wtorek, 29 września 2015

Czechow i Kraszewski - skojarzenia





"Noc. Niańka War'ka, trzynastoletnia dziewczynka, kołysze dziecko w kolebce i ledwo dosłyszalnie podśpiewuje:
A lulu, dzicię, a lulu
Stojała lipka na polu...
Przed świętym obrazem pali się zielona lampka; przez cały pokój przeciągnięty jest sznur, na którym wiszą pieluchy i duże, czarne spodnie. Lampka kładzie na suficie wielką zieloną plamę, a pieluchy i spodnie rzucają długie cienie na piec, na kołyskę, na War'kę... Kedy lampa zaczyna migotać, plama i cienie nabierają życia i poruszają się jak od wiatru. Duszno. Czuć kapuśniakiem i szewskim towarem.
Dziecko płacze. Dawno już ochrypło i zesłabło od płaczu, ale wciąż jeszcze krzyczy i nie wiadomo, kiedy się uspokoi. A War'ce chce się spać. Oczy jej się kleją, głowa ciąży, kark boli. Nie może poruszyć ani powiekami, ani wargami i zdaje się jej, że twarz jej zaschła i zdrewniała, że głowa zrobiła się maleńka niby główka od szpilki.
- A lulu, dzicię, a lulu - mruczy War'ka - dam ci kolibkę marmulu...
W piecu ćwierka świerszcz. W sąsiednim pokoju, za drzwiami, pochrapują gospodarz i czeladnik Afanasij...
Kołyska skrzypi smętnie. War'ka pomrukuje - i wszystko to zlewa się w nocną kołyszącą melodię, której tak słodko jest słuchać kładąc się do łóżka.
Teraz jednak ta muzyka tylko rozdrażnia i przygniata, bo naprowadza senność, a spać nie wolno; jeżeli War'ka nie daj Boże, zaśnie, to gospodarze ją zbiją.
Lampka migocze. Zielona plama i cienie zaczynają się poruszać, włażą w na pół przymknięte, znieruchomiałe oczy War'ki i w jej na poły śpiącym mózgu przybierają postać mglistych majaczeń."

- fragment opowiadania "Spać się chce" z książki: "Księżna Pani i inne opowiadania" Czechowa, Czytelnik, Warszawa 1956, str.111/112




Anton Pawłowicz Czechow - (1860-1904) rosyjski nowelista, dramatopisarz, klasyk literatury rosyjskiej. Mistrz małych form literackich przedstawiających obrazki obyczajowe, miniatury z życia społeczeństwa rosyjskiego i twórca dramatów oddających tragizm egzystencji przeciętnych ludzi. Do najsłynniejszych dramatów należą: "Wujaszek Wania", "Trzy siostry" i  "Wiśniowy sad". Najbardziej znane opowiadania m.in.: "Księżna Pani", "Śmierć urzędnika", "Kameleon", "Człowiek w futerale".

Józef Ignacy Kraszewski - (1812-1887) polski pisarz, publicysta, wydawca, historyk, działacz społeczny, autor 232 powieści (najwięcej wydanych książek i wierszy w historii literatury polskiej). W utworach diagnozował obraz współczesnego społeczeństwa, chętnie sięgał do narodowej przeszłości i do motywów ludowych. Jedną z najbardziej znanych książek jest "Stara baśń" rozpoczynająca cykl 29 powieści ukazujących historię Polski.

Kraszewski był wytrawnym podróżnikiem i twórcą literatury krajoznawczo-podróżniczej, w latach 40-ych XIX wieku publikował reportaże ze swoich podróży po Polesiu i Wołyniu; relacja z niej została wydana także w formie książkowej ("Wspomnienia Wołynia, Polesia i Litwy") - w Wilnie w 1840 roku. Wydanie paryskie z 1860 roku było ilustrowane szkicami wykonanymi przez pisarza. Kraszewski był malarzem i grafikiem, malował widoki akwarelowe oraz rysował portrety. Jego prace można oglądać m.in. w Muzeum Narodowym w Krakowie i Warszawie.

Zamieszczone szkice J.I. Kraszewskiego pochodzą z książki: "Józef Ignacy Kraszewski. Rysunki" autorstwa Agnieszki i Krzysztofa Czajkowskich, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Warszawa 2012

***
Kto zna opowiadania Czechowa, a zwłaszcza "Spać się chce" wie, że to moja mała prowokacja...




poniedziałek, 21 września 2015

Liebster Blog Award




Popularna zabawa zatacza kręgi i oto powróciła ponownie do mnie w postaci pytań od dwóch sympatycznych blogerek... Bardzo dziękuję za wyróżnienie i przepraszam, dziewczyny, za nadużycie cierpliwości. Postaram się nie powtarzać i mocno nie przynudzać...




Pytania Olgi z blogu: OKIEM WIELKIEJ SIOSTRY

1. Pierwszy bohater książkowy, w którym się zakochałaś.
Edmund Dantes, czyli hrabia Monte Christo (dla młodszych czytelników: ewidentnie prototyp Batmana;) - najpierw niewinnie skrzywdzony chłopiec, a potem mroczny mściciel  i obrońca pokrzywdzonych. Bez wątpienia jest odpowiedzialny za chmurną stronę mojej duszy.

2.Najlepsza ekranizacja książki, jaką widziałaś. 
Nie będę oryginalna. Najlepsza, najbardziej dopieszczona ekranizacja to "Władca pierścieni".
Ale mam też inną, swoją ulubioną ekranizację (chociaż jest uwspółcześniona i dość luźna), do której lubię wracać. To "Great Expectations" czyli "Wielkie nadzieje" Dickensa. Z Ethanem Hawkiem, moim ulubionym aktorem.
Za dziecka ubóstwiałam "Rebekę" Hitchcocka.

3.Z jaką postacią (książkową lub filmową) umówiłabyś się na kolację? 
Z Jessem. To bohater filmu "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca". Oczywiście grał go Ethan Hawk. Jest także trzecia część filmu. Czytałam gdzieś, że aktorzy sami układali dialogi, a także improwizowali. Jestem pod wrażeniem. Jesse mógłby do mnie mówić przez cały czas (pal licho kolację) a nawet dłużej...

