środa, 18 listopada 2015

Męskie wyzwania, czyli Twardoch o sobie samym




Nie ma chyba nic naturalniejszego w świecie dla pisarza, niż pisanie dziennika, w którym zamieszcza refleksje, opisuje wydarzenia, przeżycia i spotykanych ludzi - chociażby po to, by zachować swoją „bazę wspomnień”. Diarystyka w Polsce ma dosyć silne tradycje, zwłaszcza że dawała w PRL-u pisarzom świetną okazję obejścia cenzury. Publikacja dzienników często stanowiła nie lada gratkę i niespodziankę dla czytelników. Przeważnie stawała się wydarzeniem literackim, dzienniki wzbudzały kontrowersje i prowokowały do dyskusji, ale przede wszystkim przywracały w jakiś sposób wielkich nieobecnych. Oczywiście nie jest także zjawiskiem nowym, że pisarz sam decyduje się opublikować swoje refleksje i przemyślenia. Tak się stało w przypadku książki „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” Szczepana Twardocha, chociaż podtytuł wydaje się tym razem trochę nazbyt ryzykowny.
Nigdy do końca nie możemy być pewni (szczególnie, gdy pisarz sam udostępnia swoje refleksje) czy dzienniki rzeczywiście stanowią literaturę non-fiction i w jakim stopniu pozbawione są elementu kreacji. Czy „Wieloryby i ćmy” pozwalają dowiedzieć się wszystkiego o pisarzu? Wydaje się, że nie taki był zamysł publikacji. Książka stanowi wybór fragmentów dzienników pisanych w latach 2007-2015. Pojawiają się zarzuty, że na publikację tego typu jest stanowczo zbyt wcześnie. Warto spojrzeć na tę sprawę z innej strony. W tym okresie miało miejsce kilka ważnych wydarzeń w życiu pisarza (narodziny synów, napisanie przełomowych powieści w jego twórczości, uznanie i nagrody – to kamienie milowe w jego życiu). Jest to dobra chwila, by się zatrzymać i dokonać podsumowań – dla siebie i czytelnika. To także całkiem dobry powód, by wydać książkę.
Pisarz dokonał ścisłej selekcji (nie tylko w swoich zapiskach) i pozwolił nam siebie zobaczyć w wybranych rolach: Twardoch jako ojciec, Ślązak, podróżnik, intelektualista, wrażliwiec i pisarz (który w dodatku osiągnął pewien status, jest świadomy swojej wartości i korzysta z profitów). O czym pisze? Poznamy sprawy dla niego najważniejsze - motywy związane z dojrzewaniem do bycia ojcem i pisarzem. Czytelnik znajdzie wątki, które przewijały się w jego wcześniejszych utworach. Powrócimy do lektur obowiązkowych (Sándor Márai, Ernst Jünger, Cormac McCarthy), udamy się ponownie w podróż po arktycznej Rosji (podobnie jak w esejach zawartych w „Wyznaniach prowincjusza”, ale tym razem pisarz nie politykuje, nie wzbudza kontrowersji, nie wygłasza poglądów o polskości, konserwatyzmie i przyszłości/upadku Europy, nie kładzie też akcentu na problemach związanych z tożsamością narodową). Znajdziemy oczywiście refleksje dotyczące jego przodków i korzeni, które mocno tkwią na Śląsku. Często zresztą powraca do śląskiego mikrokosmosu, ale pisząc o swoich przodkach i dzieciach staje się pomostem łączącym przeszłość i przyszłość, a dzięki jego refleksjom możemy obserwować w jaki sposób dojrzewał do napisania „Dracha”. 
Twardoch posiada zdolność operowania obrazem i potrafi w sposób plastyczny wyrazić swoje wrażenia. Dzięki temu przekonamy się niemal wizualnie, że do pisania książek skłania go chęć zatrzymania uciekającej przeszłości (ta sama siła przecież skłania go do obsesyjnego nagrywania filmików utrwalających umykające krajobrazy za oknami pociągu). Twardoch stara się także przybliżyć nam uczucia, które towarzyszą mu podczas tworzenia. Pisze nie tyle o radości, co o bólu tworzenia. Dowiemy się ile kosztuje opublikowanie książki. Przekonamy się w jaki sposób pisarz obserwuje świat. Często będziemy wracać do scenek z ulicy i przypadkowo spotkanych ludzi, w których autor chce zobaczyć sens i kosmiczny porządek świata, a może tylko szuka motywów fabularnie