poniedziałek, 14 września 2015

Duchy mojego miasta...


Mieszkam w niedużym mieście, który przypadkowemu przybyszowi nie wyda się specjalnie interesujące. Ot, parę głównych ulic zabudowanych zabytkowymi kamienicami, głębiej domy nie mniej solidne, ale już nie tak reprezentacyjne. To najczęściej przecież kwartały robotnicze, XIX- wieczne pracownicze kolonie. Przez całą długość miasta, równolegle do głównych ulic prowadzą tory kolejowe, które także widzę z okien mojego domu. Drogi i tory to żyły i arterie miasta... Dymiące lokomotywy, szeregi kamienic przeważnie z klinkierowej cegły, kominy hutnicze, wieże szybów kopalnianych - to typowe widoki przemysłowego miasta, a zarazem krajobraz mojego dzieciństwa. Jest jednak jest coś jeszcze...Zieleń. Miasto wygląda tak, jakby główny architekt nie do końca mógł się zdecydować czy miasto ma mieć charakter przemysłowy - czy ma stać się miastem-ogrodem...W krajobrazie mojego dzieciństwa nie może zabraknąć zieleni i czegoś jeszcze...W samym sercu miasta znajduje się miejsce wyjątkowe - nico zapomniane i tajemnicze, a przecież związane z nim niemal od początku. Ów element dodaje miejscowości szczyptę charakteru. Bez niego - w kolorystyce mojego dzieciństwa zabrakłoby bardzo istotnej barwy...

Sercem mojego miasta jest park. Dzisiaj wygląda zupełnie zwyczajnie: alejki, drzewa i plac zabaw dla dzieci. Niegdyś jednak prezentował się zupełnie inaczej... Zofia Kirkor-Kiedroniowa (działaczka społeczna, żona Józefa Kiedronia - Ministra Przemysłu i Handlu w rządzie Grabskiego), która zamieszkała w moim mieście w roku 1925 - zachwycała się w swoich "Wspomnieniach" rozmiarami parku, który wyraźnie dzielił się na dwa obszary. "Stary park" - relikt starej puszczy, był na wpół dziki, mroczny i wilgotny. Na jego terenie spotkać można było bażanty (mieszkańcy widują je na spacerach do dzisiaj). "Nowa" część została ujarzmiona przez człowieka, obsadzona różnymi gatunkami roślin parkowych oraz najszlachetniejszymi odmianami róż... Ta część stanowiła otoczenie rozległego pałacu należącego do Mieroszewskich, a później do Donnesmarcków - wchodzących w skład "wielkiej piątki" najbogatszych rodów Europy (1)... Pałac przetrwał do dziś. Sercem mojego miasta jest park, a jego duszą ów pałac.

Siedziba Mieroszewskich, później Donnesmarcków była wielokrotnie rozbudowywana i przebudowywana, prawdopodobnie także przez samego Karla Fredricha Schinkla - niemieckiego architekta, jednego z wybitniejszych twórców klasycyzmu w Królestwie Prus. Najstarsza  zachowana część (barokowa) - najbardziej romantyczna i charakterystyczna część budowli, wraz z bramą wjazdową zwieńczoną charakterystyczną wieżą zegarową pochodzi z XVII wieku. Później dobudowano skrzydło klasycystyczne. Wiele budynków już się nie zachowało, a to, co pozostało - jest tylko aluzją do dawnego splendoru. Możemy jednak dowiedzieć się (znowu ze "Wspomnień" Pani Ministrowej) jakie bogactwo kryło się w jego murach ("dzieła sztuki, obrazy mistrzów włoskich, holenderskich i francuskich, rzeźby antyczne i klasycystyczne, zbroje rycerskie i broń z odległych epok"(2). Te skarby odjechały z Donnesmarckami do Wolfsbergu w Austrii, gdy ostatecznie odsprzedali i opuścili pałac. Kiedroniowa wspomina jednak o olbrzymich rozmiarach pałacu, który zamieszkała. Wylicza amfiladę komnat, sale balowe, szatnię dla setki gości. Pałac posiadał maneż "jeden z największych na kontynencie europejskim, i nawet - niedźwiedziarnię"(3). Minister Kiedroń i jego żona urządzili pałac w zasadzie od nowa - zapełniając go "starymi meblami, perskimi dywanami i kilimami wykonanymi według dawnych wzorów. Część wyposażenia zakupili w najlepszych sklepach z antykami w Warszawie i Krakowie. Ściany przyozdobiono obrazami polskich malarzy, m.in.: Juliana Fałata, Wojciecha Kossaka, Teodora Ziomka i Stanisława Masłowskiego. Niestety ta wspaniała kolekcja (...)przepadła w czasie drugiej wojny światowej. Ucierpiał wówczas również zamek." (4)





