... To "Kacperek" Janiny Porazińskiej:) Kocham te ilustracje...

9. Jaki jest Twój czytelniczy „wyrzut sumienia”, czyli książka, którą wypada znać, a Ty jej jeszcze nie czytałaś?

Gombrowicz "Ferdydurke", wstyd się przyznać



10. Jaką książkę teraz czytasz?


"Wszystko, co lśni" Eleanor Catton


11. Która z adaptacji filmowych dzieła literackiego Cię zawiodła i dlaczego? 


Zawiodły mnie wszystkie adaptacje "Hrabiego Monte Christo". Nawet nieśmiertelny Richard Chamberlain nie potrafił oddać tego, co zauroczyło mnie w postaci Dantesa. Każda kolejna adaptacja rozwiewała moje nadzieje, że komuś uda się oddać magię powieści. Ostatnio, gdy oglądałam w telewizji, odjęło mi mowę, gdy zobaczyłam jak z mrocznej i tajemniczej opowieści można zrobić romansidło. Reżyser wykoncypował sobie, by uczynić Alberta nieślubnym dzieckiem Edmunda i Mercedes... To już było sprofanowanie książki, niezrozumienie zamysłu autora, zbrukanie niewinności młodych idealistów i kompletne fiasko. 


***

Pytania Magdaleny Jastrzębskiej:

1. Czy planując świąteczne prezenty wiesz już ile kupisz książek (jako podarunki dla rodziny czy przyjaciół)?
Ciągle jeszcze knuję, nie mogę zdradzić, bo ściany mają uszy;)

2.  Czy przeczytałaś „Pana Tadeusza” od przysłowiowej „deski do deski”?
Przeczytałam do ostatniej kropki. Kilkakrotnie.

3.  Jak reagujesz na książkę, którą określono mianem „bestseller”? Raczej ostrożnie czy poszukujesz, by natychmiast przeczytać?
Studiowałam marketing, znam te „numery” – nie reaguję histerycznie. Szukam informacji i zastanawiam się nad ewentualnością przeczytania.

4. Czy książki historyczne powinny być ilustrowane?
Jeśli istnieją odpowiednie źródła:  stare fotografie, obrazy, szkice, na których ktoś uchwycił wydarzenie, bądź osobę – to jak najbardziej.

5. Czy okładka ma wpływ na to, że będąc w księgarni wybierasz właśnie tę, a nie inną książkę do przejrzenia, ewentualnie zakupienia?
Jestem kompletnie nieczuła na okładki. To znaczy – grymaszę, gdy widzę książkę Munro z jakąś kobietą wymalowaną na okładce, to mnie nieco rusza, ale okładka nie ma wpływu na zakup. Chyba, że mówimy o książkach dla dzieci.

6.  Jakich informacji, przemyśleń nigdy nie  napisałabyś na swoim blogu?
Prywatnej rozmowy, nie chciałabym też nikomu sprawić przykrości

7.   Pożyczasz książkę, po czasie zostaje Ci oddana w nie najlepszym stanie fizycznym. Jak reagujesz?
        Biorę te szczątki, bo co mam zrobić? Pewnie pomarudzę pod nosem, ale też będę pilnować, by      moje skarby trzymały się z daleka od tej osoby;)

8. Czy marzysz o swojej prywatnej biblioteczce z prawdziwego zdarzenia. Jedno pomieszczenie w domu/mieszkaniu przeznaczone tylko na książki?
… tak… i tylko ja mam klucz do tego raju;)

9. Twoje najciekawsze spotkanie czytelnicze w tym roku (wydarzenie, w którym brałaś udział, „spotkanie” z bohaterem, odkrycie nowego autora).
Najciekawsze wydarzenie związane z literaturą (jeśli mówimy o kontakcie z ludźmi), to było zaproszenie na spotkanie w Agorze, o którym pisałam (tu)
Spotkanie z bohaterem książkowym – miałam takie spotkanie… Dla mnie niezwykle wzruszające. Szczególną dla mnie książką jest „Hrabia Monte Christo” i nieoczekiwanie spotkałam się z tym bohaterem, dzięki książce „Czarny hrabia” Toma Reissa. To było prawdziwe spotkanie z legendą i całą rodziną Dumasów… Recenzja (tu)
Wydarzeniem jest zawsze dla mnie ukazanie się nowej ksiażki Antoniego Libery (tym razem przekład) recenzja (tu), a nowy ( a zarazem wcale nie taki nowy) autor, którego odkryłam i który rzucił mnie na kolana – to Lars Saabye Christensen. Recenzja wkrótce…