4. Ulubiona bajka z dzieciństwa.
Nie potrafię wybrać jednej. Miałam swój kanon. "Dzieci z Bullerbyn" (to w pewnym sensie też bajka), "Muminki", "Mary Poppins", "Konik Garbusek", na święta zawsze czekałam na muzyczną bajkę "Dziadek do orzechów". Swego czasu wydarzeniem było chodzenie do kina na rosyjskie baśnie. Uwielbiałam ilustracje Zofii Fijałkowskiej do "Kacperka" Porazińskiej. Były hipnotyzujące. Bajały mi w głowie przez cały dzień...



5. Którą z książek polecasz najczęściej?
To też trudne pytanie, bo znajomym, którzy do mnie przychodzą staram się polecać książki według ich preferencji. Kobietom na urlop w tym roku polecałam dla odstresowania "Ostatnią arystokratkę" (zrobiła furorę), a mężczyznom Knausgarda i "Moją walkę". Raczej wszyscy byli zadowoleni. Tobie, Olgo (trochę przewrotnie) polecam książkę "Kaprys" Elżbiety Isakiewicz. Przypowieść o mężczyźnie i kobiecie. Książka o miłości. Ale nie romans.

6. Ulubiony cytat. 
Bardzo lubię cytat Kapuścińskiego o podróżach, ale ponieważ gdzieś go umieszczałam wspomnę o innym, który ostatnio stale noszę w tyle głowy. Pochodzi z listu Kurta Vonneguta i skierowany był do kolegi po piórze: "Przykro mi, że zmęczyło Cię takie samotne życie, ale założę się, że nic z tym nie zrobisz, o ile nie zmienisz zawodu. Zdążyłem poznać wielu pisarzy i każdy nosi przy sobie dziesięć hektarów Sahary". 

7. Twoja największa fobia.
Największa? Sprawdzam po kilka razy przed snem, a czasem i nocą kurki z gazem. Taki uraz.

8. Jaką magiczną moc chciałabyś posiadać?
Chciałabym móc przenieść się do przeszłości, mogłabym naprawić parę błędów.

9. Nie wyjdziesz z domu bez...
Nie wychodzę bez karteczek od córki, na których mam zapisaną listę zakupów i przeróżne "przypominajki": co mam załatwić, odebrać, do kogo zadzwonić, sama dopisuję komu mam złożyć życzenia itp. Czasem jeszcze córka dzwoni, żeby zapytać czy aby nie zapomniałam karteczki... Nie wiecie jakie to uciążliwe - mieć matkę z głową w chmurach.

10. Najdziwniejsza książka, jaką przeczytałaś.
Jeśli dobrze pamiętam, to było "Romancero pod gwiazdami". Do dziś nie wiem czy opowiadania dotyczyły ludzi czy małp. Jeśli chodzi o dziwną formę, to polecam książkę "Podwójna wygrana jak nic" Federmana. I co najdziwniejsze, to jeśli czytelnik poradzi sobie z przeczytaniem tekstu (a pisarz staje na głowie, by urozmaicić, udziwnić i utrudnić) to zostaje stokrotnie wynagrodzony. Nie wspomnę o wstrząsie, jakiego dozna, gdy dotrze do sedna.

11. Do jakiej książki wracasz najchętniej?
To zależy od okoliczności. Na chandrę biorę "Boga Nilu". Co parę lat tradycyjnie czytam "Mistrza i Małgorzatę" i "Nad Niemnem". Jeśli jestem chora, to tylko Szekspir. 

***


 Pytania od Żaby z KĄCIKA LITERACKIEGOktóra odprawiła mnie na bezludną wyspę...




1. Cudem przeżyłaś katastrofę samolotu i wylądowałaś sama na bezludnej wyspie. Masz tylko kuferek pełen książek, bo pakując się na wakacje nie potrzebowałaś nic innego. Jak je wykorzystasz, żeby przetrwać?
Nie mam pojęcia. Myślę, że usiądę i po prostu "zaczytam się" na śmierć...

2. Nadal tkwisz na bezludnej wyspie. Którą postać z książki chciałabyś widzieć u swojego boku?
Taitę z "Boga Nilu" (Wilbur Smith). Dlaczego? Bo Taita jest inteligentny i spryciarz. Niby nie ma nikogo na wyspie, a tu nawet się nie obejrzysz i nagle znajdzie się jakaś wioseczka i druga, a Taita tak pomajstruje, zbałamuci, zakręci i zmanipuluje, jakiś kulcik wymyśli, że nagle stanie się dla tubylców niezbędny do życia. Z nim nie zginę;)

3. Zamiast Twojego ulubionego bohatera literackiego pojawia się pisarz. A nawet dwóch: Kerouac i Bukowski. I mówią ci, że musisz wybrać tylko jednego z nich. Kogo byś wybrała i dlaczego?
O, z pewnością nie chciałabym urazić żadnego z nich. Wyprosić kogoś z bezludnej wyspy?Proponuję gościnę. Poczęstowałabym książkami z kuferka i drinkiem z mleczka kokosowego.
Szczerze mówiąc, wstyd się przyznać, ale nie czytałam jeszcze żadnego z nich, więc z zażenowania zapadam się pod ziemię. Z pewnością jednak Kerouac i Bukowski zaczynają rozmawiać z sobą i zapominają o całym świecie, także o mojej ignorancji.

4. Znudziło ci się siedzenie i słuchanie jakiegoś Kerouaca, tudzież Bukowskiego. Postanawiasz zwiedzić wyspę, która (jak się okazuje) wcale nie jest taka bezludna. W tropikalnym lesie znajdujesz domek z książki. Zatrzymujesz się, żeby poczytać, ale historia cię tak wciąga, że nie możesz się oderwać, aby pójść dalej. Z domku wychodzi Baba Jaga. Co robisz? Uciekasz szybko i daleko czy zostajesz, żeby skończyć czytać opowieść?
Nie mogłabym odejść bez poznania zakończenia. Ryzykuję i doczytuję. Babie Jadze przypominam precedens, że pozwoliła Jasiowi dokończyć piernik...

