piątek, 28 sierpnia 2015

Jesień w Wydawnictwie Literackim





Joseph nie jest bukoliką, wcale nie! To książka o samotności, „epopeja wielkiej samotności zwykłego człowieka”. Ale ta samotność jest w jakimś sensie wypełniona tym światem, które Joseph nosi w sobie, ukryty pod skórą, w ciele, w języku.
Marie Hélène-Lafon

Psychologiczne i literackie arcydziełko. W tej niewielkich rozmiarów opowieści o zwykłym człowieku i jego prostym życiu nie ma nic zbędnego. Każde słowo jest wyważone, każde zdanie przemyślane i skondensowane. Joseph dobiega sześćdziesiątki. Niewielu ludzi go zauważa, bo niczym się nie wyróżnia. Niewielu go kocha, może nawet nikt, bo Sylvie już dawno odeszła, a matka faworyzuje jego brata. Niczego nie zgromadził przez te lata, jest sam i żyje życiem innym ludzi, jakby własnego nie miał... Tylko czy życie Josepha rzeczywiście nic nie znaczy?

Premiera 17 września

***



Najnowsza książka bestsellerowej pisarki. Piękna i pełna osobistych wątków powieść o dzieciństwie.
„Masz siostrę!” – radosny okrzyk babci wybudził ją w październikowy poranek. To pierwsze, mocno utrwalone wspomnienie dziewczynki. Odtąd była starszą siostrą, mądrzejszą, odpowiedzialną. Jako sześciolatka zaczęła swoją drogę do dorosłości.
Wakacje co roku spędzała u dziadków na wsi. Całe dnie biegała boso po trawie, bawiła się ze zwierzętami, pomagała babci, prowadząc z nią długie rozmowy. 
Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zabiera nas w podróż do małego podwarszawskiego miasta i mazowieckiej wsi, ukrytych w nich wspomnień, obrazów, wrażeń i ludzi. Dorosła kobieta – której synowie opuszczają właśnie rodzinne gniazdo – opowiada historię dziewczynki i odkrywa piękno zwyczajnych rzeczy. Rozmowa przy stole, rodzinna wyprawa pociągiem do sąsiedniej miejscowości, uścisk dłoni najbliższych. Potrafiły przynieść wielką radość i były – może wciąż są – na wyciągnięcie ręki.
Kalendarze to mądra opowieść, która pokazuje, że spokojne i z pozoru nudne życie potrafi być wielkim darem.

Premiera 24 września

***



Australijska Wojna i pokój. Nagroda Bookera 2014

Są lata, kiedy Nagrodą Bookera wyróżniamy bardzo dobre książki,
w tym roku przypadła ona w udziale prawdziwemu arcydziełu.

A.C. Grayling, sekretarz kapituły Nagrody Bookera (2014)

Osadzony w japońskim obozie, którego jeńcy są wykorzystywani przy budowie Kolei Śmierci w Birmie, chirurg Dorrigo Evans nie może przestać myśleć o romansie z żoną swego wuja sprzed dwóch lat. Bliski rozpaczy codziennie musi walczyć o ocalenie podlegających mu żołnierzy przed głodem, cholerą, biciem... Pewnego dnia otrzymuje list, który zmieni jego życie na zawsze.

Jest to opowieść o wielu rodzajach miłości i śmierci, o wojnie i prawdzie, do której dochodzi się z wiekiem, o sukcesie, który osiąga się po to tylko, by uświadomić sobie, co się straciło.

Premiera 8 października

***



Melancholia i dziwność Stambułu oczami jego mieszkańców z biednych dzielnic


Uliczny handlarz, wędrujący w zimowe wieczory po nędznych, zaniedbanych ulicach Stambułu, to rzadkość. Mevlut  Karataş jest jednym z ostatnich i coraz mniej mieszkańców miasta otwiera okna i drzwi na jego głośne zawołanie: „Buzaaaa!” Za dnia trudni się sprzedażą jogurtu, pilawu albo kelnerowaniem, za to nocą bierze na barki dzbany tradycyjnego tureckiego napoju, a nogi same niosą go przed siebie. Buza jest spuścizną po przodkach, przypomina ludziom o dawnych czasach i Mevlut nie wyobraża sobie życia bez niej, bez  żartów z klientami i bez Stambułu, jego krętych uliczek, zakamarków, dzielnic, które zna jak własną kieszeń.
Ta epicka opowieść (prawie 700 stron!) o losach Mevluta i jego wielopokoleniowej rodziny w pasjonujący sposób splata się z barwną kroniką Stambułu lat 1969-2012. Wraz z Mevlutem, jego ojcem, wujostwem, kuzynami  i pozostałymi członkami stopniowo powiększającej się rodziny obserwujemy Stambuł na przestrzeni  kilku dziesięcioleci i jesteśmy świadkami fascynujących przemian, jakim podlegała metropolia.

Premiera 5 listopada

***


Eleanor Catton "Próba"

Debiutancka powieść autorki Wszystko, co lśni

W mieście wybuchł skandal obyczajowy — nauczyciel liceum muzycznego miał romans z nieletnią uczennicą. W sąsiedniej szkole teatralnej uczniowie postanawiają na zaliczenie odegrać sztukę, której tematem są te wydarzenia. Emocje, które temu towarzyszą, sięgają zenitu, gdy jeden z grających w przedstawieniu uczniów dowiaduje się, że molestowaną uczennicą jest młodsza siostra jego dziewczyny.