Pałac towarzyszy mi od zawsze. Wypełniał moją dziecięcą wyobraźnię fantastycznymi mirażami...Mijałam go, gdy uczęszczałam do szkoły podstawowej. Wtedy jeszcze w jednym ze skrzydeł działało przedszkole, PTTK i LOK. Gdy ukończyłam liceum - pałac został porzucony ostatecznie. Przez lata sukcesywnie zapominany i wypierany z pamięci. Dzisiaj nie ma śladu tych wszystkich wspaniałości, które kryły onegdaj jego wnętrza. Spacerowicz, który niebacznie opuści główne alejki i zapuści się w jego rejony musi zmierzyć się z pełnym wyrzutu spojrzeniem zamurowanych, ślepych okien... Przez jakiś czas mieszkałam w bezpośrednim otoczeniu parku. Jesienią, gdy opadała kurtyna liści, widziałam zarysy pałacu prześwitujące przez gałęzie i wyobrażałam sobie, że po zmierzchu  ujrzeć można samego hrabiego Hugona I, którego duch spaceruje po alejkach parku... Dzisiaj nie ma już tych wszystkich pysznych egzotycznych roślin, które sprowadzali kolejni właściciele. Park wygląda tak zwyczajnie... Tylko niektóre stare rozłożyste drzewa szumią szeptem swego listowia barwne dzieje magnackiego rodu...






I jeszcze widok z lotu ptaka, który daje wyobrażenie o wielkości obiektu
(Od jakiegoś czasu trwają nieśmiałe prace remontowe, którym szczerze kibicuję)






(1) "Skarb Donnesmarcków" Wilhelm Szewczyk, str. 310
(2) "Od Sancovic do Siemianowic. Szkice z dziejów miasta i okolic" Zbigniew Janeczek, Katowice 1993 str. 44
(3) Tamże, str. 332
(4) Tamże, str. 333



Dlaczego o tym wspominam?
Ponieważ niedawno ukazał się tomik, który powstał przy współpracy Ewy Parmy (śląskiej poetki) oraz Grzegorza Chudego (malarza-akwarelisty), który pozwala zatrzymać w pamięci obraz Śląska odchodzącego w przeszłość. Ten tomik pomógł mi otworzyć bramę, która poprowadziła mnie do kraju mojego dzieciństwa i wspomnień.

Artyści stworzyli zgrany duet, a w ilustracjach (akwarelach) artysty odnalazłam klimaty bliskie sercu...Co prawda ilustracja pociągu stała się natchnieniem wiersza o słynnym Nikiszowcu, a hrabia Hugo I Henckel von Donnesmarck z ilustracji (który poślubił kolejno dwie kobiety o imieniu Laura; zresztą była jeszcze trzecia Laura w jego życiu - jego córka) jest bohaterem wiersza "Zima w Nakle Śląskim", ale ja "pożyczam" sobie obrazy, na użytek własnych wspomnień... Te dwie akwarelki to nic innego, tylko duchy mojego miasta i kadry moich dziecięcych snów...