interesujących? Zobaczymy Twardocha w relacjach ze swoimi dziadkami, w żywej rozmowie gwarą i nie będziemy się mogli oprzeć wrażeniu, że jest to ponowne spotkanie z bohaterami „Dracha”. Znajdziemy także kilka słów poświęconych przyjaciołom: Łukaszowi Orbitowskiemu i Witowi Szostakowi, ale trzeba przyznać, że autor pozostał wobec nich lojalny i zachował równie wielką dyskrecję, jak wobec siebie. Wreszcie pisarz będzie się starał nas przekonać o swojej zażyłości z węgierskim prozaikiem -  Sándorem Máraiem, co pozwala się domyślić, że jego książka miała być echem, nawiązaniem, nawet hołdem dla traktowanego jak Biblię „Dziennika”.
Książka nie powinna rozczarować wielbicieli talentu pisarza, którzy mogą przecież spodziewać się nieco przeintelektualizowanej prozy (jak przystało na literata, który dość wysoko do tej pory ustawiał sobie poprzeczkę), z drugiej strony trzeba się pogodzić, że publikacja nie zawiera wiernego obrazu życia, lecz literacką refleksję na jego temat. Można zarzucić pisarzowi skłonność do megalomanii – przy czym mam na myśli raczej niefortunny podtytuł, a nie styl życia, który prowadzi i do którego się przyznaje (to, że pisarzowi udaje się w trudnych warunkach polskiego rynku utrzymywać z pisania i czerpać z tego profity – nie powinno być powodem zaściankowej zazdrości). Publikację czyta się szybko, napisana jest sprawnie, nikogo zresztą nie trzeba przekonywać do warsztatu pisarskiego Twardocha. Książka zwiera wiele interesujących fragmentów, ujmujących spostrzeżeń, celnych puent i błyskotliwych myśli. Wiele z nich uderzy czytelnika, wiele pozostanie z nim na zawsze: np. obraz babiny w chustach, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej płacze, modli i „żegna się zamaszyście, kraulem”, czy krótką, ale trafiającą w punkt modlitwę autora, gdy wspomina przejścia swoich przodków. Można jednak znaleźć kilka zastrzeżeń. Korci mnie, by podyskutować czy naprawdę były potrzebne powracające uporczywie jak refren spostrzeżenia typu: „Sroki odgryzają głowy jaskółkom, które nie potrafią jeszcze latać, a wypadły z gniazda, i to też nie oznacza niczego, chyba że jednak coś oznacza.” [2] Jeżeli tego rodzaju zdania miały być odzwierciedleniem poglądu Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem”, albo stanowić swego rodzaju manifest (tylko czego?), to z czasem stały się bardziej męczące niż potrzebne. W pewnym momencie pisarz wyznaje: „nienawidzę zdań typu - hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu - zdań, których jedyną funkcją jest poruszanie akcji do przodu. Gdy piszę takie zdania, czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych”. I to jest prawda. Jego „Dzienniki” składają się z samych zdań apetycznie okrągłych, soczystych, pełnych i pozbawionych kiczu. Gdyby jednak zdecydował się do swojej książki wprowadzić hrabinę, to biorąc pod uwagę styl i manierę, która przenika „Wieloryby i ćmy” istnieje prawdopodobieństwo, że pisarz poświęciłby jej następującą refleksję: Hrabina zasiadła w fotelu albo nie, co nic nie znaczy. Chyba, że jednak coś oznacza. Cóż mnie to w końcu obchodzi?
Biorąc pod uwagę sukcesy ostatnich książek, a więc myśląc w kategoriach przyznawania Nike bądź Nagrody Kościelskich – „Wieloryby i ćmy” raczej nie dorównuje poprzedniczkom. Tytuł jest ryzykowny, bo od razu każe publikację rozpatrywać na tle klasycznych „Dzienników”. Czas z nią spędzony jednak nie będzie stracony. Zapewne nie pozwoli nazbyt zbliżyć się do prywatnego życia Twardocha, ale pozwoli dotknąć do tego, co istotne. Dowiemy się w jaki sposób doświadcza i odczuwa świat, jak udaje mu się odnaleźć równowagę między nadwrażliwością, a potrzebą zaspokojenia własnego ego, a przede wszystkim dowiemy się kim jest pisarz, który tworzy liczące się książki i co go ukształtowało.

