piątek, 13 lutego 2015

FANTASIA




Znacie dobre lekarstwo na szarugę i topniejący śnieg za oknem? W takie dni można, na przykład, zawiesić oko na bibelocie kojarzącym się z eskapadą do ciepłego kraju...

Pamiątki z podróży, któż ich nie lubi... Mam słabość do ich wyszukiwania, grzebania w kolorowych stertach na straganach, wypatrywania ich w zakurzonych witrynkach i urokliwych sklepikach, do których się trafi, gdy człowiek odważy się zapuścić w ciasną uliczkę. Nie może to jednak być byle szpargał. Ten drobiazg musi posiadać duszę, powinien przecież skutecznie rozpraszać smętek i chandrę, odciągać wzrok od pobojowiska, które zima po sobie zostawiła za oknem.

Z Maroka przywiozłam dwa obrazki. Nie są to dzieła sztuki, tylko malowidełka na dykcie w kolorze sepii. Zakochałam się w architekturze tego kraju, w fantazyjnych bramach, fikuśnych arabeskach, koronkowych stiukach i kwadratowych minaretach. Obrazki od razu mnie ujęły, bo zawierają motywy (nie tylko architektoniczne), które są charakterystyczne dla tego kraju i poprzez jedno tylko spojrzenie przenoszą wprost w baśniowe, skąpane w słońcu uliczki, które oślepionym oczom wydają się niemal białe.

Dwa obrazki to dwa światy: męski i kobiecy. Świat mężczyzn przedstawia marokańską "fantasię". To nazwa popularnych, tradycyjnych konnych widowisk (nazywanych także "grą koni" bądź "prochu"), praktykowanych podczas świąt religijnych, uroczystości ślubnych Berberów, festiwali kulturalnych. Co tu kryć, pokazy te mają przede wszystkim zaimponować i wprawiać turystów w zachwyt. Mężczyźni chętnie nawiązują kontakt,  ich świat jest dla cudzoziemców "otwarty", zostało uchwycone to na rysunku - sylwetki skierowane są w stronę oglądającego. Na drugim obrazku sytuacja jest odmienna. Świat kobiecy jest "zamknięty" przed widzem, szczelnie zasłonięte sylwetki odwrócone są od naszego wzroku. Dokładnie w ten sposób zachowują się marokańskie kobiety, są zdystansowane i ukryte w barwnych strojach. Chcąc uchwycić ich urok i wdzięk na fotografiach, trzeba to zrobić nader dyskretnie...

Obrazki wypatrzyłam  u handlarza-staruszka, który rozłożył swój kram niemal na plaży, blisko deptaka, tłumnie odwiedzanego przez turystów, a kupiłam zgodnie z przyjętymi zwyczajami, czyli wytargowałam. Najpierw oczywiście musiał odbył się rytualny "taniec". Trzeba było nachodzić się, nadreptać, nakręcić wokół nich przez parę dni. Trochę nerwów stracić, żeby ktoś ich nie kupił. A może okażą się za drogie, kupić jeden - byłoby jednak bez sensu... Parę dni spacerowałam tam i z powrotem, udając, że cały ten kram w ogóle mnie nie obchodzi. W końcu musiałam przygotować męża na zakup, więc dyskretnie wskazałam mu co mnie interesuje, przy czym pokazałam mu inne obrazki. Żeby nie zapeszyć. Następnego dnia znowu wracam i leniwie wzrokiem po nich przeciągam, na niczym się nie zatrzymując. Są! Ciągle są! Serce bije nerwowo, ale na zewnątrz - zimna stal. Ostatniego dnia jestem już na skraju wyczerpania nerwowego. "Moje" obrazki jednak nadal są na miejscu. Idę więc - zblazowana turystka, nigdzie mi się nie spieszy, wszystko mam w nosie, staruszka-handlarza nawet nie zaszczycę spojrzeniem... Przechodzę i kątem oka tylko jeszcze widzę te moje skarby... Nie wyjadę stąd bez was - obiecuję sobie. Na szczęście handlarz w końcu mnie zaczepia. - Kup, pani ładna - kusi po polsku. Patrzę na niego, jakby ostatnią rzeczą na świecie była chęć zakupu jego obrazu. Przeciągam jednak łaskawie po nich wzrokiem. - How much? - pytam od niechcenia. Podaje kwotę, a ja odchodzę i słyszę, że cena topnieje jak lody w waflu, a po chwili sprzedawca ciągnie mnie za rękę. Już mnie zaprosił do tańca... Chwilę to trwa. Targujemy się. Odchodzę, on nieco spuszcza z tonu, obrażamy się, obiecujemy niebieskie migdały, on znowu woła i ciągnie do stoiska. Mąż przygląda się z boku. Wie, że  nie starczy mi pieniędzy na dwa obrazki, ale też pamięta, że zawsze przy tym targowaniu coś zabawnego mnie spotyka... Pewnego razu sprzedawca nosił mnie na rękach po sklepie z dywanami, prezentując swoje towary. Jak tu nie wierzyć w latające dywany, skoro pośród nich naprawdę "lewitowałam" w powietrzu? Teraz mnie szacuje handlarz obrazami - stara się odgadnąć zasobność mojego turystycznego portfela. Zapewne dobrze pamięta ile ostatnim razem zapłacił klient z Polski... W końcu cena z kosmosu obniża lot w kierunku ziemskiej atmosfery, a gdy staje się już dla mnie osiągalna - mówię bezczelnie, że dam żądaną kwotę, ale za dwa obrazy. Nieoczekiwanie kupiec się zgadza. Mrugam jeszcze oczami, musi to do mnie dotrzeć... W końcu odwracam się do męża z miną zwycięzcy, a moje skarby są pakowane w pogniecioną gazetę. - Przecież inne ci się podobały - śmieje się mój mąż. Co on tam wie...




