piątek, 27 marca 2015

POD WIATR - "Kurt Vonnegut. Listy"




Kurt Vonnegut to amerykański pisarz i publicysta, przedstawiciel nurtu postmodernistycznego, łączący w swych utworach parodię z dramatem i elementami science fiction. Jego najważniejszym dziełem jest "Rzeźnia numer pięć" – książka, która zawiera credo, stała się kamieniem milowym w jego karierze i zdążyła obrosnąć w legendy. Nie została jednakowo dobrze przyjęta przez wszystkie środowiska, pisarz przez całe życie toczył o nią krucjatę. Geneza powstania książki, jej znaczenie i echo, jakie wywołała – to jeden z licznych wątków epistolarnej biografii: "Kurt Vonnegut. Listy".
Dan Wakefield (pisarz, scenarzysta, dziennikarz, długoletni przyjaciel) uznał, że opublikowanie prywatnej korespondencji będzie najodpowiedniejszym hołdem dla Vonneguta. Pozwoli czytelnikom lepiej zrozumieć jego twórczość, a jednocześnie ukaże (wyraźniej niż biografia) niezwykłe poczucie humoru i wdzięk, którymi ujmował ludzi, zachwycał publiczność zgromadzoną na jego wykładach i zjednywał sobie przyjaciół. Vonnegut prowadził ożywioną korespondencję z rodziną, znajomymi i współpracownikami. Pisywał do krytyków i zagorzałych przeciwników. Wakefield uszeregował chronologicznie listy, dzieląc je na dekady. Każda część została poprzedzona wstępem, stanowiącym kolejną odsłonę biografii. Antologię otwiera list pisany w 1945 roku, zaraz po uwolnieniu z niewoli jenieckiej, zawierający opis doświadczeń wojennych. W tym liście krytycy dostrzegają zapowiedź stylu pisarza, jego subtelną i mroczną ironię.
                  
Z książki wyłania się obraz człowieka i pisarza, któremu nic nie przychodziło łatwo. Długo nie wróżono mu kariery, a wydawcy wzbraniali się przed publikacją jego utworów. Kiedy wreszcie powieści zaczęły się  ukazywać, uznano go za gorszyciela, a książki objęto cenzurą. Przez długie lata desperacko pragnął zostać pisarzem, jednocześnie walczył o przetrwanie. Imał się różnych zajęć (był dziennikarzem kryminalnym, copywriterem, nawet sprzedawcą samochodów), swojej twórczości poświęcał się nocami. Wiecznie borykał się z problemami finansowymi. Być może na początku nieco rażą liczne wzmianki na temat pieniędzy, ale problem przestaje być przyziemny, gdy czytelnik poznaje jego sytuację rodzinną – pisarz miał sześcioro dzieci (w tym troje przysposobionych). Jego pozycja zaczęła stabilizować się w latach 60-tych. "Syreny z Tytana" pomogły mu trafić do szerszego grona odbiorców, "Rzeźnia numer pięć" przyniosła sławę. Zadowolenie i odpowiednie warunki do pracy odnalazł jednak znacznie później, dopiero gdy zaproponowano mu wykłady na uniwersytecie w odległym stanie Iowa. Jego dzieci w tym czasie dorosły i wyprowadziły się z domu, pisarz podjął dramatyczną decyzję o rozwodzie.

Lektura listów rzuca sporo światła na styl i formę jego powieści, poznajemy pisarza w mniej znanych odsłonach: Vonnegut – członek rodziny o artystycznych skłonnościach, lojalny przyjaciel, ojciec (który ma świetne relacje z dziećmi), aktywny działacz i rzecznik praw pisarzy. Poznajemy go także w chwilach słabości, gdy skarży się na niemoc twórczą i miewa problemy z alkoholem. Czytelnik nie uniknie ponurych refleksji. Przekona się, że życie młodemu Vonnegutowi podczas wojny napisało prawdziwie surrealistyczny scenariusz. Obraz zmagań pisarza z realiami życia często zadaje kłam mitowi o „amerykańskim śnie”. Zasmucają losy jego małżeństwa. Przykre, iż rozstał się z kobietą, która uwierzyła w jego pisarstwo, zanim ktokolwiek zaczął traktować go poważnie. Smutne, iż mógł być pisarzem tylko z dala od niej. 

W swoich listach Vonnegut wspiera przyjaciół, udziela rad początkującym pisarzom (był wychowawcą m.in. Johna Irvinga), a także szczerze odpowiada na pytania dotyczące własnej twórczości. Zaczynamy żałować, że nigdy nie było nam dane usłyszeć pisarza podczas jednego ze słynnych wykładów, ale w liście do brata odnajdziemy pewną namiastkę, poznamy siłę jego argumentacji, żelazną logikę i dar przekonywania. Lektura z pewnością pozwoli lepiej zrozumieć świat, który wykreował w powieściach, ale także jego życiowe decyzje. Zbiór listów jest bogaty, ale ich lektura nie powoduje znużenia, wszechobecny humor i cięty język wielokrotnie skłoni do uśmiechu. 



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:








środa, 25 marca 2015

Światowy dzień czytania Tolkiena - "J.R.R. Tolkien – Listy" - fragm.




"[16 stycznia 1938 r. „Observer" opublikował list podpisany „Habit", którego autor pytał, czy postacie hobbitów mógł zasugerować Tolkienowi opis Juliana Huxleya „«małych włochatych ludzi» widzianych w Afryce przez tubylców” [...]  Autor listu wspomniał też, że „znajoma mówiła, że pamięta starą bajkę pod tytułem Hobbit w zbiorze przeczytanym około roku 1904". Autor listu pytał, czy Tolkien zechciałby „powiedzieć coś więcej o nazwie i powstaniu tego intrygującego bohatera książki” [...].  Zaoszczędziłoby to przyszłym pokoleniom badaczy wielu kłopotów. A przy okazji, czy kradzież smoczego pucharu przez hobbita jest oparta na epizodzie kradzieży pucharu w Beowulfie? Mam nadzieję, że tak, ponieważ jedną z zalet książki wydaje się spenserowskie harmonijne zespolenie najwspanialszych wątków licznych odmian epiki, mitologii i wiktoriańskiej literatury baśniowej".