5. Okazuje się, że Baba Jaga to teraz miła, starsza kobieta. Jaś i Małgosia dali jej w kość, dlatego chce dla ciebie zrobić coś miłego, żeby "odkupić winy". Może cię przenieść z tej wyspy do miasta/kraju Twojego ulubionego pisarza. Jakie miejsca chciałabyś koniecznie zobaczyć?
Jeśli mogę wejść w konszachty z Babą Jagą, to prosiłabym ją o przeniesienie w jedno z miejsc, o których pisał Ceram w książce "Bogowie, groby i uczeni". Ja po prostu uwielbiam odkrywać te miejsca osobiście. Nigdy nie będzie mi dane zobaczyć wszystkiego, ale w paru miejscach już byłam i to zawsze jest dla mnie duże przeżycie. Są to miejsca największych odkryć archeologicznych. Wspominam np. możliwość zwiedzenia stanowiska archeologicznego, w którym znajdują się pozostałości legendarnej Troi. Byłam zachwycona, mimo iż przewodnik wskazał nam pole kapusty i parę kamieni, potoczył ręką i powiedział: tu znajdowała się onegdaj plaża (morze odeszło na siedem kilometrów), tu właśnie rozegrały się słynne sceny z "Iliady". Gdyby Baba Jaga była bardzo zdolna, to prosiłabym ją o przeniesienie do Petry w Jordanii w czasach, gdy zamieszkana była przez Nabatejczyków... Jeśli szaleć,to na całego...


***

Nie nominuję kolejnych osób. Mam nadzieję, że zrozumiecie. Olgę i Żabę serdecznie pozdrawiam. Jeśli jeszcze nie znacie ich blogów, koniecznie zajrzyjcie!









piątek, 18 września 2015

Czytamy emocjami - "Opowieść dla przyjaciela" Poświatowskiej




Czytamy emocjami. Lubimy, by autor był symbolem. Kiedy przed oczami pojawiają nam się szczególne nazwiska - wówczas bezwiednie włącza się zatrzask w głowie uwalniający współczucie i współodczuwanie. Czytając poezję Hölderlina, ze zdumieniem odkrywamy jego hymny zachwytu nad światem i zastanawiamy się - czy tak mogła pisać osoba obłąkana?... Czytamy Sylvię Plath przez pryzmat jej samobójstwa, a Poświatowską przez jej chorobę i wczesną śmierć... Sylvia Plath - młoda i piękna, która mogła żyć, ale nie potrafiła... Halina Poświatowska, która chciała żyć (jakże chciała!), ale musiała walczyć o każdy oddech...

"Opowieść dla przyjaciela" jest jedną z tych książek, którą czyta się emocjami...

Po udanej operacji serca przeprowadzonej w Stanach Zjednoczonych poetka zdecydowała się pozostać jakiś czas i podjąć tutaj studia. Nie wróciła do Polski od razu - zaskoczyła wszystkich, którzy oczekiwali, że właśnie wróci - położy się do łóżka, powoli będzie nabierać sił i powracać do zdrowia. Nie dała sobie tego luksusu i rozumiała, że nigdy podobna okazja się nie powtórzy... Rzuciła się w wir tytanicznej pracy. Chciała od razu nadrobić cały stracony czas.

Oczywiście nie miała zbytnio w tym okresie głowy ani serca (!) dla swoich utworów. Zbyła także prośbę wydawnictwa, którą listownie przekazała jej matka, z propozycją spisania wspomnień dotyczących choroby, wyjazdu za granicę i samej operacji. Nie chciała wtedy nawet o tym słyszeć, miała zupełnie inne plany...

Zrealizowała je. Nawet się nie domyślamy ile wysiłku i nieprzespanych nocy kosztowało ją wyuczenie w kilka miesięcy języka - i to w takim zakresie, że od razu po egzaminach wstępnych otrzymała stypendium; tylko dzięki temu mogła studiować. Czteroletni program zrealizowała w dwa lata. Pierwszy rok ukończyła z wyróżnieniem. Potem nagle zmieniła plany i wróciła do Polski. Studia ukończyła na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie od razu otrzymała propozycję pracy.

Operacja serca przedłużyła jej życie. Los podarował jej dziewięć lat. Wreszcie żyła jak chciała. Intensywnie.
Przyszło jej za to zapłacić, w końcu choroba znowu przykuła ją do łóżka...

Złożona niemocą, słaba i cierpiąca napisała książkę - "Opowieść dla przyjaciela", którą zadedykowała Ireneuszowi Morawskiemu, swemu przyjacielowi, który po jej powrocie ze Stanów zerwał z nią kontakt. Dlaczego? Łatwo się domyślić czytając tę chwytającą za serce książkę...

W końcu Poświatowska napisała swoje wspomnienia...
Z pewnością zdawała sobie sprawę jaki ból sprawi adresatowi czytanie tego wyznania nie-miłości... 

środa, 16 września 2015

Poświatowska - przezroczysta perła wypełniona oddechem




W roku 2015 obchodzimy 80. rocznicę urodzin przedwcześnie zmarłej, legendarnej poetki – Haliny Poświatowskiej. To odpowiednia chwila, by ponownie sięgnąć po jej twórczość;  wśród publikacji  i wznowień tomików wierszy znajdziemy książkę szczególną, która pozwoli poznać jej sylwetkę. „Haśka…” nie jest dziełem zupełnie nowym. Jest udoskonaloną wersją książki „Ja minę, ty miniesz”, która ukazała się już 21 lat temu. Aktualna edycja jest zmieniona i rozszerzona o kolejne materiały. Zobaczymy Halinę oczami jej najbliższych, do których Mariola Pryzwan dotarła przed laty; autorka  wzbogaciła książkę o opinie kolejnych osób (w tym Wisławy Szymborskiej). Prawdziwą gratkę stanowią opublikowane po raz pierwszy refleksje Ireneusza Morawskiego - adresata książki „Opowieści dla przyjaciela”, który konsekwentnie odmawiał swojego komentarza dotyczącego ich relacji, a fragmenty wspomnień pozwolił ujawnić dopiero po swojej śmierci.