Premiera 3 grudnia

***

Koniecznie wspomnieć należy jeszcze o jednej pozycji, wydanej przez Noir Sur Blanc:


Bruno Stressmeyer nie lubi ludzi, psów, miasta, w którym mieszka, i władz, które nim rządzą. Nie lubi być zdrowy, choć o zdrowie skrupulatnie dba. Nie musi i nie chce pracować. O nikogo nie musi i nie chce się troszczyć. Nie cierpi swojego brata, cierpi jednak z powodu jego kontrowersyjnej decyzji. Jest przekonany, że samotność to jedyny stan, który mu odpowiada. Doprawdy?

Premiera 24 września















wtorek, 25 sierpnia 2015

"Życie Charlotte Brontë", Elizabeth Gaskell









BIOGRAFIA PISARKI - FAKTY I MITY


Powieść „Dziwne losy Jane Eyre” (w oryginale „Jane Eyre: An Autobiography”) została opublikowana w roku 1847 pod pseudonimem: Currer Bell. Jej autorką była jedna z utalentowanych córek pastora z Haworth, która nie życzyła sobie zamieszania wokół swojej niezwykle skromnej osoby. Publikacja okazała się jednak olbrzymim sukcesem wydawniczym i stała się przyczyną niemal narodowej debaty dotyczącej domniemanej płci autora. Jeden z bystrych literatów przeprowadził śledztwo. Na podstawie nazw miejscowości występujących w powieści oraz gwarowych wyrażeń wytropił region, z którego pochodził autor, a następnie domyślił się kto skrył się pod pseudonimem. Świat dowiedział się, że książkę, która porwała tłumy i zachwyciła krytyków, napisała kobieta. Charlotte nigdy jednak nie pozwoliła, by rozgłos w najmniejszym stopniu wpłynął na styl jej życia. Pod tym względem okazała się równie niezłomna, jak jej bohaterka – Jane Eyre.

Wkrótce po śmierci Charlotte – pogrążony w żałobie ojciec (pastor Patrick Brontë) podjął kroki, mające doprowadzić do opublikowania biografii córki. Zwrócił się z propozycją jej napisania do Elizabeth Gaskell, uznanej pisarki, która znała Charlottę osobiście. Gaskell chętnie przyjęła zlecenie. Była nie tylko bliską przyjaciółką, od dawna należała także do grona najszczerszych fanów talentu Charlotte. Zamierzała jednak napisać biografię według własnej koncepcji i przeczuwała, że nie wszystko może spodobać się rodzinie. Dlatego nie udostępniła pastorowi rękopisu do autoryzacji. Biografia ukazała się dwa lata po śmierci Charlotte, a jej publikacji towarzyszył skandal. Autorka została zasypana listami z pretensjami od osób które uraziła, a kilka spraw znalazło swoje zakończenie w sądzie.

Sięgając po biografię, warto poświęcić uwagę znakomitemu wstępowi Eryka Ostrowskiego, który odsłania kulisy jej powstania i zwraca uwagę na fragmenty, w których autorka dopuściła się manipulacji. Z uwzględnieniem tych poprawek możemy spokojnie oddać się kontemplacji lektury, mając pewność, że obraz pisarki, który się wyłania – jest nie tylko sugestywny, ale przede wszystkim prawdziwy. Krytycy przez lata dogłębnie analizując dzieło doszli do wniosku, że mimo jego na poły literackiego charakteru i niewielkich wad – jest jedną z najbardziej rzetelnych biografii Charlotte. Książka na stałe weszła już do kanonu klasyki światowej literatury jako pozycja, która nie tylko rzuca światło na sylwetkę pisarki  i jej  rodzeństwo, ale stanowi obowiązkowe dopełnienie jej twórczości. Kolejne pokolenia czytelników szukają w niej klucza do zrozumienia zagadkowej, wręcz enigmatycznej autorki „Jane Eyre”. 

Czytając dzieło Elizabet Gaskell czytelnik łatwo dostrzeże, że pisarka zaangażowała się w projekt emocjonalnie. Z czasem okazało się, że jej zamiarem nie było napisanie zwykłej biografii, raczej wykreowanie legendy.  Autorka podjęła się zadania z prawdziwie epickim rozmachem. Dzięki temu publikacja nie skupia się wyłącznie na suchych faktach, Charlotte Brontë została przedstawiona niezwykle barwnie – zupełnie jak jedna z bohaterek jej własnych powieści. Książka w dużej mierze opiera się na korespondencji Charlotte i stanowi do niej komentarz. Chcąc jednak wiernie przedstawić fascynującą osobowość i umysł bohaterki,  jej wrażliwość, absolutne poświęcenie dla najbliższych, a także przyczynę chorobliwego niemal lęku przed obcymi ludźmi – Gaskell sporo miejsca poświęciła warunkom społeczno-kulturalnym, które ją ukształtowały; uchwyciła między innymi przepaść między modelem życia mieszkańców Londynu i większych miast a specyfiką życia w wiosce Harwoth - na prowincji (w dodatku pod dachem pastora wyznającego niezwykle surowe zasady). Poznajemy zatem pełne wyrzeczeń i strat życie Charlotte, jej marzenia i plany (i proces powolnego godzenia się z myślą, że nigdy ich nie zrealizuje). Prześledzimy narodziny i rozwój jej literackiego talentu i genezę utworów. Wreszcie – będzie nam dane zobaczyć pisarkę w jej naturalnym otoczeniu: podczas wykonywania codziennych obowiązków na plebanii i w trakcie niekończących się spacerów po ponurych i przytłaczających monotonią (ale ukochanych przez siostry Brontë) wrzosowiskach. Współczesny czytelnik otrzymuje zatem kompleksowe dzieło. Może je potraktować jako biografię i przewodnik po twróczości Charlotte; w szerszym aspekcie książka stanowi wnikliwą panoramę społeczną, a nawet kronikę epoki.



Książkę  przeczytałam dzięki uprzejmości portalu:




piątek, 21 sierpnia 2015

"Na dno", Quentin Bates





O tempora, o mores!


