czwartek, 31 grudnia 2015

ZMAGANIA Z SUMIENIEM







Matthew Kneale jest brytyjskim pisarzem, którego mieliśmy okazję poznać w 2014 roku, kiedy została opublikowana jego dosyć głośna i obsypana nagrodami, polifoniczna (opowiedziana przez 21 narratorów) powieść historyczna, która odkrywa niechlubną kartę historii brytyjskiej kolonizacji i dotyczy zagłady rdzennej ludności Tasmanii. Dzisiaj polski czytelnik poznaje go w zupełnie innej odsłonie. „Drobne występki w czasach obfitości” to zbiór dwunastu opowiadań, które potwierdzają, że pisarz szeroko interesuje się innymi kulturami, ale nie tylko spogląda w przeszłość - przede wszystkim przejmuje się współczesną kondycją człowieka i jest mocno zaangażowany społecznie.

W przeciwieństwie do poprzedniej, pełnej rozmachu powieści – „Drobne występki…” to zbiór niezbyt obszernych, niemal intymnych opowiadań. Ludzie, których portretuje Kneale, mają odmienne problemy, pochodzą z różnych kręgów kulturowych, ale sportretowani zostali w specyficznym momencie - często znajdują się w drodze. Ich podróże (podejmowane dla wypoczynku lub służbowo) bądź migracje (wymuszone przez czynniki ekonomiczne lub polityczne) można odczytywać w sposób alegoryczny. Życie człowieka jest przecież w pewnym sensie podróżą. Poszczególne historie i wnioski z nich płynące składają się na ogólny wizerunek człowieka. Motywem przewodnim utworów jest obraz jego zmagań z własnym sumieniem. Ludzie, w których psychikę wnikamy, pochodzą z różnych części świata i warstw społecznych. Ich problemy przeważnie nie wiążą się z koniecznością zaspakajania podstawowych potrzeb. „Drobne występki”, których się dopuszczają - to zbiorcze określenie wszelkiego rodzaju „grzeszków”, które mają na sumieniu. Nie zawsze są to czyny karalne. Czasem tylko moralnie dwuznaczne bądź nie do końca przyzwoite. Wynikają z różnych przyczyn - z nieznajomości obcej kultury, z zaniedbania, przede wszystkim zaś są rezultatem stosowania wobec siebie taryfy ulgowej. Dlaczego mimo pewnych oporów bohaterowie je popełniają? Ponieważ znajdują dobry powód (przeważnie coś więcej niż chęć zysku) - np. konieczność poprawienia swojego wizerunku w oczach bliźnich. Do działania często popycha poczucie doznanej krzywdy, a wtedy występek staje się sposobem jej  zadośćuczynienia.  

Kneale ukazuje swoich bohaterów w trudnych sytuacjach, wystawia na pokusy i analizuje ich zachowanie. Kolejne epizody układają się w obraz, który stanowi diagnozę ludzkiej natury. Człowiek nie ma problemów z osądzaniem bliźnich. Z całą surowością oceniamy cudze błędy, jesteśmy wtedy głusi na okoliczności łagodzące. Dla siebie jednak stosujemy bardziej elastyczne standardy. To co potępiamy u innych, przestaje być takie oczywiste, gdy dotyka nas samych. Postępki innych rażą, ale gdy nam dzieje się krzywda i w jakiś prosty sposób będziemy ją sobie mogli zrekompensować – z pewnością to zrobimy. Nie cofniemy się wtedy przed występkiem. Nie tylko znajdziemy usprawiedliwienie, ale z pewnością skorzystamy z różnych sposobów, by przekonać siebie, że nasze postępowanie jest podyktowane wyższą koniecznością. Czasem po prostu czujemy się „lepsi” i z tego tytułu uzurpujemy sobie prawo do „naprawiania świata”. Zdaniem Kneale’a nikt nie jest jednoznacznie dobry ani zły. Opowiadania ukazują wewnętrzną walkę człowieka, którą w chwili słabości przegrywa. Tak dzieje się na całym świecie - w malutkiej kolumbijskiej wiosce, na prowincji Azji, ale także w luksusowych dzielnicach Londynu i Dallas. Granice w tej kwestii nie mają znaczenia. Natura ludzka wszędzie jest taka sama.

