poniedziałek, 2 marca 2015

CZARNUSZKA


Obiecuję zbytnio nie zamęczać pocztówkami z wakacji, ale skoro ciepło przyjęliście "fantasię", to może nie pogniewacie się za inne wspomnienie, w końcu za oknem tak leje...


*** 

Szukając pomysłu na prezenty i pamiątki w krajach arabskich warto pomyśleć o przyprawach. Nie tylko dla wonnych paczuszek, którymi obdarujemy znajomych, ale też dla wrażeń, które zachowamy dla siebie... Dla samej łazęgi po bazarach, targach i sukach, pośród fantazyjnie usypanych kolorowych kopczyków, stosików, koszyków i słoiczków, pęków wysuszonych liści, przedziwnych wag i gwaru targujących się ludzi. To wszystko ma swój urok. Mieni się kolorami, tętni życiem, roztacza aromat i atakuje zmysły hałaśliwym, wesołym rozgardiaszem…
         
Jesteśmy na urlopie w Jordanii. Jak zwykle pierwszą część spędzimy na walizkach, zwiedzając kraj autokarem. Będzie trochę pośpiechu, trochę szaleństwa, a w zamian mnóstwo wrażeń… Pierwszego dnia przy kolacji poznajemy uroczą parę, z którą będzie nam raźniej w tłumie przypadkowo poznanych turystów. Siadamy przy wspólnym stoliku, zajadamy się świeżutkim pieczywem obsypanym tajemniczym czarnym ziarnem. To czarnuszka – tłumaczy nasza nowa Znajoma. Można ją, przy odrobinie szczęścia, zdobyć w Polsce. Znana w starożytnym Egipcie, wymieniona w Biblii, zalecana przez Hipokratesa. Wykorzystywana do łagodzenia przeziębień, infekcji, bólu głowy, zaburzeń trawiennych i alergii. – W tym roku przywiozę ją sobie z Jordanii - dodaje - na pamiątkę wczasów i naszej pierwszej wspólnej kolacji. 

Jordania robi na nas wrażenie. Godzinami błąkamy się oglądając różowe i cynobrowe skarby Petry, szukamy śladów Lawrence’a z Arabii na pustyni Wadi Rum. W miastach i miasteczkach rozczulają nas portrety króla Jordanii - Abdullaha, przedstawianego często ze swoją rodziną. Król jest otoczony wielkim szacunkiem i miłością poddanych, a legendarna uroda królowej zupełnie nie jest przesadzona.

Ostatniego dnia, kiedy pamiątki są kupione, aparaty wypełnione wspomnieniami, pocztówki wysłane, na nic nie mamy już siły i chcemy wracać do hotelu, nasza Znajoma właśnie postanawia odwiedzić suk z przyprawami. Nie czuję się specjalnie dobrze, ale przecież nie mogę teraz wrócić do hotelu. Znajoma ma piękne blond włosy, co przeważnie działa na sprzedawców ogłupiająco. A kiedy się uśmiecha i pojawiają się figlarne dołeczki w jej policzkach, tracą głowę do reszty. Za nic nie odmówię sobie tego spektaklu.
                    
Podchodzimy do stoiska, które kusi i wabi kolorami. Po chwili już stoimy ciasno zbici w kupkę, owiani duszącym zapachem jakiegoś zielska, z gorącą miętową herbatą w ręce. Mój mąż niezadowolony trochę marudzi, chce wychodzić, bolą go plecy. Ależ nie trzeba wychodzić! Już materializuje się przed nami krzesło i mąż (pan i władca, według arabskich standardów) siedzi sobie pośrodku. – Odstąpiłbym ci krzesło – śmieje się – ale należy uszanować arabskie zwyczaje… 

Za nic nie złamię arabskich zwyczajów. Stoję więc i popijam herbatkę, a Znajoma i jej córka już pod rękę zostają oprowadzane po królestwie przypraw. Znajoma uroczo się uśmiecha, demonstruje dołeczki, paluszkiem wskazuje przyprawy, córka tłumaczy, a sprzedawca otwiera skrzyneczki, przesypuje ziarenka, waży i rozpływa się w zachwytach. Targują się i przekomarzają. – A dla pani? – zwraca się do mnie. Ale ja niczego nie chcę, chyba tylko trochę świętego spokoju. Chcę wrócić do pokoju i zdjąć buty – I don’t need anything. Thank you. – odpowiadam grzecznie. – Może jednak. Może sezam w kilku smakach? Kręcę głową. Ale sprzedawca nie chce dać za wygraną, któż nie potrzebuje jego sezamu! Chce mnie na siłę wciągnąć w zabawę. – Nic nie potrzebuję – mówię z naciskiem. A gdy nie odchodzi i dalej namawia, rzucam: - W ogóle nie gotuję! Teraz dopiero wystąpiłam przeciwko arabskim zwyczajom. Atmosfera zmienia się w ciągu sekundy: w środku tropikalnego lata powiało arktycznym chłodem, urażony kupiec mrozi mnie wzrokiem. Spogląda na mojego męża. Z góry, bo mąż na krzesełku… „Biedny facet. – czytam w jego wzroku – Po co mu ta kobieta? Nie gotuje. Żeby chociaż była blondynką!”