***



Nikisz Lullaby

Nad Nikiszem gwiazdy wiszą
fruwają balony
w czerwonych sukienkach
tańczą dziwożony
Czasem modry deszczyk spadnie
Balkan w drogę ruszy
kocia brać pilnuje snów
nigdzie żywej duszy

- fragm. wiersza Ewy Parmy

***



Zima w Nakle Śląskim 

Miał pan gest, panie Hrabio –
pałaców i róż pan nie szczędził
obu swoim żonom,
które z równym wdziękiem nosiły
to samo imię i kolie
z okazji kolejnych rocznic
Jakże to zmyślnie z pana strony:
bo kiedy kwiaty więdną,
a zamki płoną w czasach wojen
i ruchomych granic,
to zawsze choć jeden zostanie,
by było dokąd wracać
zimową porą o zmierzchu,
przejść przez park,
dać rozpoznać się drzewom,
spojrzeć w okno wieży
Może Laura wyjrzy
i skinie jak zawsze ręką
na znak, że w pałacu porządek
i można kłaść się do snu


Zima w Nakle Ślonskim

Wyście niy som bele szpiterlok, panoczku –
zomki a kwiotki za gyszynk
dowaliście waszym babom,
co to samo miano nosiły
i coroz to nowe korale
na Hochzeit abo geburstag
To było richtig frechowne,
bo jak kwiotki łopadnom,
a zomki gichnom skuli wojyn 
abo łoroz ponknientych granic,
to przeca aby jedyn łostanie,
co by szło sie nazod przykludzić,
w zimie na przedwieczerz
poszkłodzić w parku,
pokamracić z drzewami,
wejrzeć w łokno na turmie
Może Laura kuknie 
i machnie rynkom jak downij,
że w chałpie wszisko sztimuje
i możno juzaś iść spać


***






"Nowe obrazki ze Śląska" - to druga część cyklu (pierwsza była utrzymana w tonacji białej, druga - w czarnej), w którym artyści obrazem i wierszem (po polsku i śląsku) ukazują ludzi, miejsca i pejzaże śląskie, które odchodzą w przeszłość...
Nikiszowiec, Szopienice, Katowice, Nakło Śląskie...
Warto poznać, jeśli te miejsca są Ci bliskie



17 komentarzy:

  1. Lubię takie opuszczone miejsca, mają klimat!

    Bookeaterreality

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie takie miejsca przerażają. Naoglądałam się za dużo horrorów z duchami w opuszczonych budowlach i takie są tego skutki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Warto poznawać historię swojego regionu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam literackie wędrówki śladami miejsc dawno minionych. To fascynujące, móc zobaczyć, jak wyglądały niegdyś miejsca znane z dzieciństwa oraz jak się zmieniały - dosłownie i w naszej pamięci.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jaki ciekawy wpis!
    Mieszkamy w jednym województwie, więc nazwiska rodów Mierszewskich czy Donnersmarcków są mi znane. Ci pierwsi mieli także w posiadaniu dobrze dziś utrzymany i pełniący rolę muzeum barokowy pałacyk w Będzinie. Niemiecki ród Donnesmarcków znam choćby ze Świerklańca, gdzie dziś ostał jedynie Pałacyk Kawalera.
    Takie to smutne losy siedzib, które wymazała z map lub skazała na zapomnienie trudna historia, czasem bezmyślność lub zwykła ludzka głupota.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Donnesmarckowie przybyli do Polski z Lewoczy i najpierw trafili do Świerklańca. Potem rozgałęzili się i w zasadzie świerklaniecki Gwidon rywalizował ze swoim kuzynem, siemianowickim Hugonem I.
      Zgadzam się, że losy tych bogatych siedzib są smutne i jakże źle o nas świadczą.
      Kiedy się dowiedziałam, że brama ze Świerklańca została przewieziona i stanowi dziś wejście do Zoo, byłam wstrząśnięta. Oczywiście znam tę bramę od dziecka, tak jak znam park w Świerklańcu. Dopiero jednak gdy poskładałam te dwie informacje, to opadły mi ręce.

