piątek, 27 lutego 2015

NIEZŁOMNA ["Gorzko", Barbara Kosmowska]




Bohaterka najnowszej powieści Kosmowskiej pochodzi z małej miejscowości i jak większość mieszkańców bloku rotacyjnego – nie ma najlepszych widoków na przyszłość. Ma dwa wyjścia. Może pogodzić się z szarą, PRL-owską rzeczywistością i żyć z poczuciem przegranej - jak matka, lub pogrążać się w nierealnych marzeniach, jak relikt przeszłości – babka Olga. Obie drogi prowadzą donikąd, są ślepymi zaułkami i dziewczyna zdaje sobie z tego sprawę. Początkowo jest zagubiona. Jest świadoma błędów matki, lecz bezwiednie postępuje jak ona, karząc siebie za poczucie bezsilności. W końcu jednak znajduje własną drogę. Musi uwolnić się od matczynego poczucia klęski, ale także od portretu dumnej arystokratycznej prababki i krok po kroku próbuje zapełnić w jakiś sensowny sposób swoje puste i szare życie.

Nieoczekiwanie jej los się odmienia. Udaje się jej znaleźć partnera, którego zazdroszczą koleżanki i który (w czasach, gdy można tylko marzyć o paszporcie) jeździ po świecie uczestnicząc w zawodach sportowych. Teresa w dosyć krótkim czasie osiąga status, o jakim nie śniła. Ale czy tylko o to chodziło, by zamienić ciasnotę bloku rotacyjnego,  na echo samotnych kroków rozlegających się w luksusowo urządzonym mieszkaniu?

Teresa zdaje sobie sprawę, że nigdy nie będzie szczęśliwa. Pogodziła się z tym. Nauczona doświadczeniem babki i matki wie, że życie jest tylko walką o przetrwanie. Od człowieka, tak naprawdę, zależy tylko „oprawa”. Może przejść przez życie w przydeptanych kapciach, albo przyjąć to, co niesie los z podniesionym czołem. Nasza bohaterka nie lubi swojej prababki z portretu (rodem z Tołstojów), ale odziedziczyła jej geny. Stara się trzymać prosto i nigdy nie ogląda się za siebie. Niejednokrotnie jej się udaje. Może tego stanu nie można nazwać pełnią szczęścia, ale przynajmniej wydaje się, że jest bliska odnalezienia spokoju ducha. Tylko dlaczego w takich momentach przewrotny los zawsze stawia na jej drodze utraconą miłość? Dlaczego za każdą decyzję, która bardziej podyktowana jest empatią, niż egoizmem - los żąda w zamian coraz wyższej ceny?

Kosmowska odwróciła schematy. Zwykle bohaterka książki ma szczęśliwe dzieciństwo, głowę nabitą marzeniami i rusza w świat, by szukać szczęścia. Po drodze gubi ideały, powoli opada z obłoków na ziemię. W powieści „Gorzko” bohaterka już na starcie nie ma złudzeń. Nie może liczyć na miłość. Oddała serce komuś, kto tego nie docenił. Już przegrała. Nawet odbyła pokutę i karę. Co zrobić z takim życiem? Można  tylko starać się być komuś potrzebnym, a przede wszystkim próbować stać się WIDZIALNYM. Czy los pozwoli jej wznieść się pod obłoki? Jej życie to nieustanny wysiłek, by podnieść się z klęczek i rozpocząć od nowa. Teresa się nie poddaje, walczy. Nie o szczęście przecież, lecz o szacunek dla siebie samej. O spokój sumienia. O życie, które będzie mogła przeżyć godnie pod czujnym okiem Chersońskiej Panienki…

Powieść Barbary Kosmowskiej jest po trosze "grecką tragedią" osadzoną w polskich realiach. Piękną i wzruszającą historią wnuczki i babci. Pełną emocji opowieścią o dojrzewaniu. Jest sagą rodzinną, gdyż przedstawia losy czterech pokoleń rodziny Teresy. Akcja jest osadzona w czasach PRL-owskich, ale autorka wielokrotnie nawiązuje do bolesnych i pamiętnych wydarzeń (utrata Kresów, umieszczenie Żydów w getcie, fala krwawo stłumionych demonstracji ulicznych, które rozpoczął Poznański Czerwiec’56 roku). Zaledwie te sprawy muska, przedstawia symbolicznie, ale robi to bardzo sugestywnie, przez co książka w pewnym sensie zawiera  syntezę losów Polaków.