10. Przed Tobą 8 godzin lotu samolotem. Jaka książka będzie Ci towarzyszyć?
Gruba, bo jeszcze będę 8 godzin wracać:)

11.  Czy korzystasz z bibliotek cyfrowych?
Niestety jestem tradycjonalistką, lubię szelest kartek…


(Mój blog dziś zwariował, nie mogę tego estetycznie poukładać, wybaczcie)


***


Moje pytania:



1. Która książka kojarzy Ci się z Twoim domem rodzinnym?

2. Czy pamiętasz ten moment, gdy stwierdziłaś/eś, że książki to Twoja największa pasja?
3. Jaką pełnisz rolę w blogosferze?
4. Czym pisarz może Ci naprawdę zaimponować?
5. Czy jest taka książka, której nie pozwoliłabyś /nie pozwoliłbyś przeczytać swemu dziecku?
6. Którą z Twoich książek uważasz za najpiękniej wydaną?
7. Który współczesny pisarz/pisarka polski według Ciebie rokuje największe nadzieje?
8. Którą książkę przeczytałaś/eś najwięcej razy i dlaczego do niej wracasz?
9. Jaki humor Cię śmieszy? Czy pamiętasz jakąś naprawdę zabawną scenę książkową?
10. Która książka w tym roku zrobiła na Tobie największe wrażenie?
11. Książka, którą chciałabyś/ chciałbyś znaleźć pod choinką?



Osoby, których odpowiedzi chętnie poznam:




Wiem, że niektórzy dostajecie co chwila jakąś nominację, ale jeśli odpowiecie, będzie mi miło:) To okres przedświąteczny, więc się też zbytnio nie przejmujcie. To ma być zabawa, nie przymus:) Pozdrawiam serdecznie :)






sobota, 6 grudnia 2014

Trzeba coś przeżyć, by napisać książkę - rozmowa z Marcinem Brzostowskim



Witam Cię Marcinie i dziękuję za przyjęcie zaproszenia. Cieszę się, że mogę gościć Cię na blogu.

Witaj Olu. Miło mi, że mogę być Twoim gościem.
Zaczniemy od muzyki, bo karierę zaczynałeś jako muzyk. Wypowiedziałeś się kiedyś, że napisałeś książkę dopiero, gdy rozpadł Ci się zespół. Co było pierwsze – miłość do muzyki czy literatury? Jaki jest Twój ulubiony zespół, taki od serca?
Ciekawe pytanie. Nie potrafię precyzyjnie odpowiedzieć. Literatura i muzyka od zawsze były obecne w moim życiu. Jednak "czynnie" zająłem się najpierw muzyką. Początkowo klasyczną, a potem rockową. W którymś momencie trzeba było wybierać i zdecydowałem się na to, co było mi bliższe, czyli na muzykę rockową (undergroundową), w której mogłem się o wiele lepiej realizować jako autor. Potem przyszedł czas na słowo pisane i tak to trwa do dzisiaj. A ulubione zespoły od serca to zdecydowanie Joy Division, The Clash, natomiast z polskich Brygada Kryzys.
Twój zespół nosił nazwę „Elvis prędzej”. Skąd ta nazwa? Wiąże się z jakąś anegdotą? 
A to dobre! Skąd Ty znasz, Olu, nazwę mojego zespołu? Jestem w szoku. Ale rzeczywiście, mój ostatni zespół tak się właśnie nazywał. Jednak skąd się wzięła ta nazwa, zabij, nie przypomnę sobie. Mogę się tylko domyślać, że po którymś piwie z rzędu ktoś wpadł na ten pomysł. Oczywiście, to nie byłem ja.

Starałam się odrobić lekcje;) Rozumiem, że byłeś kimś więcej niż Marlon z Twojej książki… Jaka była Twoja rola w zespole?

Marlon z "Pozytywnie nieobliczalnych" to nie jestem ja. No…może tylko trochę... Kiedy powstawała ta książka miałem już 30 lat i od ponad 10 lat bawiłem się w muzykę. Tych zespołów było kilka i udzielałem się jako tekściarz, wokalista i gitarzysta.

Brakuje Ci tego trochę?