[1] - "Wieloryby i ćmy. Dzienniki" - Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie 2015, str. 100
[2] - Tamże, str. 153


Za możliwość przeczytania książki dziękuję: 

9 komentarzy:

  1. Jestem świeżo po lekturze dziennika Jacka Dehnela, który ukazał się prawie jednocześnie z książką Twardocha (wrażenia u mnie). Zastanawia mnie zarzut młodego wieku diarystów - jakby młodość nie miała nic do powiedzenia! Jakby tylko starzec z długą brodą mógł mieć poglądy, opinie i własne zdanie, które długo leżało i, konserwując się w czasie, "dojrzało" do pokazania światu ;-).
    Element kreacji jest w dziennikach, moim zdaniem, zawsze obecny, ale czasem trudno rozstrzygnąć, gdzie szczerość, a gdzie poza ;-) Mamy, jak pisze Dehnel, tendencję do pokładania wiary w słowo pisane.
    "Wieloryby i ćmy" jeszcze przede mną, ale zgodzę się z Tobą już teraz, że pomimo wad, jakie się diariuszom młodych prozaików wytyka, obcowanie z ich prozą to zawsze przyjemność. Zwłaszcza, gdy ktoś, jak ja, uwielbia dzienniki :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ze wszystkich książek Twardocha, to właśnie na tę mam największą ochotę. Może szybciej ją przeczytam niż "Morfinę", która kurzy się u mnie od dawna.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zaserwowałaś bardzo ciekawą recenzję równie interesującej pozycji. Chociaż przyznaję, że i mną targają wątpliwości, czy na publikowanie tego typu dziennika nie jest jeszcze trochę za wcześnie :) Najbardziej intrygujące wydają mi się fragmenty dotyczące lektur obowiązkowych, czyli jak mniemam pozycji ważnych dla samego Twardocha, które w pewien sposób ukształtowały jego pisarski warsztat.

    OdpowiedzUsuń
  4. Stoję po stronie tych osób, które nie uznają za zbyt wczesne wydanie "Dzienników" przez Szczepana Twardocha. Skoro w jego życiu dokonało się tak wiele przełomów na tle zawodowym i osobistym, uważam, że dobrze zrobił spisując swoje refleksje. A co do "dzienników" jako formy w ogóle, zauważam, że wielu pisarzy nie ma problemu z fikcją literacką, za to trudność sprawia im pisanie o sobie. Taka refleksja nasunęła mi się po "Kalendarzach" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk, które ostatnio czytałam. Dotąd zachwycała mnie wszystkimi swoimi książkami. Niestety, w najnowszej książce opisując swoje własne życie, gdzieś zniknęła cała magia jej dotychczasowej prozy...

    OdpowiedzUsuń
  5. Niestety nie zainteresowała mnie ta książka.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak już kiedyś u Ciebie pisałem, cenię sobie książki Twardocha (choć coraz mniej), za to nie za bardzo lubię go jako człowieka. Raczej jego Dzienniki to nie jest obecnie mój priorytet

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja jeszcze nie znam prozy Twardocha. Ciągle za mną chodzi, ale jeszcze się nie skusiłam na jego książki.

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie znam tego autora, ale chyba się skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam zamiar poznać twórczość autora, możliwe, że przeczytam też dzienniki.

    OdpowiedzUsuń