Przez moment mam wrażenie, że odbierze mi szklankę z herbatą. Wraca jednak do sklepu, w środku czeka na niego godna klientka. Od tej pory nie zaszczyca mnie spojrzeniem. Mam spokój. A Znajoma jest w swoim żywiole. Wszystko wskazuje na to, że wpadła w zakupowy amok. - Wszystko już mam – pokrzykuje - Jeszcze tylko czarnuszka! I mówi do córki – przetłumacz mu. Powiedz, że potrzebuję czarnuszki! - Ale córka nie wie jak brzmi po angielsku jej nazwa, więc Znajoma się denerwuje. – Jak to nie wiesz, to weź, powiedz: takie ziarenka czarne, większe od maku, jak kminek. No wymyśl coś... Słuchaj chłopie – nagle bierze sprawy w swoje ręce - Takie czarne: czarnuszka, no! CZAR-NUSZ-KA! CZAR-NUSZ-KA! - skanduje zdesperowana. Odwracam się do męża i złośliwie mrużę oczy, ciekawe czy będzie chciała kupić kocimiętkę? Handlarz przynosi jej coraz inne przyprawy, wyciąga jakieś słoiczki i zakurzone paczki, gorączkowo się miota, ale to wciąż nie to.

W końcu Znajoma rezygnuje. Pogodziła się z losem. Mam nadzieję, że spektakl się kończy, nogi mnie bolą. Zaczynam marzyć o sklepie, który czeka na mnie w Polsce i który nie wymaga od kobiety, by dobrze wyglądała. W ogóle nie będę wyglądać, w dresach będę, gdy pójdę następnym razem po zakupy. Wejdę do sklepu po powrocie, wezmę torebkę soli, ot tak, prosto z półki. Podejdę do kasy, zapłacę i od razu odzyskam wolność! Rozkosz... Moje towarzyszki jednak tak łatwo nie odpuszczają…



Muszą sobie jakoś zrekompensować małe niepowodzenie. Pytają czy dostaną prezent, w końcu tyle tych paczuszek kupiły - więc zabawa zaczyna się na nowo. Kupiec patrzy na śliczne blond loki, cmoka z uznaniem i kiwa głową. - Dostaniecie prezent, a jakże, ale musicie zasłużyć - powiada. - Będę miał dla was coś specjalnego, jeśli odgadniecie zagadkę. Rozsiada się pośrodku sklepu, już nie sprzedawca, tylko sfinks przebiegły i zaczyna swoją opowieść: „Nasz król Abdullah, jest bardzo mądrym człowiekiem. Ma liczne talenta. Ale ma problem, a my, smutni poddani nie wiemy jak pomóc… Potrafi grać na pianinie, nikt nie może dociec, dlaczego nie używa tego palca...” i kupiec zastyga z wyprostowanym palcem, wycelowanym prosto w nos mojej Znajomej. Zapada cisza i chwilę tak trwamy. Nic się nie dzieje, a ja naprawdę nie wierzę, że nikt nie zna tego wyświechtanego dowcipu. W końcu odzywam się i wyjaśniam dlaczego czcigodny król nie gra tym jego sękatym paluchem i kupiec nieoczekiwanie mięknie. Już mi wybaczył włosy i moją nieprzydatność w kuchni, już obsypuje „moją mądrość” kwiecistym wulkanem komplementów. Za chwilę zrzuci mojego męża z krzesła i posadzi mnie na tronie... ale nie.  Biegnie na zaplecze, wraca z paczuszką i wręcza mi ją uroczyście. Mówi, że wygrałam uczciwie, więc prezent jest mój. Spoglądamy zdumieni. W rękach trzymam zawiniątko z czarnuszką. 

29 komentarzy:

  1. Jaki piękny tekst, trochę reportażu, trochę zabawnych refleksji.
    Do tego smak Orientu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że wywołał uśmiech:) Bardzo dziękuję i pozdrawiam:)

      Usuń
  2. Świetne wspomnienia, Olu powinnaś rozważyć spisanie je w wersji książkowej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za wsparcie:) Myślę, że od czasu do czasu mi wybaczycie taki wyskok. W większej ilości byłyby zapewne niestrawne...