Jest też Kosmowska świetną portrecistką. Teresę poznajemy najbliżej, jesteśmy dopuszczeni do jej intymnego świata, ale przecież klimat tej książki tworzy także galeria doskonale skrojonych, niemal filmowych postaci. Matka wiecznie utyskująca przy garach lub przy żelazku, ciągnąca monotonnym głosem litanię nieszczęść i narzekań. Pozwalający sobą pomiatać (do czasu) Ojciec, majstrujący przy rozgrzebanym motorowerze lub w trzeszczącym radioodbiorniku. Babcia z wielkopańskimi manierami, która żyje wspomnieniami, dźwigając brzemię rodzinnych grzechów i tajemnic, zaludniając swoje mieszkanie duchami zmarłych przodków, służby i lokajów. Każda z przyjaciółek głównej bohaterki, to odrębna, wyśmienita kreacja i los, nad którym warto się pochylić. Wreszcie doskonały zbiorowy portret małomiasteczkowego środowiska…

Ciężko doświadcza pisarka swoje bohaterki, aż do ostatniej strony dowodząc, że życie jest nieprzewidywalne. Czyż jednak zakończenie nie skłania do głębszego przemyślenia i nie jest także odrobinę przewrotne? Wydaje mi się, że autorka poddaje swojego czytelnika testowi… Jakie wyciągnęliśmy wnioski z lektury? Jakie wrażenia w nas pozostały? Jesteśmy pewni, że fatum ostatecznie zatryumfowało nad życiem Teresy? A może jednak uznamy jej niezłomność? Uwierzymy, że nasza bohaterka raz jeszcze znajdzie w sobie siłę, by podnieść się jak feniks z popiołów?





Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:




czwartek, 26 lutego 2015

Inspektor Franco Fog znowu w akcji




Swojego czasu gościłam na blogu Marcina Brzostowskiego, który zgodził się udzielić wywiadu. Marcin jest autorem powieści:  „Pozytywnie nieobliczalni”, „Radio miłość nadaje!”, „I tak skończymy w więzieniu! czyli Tryptyk Polski (bez trzeciej części)”, „Podpalę wasze serca!”, „Zemsta kobiet”, „Słodka bomba Silly”; zbioru miniatur „Szach-Mat! czyli Szafa wychodzi, ja zostaję” oraz tomiku poezji „Teraz dni pachną kawą”.
Jest laureatem konkursu Ad Absurdum zorganizowanego przez wydawnictwo Indigo. Jest także zdobywcą II miejsca w konkursie na opowiadanie, zorganizowanym przez portal literacki kochamksiazki.pl (2013).

Więcej informacji dotyczących wszystkich utworów można znaleźć na stronie autorskiej: http://brzostowski.org/

***

Marcin często posługuje się groteską i ma dość specyficzne poczucie humoru. Jeżeli podobała się Wam jego powieść „Zemsta kobiet”,  której bohaterem jest inspektor Franco Fog, właściciel nietuzinkowego kota, to macie szansę poznać jego dalsze losy, ponieważ autor napisał dwie nowelki kryminalne (e-booki).




„Wirujący sztylet hiszpańskiej kusicielki” – to opowiadanie, w którym inspektor Franco Fog rozwiązuje zagadkę dotyczącą śmierci przedsiębiorcy budowlanego, jest także zmuszony stawić czoła tajemniczej Hiszpance, która z równą precyzją posługuje się nożem, jak i czarami.






„Mroczna tajemnica sierżant Adeli White” – to nowelka, w której nasz bohater musi rozwiązać zagadkę dotyczącą kradzieży niezwykle cennego pierścionka (brylantu), będącego główną nagrodą w konkursie Miss Policji. Rozwiązanie tej sprawy grozi niespodziewanymi problemami natury obyczajowej. Czym skończy się spotkanie Franco Foga ze zdesperowaną panią sierżant?
Autor obiecuje, że "będzie wesoło oraz lekko absurdalnie. A inspektor jest jednym z tzw. ostatnich prawdziwych mężczyzn..."


E-booki dostępne w: Virtualo, Merlin, Gandalf, Legimi, Empik


środa, 25 lutego 2015

Sceny rodzinne. Listy Iwaszkiewiczów.











Jarosław Iwaszkiewicz to jeden z najwybitniejszych, a zarazem najbardziej kontrowersyjnych polskich twórców XX wieku. Po jego śmierci w paryskiej „Kulturze” odbył się osąd „poety i człowieka”, a zainicjowana wówczas dyskusja trwa do dziś. W chwili obecnej kluczem do zrozumienia skomplikowanej natury pisarza mogą stać się nie tylko liczne opracowania i biografie, upublicznione już bowiem zostały jego prywatne zapiski i dokumenty: dzienniki oraz listy. 

Jedną z zagadek, nad którą czytelnicy głowią się od lat, jest fenomen małżeństwa Iwaszkiewiczów (biseksualisty i gorliwej katoliczki). Anna nigdy nie ograniczała się do roli „żony pisarza”, była aktywną uczestniczką życia artystycznego i duszą Stawiska. Iwaszkiewicz sporo podróżował, a podczas rozstań małżonkowie utrzymywali stały i intensywny kontakt. Stąd bogaty zbiór korespondencji, dzięki której możemy poznać ich relacje. Córki Iwaszkiewiczów wyraziły zgodę na publikację listów, które powstały w latach 1922-39. W listopadzie 2014 roku ukazał się trzeci ich tom.