      Nasz pałacyk też podzielił los wielu podobnych zabytków. Za komuny temat siedzib pańskich był niewygodny, więc nawet nie uczono nas w szkole - do kogo zamek należał. Dosyć to było obłudne, bo miasto było korzystało z huty "Laura", którą przecież zawdzięczaliśmy Hugonowi I. Oczywiście była przemianowana już na hutę "Jedność".

      Usuń
  6. Bardzo interesujący tekst! Dzięki!
    Ale jestem jeszcze ciekawa, co z tymi duchami? Czy tam straszy, jakieś historie niesamowite krążą może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ oczywiście. Specjalnie dla Ciebie przepisuję fragment pochodzący z książki Zbigniewa Janeczka (zresztą mojego nauczyciela z historii) pt. "Od Sancovic do Siemianowic", str. 444
      "Pałac siemianowicki ma również swoją <>, a nawet dwa snujące się po korytarzach nocne upiory. Dawno temu urodziwe córki Donnersmarcka zakochały się nieszczęśliwie w bawiących gościnnie młodzieńcach. Choć pary spotykały się rzadko i przypadkowo, ich przywiązanie rosło; wkrótce hrabia uznał, że należy położyć kres tej znajomości".
      Hrabia oczywiści oddalił niewygodnych konkurentów, a córki usychały z żalu. Podobno obie umarły z miłości, popełniając samobójstwo. Jedna z nich powiesiła się na rosnącym w pobliżu pałacu dębie, a druga wjechała na białej klaczy do stawu i utopiła się... Podobno widywano ducha hrabianki Laury, która na swym koniu wjeżdża na pałacowy dziedziniec.

      Powiem Ci, że nie znałam tej legendy, kiedy byłam dzieckiem. I całe szczęście. Przechodziłam obok pałacu w drodze do szkoły i mijałam parę starych dębów. Gdybym znała wtedy to podanie, moi rodzice potrzebowaliby konia, żeby mnie dowlec tą drogą do szkoły;)

      Usuń
    2. Jestem niewymownie wdzięczna za tę legendę i trud przepisywania!
      Dziękuję!

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc, to ja mam takie hobby, że "zbieram duchy", a raczej opowieści o nich. To pasjonujące lekcje historii. Takie z dreszczykiem.

      Usuń
    4. Dodam jeszcze, że już szukam w sieci akwareli Grzegorza Chudego, może sobie kupię coś w tym stylu jak powyżej? Ten artysta przemawia do mnie.

      Usuń
    5. To żaden kłopot, sama przyjemność:)
      Podrzucam stronkę artysty:
      https://www.facebook.com/grzegorzchudy.galeria?fref=ts

      Usuń
    6. Widzę, że "zjadło" mi "białą damę" we fragmencie przepisanym z książki. Oczywiście miało być:"Pałac siemianowicki ma również swoją białą damę"...

      Usuń
  7. Olu, dzięki twojemu tekstowi rozmarzyłam się z samego rana. Pięknie odkryłaś przed nami duchy twojego dzieciństwa. Wielka szkoda, że takie miejsca niszczeją. Przecież tyle tajemnic się tam kryje, tle wspomnień, a kto wie, może i jakiś duch zbłąkany? Uważam, że właśnie o takie miejsca powinno się dbać. To one są historią i klimatem naszych miast. Mam nadzieję, że ten nieśmiały remont przerodzi się w pracę pełną parą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz pałac miał szczęście, że ominęły go działania wojenne. A jednocześnie leży z dala od ważnych centrów kultury. Nie było środków i pomysłu, by stworzyć z niego coś sensownego. W PRL- był tematem raczej niewygodnym. Kiedy zobaczyłam niedawno projekt - jak pałac mógłby wyglądać po remoncie - odjęło mi mowę...
      A co do duchów, o których wspominasz - to powiem: ech, żeby to jeden tu się błąkał... ;)

      Usuń
  8. Pałac, duchy i dziki park <3 Cudowności! A te akwarele są przepiękne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie bym je powiesiła na ścianie, żeby sobie pomarzyć:)

      Usuń