Czasami tak, zwłaszcza, że "o coś" nam chodziło. Poza tym było zabawnie, ciekawie, bardzo wesoło, a czasami wręcz inspirująco. Mnóstwo znajomości, ciekawych ludzi... Ale to już nie wróci. Taki lajf. Trzeba iść do przodu.

I kiedy skończył się ten etap, musiałeś znaleźć dla siebie jakąś drogę. Postanowiłeś napisać książkę…

Dokładnie tak. Zresztą od bardzo dawna planowałem, że będę pisał. Mając naście, czy dwadzieścia lat nie widziałem w tym sensu, najpierw chciałem coś przeżyć, zrozumieć, mieć własne zdanie i doświadczenia. Dlatego do "poważnego" pisania usiadłem mając mniej więcej 30 lat.

Zadebiutowałeś książką „Pozytywnie nieobliczalni” w roku 2002. Jak powstała ta książka? Tłukł Ci się po głowie Marlon z jego muzyczną pasją i potrzebowałeś dla niego kontrastu i dlatego wtłoczyłeś go w korporacyjny garnitur czy po prostu naraziła Ci się któraś korporacja?

Chyba najbardziej zniesmaczyło mnie bezmyślne przyjmowanie obcych wzorców, w tym właśnie korporacyjny model świata i życia. Narodził się jakiś kult pracy po 12 czy 14 godzin na dobę kosztem rodziny, związków, czy samego siebie. Byłem w tym wszystkim obecny, dlatego na własne oczy widziałem jak ludzie zapalali się i po kilku latach gaśli, kompletnie wypruci ze wszystkiego. Jak dla mnie to była totalna porażka. A jak pokazało życie był to dopiero początek.

Wydaje mi się, że świetnie udało Ci się przekazać w książce to o czym wspominasz – pokazałeś proces, który prowadzi do wyprania mózgów młodych ludzi w taki sposób, że przestaje się liczyć cokolwiek, poza karierą. Twoja książka to jednak coś więcej. Opiera się na zderzeniu ideałów młodego człowieka z bezdusznością sytemu, ale fajne jest to, że obok prawdziwie niesympatycznych postaci – znajdziemy też całkiem sporo tych przyzwoitych. Nie doprowadzasz do jakiegoś szekspirowskiego dramatu, tylko pokazujesz, że można zachować zdrowy rozsądek. A dla higieny osobistej ważne jest, by zachować nieco dobrego humoru i dystansu do siebie. Wydźwięk książki (tak jak tytuł) jest pozytywny. Tak naprawdę podoba mi się najbardziej, że pomimo całej krytyki – nie jesteś jakoś szczególnie zacietrzewiony i nie tracisz wiary w człowieka. Lubisz ludzi, prawda?

Oczywiście, że lubię ludzi i jeżeli w coś wierzę, to właśnie w człowieka. Każdy z nas jest osobnym bytem i dla każdego powinno być miejsce. Każdy z nas powinien też mieć przestrzeń do realizacji własnych celów. Problem pojawia się wtedy, gdy ludzie zaczynają uprawiać "politykę" i np. życie 10 czy 1000 z nas przedstawia się w kategorii błędu statystycznego. A to już tylko krok do dehumanizacji jednostki, zbiorowości, czy całych społeczeństw.

Załóżmy hipotetycznie, że musisz napisać kontynuację "Pozytywnych...". Co się dzieje? Marlon do spółki z mecenasem Hańko i Robertem obmyślają plan słodkiej zemsty czy pakuje plecak, zabiera dziewczynę i przeprowadza się w Bieszczady?

Ciekawe pytanie... bo istnieje na papierze pierwsza część (czyli 1/3) kontynuacji "Pozytywnie nieobliczalnych". Ale nie doczekała się z różnych względów finału, zatem nigdy jej nie dokończę. A co do zemsty, to na pewno nie - strata czasu. Już bardziej prawdopodobne, że Marlon zabiera swoją panią w Bieszczady i żyją krótko, ale szczęśliwie.

Zdałeś i przechodzisz do następnego etapu;) Potwierdziłeś, że nie jesteś typem wojowniczym. Wręcz przeciwnie – napisałeś utwór o wyraźnej wymowie antywojennej. Co Cię zainspirowało, albo tak wstrząsnęło, by napisać bajkę o Silly? Jak powstała Twoja „bombowa” historia?