Dwie pierwsze części edycji stanowią kronikę znajomości i najwcześniejszych lat małżeństwa. Tom trzeci ma nieco odmienny charakter. Dokumentuje pobyt Iwaszkiewicza na placówce dyplomatycznej w Danii, a przy okazji pozwala rozprawić się z pewnym mitem. Pisarzowi wielokrotnie zarzucano, iż ożenił się z wyrachowania. Lektura listów uzmysławia, że ten pogląd był dla niego w dużym stopniu krzywdzący. Iwaszkiewicz długo szukał sposobu, by uwolnić się od Stawiska, a żonę wydostać spod wpływu niektórych członków jej rodziny. Kiedy pojawiła się możliwość wyjazdu na zagraniczną placówkę, skwapliwie z niej skorzystał. Kopenhaga miała stać się jego azylem i symbolem zaradności. Chciał prędko sprowadzić rodzinę, lecz sprawy nie ułożyły się po jego myśli. Anna nie miała ochoty na zmiany, nie wyobrażała sobie życia bez Stawiska. Ku rozczarowaniu Jarosława ich kontakty musiały ograniczyć się do krótkich wizyt i korespondencji. Małżonkowie musieli nauczyć się funkcjonować w warunkach zawieszenia między dwoma domami.

Ton listów Iwaszkiewicza stopniowo, lecz wyraźnie, ulega zmianie. Początkowo pisarz z wielkim zaangażowaniem rzuca się w wir przygotowań na przyjazd żony. Jest wulkanem energii. Zwiedza Danię, poznaje współpracowników i uczy się języka. Bez trudu godzi pracę zawodową ze swoją twórczością (pisze powieść Czerwone tarcze). Uczestniczy w spotkaniach towarzyskich. W tym czasie nie „koresponduje” z żoną, raczej „prowadzi kampanię”, która ma przekonać ją do przyjazdu. Kiedy nadzieje się rozwiewają, zaczyna z niego uchodzić energia, a listy tracą blask. Między wierszami przebija zniechęcenie i marazm. Dopada go kryzys wieku średniego i niemoc twórcza, zaczyna narzekać na relacje w pracy.

Wiadomości o przewlekłej chorobie córki i pierwsze oznaki nerwowej choroby Anny zupełnie go zdruzgotały. Doszedł do wniosku, że sytuacja go przerosła, priorytetem stał się powrót do domu i poświęcenie czasu rodzinie. Przerwa w korespondencji wymownie świadczy, iż istotnie tak się stało.

Korespondencja Iwaszkiewiczów jest dokumentem, który posiada nie tylko walor poznawczy (daje wgląd w prywatne sprawy fascynującej pary, zawiera rzetelny obraz epoki, przedstawia styl życia bohemy i elit arystokratycznych), ma także cechy dobrej literatury. Listy są interesujące, nie wieje z nich nudą (największą niezręcznością towarzyską w oczach autorów było spłodzenie mdłej epistoły).
 Książka jest obowiązkową lekturą dla czytelnika, który próbuje dotrzeć do istoty twórczości Iwaszkiewicza. Pośród opisów przyrody, wydarzeń domowych i kulturalnych ukryte są przemyślenia zdradzające emocje towarzyszące procesowi twórczemu oraz refleksje pisarza na temat miejsca, które zajmuje on w literaturze polskiej.

Anna i Jarosław IWASZKIEWICZOWIE, Listy 1932-1939,
 opracowanie Małgorzata Bojanowska, Ewa Cieślak,
 Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2014.




Recenzja ukazała się w: https://forumakademickie.pl/fa/2015/02/



niedziela, 22 lutego 2015

Herbatka u Szarlatana




Stanisław Karolewski to wrocławski antykwariusz, bibliofil, historyk sztuki i pisarz. Każdy, kto miał przyjemność poznać jego antykwariat - wie, że to miejsce daleko wykracza poza ramy definicji instytucji tego typu. „Szarlatan” powstał z wszechstronnych zainteresowań i pasji, a sam antykwariusz (pisarz i artysta) nie tylko obcuje ze sztuką, ale udaje mu się także skutecznie zarażać swoją energią i dzielić magią, którą dostrzega wokół siebie. Dba, by klienci i stali  bywalcy współtworzyli atmosferę i klimat antykwariatu. Wyrazem tego są wystawy malarstwa, fotografii, degustacje win i wieczorki autorskie. Stąd wziął się pomysł na serię wywiadów z gośćmi, przeprowadzonych „Na sofie Szarlatana”. Z tego samego powodu powstał zbiorek miniatur o ludziach i przedmiotach, które pojawiły się i odcisnęły swój ślad w tym niezwykłym miejscu.