Mimo poważnej tematyki utwory bynajmniej nie są pozbawione humoru i ironii, a przede wszystkim są wyjątkowo różnorodne. Jedno jest pastiszem popularnych powieści obyczajowych, których tłem jest rozpoczynanie życia od nowa w toskańskim raju. Niektóre przypominają relację z podróży. Kilka z nich uzmysławia jak źle radzimy sobie z pożegnaniami. Różne zatem drogi prowadzą do tego, by ukazać człowieka w przełomowych dla niego momentach. Najwybitniejszymi opowiadaniami, których puenta wywołuje szczególne wrażenie, a nawet wstrząs, to: „Kamień” i „Metal”. Układ zbioru jest dokładnie przemyślany, utwory stanowiące wstęp i zakończenie („Kamień”  i „Biel”)  –  ukazują sytuacje, w których gra toczy się o najwyższą stawkę. Nie należy się jednak obawiać, że poszczególne opowiadania kończą się zawsze w sposób przytłaczająco dramatyczny. Często mamy do czynienia z happy endem. Tyle, że u Kneale’a nawet szczęśliwe zakończenie posiada jakiś dodatkowy sens bądź jest przewrotne.




Rzadko się zdarza, by zbiór opowiadań utrzymany był na jednakowo wysokim poziomie. Ta sztuka udała się autorowi „Drobnych występków…”. Tomik jest spójny, styl Kneale’a charakteryzuje się precyzją narracji i lekkością pióra (duża w tym względzie także zasługa tłumacza). Wszystkie opowiadania dopracowane są w najdrobniejszym szczególe. Są przewrotne, zawierają błyskotliwą i mocną puentę, przeważnie skrywają drugie dno. Czasem dopiero pod sam koniec lektury dociera do czytelnika jak wysoka była stawka i o co właściwie toczyła się wewnętrzna walka bohatera.
                                                                                                                                           
Najnowsza książka stanowi potwierdzenie umiejętności pisarskich autora, który równie dobrze sprawdza się w monumentalnej powieści, jak i w krótkiej formie. Pisarz jest gawędziarzem, posiada zdolność przykuwania uwagi już od pierwszego zdania. Potrafi naświetlić problem pod różnymi kątami i przedstawić go z odmiennych punktów widzenia. Wykazał tę umiejętność w powieści „Anglicy na pokładzie”, teraz potwierdził, że robi to w sposób mistrzowski. „Drobne występki w czasach obfitości” to zbiór utworów kameralnych i skupionych na jednostce. Pisarz jednak zadbał,  by jego bohater mógł za każdym razem przejrzeć się w oczach drugiego człowieka, często przedstawiciela innej kultury, przez co dany problem nabiera uniwersalnego wymiaru.




Za książkę dziękuję wydawnictwu:


***


Przy okazji wszystkim życzę:
Do siego roku!






czwartek, 24 grudnia 2015

Wigilia w obrazach


Wigilia. Jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa „vigiliare” – czuwać. Zgodnie z tradycją, gdy zabłyśnie pierwsza gwiazda na niebie, zasiądziemy do wspólnej wieczerzy.Tym samym rozpoczniemy rodzinne święta pełne tradycji, których początki giną w mrokach niepamięci. Wieczór wigilijny jest jedną z najważniejszych uroczystości rodzinnych, do dziś pielęgnujemy wiele ludowych zwyczajów i religijnych obrzędów. Niektóre przejęliśmy z sąsiednich państw, inne są typowo polskie. Na stole powinno znaleźć się dwanaście potraw. Nasi przodkowie tak obmyślili jadłospis, by uwzględniał wszystkie płody rolne. Zwyczaj strojenia choinki przywędrował do nas dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku i pochodzi z Niemiec.Dzielenie się opłatkiem jest tradycją typowo polską. Po wieczerzy jest czas na śpiewanie kolęd, których początków należy szukać w żywej szopce wystawionej w 1223 roku przez św. Franciszka z Asyżu i jego współbraci. Po kolacji wręczymy sobie prezenty, a ostatnim obrzędem wigilijnym jest wspólne wyjście na pasterkę, na tradycyjne, wspólne czuwanie.

                       
Wszystkim życzę tradycyjnej wigilii, której towarzyszyć będzie okruch 
magii uchwyconej w obrazach, serdecznych rozmów przy stole 
i kolędowania, cieszenia się swoim towarzystwem, 
potrawami i prezentami. 
Wesołych Świąt!














poniedziałek, 21 grudnia 2015

WIEDZA O DZIECKU UKRYTA JEST W NAS SAMYCH





Czy można sobie wyobrazić dzieciństwo bez książek Astrid Lindgren? Można, ale byłoby pozbawione czegoś istotnego… Za co je kochamy? Za humor, szczerość i nieograniczoną wyobraźnię. Za wiarę w dziecko, znajomość jego psychiki i poważne do niego podejście. Za przekraczanie granic. Za możliwość ukrycia się w idyllicznym obrazie Bullerbyn, ale także za odważne podchodzenie i przedstawianie istotnych problemów – buntu wobec dorosłych, rozterek wieku dorastania, a nawet sięganie po tematy tabu, których inni pisarze bali się bodaj musnąć. Astrid Lindgren pomogła wielu dzieciom oswoić się z tematami sprawiającymi ból – z niesprawiedliwością, samotnością, a nawet śmiercią.