"Bajka o Silly" - ładnie powiedziane. I dużo jest prawdy w tym określeniu, bo rzeczywiście książka ("Słodka bomba Silly") ma lekko bajkowy, nierealistyczny charakter, chociaż opowiada o takich sprawach, jak ludzka głupota, chęć zysku za wszelką cenę oraz o ofiarach i mechanizmach wojen. Ten ostatni aspekt był mi chyba najbliższy. Kiedy pisałem tę książkę, doskonale wiedziałem o tym, że spotkam się z zarzutami, typu - o czym tym piszesz kolego, przecież żyjemy w czasach pokoju! Jeśli ktoś nie śledzi tego, co się dzieje na świecie, to przypomnę tylko, że jeszcze jakiś czas temu nie było wojny na Ukrainie i nikt by nie postawił nawet złotówki na to, że to jest możliwe. Należy ponadto zdawać sobie sprawę z tego, że obecnie na naszej planecie istnieje ponad 40 tzw. ognisk zapalnych, w których trwają konflikty zbrojne lub za chwilę mogą tam wystąpić. Czyli wojna, wojna, wojna...

Tradycyjne bajki, a w zasadzie baśnie, miały między innymi takie zadanie. Miały przestrzegać przed realnym zagrożeniem – np. przed wilkiem czyhającym w lesie. Oczywiście w Twoim utworze można zobaczyć inne elementy, groteskę i charakterystyczny humor, można doszukać się wpływu książki „Paragraf 22”. Każdy może sobie zinterpretować „Słodką bombę Silly” według uznania. Można uśmiechnąć się, zamyślić nad Twoją ironią. Po ostatnich wydarzeniach na Ukrainie, kiedy uprzytomniliśmy sobie jak niewiele trzeba, żeby zacząć się bać – Twój tekst z pewnością wywołuje dreszcz niepokoju.

Tak, ta książka ma przestrzegać przed możliwością wybuchu kolejnej wojny. A skoro wojna toczy się na naszych oczach, to w zasadzie wszystko już jest możliwe.

Nie kryjesz swoich inspiracji. Wymieniałeś niejednokrotnie swoich ulubionych pisarzy. Z każdego trochę czerpiesz, cenisz za co innego. Vonneguta i Hellera za antywojenny charakter ich prozy. Boris Vian to absurd, czarny humor i parodia. Andrzej Bursa to liryzm i demaskatorstwo. Szczególnie interesuje mnie Twój podziw dla Andrzeja Bursy. Jak go dla siebie odkryłeś?

Wymieniłaś Olu prawie wszystkich moich ulubionych pisarzy... A Andrzej Bursa to dla mnie - Pan Bursa... Niezwykle twórczy i odważny artysta. Zero ściemy, zero kunktatorstwa, zero podlizywania się czytelnikowi. Po prostu wzór. Poza tym był niezwykle oryginalny. Szkoda, że odszedł, gdy miał zaledwie 25 lat... Bursę odkryłem chyba jeszcze w szkole podstawowej. Dał mi koleżka po zwojach...

Opowiesz nam jak powstał tomik: „Szach-mat! Czyli szafa wychodzi ja zostaję”? Kiedy zacząłeś pisać miniaturowe opowiadania?

To był zwyczajny zbieg okoliczności. Któregoś dnia wziąłem do ręki tomik wierszy Bursy i nagle odkryłem, że na jego końcu jest kilka miniatur pisanych, rzecz jasna, prozą. I była tam taka miniaturka "Szachy"... Króciutka, zaledwie kilka zdań. I właśnie wtedy mnie olśniło! Po co pisać powieści czy opowiadania? Strata czasu. Jeśli potrafisz zawrzeć myśl (skończoną) w kilku, kilkunastu zdaniach, to jest OK. To było w okolicach 2005 roku, a odpadłem od innych rzeczy na co najmniej rok. Genialna zabawa, również warsztatowa. Jedyny problem to wejście w klimat miniatur Pana Bursy. Prawie niemożliwe.

Niektórzy uważają, że żeby dobrze napisać opowiadanie, trzeba mieć sprawniejszy warsztat niż podczas pisania powieści. Z pewnością trzeba wewnętrznej dyscypliny – zwłaszcza zwięzłości. Miniaturka literacka wymaga jeszcze większego kunsztu. Trzeba w kilku zdaniach dotrzeć do sedna, zakończyć zgrabną puentą… Bawisz się jeszcze czasem tą formą? Wydasz jeszcze kiedyś taki zbiorek?