OdpowiedźTolkiena została wydrukowana w „Observerze" 20 lutego 1938 r.]



Szanowny Panie!

Nie trzeba mnie namawiać: jestem równie podatny na pochlebstwa jak smok i z przyjemnością popiszę się moją diamentową kamizelką, a nawet wyjaśnię jej pochodzenie, ponieważ Habit (bardziej ciekawski od hobbita) nie tylko wyznał, że ją podziwia, ale i zapytał, skąd ją mam. Czy nie byłoby to jednak nieuczciwe względem badaczy? Oszczędzanie im kłopotów oznacza odebranie im pretekstu do istnienia.

Jeśli jednak chodzi o główne pytanie Habita, nie ma obawy: nie pamiętam nic, co by mogło dotyczyć nazwy i kreacji tego bohatera. Mógłbym oczywiście zgadywać, ale takie domysły nie miałyby większej wagi od domysłów przyszłych badaczy, więc im zostawię tę zabawę.

Urodziłem się w Afryce i przeczytałem kilka książek o badaniu Afryki. Od około roku 1896 przeczytałem jeszcze więcej prawdziwych baśni. Zatem oba fakty wspomniane przez Habita wydawałyby się znaczące.
Czy jednak takie są? Nie pamiętam żadnych włochatych pigmejów (w książce czy w blasku księżyca) ani żadnego strasznego hobbita w druku sprzed 1904 roku (...)Twierdzę też stanowczo, że mój hobbit nie mieszkał w Afryce i nie był, poza stopami, włochaty. Nie przypominał też wcale królika. Był to zamożny, dobrze odżywiony młody kawaler. Nazwanie go „paskudnym małym królikiem" było przykładem trollowego prostactwa, podobnie jak „szczurzy pomiot" świadczył o krasnoludzkiej złośliwości. Były to celowe szyderstwa z jego wzrostu i jego stóp - szyderstwa, które go głęboko oburzały. Jego stopy, choć wygodnie odziane i obute przez naturę, były równie eleganckie, co jego długie, zręczne palce.

Jeśli chodzi o resztę opowieści, to wywodzi się ona - jak sugeruje Habit - z (poprzednio przetrawionej) epiki, mitologii i baśni, jednakże nie wiktoriańskich autorów, od której to zasady głównym wyjątkiem jest George Macdonald. Beowulf znajduje się wśród moich najcenniejszych źródeł, chociaż nie myślałem o nim świadomie podczas pisania, kiedy to epizod z kradzieżą zrodził się w sposób naturalny (i nieomal nieuchronny) z poprzedzających go okoliczności. W tamtym punkcie opowieści trudno pomyśleć o jakimkolwiek innym jej poprowadzeniu.
Moja powieść nie jest świadomie oparta na żadnej książce - z wyjątkiem jednej, ale nieopublikowanej: jest to Silmarillion, historia elfów, do której są robione częste aluzje.

Nie myślałem o przyszłych badaczach; a ponieważ istnieje tylko jeden maszynopis, mała jest w tej chwili szansa, że ta wzmianka okaże się użyteczna. To są jednak zaledwie wstępne zagadnienia. Teraz, kiedy zostałem zmuszony do spojrzenia na przygody p. Bagginsa jako temat przyszłych badań, zdaję sobie sprawę, że czeka mnie wiele pracy. Jest sprawa nazewnictwa. Imiona krasnoludów oraz czarodzieja pochodzą z Eddy Starszej. Imiona hobbitów z Oczywistych Źródeł właściwych temu
plemieniu. Pełna lista ich zamożniejszych rodzin to: Bagginsowie, Boffinowie, Bolgerowie, Bracegirdle'owie, Brandybuckowie, Burrowesowie, Czubbowie, Grubbowie, Hornblowerowie, Proudfootowie, Bagginsowie z Sackville i Tukowie. Smok ma jako imię - czy pseudonim - formę czasu przeszłego od pierwotnego czasownika germańskiego smugan - „przeciskać się przez dziurę": kiepski żart filologiczny. Reszta imion pochodzi ze świata starożytnego oraz elfiego i nie została współcześniona. (...)

Krasnoludowie to nie całkiem krasnoludki z bardziej znanych opowieści. To prawda, że otrzymali skandynawskie imiona, ale to ustępstwo redakcyjne. Zbyt wiele imion w językach odpowiadających epoce mogłoby wywołać niepokój. Język krasnoludzki był i złożony, i niemelodyjny. Unikali go nawet wcześni filologowie elficcy, a poza całkowicie prywatnymi rozmowami krasnoludowie byli zobowiązani do posługiwania się innymi językami. Język hobbitów zdumiewająco przypominał angielski, czego można było się spodziewać: mieszkali oni zaledwie na granicy Dzikich Krajów i zasadniczo nie zdawali sobie sprawy z ich istnienia. Hobbickie nazwiska rodowe są w większości równie dobrze znane i słusznie szanowane na naszej wyspie, jak w Hobbitonie i Nad Wodą. (…)

A co z zagadkami? Trzeba tu popracować nad źródłami i analogiami. Wcale się nie zdziwię, jeśli i hobbit, i Gollum przekonają się, że ich pretensje do autorstwa zagadek zostaną oddalone.
W końcu stawiam przed przyszłym badaczem mały problem. W dwóch różnych miejscach tworzenie opowieści zostało zawieszone na kilka lat: które to miejsca?