      Usuń
  3. Uraczyłaś nas przednią opowiastką ...z przyjemnością się poddałam orientalnemu jej klimatowi.
    A co do czarnuszki.......używana jest u nas od wielu lat, teściowa mojej cioci posypywała pieczony przez siebie w piecu biały, wspaniały chleb. Musze przyznać, że wówczas ta czarnuszka mi nie smakowała. Ale gdy sama zaczęłam piec chleb po pierwszym posypaniu chlebków już używam jej jak tylko mam ją w domu, a kupuję ją w zielarskim sklepie, jak tylko jestem w mieście. Nie wszyscy ją lubią, bo ma lekki posmak benzyny....Ale my uwielbiamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przyjeździe - rzeczywiście nauczyłam się dostrzegać czarnuszkę. Ale przyznaję, benzyny nie wyczułam.. Benzyny?! ;)

      Usuń
    2. No właśnie...to jest ciekawe benzyny, może ropy...tak niektórzy czują smak czarnuszki...swego czasu sprzedawałam chleby z czarnuszka i co niektórzy klienci pytali mnie czy nie miały styczności z paliwem w samochodzie...ja byłam zdziwiona a później przekonałam się, że można wyczuć taki delikatny posmak w czarnuszce właśnie...

      Usuń
  4. Oj, poczułam orientalny smak i zapach. Chcę więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, bo takie było zamierzenie:) Bardzo dziękuję :)

      Usuń
  5. Ciekawie to opisałaś - zwłaszcza zakończenie udane. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. O rany, historia rodem z Kapuścińskiego :) Może warto pomyśleć o jakimś blogowym cyklu, poświęconym wspomnieniom z wakacyjnych wojaży :) ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci;) Gdyby mi się kiedyś udało napisać tekst na miarę Kapuścińskiego, to byłoby "coś";)

      Usuń
  7. Cała scenka stanęła mi przed oczami jak żywa :) Kolory, zapachy i Ty, taka biedna, na bolących nogach, ale zgodnie z arabskim zwyczajem :)
    A tak przy okazji, ja także nie znam tego wyświechtanego dowcipu. Dlaczego zatem on nie grał tym palcem na pianinie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że nie wyszło, że się lubię nad sobą użalać - na wakacjach na dodatek... Chciałam tylko wydobyć komizm tej scenki;) Myślałam, że wszyscy znają ten dowcip;) Abdullah nie może grać palcem, który należy do naszego kupca;) Po prostu;)

      Usuń
    2. Ano nie znałam tego dowcipu :D
      Nic się nie użalasz, komizm w pełnej krasie, na dodatek ślicznie opisany. Bo niekiedy nie o wydarzenie chodzi, a o sposób jego opowiedzenia. To cecha dobrych bajarzy, że cokolwiek opowiadają, robią to zajmująco :) Jak Ty :)

      Usuń
    3. "Dobry bajarz"... mmm - i to o mnie! Pięknie dziękuję :) Biorę to sobie i chowam do pudełka;)

      Usuń
    4. I słusznie. W czarnej godzinie będzie jak znalazł :)

      Usuń
  8. Przepiękna historyjka z puentą! :-) Cudowny opis bazaru (suk to bazar czy tylko jedno stoisko?), aż czuje się ciężkie zapachy przypraw! Czekam niecierpliwie na kolejne pocztówki z wakacji. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Cieszę się, że przyjęłaś zaproszenie na spacer między kramami;) Suk - to w zasadzie to samo, co bazar.

      Usuń
  9. Olu, jak ty pięknie opowiadasz, to musi być stały punkt na blogu! A czarnuszka gości też w moim domu, używam jej własnie do pieczenia takich ślimakowatych bułeczek :) Ale ja nie miałam z nią takich przygód, została upolowana na zwykłym krakowskim placu (targu) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :* Teraz już się już nieco ośmieliłam, więc od czasu do czasu pewnie jeszcze coś zdradzę;) Bardzo dziękuję:)
      To nie może być, żeby Twój targ (na krakowskim placu!) był taki zwyczajny...;)

      Usuń
    2. Podpytam teściową, to ona tam grasuje. Jeszcze wyjdzie na jaw, że musiała jakieś cuda dla tej czarnuszki robić ;)

      Usuń
    3. Dobre:) :) Koniecznie podeślij linka do tych ewentualnych cudów;)

      Usuń
  10. Biorąc pod uwagę dzisiejszą aurę, to zaglądając do Ciebie zrobiło mi się jakoś lepiej i cieplej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To mnie bardzo cieszy:) Wasze komentarze też wprawiły mnie w radosny nastrój:) Pozdrawiam!

      Usuń
  11. Olu jak zwykle świetny tekst! Co do przyprawy to bardzo ją lubię i stosuję! I nadal zazdroszczę tego wyjazdu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci:) Lubię te wyjazdy, bo one nie kończą się nigdy od razu, a wspomnienia mogą ogrzać niejeden zimowy wieczór:)

      Usuń