Sięgając po powieść promowaną jako „kryminał islandzki” polski czytelnik spodziewa się, że książka wpisze się w konwencję literatury skandynawskiej, a to oznacza, iż zawiera opisy egzotycznej wyspy, surowej i fascynującej przyrody, stanowiącej tło dla ukazania mentalności jej mieszkańców. W przypadku książki „Na dno”- określenie jej przez wydawcę „kryminałem islandzkim” jest zatem zabiegiem nieco ryzykownym – w pewnym sensie uprawomocnionym, ale jednocześnie wprowadzającym w błąd. Owszem – czytelnik, który szuka specyficznej skandynawskiej literatury – sięgnie po nią, ale może być rozczarowany. Książka nie zapewni opisów przyrody, natomiast dotyka ciekawej i bulwersującej tematyki i byłoby lepiej, gdyby potencjalny czytelnik został uprzedzony, że sięga po niekonwencjonalny kryminał, którego akcja rozgrywa się na Islandii...

Quentin Bates jest brytyjskim dziennikarzem i autorem serii kryminałów. Ponieważ mieszkał przez pewien okres czasu na Islandii, a klimat wyspy go oczarował, postanowił akcję swych książek umieścić właśnie w jej scenerii. „Na dno” jest pierwszą książką dostępną polskiemu czytelnikowi. Na czym polega „niekonwencjonalność” tej książki? Podobnie jak w innych kryminałach mamy do czynienia z ofiarą i dochodzeniem policyjnym, ale nie przeżywamy dreszczyku emocji, który towarzyszy odkrywaniu i domyślaniu się kto miał motyw i zabił, rzecz zupełnie w czym innym… Czytelnik powoli odkrywa, że przenosząc się na odległą wyspę, wcale nie uciekł od znanej rzeczywistości, a prezentowane problemy są mu bliższe, niż mu się wydaje. Poznajemy zupełnie nieoczekiwane oblicze Islandii: rozwijający się przemysł, rzesze emigrantów, zagrożenie bezrobociem i problemy kadrowe. Do tego afery, korupcja, skandale towarzyskie i obraz elit zamieszanych w nielegalne interesy i inwestycje. Majstrowanie w przepisach prawnych, nielegalne wykorzystywanie publicznych pieniędzy i bezradność zwykłych obywateli. Treść książki wydaje się dziwnie znajoma. Czyżby autor czerpał inspirację z wieczornych wiadomości? Czytając książkę „Na dno” nie dane nam będzie rozkoszowanie się egzotyką wyspy. Raczej zyskamy kolejny dowód na to, że świat naprawdę stał się globalną wioską…

W małym porcie, w Hvalviku (w którym nie ma nawet typowego komisariatu), znaleziono zwłoki młodego mężczyzny. Komendant policji od razu otrzymuje rozkaz „z góry”, by zbytnio nie angażować się w sprawę. Coś jednak nie daje spokoju Gunnie (sierżant Gunbhildur Gisladóttir), która prowadzi dyskretne dochodzenie. Policjantka nie wierzy w przypadkowe utonięcie człowieka, potrafi  też znaleźć powiązanie jego śmierci z problemami nowo powstającego kombinatu przemysłowego. Tajemnicą poliszynela jest to, że współudziałowca budowy to (niebagatela) – sam minister środowiska, który pokrętnymi machinacjami uzyskał pozwolenie i pieniądze na budowę zakładu - w dodatku na terenie rezerwatu… „O tempora! o mores!” - chciałoby się krzyczeć, tyle że nie krzyczymy, bo nic nas w tym dziwnym świecie w zasadzie nie zdoła zadziwić… W Hvalviku jednak coś się dzieje, rośnie niezadowolenie mieszkańców, a w powietrzu wyczuwalne jest napięcie. Skoro nie można liczyć na rząd, to trzeba wyrazić swój protest w demonstracjach…

Gunna ma do dyspozycji tylko dwóch ludzi, a jej przełożony zrobi wszystko, by nie zaszkodzić swojej karierze, więc wydaje się, że sprawa morderstwa zostanie zatuszowana. Na szczęście policjantka bezwiednie znajduje silnego sprzymierzeńca. Sprawę nagłaśnia piekielnie dobrze poinformowany, nieuchwytny i znienawidzony (w pewnych kręgach) Skandalblogger, który bez owijania w bawełnę wywleka i upublicznia brudne sprawy ludzi stojących na świeczniku. Temat zostaje podchwycony przez dziennikarzy, pewnych spraw już nie można dłużej ukrywać i w ten sposób Gunna nagle otrzymuje zielone światło w sprawie dochodzenia. Czy to wystarczy? Czy policja rozgryzie sprawę? Czy winni zostaną ukarani?

Książka jest całkiem sprawnie napisana. Co prawda nie jest pozbawiona drobnych mankamentów (znajdziemy parę uwag do autora i do tłumacza), ale ma także sporo zalet. Autor jest dziennikarzem i z jego książki przebija autentyczna wiara w szlachetne przesłanie tego zawodu. Praca reporterów (jak u Stiega Larssona) sprowadza się do wypełniania misji społecznej. Jednym z największych walorów książki jest spotkanie z Gunną, przesympatyczną policjantką z prowincjonalnego komisariatu, która nagle zostaje rzucona na całkiem głębokie wody.  Dla niej warto sięgnąć po książkę, nie można jej nie polubić. Gunna to naprawdę „duża” dziewczynka, której atutem jest inteligencja i całkiem niezłe poczucie humoru…





Za książkę dziękuję autorowi i Pani Krystynie

środa, 19 sierpnia 2015

Życiowe wyzwania, czyli "Lucynka, Macioszka i ja" Martina Reinera








Martin Reiner - to poeta, pisarz, wydawca; jedna z najważniejszych postaci czeskiej literatury współczesnej. Wieloletni badacz życia i twórczości legendarnego czeskiego poety Ivana Blatnego. Laureat Nagrody im. Josefa Skvoreckiego, Nagrody Magnesia Litera oraz zwycięzca Ankiety "Lidovych novin" za 2014 rok - czyli najbardziej utytułowany współczesny czeski pisarz [informacje wydawcy]. 