 „Haśka..” – to skarbnica wiedzy o poetce. Bogaty zbiór fotografii, wycinki z prasy, fragmenty jej listów, kartki wydarte z brulionu i pocztówki pisane jej ręką, a także wspomnienia najbliższych układają się w obraz, z którego wyłania się portret (i biografia) niezwykłej kobiety, która mimo choroby, cierpienia i bezustannych myśli krążących wokół śmierci potrafiła zarażać otoczenie pasją życia i radością. Owszem – we fragmentach jej listów odnajdziemy echo samotnych nocy, długich bezsennych godzin spędzonych w salach szpitalnych; ale zobaczymy także w jaki sposób sobie z nimi radziła, jak obłaskawiała chorobę, nawet ją wykpiwała. Żyła z upiornym widmem śmierci, ale nigdy nie pozwoliła chorobie całkowicie się zniewolić. Zawarła z życiem kompromis. Spędzała w łóżku długie godziny – odpoczywając, nabierając sił, podporządkowując się woli lekarzy. Jeśli zaś tylko mogła – wychodziła do ludzi, uczestniczyła w życiu, czerpała z niego pełnymi garściami, nadrabiała czas, przeżywała wszystko barwnie i intensywnie.
Książka Marioli Pryzwan pozwala przyjrzeć się sylwetkom osób, które były Halinie niezwykle bliskie, wywarły na nią wpływ, poruszyły niebo i ziemię, by ratować jej życie bądź ukształtowały w niej poetkę. Na szczególną uwagę zasługuje Stanisława Mygowa (matka) oraz profesor i humanista Juliusz Aleksandrowicz (lekarz i przyjaciel). Dzięki lekturze dowiemy się czym dla Haśki była przyjaźń, dlaczego trzymała w szachu całą rodzinę; jaki  obraz pozostawiła w pamięci Józefa Tischnera (którego spotykała na wykładach) i Tadeusza Gierymskiego (który opublikował jej pierwsze utwory) oraz jakie wrażenie wywarła na Tadeuszu Bairdzie, który skomponował do jej tekstów pieśni na mezzosopran i orkiestrę kameralną…
„Haśka…” to przepięknie wydana książka pozwalająca wgłębić się w dramatyczne szczegóły życia poetki, która jednak nie przytłacza smutkiem. Wręcz przeciwnie – jest apoteozą życia.  Jest pozycją bardziej wspomnieniową niż naukowym opracowaniem, tym bardziej powinna trafić do serca czytelników. Ze wspomnień wyłania się portret radosnej, nienasyconej życiem, upartej, oczytanej i  wykształconej, nieco egotycznej i zapewne dla niektórych jej współczesnych - nieco zbyt wyzwolonej kobiety (czyż to nie jest wizerunek nowoczesnej dziewczyny?). Jeżeli dzięki książce nie przenikniemy wszystkich sekretów jej niezwykłej osobowości i tajemniczego magnetyzmu tkwiącego w jej utworach, to z pewnością zrozumiemy, że to właśnie skrajne, przeplatające się z sobą siły (wola życia i poczucie nieuchronności śmierci) wyzwoliły w niej odwagę do odsłaniania i dotykania w utworach istoty najintymniejszych przeżyć… 

***

Tekst opublikowany na stronie: http://www.obliczakultury.pl/literatura/kultura/biograficzne/5141-haska-poswiatowska-we-wspomnieniach-i-listach-mariola-pryzwan-recenzja

poniedziałek, 14 września 2015

Duchy mojego miasta...


Mieszkam w niedużym mieście, który przypadkowemu przybyszowi nie wyda się specjalnie interesujące. Ot, parę głównych ulic zabudowanych zabytkowymi kamienicami, głębiej domy nie mniej solidne, ale już nie tak reprezentacyjne. To najczęściej przecież kwartały robotnicze, XIX- wieczne pracownicze kolonie. Przez całą długość miasta, równolegle do głównych ulic prowadzą tory kolejowe, które także widzę z okien mojego domu. Drogi i tory to żyły i arterie miasta... Dymiące lokomotywy, szeregi kamienic przeważnie z klinkierowej cegły, kominy hutnicze, wieże szybów kopalnianych - to typowe widoki przemysłowego miasta, a zarazem krajobraz mojego dzieciństwa. Jest jednak jest coś jeszcze...Zieleń. Miasto wygląda tak, jakby główny architekt nie do końca mógł się zdecydować czy miasto ma mieć charakter przemysłowy - czy ma stać się miastem-ogrodem...W krajobrazie mojego dzieciństwa nie może zabraknąć zieleni i czegoś jeszcze...W samym sercu miasta znajduje się miejsce wyjątkowe - nico zapomniane i tajemnicze, a przecież związane z nim niemal od początku. Ów element dodaje miejscowości szczyptę charakteru. Bez niego - w kolorystyce mojego dzieciństwa zabrakłoby bardzo istotnej barwy...

Sercem mojego miasta jest park. Dzisiaj wygląda zupełnie zwyczajnie: alejki, drzewa i plac zabaw dla dzieci. Niegdyś jednak prezentował się zupełnie inaczej... Zofia Kirkor-Kiedroniowa (działaczka społeczna, żona Józefa Kiedronia - Ministra Przemysłu i Handlu w rządzie Grabskiego), która zamieszkała w moim mieście w roku 1925 - zachwycała się w swoich "Wspomnieniach" rozmiarami parku, który wyraźnie dzielił się na dwa obszary. "Stary park" - relikt starej puszczy, był na wpół dziki, mroczny i wilgotny. Na jego terenie spotkać można było bażanty (mieszkańcy widują je na spacerach do dzisiaj). "Nowa" część została ujarzmiona przez człowieka, obsadzona różnymi gatunkami roślin parkowych oraz najszlachetniejszymi odmianami róż... Ta część stanowiła otoczenie rozległego pałacu należącego do Mieroszewskich, a później do Donnesmarcków - wchodzących w skład "wielkiej piątki" najbogatszych rodów Europy (1)... Pałac przetrwał do dziś. Sercem mojego miasta jest park, a jego duszą ów pałac.