Odchodzimy parę kroków, przystaję. Wracam do staruszka i całuję go w pomarszczony policzek. Niech wie, że obydwoje mamy dobry dzień. On na mnie zarobił, ale ja dotrzymam obietnicy: nie wrócę do domu bez swoich skarbów.

- Ot - pomyślał staruszek - Jaki kraj, taka "fantasia"...

12 komentarzy:

  1. Uroczy tekst Olu. Miałaś świetną przygodę i niesamowita frajdę nabywając te piękne obrazki ukazujące różnice między światem płci. A że trochę stresu też przy tym było ...to było warte go doświadczyć.
    Maroko ...tajemniczy świat orientu...mogę tylko Ci zazdrościć.
    Olu pisała byś świetne książki....

    OdpowiedzUsuń
  2. Znakomita impresja. Tonę w zachwycie!

    OdpowiedzUsuń
  3. nie widziałam, że tak się określa te widowiska, a obrazki bardzo mi się podobają, są bardzo klimatyczne i wyjątkowe!

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna historia! Proszę o więcej takich Olu :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie się takie obrazki bardzo podobają, są klimatyczne. A historię czytałam z zaciekawieniem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jaki ładny opis targowania, prawie widzę te negocjacje :) Przyłączam się do prośby Marty!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha, świetna historia! Do tego typu zakupów, pełnych targowania, podstępu i sprytu trzeba mieć prawdziwy talent :) Ale satysfakcja po udanej transakcji jest z pewnością ogromna.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Kolejny raz pochylam się zachwycona przed Twoim piórem, Olu, i podobnie jak Anna uważam, że książka, którą napiszesz, będzie świetna! Zrobisz coś z tym...? Nigdy nie byłam w Maroku, ale dzięki Tobie zobaczyłam wszystko tak wyraźnie, jakbym zwiedzała to miejsce razem z Tobą. Te uliczki, ten kupiec, kramiki i ten taniec, prawie godowy:)
    Symbolika obrazków też niesamowita i prawdziwie zinterpretowana. Uzależniam się od Twojego pisania:)
    Pozdrawiam bardzo serdecznie!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ach, znowu Maroko i do tego piękna opowieść. Ileż masz jeszcze tak pięknych wspomnień z podróży do opowiedzenia, Olu? Ja tu mogę siedzieć i czytać je od rana do wieczora :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Pięknie dziękuję za wszystkie odwiedziny i komentarze:) Tekścik, to taki żart, sposób na niepogodę;) Rozumiem, że mogę zacząć pisać swoją wersję baśni tysiąca i jednej nocy;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Niby zwyczajne obrazki, a jednak dzięki Tobie nabrały one magicznego znaczenia.

    OdpowiedzUsuń