Pod koniec maja nakładem wydawnictwa Stara Szkoła ukazała się książka "Lucynka, Macoszka i ja"; w przyszłym roku polski czytelnik będzie miał także okazję poznać publikację: "Poeta. Powieść o Ivanie Blatnym", która w czeskim konkursie Magnesia Litera uzyskała tytuł "Książki Roku". 








„Lucynka, Macoszka i ja” to oparta na prawdziwych wydarzeniach, niezwykle kameralna, wręcz intymna opowieść, która ukazuje wpływ literackich poszukiwań na rozwój duchowy człowieka.


Recenzja TUTAJ



***

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości:






poniedziałek, 17 sierpnia 2015

"Czy jest ktoś, kto cię kocha?" - fragment książki [Materiały prasowe]

Nakładem Książkowych Klimatów ukazał się wyróżniony Europejską Nagrodą Literacką tom opowiadań Kalina Terzijskiego „Czy jest ktoś, kto cię kocha?”. W roku 2011 sofijski prozaik za tą publikację otrzymał Europejską Nagrodę Literacką.

Zbiór opowiadań Terzijskiego inauguruje serię Bułgarskie Klimaty. 




"Rzeczywistość Kalina Terzijskiego zaludniają outsiderzy, alkoholicy, wyłudzacze, nieznośni sąsiedzi, niespełnieni kochankowie... Obyczajowy obrazek sąsiaduje tu z przełamanym przekorną puentą symbolizmem, przed melancholią i powagą życia chronią zaś ironia i zgryźliwy humor.

Bohaterowie „Czy jest ktoś, kto cię kocha?” przypominają nas samych tak bardzo, że być może lektura jest tylko złudzeniem i to my sami odgrywamy w opowiadaniach sofijskiego pisarza główne role. Bo przecież „nie radzimy sobie szczególnie dobrze” i do złudzenia przypominamy Antona K., który mógłby bez trudu zamienić się miejscami z Kafkowskim Józefem, gdyby tylko tego drugiego wzięły w obroty i przemieliły tryby codzienności. Ale jest też u Terzijskiego tęsknota za miłością, jej fizyczna wręcz potrzeba, która nawet w chwilach cynizmu przebija na wierzch i przynosi nadzieję".


***

POMARAŃCZOWE, PRAWIE BRĄZOWE

***

Mieszkał w dzielnicy Izgrew i wszystko szło mu jak z płatka. Nawet praca, co w dzisiejszych czasach jest aż nieprawdopodobne, zwłaszcza jeśli się uprawia wolny zawód malarza. W miesiącu sprzedawał średnio dwa obrazy po jakieś pięćset dolarów. Całkiem przyzwoite pieniądze. Wystawiał z grupą przyjaciół, którzy byli młodzi i umiarkowanie awangardowi – to znaczy używali wciąż jeszcze płótna i farb, a nie rozjechanych kotów i różnych odcieni odblaskowej zieleni. Jego własna awangardowość była jeszcze bardziej umiarkowana – nie dość, że używał płótna i farb, to jeszcze ograniczał się do bardzo wąskiej kolorystycznej gamy. Malował zawsze w tej samej tonacji – niebieskawobrązowawej, jeśli można mówić o takiej tonacji. Po prostu nie znosił pstrokacizny. Według niego różnorodność kolorów stanowiła cygański, zwariowany i bezmyślny przejaw prostactwa. Taki był od małego.
            Podczas gdy inne dzieci nosiły czerwone dresy i żółte ortalionowe kurtki z niebieskimi napisami, on chodził w brązowym swetrze i granatowych, absolutnie neutralnych kolorystycznie spodniach. Wszystkie jego rzeczy były albo szarawe, albo granatowe, albo brązowawe. Od małego lubił grafikę, ale wydawało mu się, że zawiera ona w sobie ideę brakującego koloru, całkiem jakby kolor mógł zostać do niej dodany i wszystko zepsuć. Dlatego zaczął malować farbami, i to w najbardziej przygaszonych kolorach – szarość, brąz, granat. Nawet czerń go drażniła jako zbyt jaskrawa.