Antykwariaty są zazwyczaj spowite specyficzną aurą. Nic w tym dziwnego. Można w nich obcować z rzadkimi, osobliwymi i cennymi okazami. Przedmioty, które tu trafiają, w odróżnieniu od artykułów pochodzących z seryjnej produkcji, wypełniających markety – posiadają swoją duszę. Stanisław Karolewski, jak każdy antykwariusz, potrafi to docenić. Dostrzega jednak znacznie więcej, nie liczą się bowiem wyłącznie przedmioty. Ważna jest także ich przeszłość, sposób w jaki tutaj trafiły i ludzie, którzy je z sobą przynieśli. Jeśli więc wybierzesz się do „Szarlatana” z pamiątką rodzinną lub zamierzasz coś dla siebie znaleźć, a przyniesiesz z sobą interesującą opowieść – bądź pewien, że bez filiżanki herbaty się nie obędzie…


„Rok w antykwariacie...” składa się, między innymi, z opowieści, którymi udało się zaintrygować, zafrapować i "uwieść" antykwariusza... Wejdź czytelniku, rozgość się, z pewnością znajdziesz tu także coś dla siebie. Możesz po tej książeczce spacerować, jak po małym sklepiku. Tomik składa się z krótkich tekstów i fotografii. To szereg miniatur literackich i zdjęć eksponatów rozsypanych po białych i czarnych stronicach. To króciutkie formy, lapidarne teksty, nawet notki wyglądające jak „fiszki”. Sporo tego drobiazgu, tak jak wiele jest różnorodnego towaru i szpargałów na półkach antykwariatu… 

Czego tutaj nie ma? Wytworna porcelana i stare płyty. Szable i pozytywki. Kompasy, zegary i wieczne (?) pióra… Kroniki szepczące swoje historie… Stare modele aparatów fotograficznych i archiwalne, pożółkłe zdjęcia. Eksponaty, które przerwały swą podróż w czasie i zatrzymały się w „Szarlatanie” jak w poczekalni, śniąc o swym nowym domu. Wśród nich łyżeczka, którą ktoś wykradł innemu Szarlatanowi... Gdzieś tu kryje się żeliwny don Kichot, który wreszcie zgubił swój oręż i skupił się na tym, co naprawdę ważne… Naturalnie są i książki. Królują wszędzie, stłoczone na półkach, ale także wszechobecne w rozmowie… Między regałami zaś przechadzają się lub siedzą w fotelach – duchy odwiedzających gości. Portreciki tych osób i impresje na ich temat wywołają uśmiech, bądź skłonią do refleksji, a już z pewnością zapadną w pamięć.


„…Szarlatańskie wersety” to kopalnia anegdot, epizodów i króciutkich historyjek z zaskakującymi puentami. Dużo poczucia humoru. Jest to też zaproszenie do kameralnego świata narratora i do myśli, które błąkają mu się po głowie. O niszczącej i przewrotnej naturze przyzwyczajenia i destrukcyjnej sile pragnień. O umiejętności uprawiania sztuki, jaką jest życie i kontemplacji piękna, bez zbędnego balastu... 

Autor "Roku w antykwariacie" dostrzega historię w przedmiocie i paradoksy w człowieku, potrafi te światy połączyć i wydobyć ich niepowtarzalność. Idea tomiku zaś musiała zrodzić się podczas długich i ciągnących się godzin towarzyszących "samotności antykwariusza".


A guziki? Trzymam w kieszeni płaszcza. Przypominają o tym, co naprawdę ważne…

***

Za książkę serdecznie dziękuję:



***

Ilustracja książki pochodzi stąd


Rozmowy "Na sofie Szarlatana" tutaj

                 

piątek, 20 lutego 2015

UMOWA


(fragment książki)

UMOWA między KURTEM VONNEGUTEM, JR. 
a JANE C. VONNEGUT, wchodząca w życie od niedzieli, 
26 stycznia 1947 r.


"Ja, to znaczy Kurt Vonnegut, Jr. niniejszym przysięgam dochować wierności poniższym zobowiązaniom:

I.  Uzgodniwszy, że moja żona nie będzie mnie nękać, dręczyć ani w inny sposób zawracać mi głowy w tej kwestii, obiecuję raz na tydzień szorować podłogi w łazience i w kuchni w dniu i czasie przeze mnie wybranym. Co więcej, zrobię to porządnie i starannie, przez co moja żona rozumie, że wejdę pod wannę, za sedes, pod zlew, pod lodówkę oraz w kąty, a także podniosę i przestawię w inne miejsce wszystkie ruchome przedmioty, jakie znajdą się w owym momencie na rzeczonych podłogach, w celu sprzątnięcia powierzchni pod nimi, a nie tylko dookoła nich. Ponadto, wykonując powyższe czynności, powstrzymam się od wygłaszania uwag pokroju "jasna cholera", "niech to szlag trafi" oraz podobnych przekleństw, albowiem tego typu język może działać na nerwy, gdy nie chodzi o nic bardziej drastycznego niż stawienie czoła Konieczności. Jeżeli nie wywiążę się z niniejszej umowy, moja żona może mnie do woli nękać, dręczyć lub w inny sposób zawracać mi głowę, dopóki tak czy inaczej nie wymyję podłogi - choćbym był bardzo zajęty.