Siedziba Mieroszewskich, później Donnesmarcków była wielokrotnie rozbudowywana i przebudowywana, prawdopodobnie także przez samego Karla Fredricha Schinkla - niemieckiego architekta, jednego z wybitniejszych twórców klasycyzmu w Królestwie Prus. Najstarsza  zachowana część (barokowa) - najbardziej romantyczna i charakterystyczna część budowli, wraz z bramą wjazdową zwieńczoną charakterystyczną wieżą zegarową pochodzi z XVII wieku. Później dobudowano skrzydło klasycystyczne. Wiele budynków już się nie zachowało, a to, co pozostało - jest tylko aluzją do dawnego splendoru. Możemy jednak dowiedzieć się (znowu ze "Wspomnień" Pani Ministrowej) jakie bogactwo kryło się w jego murach ("dzieła sztuki, obrazy mistrzów włoskich, holenderskich i francuskich, rzeźby antyczne i klasycystyczne, zbroje rycerskie i broń z odległych epok"(2). Te skarby odjechały z Donnesmarckami do Wolfsbergu w Austrii, gdy ostatecznie odsprzedali i opuścili pałac. Kiedroniowa wspomina jednak o olbrzymich rozmiarach pałacu, który zamieszkała. Wylicza amfiladę komnat, sale balowe, szatnię dla setki gości. Pałac posiadał maneż "jeden z największych na kontynencie europejskim, i nawet - niedźwiedziarnię"(3). Minister Kiedroń i jego żona urządzili pałac w zasadzie od nowa - zapełniając go "starymi meblami, perskimi dywanami i kilimami wykonanymi według dawnych wzorów. Część wyposażenia zakupili w najlepszych sklepach z antykami w Warszawie i Krakowie. Ściany przyozdobiono obrazami polskich malarzy, m.in.: Juliana Fałata, Wojciecha Kossaka, Teodora Ziomka i Stanisława Masłowskiego. Niestety ta wspaniała kolekcja (...)przepadła w czasie drugiej wojny światowej. Ucierpiał wówczas również zamek." (4)





Pałac towarzyszy mi od zawsze. Wypełniał moją dziecięcą wyobraźnię fantastycznymi mirażami...Mijałam go, gdy uczęszczałam do szkoły podstawowej. Wtedy jeszcze w jednym ze skrzydeł działało przedszkole, PTTK i LOK. Gdy ukończyłam liceum - pałac został porzucony ostatecznie. Przez lata sukcesywnie zapominany i wypierany z pamięci. Dzisiaj nie ma śladu tych wszystkich wspaniałości, które kryły onegdaj jego wnętrza. Spacerowicz, który niebacznie opuści główne alejki i zapuści się w jego rejony musi zmierzyć się z pełnym wyrzutu spojrzeniem zamurowanych, ślepych okien... Przez jakiś czas mieszkałam w bezpośrednim otoczeniu parku. Jesienią, gdy opadała kurtyna liści, widziałam zarysy pałacu prześwitujące przez gałęzie i wyobrażałam sobie, że po zmierzchu  ujrzeć można samego hrabiego Hugona I, którego duch spaceruje po alejkach parku... Dzisiaj nie ma już tych wszystkich pysznych egzotycznych roślin, które sprowadzali kolejni właściciele. Park wygląda tak zwyczajnie... Tylko niektóre stare rozłożyste drzewa szumią szeptem swego listowia barwne dzieje magnackiego rodu...






I jeszcze widok z lotu ptaka, który daje wyobrażenie o wielkości obiektu
(Od jakiegoś czasu trwają nieśmiałe prace remontowe, którym szczerze kibicuję)






(1) "Skarb Donnesmarcków" Wilhelm Szewczyk, str. 310
(2) "Od Sancovic do Siemianowic. Szkice z dziejów miasta i okolic" Zbigniew Janeczek, Katowice 1993 str. 44
(3) Tamże, str. 332
(4) Tamże, str. 333



Dlaczego o tym wspominam?
Ponieważ niedawno ukazał się tomik, który powstał przy współpracy Ewy Parmy (śląskiej poetki) oraz Grzegorza Chudego (malarza-akwarelisty), który pozwala zatrzymać w pamięci obraz Śląska odchodzącego w przeszłość. Ten tomik pomógł mi otworzyć bramę, która poprowadziła mnie do kraju mojego dzieciństwa i wspomnień.

Artyści stworzyli zgrany duet, a w ilustracjach (akwarelach) artysty odnalazłam klimaty bliskie sercu...Co prawda ilustracja pociągu stała się natchnieniem wiersza o słynnym Nikiszowcu, a hrabia Hugo I Henckel von Donnesmarck z ilustracji (który poślubił kolejno dwie kobiety o imieniu Laura; zresztą była jeszcze trzecia Laura w jego życiu - jego córka) jest bohaterem wiersza "Zima w Nakle Śląskim", ale ja "pożyczam" sobie obrazy, na użytek własnych wspomnień... Te dwie akwarelki to nic innego, tylko duchy mojego miasta i kadry moich dziecięcych snów...


***



Nikisz Lullaby

Nad Nikiszem gwiazdy wiszą
fruwają balony
w czerwonych sukienkach
tańczą dziwożony
Czasem modry deszczyk spadnie
Balkan w drogę ruszy
kocia brać pilnuje snów
nigdzie żywej duszy

- fragm. wiersza Ewy Parmy

***



Zima w Nakle Śląskim 

Miał pan gest, panie Hrabio –
pałaców i róż pan nie szczędził
obu swoim żonom,
które z równym wdziękiem nosiły
to samo imię i kolie
z okazji kolejnych rocznic
Jakże to zmyślnie z pana strony:
bo kiedy kwiaty więdną,
a zamki płoną w czasach wojen
i ruchomych granic,
to zawsze choć jeden zostanie,
by było dokąd wracać
zimową porą o zmierzchu,
przejść przez park,
dać rozpoznać się drzewom,
spojrzeć w okno wieży
Może Laura wyjrzy
i skinie jak zawsze ręką
na znak, że w pałacu porządek
i można kłaść się do snu


Zima w Nakle Ślonskim

Wyście niy som bele szpiterlok, panoczku –
zomki a kwiotki za gyszynk
dowaliście waszym babom,
co to samo miano nosiły
i coroz to nowe korale
na Hochzeit abo geburstag
To było richtig frechowne,
bo jak kwiotki łopadnom,
a zomki gichnom skuli wojyn 
abo łoroz ponknientych granic,
to przeca aby jedyn łostanie,
co by szło sie nazod przykludzić,
w zimie na przedwieczerz
poszkłodzić w parku,
pokamracić z drzewami,
wejrzeć w łokno na turmie
Może Laura kuknie 
i machnie rynkom jak downij,
że w chałpie wszisko sztimuje
i możno juzaś iść spać