Prawdopodobnie zostanie to odkryte, tak czy owak. I nagle przypomniałem sobie, że kiedy smok dał się uwieść pochlebstwom, hobbit pomyślał sobie: „Stary durniu!".

Obawiam się, że komentarz Habita (oraz Pański) będzie brzmiał tak samo. Musi Pan jednak przyznać, że pokusa była silna.

Z poważaniem,
 J.R.R. Tolkien



piątek, 20 marca 2015

W głębokiej studni



W maju, tuż przed końcem roku akademickiego, w Instytucie Studiów Starożytnych Kuropaskiego Uniwersytetu w Pasikurowicach, doszło do tragicznego zdarzenia. Dziekan instytutu wypadł przez balustradę i spadł na posadzkę, ponosząc śmierć na miejscu. Błyskawicznie podjęte dochodzenie ma ustalić, czy profesor Mirosław Korbieluch popełnił samobójstwo, zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, czy w murach szacownej uczelni mogło dojść do zabójstwa.

Zadanie komisarza Jacka Cichosza jest bardzo niewdzięczne. Młody człowiek jest idealistą, a także dumnym absolwentem Kuropaskiego Uniwersytetu. Widok zwłok w murach uczelni robi na nim przytłaczające wrażenie, tym bardziej uważa, iż podejrzenie o morderstwo nie licuje z tym miejscem, kojarzy się ze świętokradztwem. Śledczy jeszcze jednak nie wie, jakie tajemnice skrywają się pod elegancką fasadą „świątyni nauki” położonej przy ulicy Gołębiego Serca, nie domyśla się także, ile ironii mieści się w nazwie ulicy.

Dochodzenie nie będzie proste. Sprawy nie ułatwia liczba podejrzanych ani ich mataczenie w zeznaniach. Komisarz zdaje sobie sprawę, że od samego początku podlega manipulacji, a podejrzani toczą z nim grę. Jedni trzymają wspólny front, przemawiając głosem Janiny Pakowalskiej (dyrektorki i postrachu wydziału), inni próbują różnych sztuczek, by uniknąć przesłuchania. Nieoczekiwanie pojawia się anonimowy informator, który zwraca uwagę na tematy, które publicznie nie są zbyt skwapliwie poruszane. Śledczy musi dociec, które informacje są prawdziwe, jakim człowiekiem był dziekan i co kryło się za kuriozalnymi decyzjami, które podejmował. Wydaje się istotne dla śledztwa, by odkryć, z jakiego powodu Instytut za wszelką cenę podcina skrzydła zdolnym pracownikom, a promuje dyletantów. Trzeba wreszcie rozgryźć, dlaczego wydział zdołał uniezależnić się od macierzystego uniwersytetu i stał się autonomiczną organizacją, państwem w państwie, kierującym się własnym prawem, a raczej regułami ustanowionymi przez dyktatora. Im bardziej jednak młody człowiek zagłębia się w sprawy instytutu, tym większe ma wrażenie, że zagląda do głębokiej, ciemnej studni…

Śmierć dziekana jest powieścią kryminalną, ale próżno w niej szukać błyskotliwych sztuczek, które zwykle urozmaicają utwory tego gatunku. Jej prawdziwe walory tkwią w czym innym. Wątek detektywistyczny jest raczej pretekstem, by wziąć pod lupę niektóre problemy szkolnictwa wyższego. Śledztwo toczy się dość wolno z powodu różnych utrudnień, ale dzięki temu czytelnik może wczuć się w klimat, poznać relacje między pracownikami, dzięki czemu zauważy mechanizmy, które sterują działaniem instytutu.

Zofia Tarajło-Lipowska, która jest bohemistką, znawczynią języka i literatury czeskiej (wielokrotnie nagradzanym za wybitne osiągnięcia pracownikiem naukowo-dydaktycznym i wykładowcą uniwersyteckim), napisała satyrę na dobrze jej znane środowisko. Umieściła akcję na terenie fikcyjnej uczelni, jej bohaterowie i sytuacje, w których się znaleźli, zostały przejaskrawione, a opisy potraktowane są grubą, karykaturalną kreską. Powieść w krzywym zwierciadle ukazuje absurdy szarej, uczelnianej rzeczywistości, a jej lektura powinna skłaniać do refleksji. Dociekliwi znajdą pod płaszczykiem groteski ukrytą krytykę systemu, gdyż autorka obnaża działanie naukowych koterii, które przekształcają uczelnię w arenę własnych rozgrywek i kierują się specyficznym kodeksem, który co prawda zapewnia absolutną lojalność wobec członków układu, ale doprowadza do absurdalnych sytuacji, a często do naruszenia zasad moralnych. Najbardziej godny ubolewania jest fakt, iż w całym zamęcie, w wyścigu wielkich, ale też małostkowych i płytkich ambicji, zupełnie zapomina się o studentach.


Recenzja opublikowana w: FA 3/2015

wtorek, 17 marca 2015

Skąd jesteś krokodylu?

Decyzję o wczasach w Egipcie podjęliśmy szybko, dużo dłużej zastanawialiśmy się czego po nich oczekujemy. Mąż bąknął coś o krokodylach, ja od dziecka miałam słabość do żaglówek, chciałam zobaczyć feluki (tradycyjne łodzie z wielkimi trójkątnymi żaglami), stwierdziliśmy więc, że wszystko, czego potrzebujemy, zapewni nam rejs po Nilu. W porcie czekał statek, który bynajmniej nie miał wdzięku i lekkości feluki, więc od razu nieco zmodyfikowaliśmy jego nazwę. „L’aube du Nil” (świt nad Nilem) stał się „Laubą na Nilu”*. Kiedy weszliśmy do środka, musiałam przeprosić statek za dyshonor, bowiem wnętrze przywitało nas orientalnym przepychem. Nazwa jednak jakoś prędko przylgnęła, tak więc zostało.