***

Mimo tego dziwnego umiłowania obojętnych barw był dość utalentowany i wszystko szło mu jak z płatka. Dotyczyło to i sprzedaży obrazów, i spraw życiowych. Był utalentowany także życiowo.
            Tylko jedno było nie tak. Żona. Właściwie niekoniecznie żona, bo jego żona sama w sobie była cudowna. No, żeby aż cudowna… była bardzo ładna, artystyczna, emocjonalna… i wszystko inne, co można powiedzieć o kobietach… takich, które grają człowiekowi na nerwach i doprowadzają do szału. Krótko mówiąc, bardzo oryginalna osoba – tak się chyba określa kobiety, którym chciałoby się porządnie przyłożyć w zgrabniutki tyłeczek. A sprawy wyglądały następująco. Była tak oryginalna, że na szyi nosiła miniaturową doniczkę z prawdziwym żywym fiołkiem. Miała nie tylko kolczyk w pępku i bransoletkę na łydce, lecz także pierścionki na wszystkich palcach nóg. Nie stanowiło to dla niego problemu – sam był ekscentryczny, ale jego chorobliwa wrażliwość na jaskrawe barwy doprowadzała go do przerażenia w sytuacji, gdy żona malowała sobie włosy na jaskrawozielony kolor i nakładała pomarańczową szminkę.
            Zajmowała się ceramiką, wyrabiała różne przedmioty z gliny – ale to tworzywo nie miało dla niej żadnego znaczenia. Po wypaleniu swoich dzieł w piecu, stojącym w ich wspólnej pracowni, rozpoczynała prawdziwą pracę – pokrywała skromną, przyjemnie brązowawą glinę najbardziej krzyczącymi, złowrogimi, słonecznymi i przeraźliwie radosnymi barwami. Taka była jej praca.
            A on się nie złościł, bo nie naruszało to w znaczący sposób jego życia osobistego. Dopóki nie naruszało. Bo w którymś momencie to się zaczęło zmieniać.
            Na początku pomalowała kuchenne drzwi razem z framugami na żółto. Jęknął, ale cichutko, do środka. Po tygodniu nie wytrzymał i przemalował je na brązowo, dopiero wtedy się uspokoił. Bądź co bądź w kuchni się jadało! Ale żona zrobiła się niespokojna. Pomalowała stołki na fiołkowo. Przez dwa dni zgrzytał zębami, po czym je wyrzucił. Kupił plastikowe krzesełka ogrodowe, te przynajmniej były białe. Wtedy rozpoczęła ofensywę w pokojach. Wszędzie rozstawiała swoją różnokolorową ceramikę, rozwieszała makramy i nieprawdopodobnie pstre chodniki – na podłodze, na ścianach, miejscami nawet na sufi cie. Kręciło mu się od tego w głowie, czuł mdłości i roiły mu się niejasne myśli o odwecie. Do tej pory – od początku znajomości – nigdy poważnie się nie kłócili. Ona po prostu była tak zajęta swoimi pomarańczowymi szminkami i fioletowymi farbami do włosów oraz sztucznymi rubinami w pierścionkach na palcach nóg, że się nie kłócili. Czasem sobie trochę dogadywali dla poprawy nastroju. Tak było do tej pory.
            Któregoś dnia doszedł jednak do wniosku, że powinni się pokłócić. Powiedział jej prosto z mostu o swojej nienawiści do tych pstrokacizn. „Więcej żadnej pstrokacizny, przynajmniej w mojej osobistej przestrzeni. Jasne?” – spytał. „Przestań udawać ważniaka. Ta przestrzeń jest także moja. Nie mogę mieszkać w jaskini!”
            Następnego dnia siedział w pracowni i czuł, jak wzbiera w nim zimny gniew. Kompletna prostaczka. I najpewniej chodzi jej o to, żeby mu zrobić na złość. Żeby rozdrapywać pomarańczowymi pazurami jego wysublimowaną wrażliwość kolorystyczną…
            Wrócił o dziesiątej wieczorem. W mieszkaniu było ciemno. Zapalił wszystkie lampy w największym pokoju. I krzyknął – był to normalny, cienki i pełen przerażenia krzyk. Pokój miał cztery ściany, jak to pokój. Tyle że teraz każda z nich miała inny kolor – żółć, oranż, róż i ultramaryna. A ona siedziała w jego fotelu, który był pokryty (podobnie jak kanapa i pozostałe fotele) jakąś przeraźliwą kratką.
            Podszedł do niej. Uśmiechnął się. Nie zauważyła, że w jego uśmiechu jest coś, czego tam nie powinno być. Pochylił się, przymknąwszy oczy jak do pocałunku. Ona uśmiechnęła się niemądrze i uniosła twarz. Wtedy zaczął ją powoli, uparcie i spokojnie dusić.
            Po półgodzinie włączył w pracowni piec i wepchnął bezwładne ciało do środka. Jako ostatnią wepchnął lewą rękę z cytrynowożółtymi paznokciami. Do rana piec był włączony. O wpół do dziewiątej wymiótł z niego na szufelkę jakiś kilogram pyłu. Delikatnego pyłu o bardzo przyjemnym kolorze – szarawobrązowawym, lekko wpadającym w granat.
            Nagle przyszła mu do głowy myśl, do której aż się uśmiechnął. Jego uśmiech był jakby niebieskawobrązowy. Wsypał ten przyjemny kolorystycznie pył do papierowej torebki i pojechał do swojego mieszkania w dzielnicy Izgrew. Po drodze kupił pod dworcem Pioner duże wiadro białej farby lateksowej i wałki. Wszedł do domu, z odrazą popatrzył na kolorowe ściany i otworzył wiadro. Włożył do niego pędzel na długiej rączce. Potem wyciągnął z kieszeni torbę z przyjemnym niebieskawobrązowym proszkiem. Wsypał go do wiadra i zaczął mieszać aż do uzyskania pożądanego koloru. Do diabła, takiego dobrego koloru nie udało mu się do tej pory uzyskać w żadnym obrazie.

***

Opowiadanie ze zbioru Kalina Terzijskiego „Czy jest ktoś, kto cię kocha?” w przekładzie Hanny Karpińskiej (Książkowe Klimaty, Wrocław 2015, s. 200)




piątek, 14 sierpnia 2015

Wszystkiego najlepszego, Pani Julio!












14 sierpnia urodziła się Julia Hartwig - poetka, eseistka i tłumaczka literatury pięknej. Z tej okazji - wiersz...