Napisała ponad 20 powieści, zbiory opowiadań, sztuki teatralne i słuchowiska radiowe. Wiele jej książek sfilmowano. „Pippi” stała się jednym z największych bestsellerów dla dzieci wszech czasów. Pisarkę obsypywano nagrodami, przychodziły do niej listy od wielbicieli z całego świata, o jej urodzinach pamiętali politycy oraz monarchowie. Stała się patronką szkół, ulic i dzielnic, jej nazwisko nadano asteroidzie. Pomimo ogromnej popularności pozostała zawsze taka sama - uśmiechnięta, wrażliwa i skromna.

Książka Margarety Strömstedt nie jest zwykłą biografią. Pozwala poznać fakty z życia pisarki, wyjaśnia czemu tak ważne dla niej był okres dzieciństwa, dlaczego kochała i tak doskonale rozumiała psychikę dzieci i co ją skłoniło do sięgnięcia po pióro. Dowiemy się dlaczego przez długie lata skrzętnie chroniła swoją prywatność i co ją w końcu zmusiło do publicznego wyznania. Książka jest jednak czymś znacznie więcej. Stanowi barwną panoramę epoki, w której żyła Astrid, uwzględniającą zmiany kulturowe i społeczne, a także wydarzenia historyczne, których była świadkiem. Stanowi połączenie refleksji na temat pisarki, wspomnień samej Astrid, a także fragmentów książek, które stanowią echo jej przeżyć. W ten sposób poznajemy także portrety jej najbliższych, bowiem często stawali się prototypami książkowych postaci. Wreszcie nauczymy się dopatrywać w bohaterach książkowych cech samej autorki. Szczególne znaczenie mają dwie kreacje – dobrze ułożona, opiekuńcza i grzeczna Lisa z Bullerbyn oraz wyzwolona, zbuntowana i zwariowana Pippi Pończoszanka. Zdaniem Strömstedt - obie tworzą uzupełniające się połówki autoportretu pisarki. To rzecz ważna i znamienna, gdyż  wielbiciele Astrid Lindgren z pewnością odczuwają w całej jej twórczości to szczególne oscylowanie między układnością a buntem. Kiedy lepiej poznamy pisarkę, przekonamy się, że te same kontrastowe siły kierowały nią przez całe życie. Delikatność i opiekuńczość wyniosła z domu rodzinnego. Bunt i odwaga w głoszeniu własnej opinii - stały się przyczyną wielu jej kłopotów, zadecydowały o jej życiowym powołaniu, z czasem popchnęły ją do działalności publicznej.




Dlaczego zaczęła pisać książki? Troszeczkę pomogła jej w tym Opatrzność. Napisała pierwszą książkę, kiedy skręcona noga uniemożliwiła jej pracę i wyjście z domu. Pisarką jednak stała się długo przed tym wydarzeniem, długo zanim to sobie uświadomiła. Zupełnie nie planowała takiej kariery, można śmiało powiedzieć, że to było jej przeznaczenie. Fascynujące jest śledzenie jej twórczej drogi, która przecież zaczyna się jeszcze na długo przed dramatycznymi wydarzeniami, zanim życie zmusiło ją do podjęcia skromnego kursu stenografii i pisania na maszynie, przed rozpoczęciem pracy w rozmaitych redakcjach, które zapewniły jej praktyczne i zawodowe umiejętności. Jej proces dojrzewania do pisarstwa zaczyna się już w dzieciństwie. Opowiadanie miała we krwi. Jej dziadkowie i rodzicie byli wytrawnymi gawędziarzami. Astrid lubiła ich opowieści o przeszłości, które później stały się tłem jej książek. Kiedy doczekała się własnych dzieci - mogła przekazać rodzinne historie, ale z łatwością przychodziło jej także tworzenie nowych. Jej córka wymyślała przedziwne postacie – np. Pippi Pończoszankę, a Astrid dopowiadała przygody, które trzeba było przecież dopasować do dziwacznego imienia. Kiedy skręcona noga unieruchomiła Astrid w łóżku, postanowiła zrobić córce niespodziankę. Spisała historyjki Pippi, które oprawiła i podarowała jej na 10 urodziny. Drugi egzemplarz wysłała do wydawcy. Kiedy czekała na odpowiedź już pisała następną książkę.