          
Pierwsze zebranie odbyło się w eleganckim salonie. Przewodniczka zapytała o nasze oczekiwania. Nasi współtowarzysze podróży chcą się wykazać elokwencją i obyciem. Ten chce zobaczyć Abu Simbel, ów Chan al-Chalili (największy bazar na świecie), ktoś przyjechał, by ujrzeć fatamorganę, inny, by posłuchać muezina. Mój mąż publicznie jednak wyznaje, że chciałby zobaczyć krokodyle. Tylko po to taszczy żonę na wczasy...

Nasz pokój jest obszerny i klimatyzowany. Mamy duże okno balkonowe, które pozwala znaleźć się bezpośrednio nad poziomem rzeki. Nie wolno jednak, niestety, w Nilu zanurzyć nawet palca. Może nie krokodyle, ale wszelkiego rodzaju zarazki, bakterie i mikroby - czają się, by się na  nas rzucić. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by chłonąć widoki…

Statki rejsowe, wśród nich "L'Aube du Nil"


Prawdziwie piękna panorama roztaczała się z pokładu spacerowego, który znajduje się kilka pięter wyżej. Korzystamy z niego jeśli tylko możemy, co jest nie lada wyzwaniem. Opinia o palącym egipskim słońcu naprawdę nie jest przesadzona. Staramy się wytrzymać ze względu na widoki. Po dwóch stronach burty cały czas zmieniają się krajobrazy. Plantacje  bananowców, pola, dzieci bawiące się na brzegu, rybacy brodzący po kolana w wodzie, chłopi na osiołkach, w drodze na bazar, bladoróżowe skały i palmy, a pośród nich pałacyki, a przede wszystkim charakterystyczne domy egipskie, z drutami sterczącymi z dachów. Obok nas pływają inne statki i feluki z białymi żaglami, na które czekałam.

Znajoma, która uczestniczyła w podobnym rejsie uprzedziła mnie, że w Edfu, przed śluzą, którą będziemy forsować, podpływają do statku handlarze na swoich łódeczkach. Czas oczekiwania na przeprawę można wykorzystać targując się z kupcami. Brzmiało to dla mnie egzotycznie. Ponieważ program statku przewidywał bal w strojach regionalnych, postanowiłam zakupić galabiję (luźną tunikę arabską) w ten właśnie sposób.
                                  


Pewnego dnia stoję na pokładzie, mąż uciekł, żeby się schłodzić. W oddali dostrzegam szereg kropek, które zbliżają się w naszą stronę. Po chwili już widzę, że to łódeczki - dziesiątki łódek. Od razu kojarzę: Edfu, zapora i wodny bazar! Pędzę pod pokład po pieniądze, bo kupcy już docierają do statku i zarzucają kotwice…

Wpadam zdyszana do pokoju i na moment zamieram, bo widzę obrazek, który na zawsze utwierdzi mnie w przekonaniu, iż żaden facet (nawet poważny przedsiębiorca) nigdy nie wyrasta z wieku Piotrusia Pana. Mój mąż stoi z rozkrzyżowanymi rękami pod oknem, trzymając szczelnie zasunięte zasłony i woła – Nie podchodź! Piraci atakują!!!



Oczywiście zapomniałam powiedzieć mu wcześniej o tej atrakcji. Teraz nie ma czasu tłumaczyć, zresztą krztuszę się ze śmiechu, walczę z zasłoną, oknem i mężem, bo w końcu mam zamiar zobaczyć wodny „bazar”. Szarpiemy się chwilę, wreszcie zasłona odjeżdża, otwieram okno i natychmiast do  pokoju wpadają woreczki z tekstyliami. – Miałeś rację, piraci bombardują - śmieję się.  Handlarz w łódce jakiś niespokojny, rzucam okiem - wygląda na to, że nie mamy dużo czasu. Statek od razu wpływa do śluzy, nie ma żadnej kolejki, już widzę otwarte wrota… Handlarz nerwowo pyta czego potrzebuję. Wołam, że galabiję, zwracam jego reklamówki bez oglądania, woreczki mkną w stronę łódki. Bombardujemy się nawzajem, bo do pokoju lecą następne paczki. Takich nie chcę! – zwracam je w popłochu. – A jakie? – krzyczy kupiec. Boże, no jakie? JAKIE? Myślę gorączkowo. Oczywiście białe! Białe jak żagle feluki! Więc dostaję zawiniątko z białą galabiją, ale nie ma czasu, by ją oglądać, już wkładam pieniądze do woreczka i ostatni pocisk leci w stronę kupca. Wpływamy do śluzy… Jeszcze spoglądam do tyłu, mężczyźni odczepiają w pośpiechu kotwice i odpływają, ostatnie pociski lecą w powietrzu… Powoli ustają pokrzykiwania, kończy się nerwowa krzątanina.


Przeżyłam zatem swoją przygodę. Nadchodzi jednak dzień, gdy „Lauba na Nilu” organizuje bal. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać przed sobą, że nieźle się urządziłam. Masz babo biały żagiel… Ze wszystkich zalet, które powinna mieć galabija – moja ma tylko jedną: jest biała. No cóż, nie było zbyt dużo czasu na przymiarki… Tunika jest oczywiście za duża, za długa i zbyt luźna. Igła z nitką i parę zaszewek nieco ratuje sytuację, ale i tak wyglądam jak pokutujący duch Brunhildy. W tańcu będę łopotać jak prześcieradło schnące na sznurze. Mogłam od razu zawinąć się w płótno żeglarskie...