II.  Ponadto przysięgam przestrzegać następujących pomniejszych przepisów:

a)  będę odwieszał ubrania, a buty chował do szafy, kiedy ich nie noszę;
b)  nie będę bez potrzeby nanosił brudu do domu za pośrednictwem metod takich jak niewycieranie butów o wycieraczkę przed domem, wychodzenie w kapciach ze śmieciami, a także innych; (...)
...
i)  w przypadku, gdy moja żona o coś mnie poprosi, a prośbę uznać można jedynie za rozsądną i w pełni mieszczącą się w zakresie zadań mężczyzny (gdy jego żona jest w ciąży, ma się rozumieć), spełnię tę prośbę w przeciągu trzech dni od jej przedłożenia. Uznaje się za zrozumiałe, że w ciągu owych trzech dni moja żona w żaden sposób nie nawiąże do tematu, oczywiście z wyjątkiem podziękowania; jeżeli jednak nie wywiążę się z powinności po upływie dłuższego czasu, moja żona będzie w pełni uprawniona, aby mnie nękać, dręczyć oraz w inny sposób zawracać mi głowę, dopóki nie zmusi mnie do zrobienia tego, co miałem zrobić."

***






Powyższy fragment pochodzi z książki: "Kurt Vonnegut. Listy", w opracowaniu Dana Wackefielda, wydanej przez wydawnictwo Albatros, 
premiera 20 lutego 2015







***


Podobno mój ojciec raz w życiu (gdy mama była w ciąży, oczywiście) wytarł schody. Dacie wiarę, że wymył je z dołu do góry? Kiedy zatrzymał się u szczytów schodów z wiadrem w ręce - zawołał matkę na pomoc, bo nie wiedział co robić. Z wiadrem i z sobą. Mężczyzna jednak jest bardzo pomysłowy :) Mama nie zawierała z nim umowy jak pisarz ze swoją żoną... W przypadku mojego ojca - mycie schodów to jednak czynność, która groziła kalectwem;)

piątek, 13 lutego 2015

FANTASIA




Znacie dobre lekarstwo na szarugę i topniejący śnieg za oknem? W takie dni można, na przykład, zawiesić oko na bibelocie kojarzącym się z eskapadą do ciepłego kraju...

Pamiątki z podróży, któż ich nie lubi... Mam słabość do ich wyszukiwania, grzebania w kolorowych stertach na straganach, wypatrywania ich w zakurzonych witrynkach i urokliwych sklepikach, do których się trafi, gdy człowiek odważy się zapuścić w ciasną uliczkę. Nie może to jednak być byle szpargał. Ten drobiazg musi posiadać duszę, powinien przecież skutecznie rozpraszać smętek i chandrę, odciągać wzrok od pobojowiska, które zima po sobie zostawiła za oknem.

Z Maroka przywiozłam dwa obrazki. Nie są to dzieła sztuki, tylko malowidełka na dykcie w kolorze sepii. Zakochałam się w architekturze tego kraju, w fantazyjnych bramach, fikuśnych arabeskach, koronkowych stiukach i kwadratowych minaretach. Obrazki od razu mnie ujęły, bo zawierają motywy (nie tylko architektoniczne), które są charakterystyczne dla tego kraju i poprzez jedno tylko spojrzenie przenoszą wprost w baśniowe, skąpane w słońcu uliczki, które oślepionym oczom wydają się niemal białe.

Dwa obrazki to dwa światy: męski i kobiecy. Świat mężczyzn przedstawia marokańską "fantasię". To nazwa popularnych, tradycyjnych konnych widowisk (nazywanych także "grą koni" bądź "prochu"), praktykowanych podczas świąt religijnych, uroczystości ślubnych Berberów, festiwali kulturalnych. Co tu kryć, pokazy te mają przede wszystkim zaimponować i wprawiać turystów w zachwyt. Mężczyźni chętnie nawiązują kontakt,  ich świat jest dla cudzoziemców "otwarty", zostało uchwycone to na rysunku - sylwetki skierowane są w stronę oglądającego. Na drugim obrazku sytuacja jest odmienna. Świat kobiecy jest "zamknięty" przed widzem, szczelnie zasłonięte sylwetki odwrócone są od naszego wzroku. Dokładnie w ten sposób zachowują się marokańskie kobiety, są zdystansowane i ukryte w barwnych strojach. Chcąc uchwycić ich urok i wdzięk na fotografiach, trzeba to zrobić nader dyskretnie...