[źródło zdjęcia]


Niepamięć

Wyschło pióro Nadzieja jest jak żagiel biały
Pod którym morze kłębi się i nie wysycha
Ty jesteś jak dłoń moja wciąż ze mną i we mnie
Biegnę ty we mnie kreślisz niewyraźne znaki
Których odczytać nie chcę nie śmiem nie potrafię
Odchodząc więc bezsilna dojrzałością gardzę
Kiedyś też było morze w południe tak szumi
Co dzień w południe dawną przypomni chorobę
Nie pamiętam Jak błogo Kwiat kwiatem liść liściem
Żyć bezkarnie przeczuwać lecz nie schodzić na dno
Wyschłe pióro Wspomnienie jest jak żagiel wątły
Pod którym morze kłębi się i nie wysycha
Koroną na tym morzu mój żal doskonały
Statek w światłach wysokich pośród nocy ciemnej
Przecięte kartki książki więc odwracam głowę
Ten statek to zaduszki i zarazem festyn
Jak blisko siebie święta karnawał i posty
Wyschło pióro Nadzieją wykarmione ptactwo
Nad morzem lecąc szumi i o nocleg prosi
Nad małą boją smutku która się oddala
Twoja twarz gasi świecę i słońce zapala





czwartek, 6 sierpnia 2015

"Tajemnicze inskrypcje", Alexis Panselinos - najlepsza powieść grecka roku 2012 [Materiały prasowe i fragm. książki]




Książkowe Klimaty to wydawnictwo, które promuje i publikuje współczesną prozę europejską - przede wszystkim pochodzącą z krajów, których literatura nie jest jeszcze w Polsce dość popularna i rozpowszechniona (literatura czeska, słowacka, grecka, bułgarska, rumuńska i turecka). Pod koniec lipca,  nakładem tego wydawnictwa, ukazała się powieść Alexisa Panselinosa „Tajemnicze Inskrypcje” (uznana przez Magazyn "Diavazo" za najlepszą powieść grecką roku 2012) w przekładzie Alicji Biaduń.


„Tajemnicze inskrypcje” to melancholijna, wielowątkowa opowieść o kilkunastu postaciach, których losy splatają się ze sobą w zaskakujący i przypadkowy sposób, historia, której korzenie sięgają kilkadziesiąt lat wstecz, z zaskakującym sensacyjno-politycznym wątkiem w tle. Alexis Panselinos zabiera nas w poetycką podróż po labiryntach ludzkich losów, Aten i Grecji.


***






Alexis Panselinos to jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy greckich. Debiutował dość późno, bo w wieku 39 lat zbiorem opowiadań „Historie z psami”, a już po trzech latach otrzymał Literacką Nagrodę Państwową za swą pierwszą powieść. Na jego bogaty dorobek składają się także przekłady – przybliżył językowi nowogreckiemu m.in. ważne dzieło Johna Bartha „Bakunowy faktor”.




***

Z noty wydawcy:  Niedawno owdowiały Janis na ulicy, którą codziennie spaceruje, spostrzega ciąg dziwnych znaków: O7A sEFO.
Tajemnicze inskrypcje nie dają mu od tej pory spokoju.
Przekonany, że za szyfrem kryje się ważny przekaz, rozpoczyna śledztwo na własną rękę. 
Nie myli się, choć w przeciwieństwie do czytelnika nigdy nie dowie się, co znaczy graffiti na murze...