No cóż, postanawiam zagubić się w tłumie…

Nie mogłam przewidzieć (chociaż, znając swoje szczęście, dalibóg, powinnam), że zostanę siłą wcielona do zabawy, do zawodów na refleks… W ferworze walki zapominam, że przyszłam tu wtapiać się w tło. Wygrałam i widzę konsternację wodzireja, który musi przyznać nagrodę wielkiej purchawce…

A krokodyle? Nie ma ich w Nilu. Zachowały się jedynie w rezerwatach i parkach narodowych. W Assuanie mamy okazję jednego pogłaskać, bierzemy nawet krokodyle niemowlę na ręce. Zwierzątko jest spokojne do momentu, gdy mój mąż zaczyna z nim pozować do zdjęcia i omal nie traci ucha, bo „niemowlę” kłapie na niego zębiskami.

Wśród zdjęć z urlopu mam jedno ulubione. To mój słodki odwet. Na fotografii - bohater z niepewną miną trzyma w objęciach groźnego krokodyla, którego pyszczek owinięty jest różową gumką frotką.


***


Na zdjęciach widoki z rejsu.

*lauba - po śląsku: altana, która kojarzy się ze skleconą byle jak budowlą na ogródkach działkowych. 


niedziela, 15 marca 2015

Porady mistrza [z korespondencji Kurta Vonneguta]




18 maja 1996, Nowy Jork

Drogi Alexie!

Twój wuj Bob mówi, że chcesz zostać pisarzem.
Nigdy nie żałowałem, że pomagałem ludziom lepiej pisać. Co prawda ta umiejętność nie pozwala im zarobić na życie, ale uczyli się wdzięku. (…) Jeśli chcesz tworzyć beletrystykę, musisz być cierpliwy, ponieważ potrzebujesz doświadczeń, a one przychodzą z czasem.

Niestety telewizja zapewnia iluzję doświadczeń, które kiedyś pisarze zdobywali w bólach: w salach sądowych, na statkach, w szpitalach, gdziekolwiek. Proszę, nie polegaj na nich, chyba że chcesz być popularny.
Twierdzę, że należy dążyć do prawd, tych bardzo osobistych, których raczej nie nauczymy się z telewizora. Musimy wiedzieć czym one są. A przynajmniej muszę ja.

Sekretem uniwersalności powieści jest prowincjonalizm. Nie otwieraj okna i nie kochaj się z całym światem. Odkąd narodziło się opowiadanie i powieść, wszystkie arcydzieła literackie obsesyjnie skupiają się na wąskich społecznościach, tych Emmy Bovary czy Leopolda Blooma, o których większość czytelników nie wie zbyt wiele. Nauczą się o nich. Ci czytelnicy się nauczą. Pisarz jest przede wszystkim nauczycielem.

Kiedy uczę pisarstwa kreatywnego, moje lekcje dotyczą przede wszystkim towarzyskości. Błagam, błagam, błagam, zadbaj o to, żeby zaciekawić czytelnika, i idź do diabła. Dla młodych ludzi to bardzo wygodne dictum, bariera między nimi a miejscem, do którego chcą dotrzeć najszybciej, jak się da.

Pozdrowienia,
Kurt Vonnegut



[w: „Kurt Vonnegut. Listy”, opracowanie i wstęp Dan Wakefield, Wydawnicywo Albatros, str. 463]

środa, 11 marca 2015

My do remontu ["W ramionach niedoskonałości", Danuta Ewa Orzeszyna]







Jak oni to robią, poeci, że potrafią zagrać na emocjach, poruszyć czułe struny w sercu? Ująć znajomy widok z okna w ramy obrazu, rozpiąć słowa na sztalugach, malować wierszem, nazwać wzruszenia po imieniu, przypiąć uczucia do słów, nadać rozterkom barwę? 

Pierwszy wiersz Danuty Ewy Orzeszyny, który poznałam, zaintrygował mnie niepokojącym rytmem. Znajomość z tomikiem zaczęła się niewinnie, bowiem do swego świata autorka zaprasza nienachalnie, delikatnie. Ale kiedy przyjmiesz zaproszenie, zadomowisz się, dotrze do ciebie "malarskość" jej słów i wzruszy delikatna kobieca zmysłowość; a gdy jeszcze zgodzisz się, by Staruszek Czas odłożył w rogu swą laskę, aniołowi pozwolisz na kołku odwiesić swe skrzydła - już nie ma powrotu, już należysz do tego świata...

Zapraszam do zmysłowego świata poetki, „malarki słów", niezwykle skromnej osoby. To tylko kilka wierszy, garść barw wybranych z bogatej palety. Jej tomik malowany jest tęsknotami, poetka próbuje uchwycić świat, otoczyć go i troskliwie skryć „W ramionach niedoskonałości”. 


***

PACHNIDŁA

Pachnę dla ciebie
jesienną melancholią
westchnieniem łąk
przygniecionym mglistości
ciężarem

dzikością jabłoni
w zapomnianym sadzie

Pachnę dla ciebie
jesiennym melodramatem
liści zrudziałych zawiedzeniem

ostatnim dmuchawca
westchnieniem latem

nadzieją i zapomnieniem

Pachnę dla ciebie
jesiennej wilgoci namiętnością
rozkoszy pomrukiem burzy

deszczem otulonej róży nagością
chochoła zawstydzeniem
nicością kałuży

Pachnę dla ciebie
zwiastunem zimy
kradnącym pocałunki
na progu sieni

i tą wonnością wonną
wplątaną w pachnidła jesieni






MY DO REMONTU

Ramy okien
Ograniczając
Rzeczywistość
Udają obrazy

Wyciągam rękę
I niby chwytam
Perspektywę
Przelatującej chwili

Jedna z nich
Zaplątała się
W cień na ścianie

Przechodziłeś obok
Lecz nie zauważyłeś

Wyblakłe
plamy pocałunków
złowił w sieć pająk

twoje zdziwienie
omiotło pajęczynę
ale nie było
w nim
miłości

nasz świat
wymaga remontu
wyszeptałam
ty milczałeś






***








Danuta Ewa Orzeszyna - Zodiakalna Panna, numerologiczna jedenastka. Wciąż ciekawa nadchodzącego jutra, niepoprawna marzycielka, kochająca ptysie i poranną kawę. Co rusz odnajdująca w sobie nową pasje. Od lat trwająca w dziwnym związku ;) Posiadaczka trzech wspaniałych synów i złotej rybki niespełniającej życzeń. Namiętna grafomanica i wierszokletka. 