***






"Nowe obrazki ze Śląska" - to druga część cyklu (pierwsza była utrzymana w tonacji białej, druga - w czarnej), w którym artyści obrazem i wierszem (po polsku i śląsku) ukazują ludzi, miejsca i pejzaże śląskie, które odchodzą w przeszłość...
Nikiszowiec, Szopienice, Katowice, Nakło Śląskie...
Warto poznać, jeśli te miejsca są Ci bliskie



czwartek, 10 września 2015

Epitafium na koniec wieku, czyli "Klangor" Urszuli Kozioł


Znamy już piątkę finalistów Nagrody Literackiej Nike. Obok czterech powieści pojawił się tomik poetycki Jacka Podsiadło: „Przez sen” (tegorocznego laureata Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius - za całokształt twórczości). Szczerze mówiąc liczyłam na inny tomik. Teoretycznie ma jeszcze szansę, przed nami jeszcze kilka dni oczekiwań, ale nawet jeśli się tak nie stanie – warto poznać i sięgnąć po zbiór wierszy Urszuli Kozioł – po prostu szkoda, by umknął…



 Klangor to utwory napisane z olbrzymim ładunkiem emocji, powstałe po śmierci najbliższej osoby („Niosę cię w sobie/jakbyś się schronił tu/przed niepamięcią”). Odczucie braku  jest przytłaczające („pukam do siebie, nikogo nie ma”), ukojenie nie chce – nie może nadejść, ale jednocześnie mechanizm pamięci powoduje, że miłość trwa nadal, a obraz utraconego człowieka pozostaje pod powieką… Wiersze poświęcone są pamięci zmarłego w 2010 roku męża poetki. Wyrażają pustkę, która pozostała, a jednocześnie zbiorek nie ma charakteru elegijnego. Autorka nie pogodziła się ze stratą (nigdy się nie pogodzi), ale przecież pozostały pamiątki przywołane pamięcią: wspólne podróże, czytanie poezji, słuchanie muzyki – wspólne przeżywanie świata… Rzeczywistość kojarzy się z bólem, ale poetka nauczyła się czerpać otuchę ze skarbca wspomnień…

Klangor to nie tylko pomnik utraconej miłości, to także podsumowanie życia – świadomość, że wszystko, co było do osiągnięcia – zostało już osiągnięte. Okazje, które przeszły obok – już nie wrócą („Jak to się stało niechże mi kto powie/ że w ciągu życia zapomniałam na amen/ że powinnam nareszcie napisać Don Kichota”).  Klangor to wreszcie świadomość kończącej się epoki i ocena współczesnego pokolenia. Wiersz Dziesięć lat przed końcem stulecia to obraz schyłku XX wieku, który między innymi zbiegł się z upadkiem komunizmu. To wiersz – manifest, w którym poetka stawia pytania, skłaniające do zadumy i nadal aktualne:  czy nauczyliśmy się rozstrzygać konflikty w mniej barbarzyński sposób niż rewolucjoniści, którzy wymordowali rodzinę Romanowów? Czy rozwiązaliśmy chociaż jeden problem, którego nie będzie musiało odziedziczyć w spadku następne pokolenie? Wiersz Z podróży na Wschód stanowi wstrząsającą ilustrację wydarzeń, którymi obecnie żyje cała Europa i który dzieli całą Europę – dotyczącą uchodźców z Syrii…

W tomiku Klangor odnajdziemy różne klimaty, z pewnością pojawią się skojarzenia i nawiązania do twórczości Szymborskiej i Herberta. Tych tropów jest zresztą więcej… Tomik Urszuli Kozioł jest wyjątkowy. Jest niebywale osobisty, a zarazem uniwersalny, w tych wierszach powiewa Wiatr Historii…

***

Z wizytą

pukam do siebie
nikogo

dobijam się
nikt

dzwonię
nic

gdzie ja jestem
gdzie się podziewam



Lubię

Lubię książki które po przeczytaniu
chodzą za mną

lubię książki które przed napisaniem
chodzą mi po głowie chmurą nie-chmurą
rozpierzchają się
i znów wracają w innej konfiguracji
z przebłyskiem
z prześwitem
z nagłym gromem
od którego już nie jeden raz
odjęło mi mowę na długo



Dziesięć lat przed końcem stulecia

Wiek dwudziesty się skończył
zanim się skończył
chociaż dokładnie nie wiadomo kiedy.

Mógł odejść w tym dniu w którym
zmarł Salvador Dali
jak gdyby los epoki ważył się
na szali tak absurdalnych wąsów
jak te jego
---


- fragm. wiersza

poniedziałek, 7 września 2015

Finał konkursu literackiego Nike tuż tuż


Ogłoszono już pierwszych finalistów najbardziej prestiżowej polskiej nagrody literackiej. Są nimi: monumentalne dzieło Olgi Tokarczuk "Księgi Jakubowe" i kameralna etiuda: "Sońka" Ignacego Karpowicza. Kto jeszcze trafi do szczęśliwej siódemki? Nie znam wszystkich nominowanych książek, nie będę udawać, że wiem, która zasługuje na miano najlepszej, ale jak każdy - mam swoje typy i trzymam kciuki, by do finału zakwalifikowała się również lektura, która wywarła na mnie spore wrażenie. To "Drach" Szczepana Twardocha.