***

FRAGMENT POWIEŚCI

***

W pokoju, w centrum miasta, zaciągnięte zasłony z białego woalu, które stały się szare od smogu, sprawiają, że ponure światło późnej godziny staje się jeszcze ciemniejsze. Dwóch mężczyzn pochyla się raz po raz nad niskim stoliczkiem znajdującym się między nimi: Stathis kładzie na nim swoją fajkę, a gospodarz, Pipis (Perykles), stawia tam filiżankę z zieloną herbatą, którą ze względów zdrowotnych poi go Pepi (Euterpe). Pepi odgrywa rolę, która czeka naszą ostatnią kochankę: nie poślubiliśmy jej, ale nie ma też dokąd pójść, jest więc pielęgniarką.
            – Z Janisem, chociaż już się nie widujemy, więcej nas łączy, niż dzieli – mówi Pipis. – Ja i Janis jesteśmy z tego samego pokolenia i tej samej klasy. Z przedmieść, rocznik czterdziesty. Pieprzyć to. Połowa życia za nami, studia, które doprowadziły nas donikąd. Amatorscy pasjonaci przebrani za doktorów, rozkraczeni między wojną domową a Elvisem Presleyem. Obrzydliwy miszmasz.
            Stathis pomyślał, że ten opis bardziej pasuje do samego Pipisa niż Janisa, bo ten był tylko amatorem jednej wielkiej miłości – malarstwa. Wie także, że trwająca od czasów studenckich przyjaźń Pipisa z Janisem skończyła się w niechlubny sposób dawno temu (głównie z powodu Pepi) i Pipisa sporo to kosztowało, chociaż zgrywał zimnego i wielkodusznego znawcę relacji międzyludzkich.
            Pipis chciałby mówić też o innych, bardziej osobistych rzeczach. Powiedziałby o zmarłej Chloe, która zawsze uważała się za lepszą od Pepi i nigdy jej nie trawiła. O tym, jaki niepewny wydawał się Janis, jego dawny przyjaciel, za każdym razem, gdy zbliżał się do małżeńskiego kręgu innego mężczyzny… Ma dużo do powiedzenia. Woli tego jednak nie robić.
            Naprzeciwko tapeta, oświetlone okna bloku, takiego samego jak ten, w którym znajduje się dwójka rozmówców. Sylwetki pochylone nad biurkami, ktoś pali na stojąco w oknie. W innym jakaś kobieta zbiera ze stołu przedmioty, których nie można rozróżnić, i kładzie je na kredensie. W kolejnym znowu ciemność, żadnego światła i żadnego ruchu.
            – Zawsze lubiłem obserwować tych z naprzeciwka. Patrzę, jak światła zapalają się o zmierzchu i gasną nad ranem. Układam historie. Rozpoznaję ludzi, którzy tam mieszkają, po imionach i biografiach, które sam wymyśliłem. Pelos, Elpida, Vrasidas i Pamikos. Tak ich nazywam. Ale w rzeczywistości ich nie znam.
            Stathis uśmiecha się, stuka fajką i opróżnia ją do popielniczki z grubego szkła, z wytłoczoną reklamą jakiegoś piwa (zdobycz z tawerny), pełnej niedopałków po cygaretkach Pipisa. Wypalony tytoń spada, przyjmuje kształt misy i zaczyna tlić się jak kadzidło, wypełniając powietrze mocną wonią.
            – Wiesz, do kogo należy ten ostatni ciemny pokój? – pyta Pipisa. – Powiem ci! Należy do kogoś, kto robi to samo z tobą. Tworzy historie o mieszkańcach twojego bloku. Włącznie z tobą. Wiedziałeś o tym?
            Przez chwilę Pipis daje się nabrać na jego poważny ton i spogląda na Stathisa troszkę ogłupiały. Po chwili zaczyna się śmiać.
            – Tak… Istnieje życie we wszechświecie. My spoglądamy na nich, a oni na nas.
            – Co dzisiaj ugotowała Pepi? – pyta gość, zmieniając temat.
            Pipis wzrusza ramionami.
            – Jakieś zdrowe gówno – mówi.
*
            Co to za górzyste miejsca, którymi Janis wędruje, dziwne wsie – wie, że kiedyś je już widział – pojawiające się za zakrętem drogi?
            Dlaczego jest sam?
            Kto go tu przysłał, żeby pałętał się jak przeklęta dusza?
            Gdyby się zebrał i spróbował, rozwiązałby tę zagadkę. Ale nie jest tak łatwo. Bo jak się zebrać? Jakim cudem? Na pewno jest jakiś sposób. Nie zna go. Gdyby go znał, to by mu się udało.
            Zebrać się – niemożliwe! Bał się tego. Lepiej zrobić to jak czas, w sposób nieskładny, niejasny i przelotny.
            Od kilku dni śnią mu się te miejsca, widział je znowu dzisiaj nad ranem, w godzinie, kiedy w lesie wyją wilki (tam gdzie jeszcze zostały).
            Zanim więc podjął próbę rozwikłania tej tajemnicy, podskoczył i powiedział sobie: „Dzisiaj musisz zacząć śledztwo w sprawie napisu na ścianie. Poszukaj w biurku kartki z planem działania”.
            Znalazł ją, ale nie powiedziała mu zbyt wiele.
            W pewnej chwili próbował opracować jakiś szyfr, chociaż wciąż nie miał pojęcia o tych sprawach. Umieścił na kartce poszczególne znaki składające się na napis, potem każdemu z nich zaczął przypisywać słowa, które zaczynały się na kolejne litery z graffiti. W szkole bawili się kiedyś w pisanie akrostychów. Ma się rozumieć, że jako technika kryptograficzna jest to sposób dość desperacki. Słów zaczynających się na dowolną literę jest nieskończenie wiele. Oczywiście, warunkiem było to, żeby zdanie miało jakiś sens, przynajmniej ukryty, na poziomie symbolicznym. Zawsze istnieje jakiś logiczny układ. Dziecięce zabawy…
            Ile razy spoglądał jednak na kartkę, nie było w tym żadnego sensu.
            „W takim razie musisz zobaczyć się ze Specjalistą”.


Alexis Panselinos, Tajemnicze inskrypcje, przeł. Alicja Biaduń, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015, s. 370.



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Mikroskop dla dziecka... Kupić czy uciec, jak od zarazy?!


Dzisiaj będzie nietypowo, a wszystko przez niespodziewane znalezisko, które najpierw wprawiło mnie w zdumienie i zaciekawiło, sprawiło sporo uciechy, ale jak się wkrótce przekonacie - również skonsternowało...

Otóż... znalazłam zeszyt. Zwyczajny i zielony - w ogóle nie wygląda jakoś intrygująco - raczej tak, jak powinien wyglądać porządny zeszyt do biologii, więc zajrzałam zupełnie przez przypadek. I chociaż nie czytuję prywatnych zapisków - tym razem jednak przeczytałam aż do samego końca.
Na tytułowej stronie znalazłam informację, która od razu sprostowała moją pomyłkę, to nie jest zwyczajny zeszyt do biologii lecz:


KSIĘGA DOŚWIADCZEŃ LABORATORYJNYCH,
prowadzona przez
doktora: A.Z.; doktora-obserwatora: K.U oraz asystenta: M.U.


Wyjaśniam od razu, że doktor-obserwator oraz asystent - to moje córki, a doktor A.Z. to ich nieco starsza serdeczna koleżanka. Pozdrawiam doktora A.Z., jeśli tu zaglądnie;)

Zeszyt należy do moich córek i pochodzi sprzed czternastu lat. Dodam jeszcze w ramach wstępu i dla odparcia ewentualnych zarzutów dotyczących moich błędów wychowawczych, że moje córki oraz ich koleżanka (dziś już dorosłe) są wrażliwymi osobami, kochającymi zwierzęta. Jedna z moich córek założyła już własną rodzinę i cudownie się sprawdza jako kochająca mama... Jeżeli doktor-obserwator tudzież asystent dzisiaj wykazują jakiekolwiek skłonności sadystyczne, to tylko zmuszając mnie (od czasu do czasu) do słuchania muzyki ich pokolenia...

O czym mówię? Ano, zajrzyjcie do zielonego zeszytu zapełnionego samymi naukowymi opisami, zapraszam...

***
[Zachowuję oryginalną pisownię, chociaż kilka błędów ortograficznych przemilczę... i dodam, że dokładnie poznaję który fragment redagowała starsza, a który młodsza córka. Jedna jest do bólu praktyczna i ma pewne ciągoty kulinarne, druga posiada sporo melodramatycznego talentu.
Uprzedzam, że fragmenty zawierają sceny drastyczne...]