Obrazki wypatrzyłam  u handlarza-staruszka, który rozłożył swój kram niemal na plaży, blisko deptaka, tłumnie odwiedzanego przez turystów, a kupiłam zgodnie z przyjętymi zwyczajami, czyli wytargowałam. Najpierw oczywiście musiał odbył się rytualny "taniec". Trzeba było nachodzić się, nadreptać, nakręcić wokół nich przez parę dni. Trochę nerwów stracić, żeby ktoś ich nie kupił. A może okażą się za drogie, kupić jeden - byłoby jednak bez sensu... Parę dni spacerowałam tam i z powrotem, udając, że cały ten kram w ogóle mnie nie obchodzi. W końcu musiałam przygotować męża na zakup, więc dyskretnie wskazałam mu co mnie interesuje, przy czym pokazałam mu inne obrazki. Żeby nie zapeszyć. Następnego dnia znowu wracam i leniwie wzrokiem po nich przeciągam, na niczym się nie zatrzymując. Są! Ciągle są! Serce bije nerwowo, ale na zewnątrz - zimna stal. Ostatniego dnia jestem już na skraju wyczerpania nerwowego. "Moje" obrazki jednak nadal są na miejscu. Idę więc - zblazowana turystka, nigdzie mi się nie spieszy, wszystko mam w nosie, staruszka-handlarza nawet nie zaszczycę spojrzeniem... Przechodzę i kątem oka tylko jeszcze widzę te moje skarby... Nie wyjadę stąd bez was - obiecuję sobie. Na szczęście handlarz w końcu mnie zaczepia. - Kup, pani ładna - kusi po polsku. Patrzę na niego, jakby ostatnią rzeczą na świecie była chęć zakupu jego obrazu. Przeciągam jednak łaskawie po nich wzrokiem. - How much? - pytam od niechcenia. Podaje kwotę, a ja odchodzę i słyszę, że cena topnieje jak lody w waflu, a po chwili sprzedawca ciągnie mnie za rękę. Już mnie zaprosił do tańca... Chwilę to trwa. Targujemy się. Odchodzę, on nieco spuszcza z tonu, obrażamy się, obiecujemy niebieskie migdały, on znowu woła i ciągnie do stoiska. Mąż przygląda się z boku. Wie, że  nie starczy mi pieniędzy na dwa obrazki, ale też pamięta, że zawsze przy tym targowaniu coś zabawnego mnie spotyka... Pewnego razu sprzedawca nosił mnie na rękach po sklepie z dywanami, prezentując swoje towary. Jak tu nie wierzyć w latające dywany, skoro pośród nich naprawdę "lewitowałam" w powietrzu? Teraz mnie szacuje handlarz obrazami - stara się odgadnąć zasobność mojego turystycznego portfela. Zapewne dobrze pamięta ile ostatnim razem zapłacił klient z Polski... W końcu cena z kosmosu obniża lot w kierunku ziemskiej atmosfery, a gdy staje się już dla mnie osiągalna - mówię bezczelnie, że dam żądaną kwotę, ale za dwa obrazy. Nieoczekiwanie kupiec się zgadza. Mrugam jeszcze oczami, musi to do mnie dotrzeć... W końcu odwracam się do męża z miną zwycięzcy, a moje skarby są pakowane w pogniecioną gazetę. - Przecież inne ci się podobały - śmieje się mój mąż. Co on tam wie...




Odchodzimy parę kroków, przystaję. Wracam do staruszka i całuję go w pomarszczony policzek. Niech wie, że obydwoje mamy dobry dzień. On na mnie zarobił, ale ja dotrzymam obietnicy: nie wrócę do domu bez swoich skarbów.

- Ot - pomyślał staruszek - Jaki kraj, taka "fantasia"...

czwartek, 5 lutego 2015

PODRÓŻ DO ŹRÓDEŁ CISZY ["Kaprys", Elżbieta Isakiewicz]






On jest architektem, do pewnego czasu spełnionym zawodowo; ona - gospodynią domową. W wolnym czasie on zagłębia się w książki z zakresu antropologii, lubi rozgryzać zawiłości filozofii. Jej czas pochłaniają robótki ręczne. Często możemy zobaczyć ją z igłą w ręku, gdy haftuje, pokrywa płótno wymyślnymi wzorami. W pochyleniu jej pleców można dostrzec jakąś nieuchwytną determinację. Być może dlatego, że w tej czynności zawarte jest sedno jej własnej życiowej filozofii… Może chce po sobie pozostawić coś doskonałego? Może coś ukryć? Ubarwić szarość PRL-owskich czasów? Może to cichy protest przeciwko przemijaniu?