"Drzewo, człowiek, sarna, kamień. To samo"*

1241, 1906, 1918, 1945, 2015

„Drach” to śląska epopeja, rodzinna saga Magnorów i Gemanderów – ale przecież także historia setek analogicznych rodzin uwikłanych w historyczne wydarzenia... To kawałek śląskiej ziemi, który obserwujemy w kalejdoskopie zdarzeń i który zmienia się wraz z ludźmi, którzy go zamieszkują, Musi przecież ulec metamorfozie człowiek, który trafia na front i poznaje piekło wojny. Zmienia się społeczeństwo w momencie, w którym mężczyzna występuje przeciwko tradycji, przestaje zjeżdżać do kopalni i wybiera inny tryb życia... Modyfikuje się topografia, mieszają się i umierają języki. Pojawiają się bądź znikają granice - chociaż żadnych granic przecież nie ma; są tylko słupy wbite w ziemię, szlabany i strażnicy...Granice są tylko w ludzkich głowach...Świadkiem tych zmian jest "drach". Kim jest "drach"? To wszechobecny i wszechwiedzący narrator. "Drach" jest solą tej ziemi i jego duchem. "Drach" nie jest "ludzki", więc nie odczuwa, nie myśli i nie pamięta w taki sposób jak człowiek. Odbiera wszystko po swojemu, specyficznie. W banku jego wspomnień wszystko jest zapisane i trwa jednocześnie. Dlatego jego narracja nie jest liniowa, nie poznajemy wydarzeń w sposób logiczny. Nie czytamy, a raczej - pozwolono nam uchylić rąbka tajemnicy i spojrzeć na świat oczami "dracha"... Nagle znajdujemy się w innym wymiarze - wszystkiego dano nam doświadczyć równocześnie...

Josef ma osiem lat i słucha nauk ludowego mędrca, Pindura. Josef wraz z rodzicami uczestniczy w świniobiciu. Josef walczy na froncie. Przeżył wojnę i właśnie powraca do domu (wraca "pod ziemię", ale jeszcze nie "do ziemi"). Będzie przecież jak ojciec pracował w kopalni. 

Nikodem ma dwanaście lat i zbiera z ojcem miód. Nikodem boi się pszczół. Nikodem wędruje z ojcem i siostrą po górach. Nikodem studiuje. On nie będzie pracował w kopalni. Będzie nagradzanym architektem, który zrobi błyskotliwą karierę... Losy Josefa przeplatają się z losami jego praprawnuka. Śledzimy Josefa, który przeżył wojnę, ale jej nie pozostawił za sobą. Przywiózł tę wojnę z sobą do rodzinnego domu. Jednocześnie podpatrujemy Nikodema, kilka pokoleń później, który nigdy nie pozna wojny, a mimo to nie zazna w swym życiu spełnienia...Nikodem jest przecież Josefem, jest jego powtórzeniem, tyle że w zupełnie innym cyklu...

Poznajemy także mnóstwo innych mieszkańców tej ziemi. Oto Gela. Gela jest synową Josefa, żoną jego syna Ernsta i babcią Nikodema. Ujrzymy ją migawkowo i zwięźle: dziewczyna, kobieta, staruszka. Długie życie w kompendium. Czas jest przecież względny - to, co dla nas jest wiecznością - dla "dracha" jest tylko błyskiem mknącej komety...

Powieść jest wymagająca. Nie tylko ze względu na oryginalny, nielinearny układ. Autor często wtrąca zdania w języku niemieckim i po śląsku, a także w archaicznej odmianie gwary śląskiej (tzw. "wasserpolski). Wszelkie "obcojęzyczne" wstawki wplecione są tak umiejętnie, że nawet ich nie rozumiejąc - treść jest dla czytelnika całkowicie jasna. Książka ukazuje mentalność mieszkańców tej ziemi, którzy często sami jednoznacznie nie potrafili określić czy czują się Polakami czy Niemcami; kwestie wygłaszane w różnych językach doskonale ten stan podkreślają.

Z jakimi lekturami skojarzył mi się "Drach"? Z "Prawiekiem..." Tokarczuk. Nie ze względu na podobieństwo bądź powielanie wzorców. Nic z tych rzeczy. Chodzi raczej o wrażenie, że trzeba wejść w podszewkę powieści, na jej kolejne poziomy. Ze względu na tematykę książka kojarzy się z "Cholonkiem..." Janoscha, chociaż zabrakło mi śląskiego czarnego (od pyłu węglowego) humoru... 

Czy książka ma szansę na podium? Sądząc po raczej miażdżącej recenzji zamieszczonej w "Gazecie Wyborczej" (utrzymanej w stylu: "powieść znakomita, ALE...") - raczej nie. Czy jest idealna? Przyznaję szczerze, że nie pokonał mnie jej fatalizm, zachwycił realizm, nie sprawiły najmniejszego problemu skoki w czasie (i między bohaterami) ani wyzwania językowe. To wszystko są smaczki powieści. Przytłoczył mnie jedynie nieco biblijny "drach" intensywnością swojej obecności. Zbyt dużo jest "dracha" w "Drachu"... Mimo tego, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że "Drach" plasuje się gdzieś w okolicach ideału. Niezależnie więc od wyników konkursu - warto poznać tę kunsztowną i dosłownie: ponadczasową powieść. 


* "Drach", Sz. Twardoch, Wydawnictwo Literackie, 2014, str.15


wtorek, 1 września 2015

"Narzeczona Schulza" Agata Tuszyńska





Wydawnictwo Literackie
data premiery: sierpień 2015
str. 320
Na okładce wykorzystano rysunek Brunona Schulza "Kobieta i mężczyzna na spacerze"




"Ona, moja narzeczona, stanowi mój udział w życiu, za jej pośrednictwem jestem człowiekiem, a nie tylko lemurem i koboldem. Ona mnie więcej kocha niż ja ją, ale ja jej więcej potrzebuję do życia. Ona mnie odkupiła swoją miłością, zatraconego już prawie i przepadłego na rzecz nieludzkich krain, jałowych Hadesów fantazji" - fragment listu Brunona Schulza

"Józefa Szelińska, Juna, w latach 1933-37 była narzeczoną Brunona Schulza - genialnego pisarza, malarza, autora  Sklepów cynamonowych Sanatorium pod Klepsydrą. 
Ukrywała to przez niemal pół wieku.
W powojennych ankietach podawała stan cywilny: samotna.
Wszystko inne jest grą pamięci i wyobraźni"
- Agata Tuszyńska, autorka