***

DZIEŃ: 2
DATA: 20 maj 2001
DOŚWIADCZENIE 4: obserwacja mrówki
SZTUK: 1
MIEJSCE ZNALEZIENIA: chodnik
ILE UCIEKŁO: 0
ZDECHŁO: 0
IMIONA: bez imienia
STAN PRZYNIESIENIA: nieżywe
ILOŚĆ SKRZYDEŁ/NÓG: 0/6
PODOBNE DO: -

ZAOBSERWOWANIA
- przy rozcięciu pacjenta nie stwierdzono substancji
pacjent jest pusty w środku (wygłodzenie śmiertelne lub mrówka została zaatakowana przez innego osobnika, napastnik większego gatunku)
PO OPERACJI
- po rozkrojeniu pacjent się nie poruszał
- mrówka nie zginęła klinicznie


***

DZIEŃ: 4
DATA: 17 maj 2001
DOŚWIADCZENIE 6: obserwacja szczypawki
SZTUK: 1
MIEJSCE ZNALEZIENIA: podwórko
UCIEKŁO: 0
ZDECHŁO: 0
IMIĘ: Murzyn
STAN PRZY PRZYNIESIENIU: żywa
ILOŚĆ SKRZYDEŁ/ NÓG: 2/6
PODOBNE DO: żuk
DŁUGOŚĆ ŻYCIA: 3 min
ZAOBSERWOWANIA
- Murzyn wysoko skacze, ma twarde zakończenie i ma czułki
- okaz ma klaustrofobię
- udaje martwego (ściemnia)
- pacjent jest raczej znudzony
PO OPERACJI
- gdy prowadziłam rozkrojenie szczypawki, jej kończyny ciągle się ruszały
- tułów szczypawki po rozkrojeniu wygląda jak czekoladka z kremowym nadzieniem
- to pod czym chowa skrzydła jest bardzo ale to bardzo twarde
- obserwacja pod mikroskopem się nie odbyła, bo baterie się skończyły

[na dole strony widnieje krytyczna adnotacja doktor A.Z.: "Brak informacji o dacie zgonu"!]

***
[W dniu piątym doświadczeń została wprowadzona innowacja. Przy opisach pojawiają się szczątki biednych robali, much, pajączków i mrówek, które zostały  wklejone za pomocą taśmy klejącej.]

***
DZIEŃ:5
DATA: 18 maj 2001
DOŚWIADCZENIE: obserwacja czegoś
SZTUK: 100
MIEJSCE ZNALEZIENIA: w trawie
UCIEKŁO: 0
ZDECHŁO: 0
IMIONA: Emanuelki
ILOŚĆ SKRZYDEŁ/NÓG: brak danych
PODOBNE DO: robale
ZAOBSERWOWANIA:
- pacjenci to zielone coś, co żyje i chodzi
- jest raczej spokojne, nawet w trudnych warunkach
PO OPERACJI:
operacja nie odbyła się, pacjentów zwolniono

***

DZIEŃ: 5
DATA: 18 listopad 2001
DOŚWIADCZENIE 8: obserwacja pająka
UCIEKŁO: 0
ZDECHŁO: 0
IMIONA: Spajder
STAN PRZYNIESIENIA: krytyczny
ILOŚĆ SKRZYDEŁ/NÓG: 0/6
PODOBNE DO: -
ZAOBSERWOWANIA
- okaz jest szorstki w dotyku
- jest dość fotogeniczny
- jedna noga jest niedokrwiona, trzeba amputować
- ciągle wytwarza włókno
- okaz wykręca się (może trenuje Tai-chi?)
- osobnik wydaje się być zaniepokojony sytuacją, wie co go czeka
PO OPERACJI
- z odwłoku wylatuje coś kałopodobnego
- po przygotowaniu pacjenta do oglądania przez mikroskop pacjent wygląda jak po przejechaniu walcem
- nogi pająka zgięły się na trzy części, pacjent zwinął się w kłębek, jakby było mu zimno
- pacjent przestał się ruszać (stwierdzam zgon)

***

DZIEŃ: 6
DATA: 19 listopad 2001
DOŚWIADCZENIE 9: obserwacja ślimaka
SZTUK: 1
MIEJSCE ZNALEZIENIA: pod grzybem
UCIEKŁO: 0
ZDECHŁO: 0
IMIĘ: Pakusio
STAN PRZYNIESIENA: żywy
PODOBNE DO: krótkiej glizdy

ZAOBSERWOWANIA
- doktor A.Z. kroi pacjenta jak chleb
- po przekrojeniu młodego bezbronnego ślimaka powstały 3 kawałki
- po przekrojeniu przednia część pacjenta zaczęła uciekać, a tylna została w tyle (urządziły sobie śmiertelne zawody!)
- po zgonie pacjent śmierdzi

***
Kiedy pokazałam córkom moje znalezisko - stwierdziły, że najwyższy czas, żeby uświadomić sobie do czego prowadzą do końca nieprzemyślane prezenty, które dzieci znajdują pod choinką. Powinnam także dowiedzieć się jakich niepowetowanych strat przysporzyłam nauce - gdy sprzątając altankę za pomocą miotły, płynu i ścierki doprowadziłam do "zniszczenia" dosyć sporej ilości materiału badawczego, który miał zostać pieczołowicie dopiero do księgi wprowadzony... A ja myślałam, że wycieram kurze, zamiatam i ściągam pajęczyny...

***




I jak myślicie? Czy teraz odważycie się kupić dziecku mikroskop? Ja osobiście oddycham z ulgą i cieszę się, że moje córki nie dostały zestawu młodego chemika...