Na pierwszy rzut oka małżeństwo jest dosyć przeciętne, wcale nie bardziej nieszczęśliwe, niż większość par w sąsiedztwie. Przyglądając się bliżej, czytelnik zaczyna dostrzegać i wgłębiać się w ich cichy dramat…

Historię związku poznajemy w epizodach, w krótkich impresjach. Za każdym razem oglądamy wydarzenia z jej, bądź jego perspektywy, zawsze oddzielnie. Ten zabieg powoduje, iż mocniej odczuwamy odrębność ich światów, a także poczucie dojmującego osamotnienia. Zaczynamy się zastanawiać dlaczego ludzie, skądinąd wrażliwi, z bogatym życiem wewnętrznym, nigdy nie nabrali nawyku rozmowy… Jak mogli tak łatwo sobie „odpuścić”? Czemu miał służyć nierozważnie zawarty pakt milczenia?

Autorka nie tylko jest doskonałą obserwatorką, ale także mistrzynią budowania nastroju. Nie ułatwia jednak lektury i nie serwuje oczywistości. Poznajemy emocje bohaterów, ale ich portrety musimy wyłuskać sobie sami, wyinterpretować z oszczędnych gestów i słów. Świetnie oddana jest atmosfera panująca w mieszkaniu. Skoro wkraczamy w świat sterylnej ciszy, zwykłe domowe odgłosy brzmią wymowniej. Jeszcze większe wrażenie wywołują (dosłownie atakują) dźwięki z zewnątrz. Jakże złowieszczo wdziera się w intymność domowego ogniska kakofonia odgłosów budzącego się miasta!

Kiedy zadomowimy się w opowieści, poddamy jej kameralnemu klimatowi, na scenę wkracza trzecia osoba dramatu. Od tej pory będziemy obserwować obraz rodziny z perspektywy córki. Odkryjemy, że książka wcale nie jest kroniką małżeństwa, to tylko przygrywka do właściwej historii, która dotyczy spadkobierczyni „cichego dziedzictwa”…

Dziewczyna wydaje surowy wyrok na małżeństwo rodziców. Kiedy tylko udaje jej się usamodzielnić, podejmuje starania, by zabezpieczyć się przed pospolitością w życiu, a przede wszystkim przed banałem w związku. Wydaje się to proste. Musi tylko zadbać, by zawsze postępować w odmienny sposób, niż rodzice. Skoro mieszkali nad morzem – ona wybierze góry… Zamyka się (dosłownie) w niedostępnej fortecy na Północy, obcując z surową naturą i najwyższymi formami sztuki. Czy jednak ucieknie przed przeznaczeniem i demonami przeszłości? Na swoim pustkowiu bezwiednie rozwinęła i udoskonaliła cechy, które odziedziczyła po matce. Jeśli jej rodzicielka była tylko „zarządcą ciszy”, córce tę ciszę udało się poskromić i objąć we władanie… W takim stopniu dostosowała się do warunków, zharmonizowała z przyrodą, że czytelnik zaczyna dostrzegać w niej podobieństwo do mitycznej Persefony… Sześć miesięcy mroku i samotności podczas nocy polarnej. Powrót do życia w drugiej połowie roku, gdy odwilż i topniejące śniegi pozwalają na kontakt ze światem.

Pewnego dnia, w przełomowym (i symbolicznym) momencie, gdy przyroda zaczyna budzić się do życia, kobieta otrzymuje list, który wytrąci ją z równowagi, skłoni do zmierzenia się ze światem, który dawno zostawiła za sobą i raz jeszcze zmusi do odbycia bolesnej podróży do „źródeł ciszy”.

To niełatwa, niebanalnie opowiedziana, wysublimowana i literacko porywająca historia. Polecam. 

wtorek, 3 lutego 2015

TEKST ROKU, czyli rozpoczęcie drugiej tury konkursu



Dzisiaj rozpoczęło się głosowanie SMS-owe w konkursie BLOG ROKU, które wyłoni 30 tekstów w kategorii TEKST ROKU, które z kolei trafią pod ocenę Jurora (Joanna Bator!). Głosowanie potrwa do 10 lutego, do godziny 12.00.  Środki pozyskane z głosowania zostaną przeznaczone na rzecz FUNDACJI DZIECI NICZYJE (koszt 1,23 zł).


W konkursie startuje wiele blogów, które podziwiam i którym serdecznie kibicuję. W tym roku, gdy pojawiła się nowa pod-konkurencja, postanowiłam zgłosić swój "szczęśliwy tekst" (link TUTAJ)


Nie mam szans na zwycięstwo, ale biorę udział w przygodzie:) Będzie mi miło, jeśli zdecydujecie się poprzeć mój głos w tej zabawie :) Oto mój kod:  T11192 , który wpisany w treść SMS-a, pod numer: 7122 - może stać się głosem wsparcia:) 




za każdy głos serdecznie dziękuję:)








niedziela, 1 lutego 2015

ZIMA - skojarzenia







UCIECZKA PRZED WILKAMI 

[z: "Magdulka i cały świat" Rozmowa biograficzna z Witoldem Kieżunem przeprowadzona przez Roberta Jarockiego]


- Czy w czasie tych pobytów w Magdulce coś szczególnie się panu przytrafiło?

- Owszem. Zapamiętałem pewną historię z dzieciństwa, obejmującą wyjątkowo pobyt w okresie Bożego Narodzenia. Była mroźna, pełna śniegu zima. (...) Po paru dniach Magdulka została całkowicie zasypana śniegiem. (...) Gdy śnieg przestał padać, jeden z wujów wraz z moim ojcem zdecydowali pojechać do Mira, odwiedzić znajomego z lat szkolnych, księcia Światopełk-Mirskiego, właściciela na wpół zrujnowanego starożytnego zamku. Była to czternastokilometrowa droga, tak zwany Trakt Napoleoński zbudowany w czasie ofensywy 1812 roku. Bardzo szeroki, obsadzony starymi drzewami. Miałem wówczas sześć lat i uparłem się, że też pojadę. Mimo protestów matki postawiłem na swoim i ojciec mnie zabrał. Wyjazdowe sanie wyłożono dla mnie sianem i "niedźwiedzimi szubami" - skórzanymi okryciami. Do obrony przed ewentualnie spotkanymi wilkami woźnica Rymsza przygotował parę pochodni okręconych szmatami nasyconymi naftą. Wuj Wacław wziął dubeltówkę z zapasem naboi, a ojcu dano tradycyjny pistolet, mauzer z zapasowymi magazynkami. Trzeba było wyjechać wcześnie rano, żeby wrócić przed zmierzchem, bo w nocy wilki są bardziej niebezpieczne. Mnie ułożono wygodnie na dnie sań i ciepło otulony przedrzemałem drogę do Mira.

Wszyscy zostaliśmy bardzo gościnnie przyjęci w ocalałej części zamku. Mnie nakarmiono i położono spać w zimnym pokoju z kamiennymi ścianami. Dorośli zabawiali się rozmową zakrapianą przeróżnymi nalewkami. Pobyt przedłużył się. Obudzono mnie już o zmierzchu. Przy saniach zapalono duże latarnie naftowe. W momencie wyjazdu było już ciemno, tylko niebo było pełne gwiazd, z dużym Księżycem w pełni. Jechaliśmy galopem, szybko przesuwając się Traktem Napoleońskim. Jednak z oddali zaczęły świecić wilcze oczy. Wilki coraz bardziej zbliżały się do sań. Wujek załadował dubeltówkę, ojciec mauzera, a woźnica Rymsza położył pod nogami pochodnie i sprawdził, czy dobrze zapala się zapalniczka z naftowym rezerwuarem. Mnie kazano się całkowicie przykryć szubami. Nie wykonałem w pełni tego rozkazu, zostawiając sobie szparkę dla obserwacji. Konie, chrapiąc w popłochu, waliły galopem. Wilki już zupełnie blisko pędziły równocześnie z saniami. Wuj strzelił, jeden wilk padł, całe stado rzuciło się na niego i pogoń na chwilę ustała. Po chwili wilki znów dogoniły sanie. Rymsza zapalił pochodnie i rzucił je w kierunku zwierząt. To nieco osłabiło ich agresywność, ale po chwili, biegnąc równolegle, usiłowały z boku skoczyć do gardła koniom. Konie mocno kopały nogami, również po bokach, i znowu padły strzały, ustrzelono jednego wilka. Tak wpadliśmy pędem na górę obok cerkwi, z której już było widać wieś. Moi opiekunowie strzelali nieustannie, a Rymsza rzucał pochodnie. Chodziło o zaalarmowanie wsi. Rzeczywiście, z chat zaczęli wybiegać ludzie z pochodniami, biegnąc w kierunku sań. Wilki odgoniono, pasażerów sań uratowano. Wjechaliśmy na podwórko, a ojciec i wujek z buzującymi w głowach nalewkami, mocno podpici weszli do domu ze śpiewem, parafrazując cygański romans: "A ja wilków, wilków, nie bajusja".


[Czyż przyjęcie w Mira nie przypomina sceny z "Pana Tadeusza"?]

***


* Alfred Wierusz-Kowalski - polski malarz, przedstawiciel realizmu. Urodził się w Suwałkach w 1849 roku, zmarł w 1915 roku w Monachium, na emigracji. Był członkiem i honorowym profesorem Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, przedstawicielem szkoły monachijskiej. Prowadził własną pracownię i cieszył się wybitną pozycją wśród artystów. Jego malarstwo osadzone było w ojczystej tematyce: przedstawiał panoramy miasteczek, ludowe wesela, powroty z polowań. Jednym z ulubionych motywów (cieszących się największym powodzeniem) były  dramatyczne epizody przedstawiające walkę podróżnych z wilkami.