"Miłość jest czuwaniem nad cudzą samotnością" 
- Rainer Maria Rilke 





JUNA I GENIUSZ


Bruno Schulz – to wszechstronny artysta (rysownik i grafik), a przede wszystkim pisarz zaliczany do grona najwybitniejszych prozaików polskich XX wieku. Znamy dokładną datę jego śmierci. Zginął  19 listopada 1942 roku na ulicach getta w Drohobyczu. Nie był wówczas jedyną ofiarą. To były przecież czasy, w których umierał i rozpadał się na kawałki cały ówczesny świat… W pierwszych latach powojennych nie było nawet mowy o tym, by ktokolwiek myślał o wznowieniu dzieł Schulza. Gombrowicz, Witkacy, Miłosz…tak wielu twórców znalazło się na indeksie. Tak niewiele brakowało, by nasze pokolenie nigdy nie usłyszało o geniuszu z Drohobycza…

W 1948 roku w „Przekroju” ukazało się ogłoszenie Jerzego Ficowskiego (poety, eseisty, prozaika, tłumacza i autora piosenek), który rozpoczął poszukiwania zaginionych rysunków, utworów, listów i wszelkich śladów prowadzących do Brunona Schulza. I wtedy zgłosiła się Ona – Józefina Szelińska, muza i narzeczona pisarza. Wcale nie okazuje się łatwą korespondentką, a tym bardziej osobą, która chciałaby się grzać w blasku sławy wielkiego artysty. Juna (bo tak nazywał ją Bruno) zastrzegła sobie, że nie chce rozgłosu. Podjęła jednak współpracę - trudną dla Ficowskiego, bo jej informacje są rygorystycznie dawkowane i obwarowane wieloma warunkami  i bolesną dla niej – osoby poranionej, a jednocześnie kochającej i strzegącej pamięci swojego Bruna: wielkiego artysty i arcyskomplikowanego człowieka…

Jerzy Ficowski  z czasem staje się specjalistą od twórczości Brunona Schulza. Publikuje prace i eseje na jego temat, ślęczy nad rekonstrukcją jego biografii i weryfikacją mitów, które wokół niego narosły. Listy, które otrzymuje od Józefiny Szelińskiej stały się dla niego nieocenionym źródłem wiadomości. Ich korespondencja trwała 50 lat. Żona Ficowskiego, po jego śmierci, przekazuje tę spuściznę Agacie Tuszyńskiej. Czy pisarka może nie docenić skarbu, który trafił w jej ręce? Ma do czynienia przecież z relacją najważniejszego świadka życia legendarnego pisarza. Listy pozwalają zbliżyć się do fascynującego człowieka, który w pewnym sensie uchodził za życiowego „nieudacznika”, a jednocześnie był „czarnoksiężnikiem” słowa. Listy są także kroniką wielkiej niespełnionej miłości oraz świadectwem oddania niezwykłej kobiety – poranionej i rozdartej, ale wiernej, do końca życia walczącej o jego dobre imię i należne mu miejsce…

Juna – Józefina Szelińska, fot. Brunona Schulza,ilustracja z książki


Postawa Juny zainspirowała pisarkę tak dalece, że postanowiła w swojej nowej książce przedstawić biografię i portret Schulza właśnie z perspektywy kochającej go kobiety. Dzięki temu sylwetkę artysty i wizjonera, ale też dziwaka i człowieka prześladowanego przez fobie - poznamy inaczej. Dzięki pośrednictwu Juny potraktujemy jego drobną postać w zbyt obszernym garniturze nieco cieplej, z pewnym rozczuleniem. W jej czułym spojrzeniu Bruno nadal pozostanie ekscentrykiem, czasem draniem; ale taki mężczyzna wymaga jej opieki. Jest przecież bezbronny jak „skrzypce bez futerału”.*

Agata Tuszyńska nie miała łatwego zadania. Musiała tchnąć życie w ocalałe obrazy i grafiki Brunona Schulza, wyłuskać artystę, wyodrębnić pisarza z jego prozy i przywołać aurę, którą wokół siebie stworzył; odtworzyć historię ich znajomości (dzieje romansu) z nader oględnych wypowiedzi Juny… Trzeba było najpierw zbudować z potwierdzonych faktów stabilną konstrukcję i dopiero wtedy to rusztowanie okryć materią utkaną z jej wyobraźni, domysłów i przeolbrzymiej empatii…

Książka napisana jest w zmiennej narracji, częściowo przypomina dziennik Juny (stąd określenie: „apokryf” w podtytule). Fragmenty pisane jakoby przez Junę przeplatają się z komentarzem narratora. W ten sposób autorka interpretuje daną scenę, a zaraz potem zamieszcza wywód, który ma poprzeć jej hipotezę.

"Narzeczona Schulza" to nie tylko wyśmienity psychologiczny portret Józefiny Szelińskiej, w tle tej historii spotkamy sylwetki innych przyjaciół i ludzi, którzy wywarli wpływ na artystę (Zofia Nałkowska, Witkacy, Debora Vogel). Agata Tuszyńska stara się przedstawić realistyczny obraz miłości Bruna i Juny, podkreślić co ich w sobie nawzajem zafascynowało, a jednocześnie zmusza do zastanowienia się: dlaczego im się nie udało? Co ich rozdzieliło? Czy prawdą jest że Ona – wraz z resztą mieszkańców nie miała dostępu do Drohobycza z jego „Sklepów cynamonowych”? Czy poruszali się po tym mieście w innych wymiarach? Czy błędem były próby ucywilizowania pisarza i oderwania od tego kresowego miasta - „matecznika jego twórczości” ? Czy Juna przeglądała się w jego rysunkach jak w lustrze? Czy odnajdywała w nich tajemnice jego mrocznej duszy? Czy jej wiarę we własne siły zabiła zazdrość o inne kobiety? Czy kiedykolwiek mieli szansę na normalne życie? Czy myśl o małżeństwie była tylko jej mrzonką, a dla niego próbą ubrania rzeczywistości w formę, która jest społecznie akceptowana? Książka nie daje jednoznacznych odpowiedzi – wcale ich zresztą nie miała dawać. Pozwala natomiast zrozumieć ciężar jaki na swych barkach dźwiga artysta. I pozwoli zrozumieć kobietę, która odkrywa, że stanowi rywalkę dla SZTUKI i przekonuje się, że nigdy z nią nie wygra…

Wspaniała książka o miłości, sztuce i samotności. Wielkie wyzwanie, godna zaufania interpretacja i wiarygodna kreacja. Polecam.


* "Narzeczona Schulza", Agata Tuszyńska, str. 41




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości: