wtorek, 17 marca 2015

Skąd jesteś krokodylu?

Decyzję o wczasach w Egipcie podjęliśmy szybko, dużo dłużej zastanawialiśmy się czego po nich oczekujemy. Mąż bąknął coś o krokodylach, ja od dziecka miałam słabość do żaglówek, chciałam zobaczyć feluki (tradycyjne łodzie z wielkimi trójkątnymi żaglami), stwierdziliśmy więc, że wszystko, czego potrzebujemy, zapewni nam rejs po Nilu. W porcie czekał statek, który bynajmniej nie miał wdzięku i lekkości feluki, więc od razu nieco zmodyfikowaliśmy jego nazwę. „L’aube du Nil” (świt nad Nilem) stał się „Laubą na Nilu”*. Kiedy weszliśmy do środka, musiałam przeprosić statek za dyshonor, bowiem wnętrze przywitało nas orientalnym przepychem. Nazwa jednak jakoś prędko przylgnęła, tak więc zostało.


          
Pierwsze zebranie odbyło się w eleganckim salonie. Przewodniczka zapytała o nasze oczekiwania. Nasi współtowarzysze podróży chcą się wykazać elokwencją i obyciem. Ten chce zobaczyć Abu Simbel, ów Chan al-Chalili (największy bazar na świecie), ktoś przyjechał, by ujrzeć fatamorganę, inny, by posłuchać muezina. Mój mąż publicznie jednak wyznaje, że chciałby zobaczyć krokodyle. Tylko po to taszczy żonę na wczasy...

Nasz pokój jest obszerny i klimatyzowany. Mamy duże okno balkonowe, które pozwala znaleźć się bezpośrednio nad poziomem rzeki. Nie wolno jednak, niestety, w Nilu zanurzyć nawet palca. Może nie krokodyle, ale wszelkiego rodzaju zarazki, bakterie i mikroby - czają się, by się na  nas rzucić. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by chłonąć widoki…

Statki rejsowe, wśród nich "L'Aube du Nil"


Prawdziwie piękna panorama roztaczała się z pokładu spacerowego, który znajduje się kilka pięter wyżej. Korzystamy z niego jeśli tylko możemy, co jest nie lada wyzwaniem. Opinia o palącym egipskim słońcu naprawdę nie jest przesadzona. Staramy się wytrzymać ze względu na widoki. Po dwóch stronach burty cały czas zmieniają się krajobrazy. Plantacje  bananowców, pola, dzieci bawiące się na brzegu, rybacy brodzący po kolana w wodzie, chłopi na osiołkach, w drodze na bazar, bladoróżowe skały i palmy, a pośród nich pałacyki, a przede wszystkim charakterystyczne domy egipskie, z drutami sterczącymi z dachów. Obok nas pływają inne statki i feluki z białymi żaglami, na które czekałam.

Znajoma, która uczestniczyła w podobnym rejsie uprzedziła mnie, że w Edfu, przed śluzą, którą będziemy forsować, podpływają do statku handlarze na swoich łódeczkach. Czas oczekiwania na przeprawę można wykorzystać targując się z kupcami. Brzmiało to dla mnie egzotycznie. Ponieważ program statku przewidywał bal w strojach regionalnych, postanowiłam zakupić galabiję (luźną tunikę arabską) w ten właśnie sposób.
                                  


Pewnego dnia stoję na pokładzie, mąż uciekł, żeby się schłodzić. W oddali dostrzegam szereg kropek, które zbliżają się w naszą stronę. Po chwili już widzę, że to łódeczki - dziesiątki łódek. Od razu kojarzę: Edfu, zapora i wodny bazar! Pędzę pod pokład po pieniądze, bo kupcy już docierają do statku i zarzucają kotwice…

Wpadam zdyszana do pokoju i na moment zamieram, bo widzę obrazek, który na zawsze utwierdzi mnie w przekonaniu, iż żaden facet (nawet poważny przedsiębiorca) nigdy nie wyrasta z wieku Piotrusia Pana. Mój mąż stoi z rozkrzyżowanymi rękami pod oknem, trzymając szczelnie zasunięte zasłony i woła – Nie podchodź! Piraci atakują!!!



Oczywiście zapomniałam powiedzieć mu wcześniej o tej atrakcji. Teraz nie ma czasu tłumaczyć, zresztą krztuszę się ze śmiechu, walczę z zasłoną, oknem i mężem, bo w końcu mam zamiar zobaczyć wodny „bazar”. Szarpiemy się chwilę, wreszcie zasłona odjeżdża, otwieram okno i natychmiast do  pokoju wpadają woreczki z tekstyliami. – Miałeś rację, piraci bombardują - śmieję się.  Handlarz w łódce jakiś niespokojny, rzucam okiem - wygląda na to, że nie mamy dużo czasu. Statek od razu wpływa do śluzy, nie ma żadnej kolejki, już widzę otwarte wrota… Handlarz nerwowo pyta czego potrzebuję. Wołam, że galabiję, zwracam jego reklamówki bez oglądania, woreczki mkną w stronę łódki. Bombardujemy się nawzajem, bo do pokoju lecą następne paczki. Takich nie chcę! – zwracam je w popłochu. – A jakie? – krzyczy kupiec. Boże, no jakie? JAKIE? Myślę gorączkowo. Oczywiście białe! Białe jak żagle feluki! Więc dostaję zawiniątko z białą galabiją, ale nie ma czasu, by ją oglądać, już wkładam pieniądze do woreczka i ostatni pocisk leci w stronę kupca. Wpływamy do śluzy… Jeszcze spoglądam do tyłu, mężczyźni odczepiają w pośpiechu kotwice i odpływają, ostatnie pociski lecą w powietrzu… Powoli ustają pokrzykiwania, kończy się nerwowa krzątanina.


Przeżyłam zatem swoją przygodę. Nadchodzi jednak dzień, gdy „Lauba na Nilu” organizuje bal. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać przed sobą, że nieźle się urządziłam. Masz babo biały żagiel… Ze wszystkich zalet, które powinna mieć galabija – moja ma tylko jedną: jest biała. No cóż, nie było zbyt dużo czasu na przymiarki… Tunika jest oczywiście za duża, za długa i zbyt luźna. Igła z nitką i parę zaszewek nieco ratuje sytuację, ale i tak wyglądam jak pokutujący duch Brunhildy. W tańcu będę łopotać jak prześcieradło schnące na sznurze. Mogłam od razu zawinąć się w płótno żeglarskie...

No cóż, postanawiam zagubić się w tłumie…

Nie mogłam przewidzieć (chociaż, znając swoje szczęście, dalibóg, powinnam), że zostanę siłą wcielona do zabawy, do zawodów na refleks… W ferworze walki zapominam, że przyszłam tu wtapiać się w tło. Wygrałam i widzę konsternację wodzireja, który musi przyznać nagrodę wielkiej purchawce…

A krokodyle? Nie ma ich w Nilu. Zachowały się jedynie w rezerwatach i parkach narodowych. W Assuanie mamy okazję jednego pogłaskać, bierzemy nawet krokodyle niemowlę na ręce. Zwierzątko jest spokojne do momentu, gdy mój mąż zaczyna z nim pozować do zdjęcia i omal nie traci ucha, bo „niemowlę” kłapie na niego zębiskami.

Wśród zdjęć z urlopu mam jedno ulubione. To mój słodki odwet. Na fotografii - bohater z niepewną miną trzyma w objęciach groźnego krokodyla, którego pyszczek owinięty jest różową gumką frotką.


***


Na zdjęciach widoki z rejsu.

*lauba - po śląsku: altana, która kojarzy się ze skleconą byle jak budowlą na ogródkach działkowych. 


24 komentarze:

  1. Och jakbym chciała zobaczyć to zdjęcie z krokodylkiem :D
    Wspomnienia wspaniałe, dziel się nimi Olu jak najczęściej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tego zdjęcia nie mogę;) Nie przeszłoby przez ewentualną rodzinną cenzurę. Ale starałam się je opisać, jak potrafiłam;)

      Usuń
    2. Ha ha, rodzinna cenzura :) Moja mama ma przez nią ogromne problemy z rozwijaniem swojej pasji do robienia zdjęć-portretów :)

      Opowieść, podobnie jak poprzednie, niezwykle zajmująca. Twój gawędziarski talent staje się coraz bardziej widoczny :)

      Usuń
    3. A jakbyś zrobiła mężowi czarny pasek na oczach? :D

      Usuń
    4. Ambrose: Cieszę się, że wpadłeś na gawędę i nie zasnąłeś w jej trakcie;) Bardzo dziękuję :) Z Twoją matką się solidaryzuję. Moja rodzina też w pewnym momencie się zbuntowała...

      Usuń
    5. Marto: Bardzo się cieszę, że jeszcze Cię nie zanudziłam;) Muszę się jednak poważnie zastanowić nad swoją elukubracją... Wychodzi na to, że dla wszystkich najważniejsze jest to, czego tu nie ma...

      Usuń
  2. Zabawna historia! Nie słyszałam o pływających bazarach; po lekturze tekstu zaczęłam podejrzewać, że pomysł wędrownego jarmarku ("Nigdziebądź" Gaimana) autor zaczerpnął z kultury tego regionu. Epizod piracki - świetnie opisany! Gratuluję Ci, Olu, znajomości fachowego słownictwa (nazwy łodzi!) - naprawdę może zaimponować. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spotkałam się do tej pory z pływającymi bazarami głównie w filmach podróżniczych, fajnie było to przeżyć. A fachowe słownictwo jest przyswajane od razu przez każdego turystę:) Od dziecka uwielbiam widok wszelkich statków żaglowych, to bardzo romantyczny widok. I wspomnienia wczasów pod żaglami:)

      Usuń
  3. Podoba mi się określenie "rodzinna cenzura". Szkoda, że nie ma tego zdjęcia. Historia bardzo ciekawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy, kto ma dorastające dzieci - przekona się czym jest rodzinna cenzura (odnośnie zdjęć, oczywiście) ;)

      Usuń
  4. Byłam na takim rejsie 7 lat temu! Ale ten czas leci... Też chyba w marcu, ale trafiliśmy na sakramenckie upały (40 st. w cieniu), co było dość niezwykłe. Pamiętam te rzuty torebkami i bal z zabawami dla turystów:) Zdjęcie z krokodylkiem musi być urocze :) Cieszę się, że odpoczęliście i mieliście tyle wrażeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też byliśmy jakoś w tym czasie. We wrześniu. Kiedy zwiedzaliśmy Dolinę Królów było 58 stopni. Abu Simbel zwiedzaliśmy o 7 rano, żeby wytrzymać upał, ale wszystko było tak zorganizowane, że dało się spokojnie wytrzymać:)

      Usuń
  5. Uśmiałam się czytają twoją fotorelację :) Ale masz rację, żaden facet nigdy nie wyrasta z wieku Piotrusia Pana. Wiem to z obserwacji mojego męża :)
    Szkoda, że nie ma krokodyli w Nilu, ale z drugiej strony chyba bym zawału dostała, jakby jakiegoś na własne oczy zobaczyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwłaszcza, gdyby taki krokodyl wlazł przez okno do pokoju;)

      Usuń
  6. Bardzo ciekawa relacja, chyba dobrze, że nie ma krokodyli, naoglądałam sie ich na kanałach przyrodniczych i nie chciałabym się znaleźć w jego paszczy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję:) Myślę, że gdyby jednak krokodyle zachowały się w Nilu, wolałabym spać na pokładzie spacerowym;)

      Usuń
  7. A ja chciałabym zobaczyć Cię w tej tunice:)
    Olu, z każdym opisem Twoich podróży coraz bardziej mnie zachwycasz! Czytałam z wypiekami na twarzy rozczarowana, że już się skończyło... Masz talent, nie zmarnuj tego.
    Pozdrawiam cieplutko ze Śląska:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, dziękuję:) Talent to jednak wielkie słowo... Gdybym miała dość zuchwałości i chciała je "przymierzyć", skończyłoby się jak z tą galabiją...;) Talent wyróżnia ludzi, którzy posiedli dar wzruszania innych. Mnie ucieszy fakt, jeśli uda mi się wywołać uśmiech:)
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
  8. Ale ciekawa relacja, prawie jakbym tam była :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Poprosze zdjecie wielkie, bialej purchawki! :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wygląda na to, że Twój mąż przejął się powiedzeniem...jeśli nie chcesz mojej zguby.... :)
    Macie fajne wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, to bardzo naciągana interpretacja, ale powiedzmy, że coś w tym jest ;)

      Usuń
  11. Uśmiech na mojej twarzy się pojawił przy czytaniu szczególnie tego fragmentu o atakujących piratach ....a gdzie zdjęcie w galabiji....

    OdpowiedzUsuń