Informacje pochodzą z autorskiego bloga: Na plantacji słów...











środa, 4 marca 2015

W WALCE Z WIATRAKAMI... WYDARZENIE LITERACKIE!





Najpierw powstała opowiastka przedstawiająca kilka epizodów z życia ekscentrycznego wiejskiego szlachcica, otumanionego eposami o bohaterach, który przybiera imię don Kichota z La Manchy. Później Cervantes dopisał dalsze losy błędnego rycerza i zmienił charakter powieści. W roku 2015 obchodzimy czterysta dziesiątą rocznicę opublikowania dzieła. Don Kichot i jego giermek Sancho Pansa (w nowej wersji: Sanczo Brzuchacz) zdążyli już zadomowić się w kulturze i stali się jedną z najbardziej rozpoznawalnych i inspirujących par bohaterów literackich. Ich ślady odnajdujemy w książkach, obrazach i w muzyce; przeniknęli także do świata filmu (Charchalis dopatruje się ich wpływu na pełne kontrastów kreacje Maksa i Alberta w Seksmisji). W Polsce sylwetka don Kichota jest powszechnie znana, lecz ta wiedza często jest tylko powierzchowna. Powieść nie jest zbyt popularna, do czego przyczynia się opinia o jej trudnym i archaicznym języku.


Ilustracja z książki


Z okazji okrągłej rocznicy powstania "Don Kichota", Wojciech Charchalis postanowił zmienić nastawienie Polaków do tego dzieła. W dotychczasowych przekładach dostrzegł wiele błędów i postanowił przetłumaczyć powieść jeszcze raz. Nie krytykuje poprzedników. Jego zamiarem stało się dokonanie przekładu w oparciu o szeroko dziś dostępną literaturę krytyczną, badania filologów i wybitnych cervantystów. Analizując biografię Cervantesa, przekonał się, że "Don Kichot" nie został napisany w celach moralizatorskich. Pisarz nie zdawał sobie sprawy jaką doniosłość przypisze się jego dziełu. Podczas procesu twórczego całkiem dobrze się bawił, stworzył dzieło przepełnione humorem. Czytelnik podczas lektury powinien czerpać taką samą przyjemność. Powinien odkrywać humor w grach słownych, aluzjach, zabawach kontekstami, podziwiać wielowarstwowość języka. W dotychczasowych przekładach ten właśnie walor (bogactwo tkwiące w języku) umyka.  Zamysł Cervantesa gdzieś po drodze się ulatnia, humor ulega spłyceniu, warstwa językowa jest okaleczona. Pozostaje wrażenie, że z tekstem trzeba się mozolić. Powieść przez polskich czytelników z czasem została zaszufladkowana jako osobliwość, plasująca się gdzieś między wyzwaniami dla intelektualistów a bajędami dla dzieci…




Książka wydana w październiku 2014 roku przez wydawnictwo Rebis ma ogromną szansę to zmienić. Zawiera nie tylko nowoczesne tłumaczenie, stanowi także opracowanie krytyczne dzieła. Wstęp do powieści napisali Wojciech Charchalis oraz Filip Łobodziński. W znakomitych esejach-przewodnikach znajdziemy klucz do zrozumienia dzieła. Poznamy biografię Cervantesa, genezę utworu, kontekst kulturowy, źródła  literackie i inspiracje pisarza. Dowiemy się na czym polegało nowatorstwo "Don Kichota". Zbadane zostały mity i fantazje, które narosły wokół pisarza, co było rezultatem celowej kampanii, a po części wynikło z utożsamiania twórcy z wykreowaną przez niego postacią. Celem Charchalisa było „odbrązowienie” sylwetkę pisarza. Może nie tyle udało mu się całkowicie pozbawiać go piedestału, raczej dotarł w tej spiżowej figurze do człowieka. 

Odkryjmy zatem na nowo don Kichota - Rycerza Żałosnego Oblicza, wielkiego wielbiciela wdzięków kobiecych i jeszcze większego znawcę zwyczajów błędnych rycerzy; powołanego, by pomścić każdą krzywdę i niesprawiedliwość, ratować damy z opresji, przywrócić tradycję Rycerzy Okrągłego Stołu, wskrzesić legendę Amadisa z Walii, Orlanda Szalonego (i jakiego tam jeszcze rycerza podsunie szlachcicowi uwięziona w świecie książek wyobraźnia). Towarzyszy mu zaś giermek Sanczo Brzuchacz, prosty chłop, którego myśli krążą najczęściej wokół pustego żołądka; łatwowierny, chociaż czasem zaskakująco rozsądny (zupełnie jednak gubiący głowę i logikę w sprawach dotyczących jego wynagrodzenia za służbę). Ich historii nie wypada nawet przytaczać, nie powinno się nikogo pozbawiać przyjemności płynącej z lektury. Można natomiast zaręczyć, że ich przygody stały się tłem do zademonstrowania prawdziwego kunsztu pisarskiego, niezwykłej fantazji, a zwłaszcza olbrzymiej dawki humoru, który autor wydobywa na różnych płaszczyznach, przez  zastosowanie aluzji, podtekstów, gier słownych, zabawy kontekstami, odwracaniem ról oraz różnych innych forteli. Dzięki Charchalisowi, który przywrócił powieści współczesne brzmienie (archaizmy, ściśle według zamierzeń Cervantesa, zostały pozostawione w partiach don Kichota; ich zadaniem jest podkreślanie obłędu rycerza) - czytelnik może w pełni docenić i delektować się tą wirtuozerią.
Nowy przekład z pewnością czytelnika przekona, iż Cervantesowi udało się podnieść komizm do rangi sztuki. Dowcip i humor odnajdziemy nie tylko w powadze i dostojeństwie, z jakim szlachcic podchodzi do swojej misji. Dostrzeżemy go w relacji między don Kichotem a jego sługą, która podlega dynamicznym przemianom. W specyficznym języku, jakim posługują się poszczególni bohaterowie i w próbach podszywania się pod cudze kwestie. W zabawnych dialogach z podtekstami. W stosowaniu kolokwialnego języka w patetycznych przemowach. W pompatycznych oracjach zupełnie nieprzystających do okoliczności. Silny ładunek komizmu uchwycony został w jednej z końcowych (niemal wodewilowych) scen, gdy wszyscy przez moment zdają się obłąkani, a don Kichot zachowuje rozsądek. Mamy wreszcie przezabawną sytuację, gdy autor (na wzór romansów rycerskich, ale z lekką kpiną) zaczyna wprowadzać tłum heroin przecudnej urody. Każda następna jest piękniejsza i w takim stopniu przewyższa poprzedniczkę czarem i wdziękiem, iż wydaje się, że pisarzowi braknie słów, a zwłaszcza stopni przymiotników, by uchwycić ten proces.

Wojciechowi Charchalisowi udało się wskrzesił blask "Don Kichota". Czytając „odkurzone” dzieło czytelnik ma wrażenie, że odkrywa je na nowo. Tłumacz zrewolucjonizował tekst, chociaż tylko przywrócił mu formę, zgodną z zamysłem twórcy. Warto zwrócić uwagę na szatę graficzną książki i jej jakość edytorską. Publikacja uświetniona została pracami malarza, grafika i ilustratora Wojciecha Siudmaka. Całość tworzy wysmakowane wydawnictwo albumowe, które jest godną oprawą dzieła literackiego, które przecież stanowi „pomnik” nowożytnej powieści. 




Przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Rebis oraz portalu:




 Za książkę serdecznie dziękuję.





poniedziałek, 2 marca 2015

CZARNUSZKA


Obiecuję zbytnio nie zamęczać pocztówkami z wakacji, ale skoro ciepło przyjęliście "fantasię", to może nie pogniewacie się za inne wspomnienie, w końcu za oknem tak leje...


*** 

Szukając pomysłu na prezenty i pamiątki w krajach arabskich warto pomyśleć o przyprawach. Nie tylko dla wonnych paczuszek, którymi obdarujemy znajomych, ale też dla wrażeń, które zachowamy dla siebie... Dla samej łazęgi po bazarach, targach i sukach, pośród fantazyjnie usypanych kolorowych kopczyków, stosików, koszyków i słoiczków, pęków wysuszonych liści, przedziwnych wag i gwaru targujących się ludzi. To wszystko ma swój urok. Mieni się kolorami, tętni życiem, roztacza aromat i atakuje zmysły hałaśliwym, wesołym rozgardiaszem…
         
Jesteśmy na urlopie w Jordanii. Jak zwykle pierwszą część spędzimy na walizkach, zwiedzając kraj autokarem. Będzie trochę pośpiechu, trochę szaleństwa, a w zamian mnóstwo wrażeń… Pierwszego dnia przy kolacji poznajemy uroczą parę, z którą będzie nam raźniej w tłumie przypadkowo poznanych turystów. Siadamy przy wspólnym stoliku, zajadamy się świeżutkim pieczywem obsypanym tajemniczym czarnym ziarnem. To czarnuszka – tłumaczy nasza nowa Znajoma. Można ją, przy odrobinie szczęścia, zdobyć w Polsce. Znana w starożytnym Egipcie, wymieniona w Biblii, zalecana przez Hipokratesa. Wykorzystywana do łagodzenia przeziębień, infekcji, bólu głowy, zaburzeń trawiennych i alergii. – W tym roku przywiozę ją sobie z Jordanii - dodaje - na pamiątkę wczasów i naszej pierwszej wspólnej kolacji. 

Jordania robi na nas wrażenie. Godzinami błąkamy się oglądając różowe i cynobrowe skarby Petry, szukamy śladów Lawrence’a z Arabii na pustyni Wadi Rum. W miastach i miasteczkach rozczulają nas portrety króla Jordanii - Abdullaha, przedstawianego często ze swoją rodziną. Król jest otoczony wielkim szacunkiem i miłością poddanych, a legendarna uroda królowej zupełnie nie jest przesadzona.

Ostatniego dnia, kiedy pamiątki są kupione, aparaty wypełnione wspomnieniami, pocztówki wysłane, na nic nie mamy już siły i chcemy wracać do hotelu, nasza Znajoma właśnie postanawia odwiedzić suk z przyprawami. Nie czuję się specjalnie dobrze, ale przecież nie mogę teraz wrócić do hotelu. Znajoma ma piękne blond włosy, co przeważnie działa na sprzedawców ogłupiająco. A kiedy się uśmiecha i pojawiają się figlarne dołeczki w jej policzkach, tracą głowę do reszty. Za nic nie odmówię sobie tego spektaklu.
                    
Podchodzimy do stoiska, które kusi i wabi kolorami. Po chwili już stoimy ciasno zbici w kupkę, owiani duszącym zapachem jakiegoś zielska, z gorącą miętową herbatą w ręce. Mój mąż niezadowolony trochę marudzi, chce wychodzić, bolą go plecy. Ależ nie trzeba wychodzić! Już materializuje się przed nami krzesło i mąż (pan i władca, według arabskich standardów) siedzi sobie pośrodku. – Odstąpiłbym ci krzesło – śmieje się – ale należy uszanować arabskie zwyczaje… 

Za nic nie złamię arabskich zwyczajów. Stoję więc i popijam herbatkę, a Znajoma i jej córka już pod rękę zostają oprowadzane po królestwie przypraw. Znajoma uroczo się uśmiecha, demonstruje dołeczki, paluszkiem wskazuje przyprawy, córka tłumaczy, a sprzedawca otwiera skrzyneczki, przesypuje ziarenka, waży i rozpływa się w zachwytach. Targują się i przekomarzają. – A dla pani? – zwraca się do mnie. Ale ja niczego nie chcę, chyba tylko trochę świętego spokoju. Chcę wrócić do pokoju i zdjąć buty – I don’t need anything. Thank you. – odpowiadam grzecznie. – Może jednak. Może sezam w kilku smakach? Kręcę głową. Ale sprzedawca nie chce dać za wygraną, któż nie potrzebuje jego sezamu! Chce mnie na siłę wciągnąć w zabawę. – Nic nie potrzebuję – mówię z naciskiem. A gdy nie odchodzi i dalej namawia, rzucam: - W ogóle nie gotuję! Teraz dopiero wystąpiłam przeciwko arabskim zwyczajom. Atmosfera zmienia się w ciągu sekundy: w środku tropikalnego lata powiało arktycznym chłodem, urażony kupiec mrozi mnie wzrokiem. Spogląda na mojego męża. Z góry, bo mąż na krzesełku… „Biedny facet. – czytam w jego wzroku – Po co mu ta kobieta? Nie gotuje. Żeby chociaż była blondynką!”

Przez moment mam wrażenie, że odbierze mi szklankę z herbatą. Wraca jednak do sklepu, w środku czeka na niego godna klientka. Od tej pory nie zaszczyca mnie spojrzeniem. Mam spokój. A Znajoma jest w swoim żywiole. Wszystko wskazuje na to, że wpadła w zakupowy amok. - Wszystko już mam – pokrzykuje - Jeszcze tylko czarnuszka! I mówi do córki – przetłumacz mu. Powiedz, że potrzebuję czarnuszki! - Ale córka nie wie jak brzmi po angielsku jej nazwa, więc Znajoma się denerwuje. – Jak to nie wiesz, to weź, powiedz: takie ziarenka czarne, większe od maku, jak kminek. No wymyśl coś... Słuchaj chłopie – nagle bierze sprawy w swoje ręce - Takie czarne: czarnuszka, no! CZAR-NUSZ-KA! CZAR-NUSZ-KA! - skanduje zdesperowana. Odwracam się do męża i złośliwie mrużę oczy, ciekawe czy będzie chciała kupić kocimiętkę? Handlarz przynosi jej coraz inne przyprawy, wyciąga jakieś słoiczki i zakurzone paczki, gorączkowo się miota, ale to wciąż nie to.

W końcu Znajoma rezygnuje. Pogodziła się z losem. Mam nadzieję, że spektakl się kończy, nogi mnie bolą. Zaczynam marzyć o sklepie, który czeka na mnie w Polsce i który nie wymaga od kobiety, by dobrze wyglądała. W ogóle nie będę wyglądać, w dresach będę, gdy pójdę następnym razem po zakupy. Wejdę do sklepu po powrocie, wezmę torebkę soli, ot tak, prosto z półki. Podejdę do kasy, zapłacę i od razu odzyskam wolność! Rozkosz... Moje towarzyszki jednak tak łatwo nie odpuszczają…



Muszą sobie jakoś zrekompensować małe niepowodzenie. Pytają czy dostaną prezent, w końcu tyle tych paczuszek kupiły - więc zabawa zaczyna się na nowo. Kupiec patrzy na śliczne blond loki, cmoka z uznaniem i kiwa głową. - Dostaniecie prezent, a jakże, ale musicie zasłużyć - powiada. - Będę miał dla was coś specjalnego, jeśli odgadniecie zagadkę. Rozsiada się pośrodku sklepu, już nie sprzedawca, tylko sfinks przebiegły i zaczyna swoją opowieść: „Nasz król Abdullah, jest bardzo mądrym człowiekiem. Ma liczne talenta. Ale ma problem, a my, smutni poddani nie wiemy jak pomóc… Potrafi grać na pianinie, nikt nie może dociec, dlaczego nie używa tego palca...” i kupiec zastyga z wyprostowanym palcem, wycelowanym prosto w nos mojej Znajomej. Zapada cisza i chwilę tak trwamy. Nic się nie dzieje, a ja naprawdę nie wierzę, że nikt nie zna tego wyświechtanego dowcipu. W końcu odzywam się i wyjaśniam dlaczego czcigodny król nie gra tym jego sękatym paluchem i kupiec nieoczekiwanie mięknie. Już mi wybaczył włosy i moją nieprzydatność w kuchni, już obsypuje „moją mądrość” kwiecistym wulkanem komplementów. Za chwilę zrzuci mojego męża z krzesła i posadzi mnie na tronie... ale nie.  Biegnie na zaplecze, wraca z paczuszką i wręcza mi ją uroczyście. Mówi, że wygrałam uczciwie, więc prezent jest mój. Spoglądamy zdumieni. W rękach trzymam zawiniątko z czarnuszką.