Mam nadzieję, że kiedyś wydam Szach-Mata 2. Coraz bardziej ciągnie mnie do krótkiej formy. Krótka forma literacka to bardziej myślenie niż pisanie, a to właśnie lubię. Poza tym piszę "krótko" nawet powieści. Nie znoszę wodolejstwa, produkcji kolejnych, "pustych" stron książki, bez których można by się obyć... Ale zdaję sobie sprawę z tego, że moje patrzenie na te sprawy jest raczej odosobnione. Ludzie kochają grube książki, tomiszcza.

W zasadzie, jeśli bliżej przyjrzeć się Twojemu „romansowi z literaturą”, łatwo dostrzec to, o czym rozmawialiśmy, czyli głębsze przesłanie (wymowa antywojenna, walka z bezdusznością korporacji, hołd dla mistrza). Dlaczego powstała „Zemsta Kobiet”? Dla rozrywki?

Oczywiście, że tak. Po pierwsze, czasami chcę odpocząć od "ciężkich" tematów, a po drugie, są chwile, kiedy chciałbym w normalny, ludzki sposób (bez nadęcia) napisać coś dla rozluźnienia skołatanych nerwów. Nie będę jednak pisał romansów albo czegoś w tym stylu. Dlatego "Zemsta kobiet" jest moim prywatnym głosem w sprawie równouprawnienia kobiet i mężczyzn, tolerancji itp. Oczywiście to wszystko zostało podane w absurdalno-rozśmieszającym sosie.
Mam jeszcze jedno pytanie dotycząca Twojej twórczości i inspiracji. Na fanpage’u napisałeś o sobie: pisarz ebookowy. Piszesz wiersze, opowiadania i miniaturki. Grałeś w zespole. Być może już zapomniałeś o koncertach, ale to nie znaczy, że muzyka  zapomniała o Tobie… Jak to jest z „weną”, która przychodzi do Ciebie? - Jednego dnia tłucze Ci się po głowie wiersz, innego dnia piosenka, innego jeszcze masz pomysł na opowiadanie…Panujesz nad tym? Narzucasz sobie jakiś reżim? Jak dzielisz czas między różne rodzaje twórczości?

Ale pytanie... Czuję się jakbym widział przed sobą zbliżający się do mnie pociąg pancerny! Olu, nie masz dla mnie litości. A sprawa jest prosta. Żyję z tymi wszystkimi pomysłami, np. na powieść lub miniaturkę i gdy tylko mam czas, siadam na... i staram się to sfinalizować, czyli nadać treści odpowiednią formę. W tzw. "wenę" nie wierzę. To zwyczajny mit. Żeby coś zrobić, trzeba po prostu pracować. I jeszcze raz pracować. A na fanpage'u rzeczywiście jest napisane - pisarz e-bookowy, bo wydaję swoje teksty w wydawnictwie internetowym, czyli w formie e-booków.

Dobrze, skoro wsiedliśmy do pancernego pociągu, to na pociechę dodam, że pytanie było finałowe…a w finale przydaje się parę fajerwerków;) Oto dojechaliśmy do stacji końcowej;) Pięknie dziękuję za cierpliwość i Twój czas. Miło było Cię gościć:)

To zdecydowanie ja dziękuję i jestem pod wrażeniem Twojej wiedzy o mnie. Odnoszę wrażenie, że wiesz jeszcze więcej, tylko mnie zwyczajnie oszczędziłaś... A za to duże dzięki;)

Daj spokój, tylko czytam, nie latam na miotle;)
Zbliżają się święta. Czego Ci można życzyć z okazji zbliżającego się nowego roku?
Myślę, że dla nas wszystkich najcenniejszy jest spokój, chwila wytchnienia od codziennej harówki. Zapach świeżej choinki też by się przydał. A co do prezentów, skoro mowa o Świętach, to życzę Tobie, Czytelnikom i wszystkim na świecie dziesiątek albo setek książek bez względu na ich fizyczną formę. Niech będą to książki papierowe, ale nie zapominajcie też o e-bookach. Bo e-book to także książka. Wesołych Świąt i jeszcze raz dzięki za przemiłą rozmowę!
Piękne życzenia. W takim razie życzę Ci już teraz wspaniałych rodzinnych świąt, a pod choinką mnóstwo czytelniczych inspiracji. I „do przeczytania”, następnym razem:)


rozmawiała Aleksandra Urbańczyk


Strona autorska Marcina Brzostowskiego:   http://www.brzostowski.org/