Pierwsze wydawnictwo ją zignorowało, a raczej przestraszyło się jej książki. Nieco później Astrid wysłała „Pippi” oraz „Dzieci z Bullerbyn” na konkurs zorganizowany przez Rabén&Sjögren. „Pippi” wygrała bezkonkurencyjnie. Wydawca nie tylko opublikował obie książki, ale także zaproponował pisarce stanowisko głównego redaktora. Związana była z tym miejscem przez 25 lat, stała się autorytetem, wspierała i udzielała fachowych porad i pomocy początkującym pisarzom - m.in. Hansowi Petersonowi, którego znamy z serii z fenomenalnymi ilustracjami o kocie Mangusie.

Kiedy Astrid Lindgren chwyciła za pióro, ani przez moment nie myślała o karierze. Jej książki wypłynęły z głębokiej potrzeby postawienia się na miejscu dziecka i przemożnej chęci zwrócenia uwagi na ich prawa. Jej sprzeciw budził fakt, że dzieci są tłamszone przez dorosłych, że nie są traktowane poważnie i nikt ich uważnie nie słucha. Dzisiaj jej książki należą do klasyki, ale kiedy publikowane były po raz pierwszy – wywołały rewolucję. Astrid zaczęła pisać, gdy dzieci nie traktowano jako pełnowartościowych obywateli, raczej jako materiał, który należy ukształtować przez surową dyscyplinę. Po przełomowych odkryciach Freuda, który zwrócił uwagę na dzieciństwo, jako na okres, który wpływa na ukształtowanie osobowości – społeczeństwo szwedzkie zaczęło dojrzewać do zmian. Książki Lindgren wydane w tym momencie wywołały szeroki odzew. Dzieci je pokochały. Doceniły, że pisarka nie kokietuje dorosłych, nie stosuje moralizatorstwa i zwraca się bezpośrednio do nich. Dorośli zareagowali różnie. Jedni podziwiali, inni wpadli w panikę. Nie obyło się bez krytyki i wielkiej narodowej dyskusji, która przetoczyła się po opublikowaniu drugiego tomu przygód Pippi Pończoszanki, a zwłaszcza po ukazaniu się powieści „Bracia Lwie Serce”. Z czasem głosy sprzeciwu ucichły, wydaje się zresztą, że Astrid w ogóle nie ich nie zauważyła. Była całkowicie pochłonięta twórczością.






Margareta Strömstedt – szwedzka pisarka i dziennikarka - została poproszona przez wydawcę Hansa Rabéna o napisanie biografii Astrid Lindgren pod koniec lat sześćdziesiątych. Nie podjęła się jednak tego zadania od razu. Dała sobie dużo czasu na to, by poznać miejsca i ludzi związanych z Astrid, jej rodziną i przyjaciółmi. Przede wszystkim jednak rozmawiała z Astrid, stała się jej przyjaciółką i powierniczką, uzyskała dostęp do jej serca i wspomnień. Dzięki temu obraz pisarki jest bardzo wnikliwy, szczery i ciepły. Wchodząc w tak bliską relację biografistka jednak ograniczyła sobie w pewnym sensie swobodę ruchów. Z pewnością odkryjemy kilka nierozjaśnionych cieni i fragmentów życiorysu, w których wyraźnie wyczuwa się granicę sfery ochronnej, którą Astrid wyznacza. Czy to wada? Nie! Z pewnością nie musimy poznać nazwiska ojca pierwszego dziecka, relacji między mężem i synem ani kłopotów małżeńskich, by poznać dogłębną genezę jej utworów. Jeśli czytelnik zgodzi się na uszanowanie pewnej strefy prywatności – bardziej zależy mu na poznaniu poglądów i przesłania pisarki niż na rozdrapywaniu ran - lektura przyniesie mu sporo niezapomnianych wzruszeń i satysfakcję.


Recenzja opublikowana na portalu:








                                                                                                                      

wtorek, 15 grudnia 2015

Mity i ateiści




Człowiek jest istotą mitotwórczą. Już w zamierzchłych czasach, gdy brakowało nauki i jej narzędzi, tworzył mity, ponieważ chciał zrozumieć naturę świata i nadać znaczenie temu, czego doświadczał. Człowiek jest obdarowany twórczą wyobraźnią. Dlatego tworzy literaturę i jeszcze chętniej poddaje się jej urokowi, mity zaś stanowią bardzo wdzięczny temat narracji. Człowiek posiada jeszcze inną cechę – w obliczu zagrożenia zaczyna wyolbrzymiać niebezpieczeństwo. Powstaje skrzywiony obraz, który jest przekazywany dalej i z czasem utrwala się w społecznej świadomości. Niestety, we współczesnym świecie nadal funkcjonuje zasada Josepha Goebbelsa: „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”.

"50 mitów o religiach" to książka cenionych naukowców i religioznawców. John Morreall i Tamara Sonn postanowili przyjrzeć się mitom, które narosły wokół poszczególnych wyznań, ukazać mechanizm ich powstawania i konsekwencje rozpowszechniania. Autorzy nie poddają naukowej i historycznej ocenie przekazów, które tradycyjnie już należą do wielu systemów religijnych i których rola w tłumaczeniu kluczowych aspektów ludzkiej egzystencji jest zaakceptowana (np. biblijna opowieść o Adamie i Ewie). Ich celem stało się uświadomienie, w jaki sposób zniekształcenia, półprawdy i mylne wyobrażenia pogłębiają wrogość między ludźmi o odmiennych przekonaniach religijnych.

Książka składa się z dwóch części. Pierwsza stanowi wprowadzenie do tematu i pozwala czytelnikowi uzmysłowić sobie, z jakich przyczyn definicja religii jest mało precyzyjna i nieczytelna, a także dlaczego do tej kategorii zalicza się idee i światopoglądy, które należałoby raczej traktować jako systemy filozoficzne bądź etyczne (np. buddyzm). W części zasadniczej autorzy skupiają się na mitach dotyczących największych i najstarszych religii. Sięgają po kilka przykładów pochodzących z mniej znanych tradycji, by ukazać związki i przenikanie idei pomiędzy poszczególnymi kultami (np. wpływ zoroastryzmu na judaizm, chrześcijaństwo i islam). Wreszcie starają się rozwiać mity, które narosły wokół ateizmu, bowiem coraz częściej ateiści postrzegani są przez wyznawców religijnych jako zagrożenie dla ich wiary.

John Morreall i Tamara Sonn w sposób wyczerpujący, przystępny i niepozbawiony humoru odpowiadają na popularne pytania: Czy średniowieczny kościół prześladował naukę? Dlaczego Żydzi nie jedzą wieprzowiny ani homarów i czy uważają się za naród wybrany? Czy Księgi Rodzaju nie można pogodzić z teorią ewolucji? Czym są Protokoły Mędrców Syjonu? Czy Ewangelie zostały napisane przez naocznych świadków życia Jezusa? Czy Jezus mógł urodzić się w Betlejem? Czy Jego ukrzyżowany wizerunek zawsze był symbolem chrześcijaństwa? Czy istniała papieżyca Joanna? Czy większość muzułmanów stanowią Arabowie? Czy Koran potępia judaizm i chrześcijaństwo? Czy nakłania do wojen i terroryzmu? Kim byli Zaratusztrianie? Czy voodoo to czarna magia? Czy rastafarianie to nałogowi marihuaniści? Czy Budda jest bogiem? Czy niewierzący istotnie nie mają na czym oprzeć swojej moralności, a życie bez religii jest pozbawione celu?

Opracowanie nie ma charakteru encyklopedycznego. Każdy rozdział stanowi rozwinięcie odrębnego mitu, który stał się pretekstem do wysnucia interesującej opowieści. W efekcie książka przypomina zbiór refleksji, które wyjaśniają różnice w mentalności między przedstawicielami kultury zachodniej i wschodniej. W pewnym sensie stanowi ona fascynującą opowieść o naturze ludzkiej. Uczy tolerancji, skłania do poszukiwań, uświadamia jak ważny jest dialog i pozwala zrozumieć, że z przedstawicielami innych religii więcej nas łączy niż dzieli. Udowadnia, że większość fałszywych wyobrażeń i mitów rodzi się z niewiedzy i ignorancji. Te najgroźniejsze powstają z pogardy, ksenofobii i bezkrytycznego podejścia do stereotypów etnicznych.


Recenzja została opublikowana w: FA nr 12/2015


„Forum Akademickie” – Ogólnopolski Miesięcznik Informacyjno-Publicystyczny - znalazł się w finale tegorocznej edycji konkursu Popularyzator Nauki. 
17 grudnia br. w siedzibie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego odbyła się uroczysta gala, na której ogłoszono zwycięzców. 
"Forum Akademickie" zwyciężyło w kategorii: Media.
Serdecznie gratuluję!

źródło









        

czwartek, 10 grudnia 2015

Czar przedświątecznego Wiednia


Czas gorączkowych przygotowań przedświątecznych już się rozpoczął... W ramach relaksu zapraszam na spacer wśród zabytków i romantycznych uliczek, w gwarze świątecznych jarmarków...



























niedziela, 22 listopada 2015

Pisanie to styl życia. Z wizytą u Czechowa






Kraków przywitał mnie wieczorową porą. Byłam tu wiele razy, lecz miasto widziałam w świetle dnia, po raz pierwszy mam okazję zobaczyć je po zmroku. Musiało wcześniej padać, bo mokry bruk połyskuje w świetle rzęsistych świateł. Jest ciepło, lecz zimny wiatr raz po raz zrywa mi kaptur z głowy. Idę z wolna, by nie przyjść przed czasem, a liście wirują wokół moich nóg i pomykają wesoło zmiecione podmuchem. Myślę sobie, że idę z nurtem, dokładnie w tę stronę, którą  wskazuje mi wiatr. Nie mogło być inaczej. Musiał się pojawić, by zatańczyć w "halkach czarownic", to dobry znak.

Spotkanie autorskie odbywa się w restauracji "Wiśniowy sad. Kuchnia rosyjska" - w przyjemnie kameralnym miejscu, z obrazami, z których spoglądają na nas bohaterowie utworów Czechowa. Przed nami lampka wina. Słuchamy fragmentów książki w interpretacji Marii Gutowskiej oraz rozmowy, do której znakomicie przygotował się red. Marcin Wilk i którą prowadzi z reportażystką, dziennikarką i publicystką - a dziś przede wszystkim: pisarką Elżbietą Isakiewicz, która prezentuje swoją niezwykłą książkę. Marcin Wilk prowadzi wywiad z pisarką, a ja słucham tej zajmującej gawędy i już nie wiem czy to jest zwykła rozmowa czy raczej radiowa audycja... Jesteśmy zasłuchani, wyciszeni. Czujemy się wciągnięci w świat Elżbiety Isakiewicz, w opowieści o jej kotach i Czechowie. Dlaczego właśnie Czechow? Nie tylko ze względu na lokal. To pisarka zadbała, byśmy spotkali się w tym miejscu. Czechow jest jej mistrzem i przewodnikiem. Z pewnością każdy, kto zetknie się z jej mikroopowieściami - zauważy obecnego w nich ducha i kto wie, może znowu zechce odświeżyć tę znajomość, sięgnie po jego twórczość, spróbuje odczytać inaczej... Oczywiście pada pytanie, o tę fascynację i Elżbieta Isakiewicz opowiada, że spośród pisarzy - Czechow jest najbliżej postrzegania prawdy w drugim człowieku. Nikt tak jak on nie pisał o duszy człowieka i jego kondycji. Owszem, obnażał jego wady i ułomności, czasem robił to z dystansem, czasem ironicznie, ale nigdy nie oceniał i nie wydawał wyroków. Raczej otulał bohatera swoim współczuciem. Zamieszczał refleksje w opowiadaniach i przy okazji stała się rzecz niezwykła, bo opisując duszę człowieka udało mu się "uchwycić wszechświat",  a to wszystko osiągnął za pomocą krótkiej formy.


Elżbieta Isakiewicz w towarzystwie Marii Gutowskiej i red. Marcina Wilka


Dlaczego pisarka tworzy mikroopowieści?
Może lepiej nie mówić: tworzy. Ona je wychwytuje ze zdarzeń, które ją otaczają, filtruje przez własną wrażliwość i zapisuje, by uchronić przed zapomnieniem. Potrzebę utrwalania takich chwil najlepiej ujęła w swym wierszu Julia Hartwig: "niezapisane wspomnienia więdną jak nieuprawiany ogród".[1] W dorobku Elżbiety Isakiewicz znajdują się zatem liczne reportaże (wielokrotnie nagradzane, w tym Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego), a także wyjątkowa książka "Kaprys. Przypowieść o mężczyźnie i kobiecie"; jednocześnie jednak, obok tych oficjalnych publikacji - pisarka zawsze skrzętnie zapisywała własne refleksje, a jej spostrzeżenia i zapiski stawały się zatrzymanymi w kadrze chwilami. Kiedy udostępniła je na swoim fanpage'u - okazało się, że nie tylko spotkały się z gorącym przyjęciem, ale wywołały falę niezwykle osobistych i wzruszających komentarzy. To dało pisarce poczucie więzi z odbiorcą. Z czasem czytelnicy zaczęli  domagać się, by miniaturki zebrać w książkę, by można było do nich powracać, by nie rozpłynęły się w przestworzach Internetu. Efektem tej niezwykłej zażyłości twórcy z czytelnikami jest właśnie wydany (premiera miała miejsce w październiku br.) tomik: "Lekkie halki czarownic", stanowiący wybór mikroopowieści - bardzo osobistych, krótkich utworów literackich.

Niech nikogo nie zwiedzie pozorna zwiewność tytułu i lekkość prezentowanych form. Mikroopowieści - to odpryski rzeczywistości, wspomnienia i przemyślenia związane z przeczytanymi lekturami, spotkanymi ludźmi i własnymi przeżyciami. Znajdziemy tu refleksję, a często także drugie dno. Trudno utwory jednoznacznie sklasyfikować, to nie są zwyczajne opowiadania. To raczej opowiadania, które zostały zredukowane do sedna i kwintesencji. Stanowią mieszankę gatunkową, bo znajdziemy w nich nieco reportażu, szczyptę poezji, ale także sporo zwyczajnej prozy życia. W ten sposób powstały utwory, które przekonują nas swoim autentyzmem, a zachwycają liryzmem. Skąd się biorą? Z własnych doświadczeń, z opowieści najbliższych, ze scenek, które zostały zaobserwowane na ulicy. Wszystkie zaczerpnięte są z życia, ale również silnie naznaczone emocjonalnością autorki. Nad każdym tekstem warto się pochylić, dać mu trochę przestrzeni, odnaleźć zgrabną puentę i ukryte znaczenie, a jednocześnie przepuścić tę historię przez swoją duszę i wyzwolić echo własnych skojarzeń.


"Lekkie halki czarownic" pozbawione są ilustracji, do których autorka przyzwyczaiła czytelników na fanpage'u. Od razu spieszę wyjaśnić, że publikacja na tym nie traci. Ilustracje nie są potrzebne, gdy pisarz mistrzowsko "maluje" słowem:

"Aż tu takie zdarzenie. Pociąg (jadę na wakacje) zatrzymuje się na małej stacji. Parna noc. Zapach podkładów kolejowych, siana, piasku. Pachnie równy i spokojny sen słońca, które gdzieś w ciemności czeka brzasku.
To nie paryskie rewiry. Łaciną, co ją zwał językiem gęsim, a gadała nią Europa, nie przemówisz tu do pól, nie wydoisz krowy. To wymaga własnej mowy. On wziął ją stąd - nie mógł być inny! I raptem staje się dotykalny, bliski. Jak ta letnia noc, kiedy wszystko mości się na swoim miejscu, zboże jest płowe, a pociąg rusza ze stacji Rejowiec." [fragm. miniaturki "Ojczyzna Reja"]




Kiedy pisarz odsłania swoje wewnętrzne przeżycia istnieje niebezpieczeństwo, że zbyt dużo ujawni. "Czy Pani wyznacza sobie taką nieprzekraczalną granicę?" - pada pytanie z sali. Powracamy znowu do Czechowa, ale także do Flauberta, którzy wyznawali zasadę, że mistrzostwo tkwi w tym, by właśnie zbyt dużo nie powiedzieć. Elżbieta Isakiewicz wyznaje, że wzięła sobie tę zasadę do serca i nigdy nie odsłania zbyt wiele, chroniąc własną prywatność. A ja przy okazji sobie myślę, że zasada Czechowa i Flauberta nie służy wyłącznie pisarzowi. Jest równie ważna dla czytelnika. Dzięki niej proza wkracza na wyższy poziom, daje odbiorcy więcej satysfakcji. Czytelnik przecież nie lubi, by zbyt wiele przed nim odkrywać, by do szczętu tłumaczyć. Lubi mieć pozostawione pole dla wyobraźni, lubi czuć, że pisarz ma szacunek dla jego intelektu. Najlepiej, gdy pisarz zaznacza najważniejsze zdarzenia, wskazuje kierunek i pozwala czytelnikowi trochę pobłądzić wśród splątanych emocji. Wtedy czytelnik  może poczuć satysfakcję, że w pewnym sensie, dzięki własnej emocjonalności, empatii i przenikliwości, wspólnie z autorem dzieło "współtworzy". Tak pisał Czechow i Flaubert. Na tym polega proza Munro. Odzwierciedleniem tej zasady jest "Kaprys" Elżbiety Isakiewicz.


A oto jedna z mikroopowieści, którą prezentuję za zgodą autorki (jedna z moich ulubionych miniaturek zaprezentowanych w "Lekkich halkach"):


NA KRAWĘDZI

"Na krzywym progu chaty ze sczerniałych bierwion, z zielonymi futrynami i lekko pochylonym kominem siedzi bosonogi mężczyzna w podziurawionych portkach. Twarz ma ogorzałą i pomarszczoną jak dno dawno-wyschłej rzeki.
Stary człowiek głaska rudą kurę. U jego stóp czarny kundel z wilgotnym różowym nosem spod półprzymkniętych powiek śledzi lot pszczoły, która sfruwa na zapodzianą w trawie łodygę kwitnącego rzepaku. Obok brązowa krowa stoi w tajemnej ciszy swego majestatu. W jej mokrych niezgłębionych oczach migotliwie trzepocze odbicie wody z cynowego wiadra, którą człowiek od czasu do czasu zaczerpuje blaszanym kubkiem.
Chata i wszystko inne istnieje w suche popołudnie z otwartym niebem, pod lipą. Jedna z jej gałęzi osuwa się i muska zmurszały, zamszony dach - nie wiadomo, wysychają jej soki, czy słania się z leniwego przesytu liści.
- Gorąco. Trzeba się napić wody - stary człowiek wskazuje wiadro.
Nabieram wodę dłońmi. Jest studziennie zimna, twarda, przejrzysta.
Stary człowiek z aprobatą kiwa głową. Żegnam się i podążam tam, skąd przyszłam.
Gdzie byłam? Na krawędzi jakiegoś schyłku czy już po nim? A może minęłam przypadkiem wymyślony przez starego człowieka raj? Czy uroiła go także pszczoła lub krowa i spotkali się w jednym obrazie? (Prawdziwe raje mają cechy ziemskie, nie przesładza je ich doskonałość ani nie ogranicza wieczna szczęśliwość). Nigdy się tego nie dowiem. Już nie powtórzy się ta kompozycja postaci, przedmiotów, barw i tła. Ale przecież coś się zdarzyło.
Będzie mnie odtąd dopadać pragnienie zaczerpnięcie wody - takiej jak tamta". [2]



Wracam ze spotkania.
W głowie mi szumi od natłoku wrażeń, wiatru, a może także leciutko od wina.  Myślę o związkach. Nie tylko przecież Czechow ujął wszechświat w nowelach. Elżbiecie Isakiewicz udało się uchwycić w swoim tomiku, w jego czterech porach roku - przemijanie i historię życia ludzkiego. Jeszcze jestem zaplątana w "halki czarownic", ale też zaczynam przyspieszać kroku, by wrócić do samochodu. Czeka mnie jeszcze przecież podróż do domu (nie ja prowadzę!). Idę Grodzką. Z oddali słyszę dźwięki tęsknej i rzewnej melodii. Czy mogło być lepiej?... Pod Kościołem Świętych Apostołów Piotra i Pawła koncertuje samotny muzyk, a utwór przez niego wykonywany więzi przechodniów, nie pozwala odejść. Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że jest to jedna z sześciu znanych suit na wiolonczelę. Jestem pewna, że dzisiaj mnie właśnie "to" spotkało. Właśnie dzisiaj "postacie, przedmioty, barwy i tło"  ułożyły się w idealną kompozycję. Cieszę się magią tego wieczoru, który przywiódł mnie do "Wiśniowego sadu", zagrał koncert na zmysłach, oczarował, przeniósł w czasie i przestrzeni - przywitał wiatrem, a pożegnał Bachem...


Za zaproszenie na wieczór autorski jeszcze raz serdecznie dziękuję...









[1] Julia Hartwig, "Zapisane", Wydawnictwo a5, 2013, fragment wiersza "To co przeżyliśmy"
[2] Elżbieta Isakiewicz "Lekkie halki czarownic i inne mikroopowieści", Wydawnictwo Perspektywa, str. 54

czwartek, 19 listopada 2015

Po wydarzeniach we Francji...


...Czasem znajomy wiersz uderzy z mocą ...


SZYBA

Rzeczy nam kłamią: przecież 
szyby przejrzysta gładź
umie najchytrzej na świecie
maskować się i łgać.

Z pozoru jest czymś, co dzieli:
na ulicę i wnętrze,
na skwar zakurzonych zmęczeń
i rzekę chłodnej pościeli.

Na świat drzew i na świat mebli,
na otwarty na przestrzał
wiatr i na martwy sześcian
powietrza wbitego w cegły,

na parkiety i bruki, 
na ogrzewanie i mrozy,
na chmury i na sufit:
ale to tylko pozór.

Naprawdę szyba nie jest
podziałem, ale sama 
z własnego wnętrza zieje
wąską, głęboką jamą.

Mało kto z nas to dostrzegł:
dlatego tylko szyba
jest cienka jak noża ostrze,
że z obu jej stron przywarł

nierozerwalnym parciem
dwu magdeburskich półkul
świat, w niesłyszalnym huku
zgniatający uparcie

barwy, czasy, przestrzenie,
zwierzęta, ptaki, ryby,
pod ogromnym ciśnieniem
aż do grubości szyby.

Ten świat skondensowany,
gdy spojrzeć na szkła krawędź,
zielonością jaskrawą
lśni jak toń oceanu:

i tylko stąd wiadomo,
że wewnątrz coś się dzieje,
że wewnątrz szyby toną
zmiażdżone epopeje,

bo szklany świat, zgniatany
do utraty kolorów
przez świat, który znamy - 
zrezygnował z oporu.

Zbyt wielkie tu zagęszczenie,
by mógł dać znać, że żyje;
czasami tylko drżenie 
szybę znienacka przeszyje,

gdy na ulicy wystrzał
tryśnie fontanną huku
ponad domy najwyższe,
a po zmartwiałym bruku

czołgów zadudni horda;
lecz wtedy gospodyni
okleja szybę, przezorna
paskami papierowymi.



- Stanisław Barańczak, "Wiersze zebrane"
pod redakcją Ryszarda Krynickiego