niedziela, 22 listopada 2015

Pisanie to styl życia. Z wizytą u Czechowa






Kraków przywitał mnie wieczorową porą. Byłam tu wiele razy, lecz miasto widziałam w świetle dnia, po raz pierwszy mam okazję zobaczyć je po zmroku. Musiało wcześniej padać, bo mokry bruk połyskuje w świetle rzęsistych świateł. Jest ciepło, lecz zimny wiatr raz po raz zrywa mi kaptur z głowy. Idę z wolna, by nie przyjść przed czasem, a liście wirują wokół moich nóg i pomykają wesoło zmiecione podmuchem. Myślę sobie, że idę z nurtem, dokładnie w tę stronę, którą  wskazuje mi wiatr. Nie mogło być inaczej. Musiał się pojawić, by zatańczyć w "halkach czarownic", to dobry znak.

Spotkanie autorskie odbywa się w restauracji "Wiśniowy sad. Kuchnia rosyjska" - w przyjemnie kameralnym miejscu, z obrazami, z których spoglądają na nas bohaterowie utworów Czechowa. Przed nami lampka wina. Słuchamy fragmentów książki w interpretacji Marii Gutowskiej oraz rozmowy, do której znakomicie przygotował się red. Marcin Wilk i którą prowadzi z reportażystką, dziennikarką i publicystką - a dziś przede wszystkim: pisarką Elżbietą Isakiewicz, która prezentuje swoją niezwykłą książkę. Marcin Wilk prowadzi wywiad z pisarką, a ja słucham tej zajmującej gawędy i już nie wiem czy to jest zwykła rozmowa czy raczej radiowa audycja... Jesteśmy zasłuchani, wyciszeni. Czujemy się wciągnięci w świat Elżbiety Isakiewicz, w opowieści o jej kotach i Czechowie. Dlaczego właśnie Czechow? Nie tylko ze względu na lokal. To pisarka zadbała, byśmy spotkali się w tym miejscu. Czechow jest jej mistrzem i przewodnikiem. Z pewnością każdy, kto zetknie się z jej mikroopowieściami - zauważy obecnego w nich ducha i kto wie, może znowu zechce odświeżyć tę znajomość, sięgnie po jego twórczość, spróbuje odczytać inaczej... Oczywiście pada pytanie, o tę fascynację i Elżbieta Isakiewicz opowiada, że spośród pisarzy - Czechow jest najbliżej postrzegania prawdy w drugim człowieku. Nikt tak jak on nie pisał o duszy człowieka i jego kondycji. Owszem, obnażał jego wady i ułomności, czasem robił to z dystansem, czasem ironicznie, ale nigdy nie oceniał i nie wydawał wyroków. Raczej otulał bohatera swoim współczuciem. Zamieszczał refleksje w opowiadaniach i przy okazji stała się rzecz niezwykła, bo opisując duszę człowieka udało mu się "uchwycić wszechświat",  a to wszystko osiągnął za pomocą krótkiej formy.


Elżbieta Isakiewicz w towarzystwie Marii Gutowskiej i red. Marcina Wilka


Dlaczego pisarka tworzy mikroopowieści?
Może lepiej nie mówić: tworzy. Ona je wychwytuje ze zdarzeń, które ją otaczają, filtruje przez własną wrażliwość i zapisuje, by uchronić przed zapomnieniem. Potrzebę utrwalania takich chwil najlepiej ujęła w swym wierszu Julia Hartwig: "niezapisane wspomnienia więdną jak nieuprawiany ogród".[1] W dorobku Elżbiety Isakiewicz znajdują się zatem liczne reportaże (wielokrotnie nagradzane, w tym Nagrodą Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego), a także wyjątkowa książka "Kaprys. Przypowieść o mężczyźnie i kobiecie"; jednocześnie jednak, obok tych oficjalnych publikacji - pisarka zawsze skrzętnie zapisywała własne refleksje, a jej spostrzeżenia i zapiski stawały się zatrzymanymi w kadrze chwilami. Kiedy udostępniła je na swoim fanpage'u - okazało się, że nie tylko spotkały się z gorącym przyjęciem, ale wywołały falę niezwykle osobistych i wzruszających komentarzy. To dało pisarce poczucie więzi z odbiorcą. Z czasem czytelnicy zaczęli  domagać się, by miniaturki zebrać w książkę, by można było do nich powracać, by nie rozpłynęły się w przestworzach Internetu. Efektem tej niezwykłej zażyłości twórcy z czytelnikami jest właśnie wydany (premiera miała miejsce w październiku br.) tomik: "Lekkie halki czarownic", stanowiący wybór mikroopowieści - bardzo osobistych, krótkich utworów literackich.

Niech nikogo nie zwiedzie pozorna zwiewność tytułu i lekkość prezentowanych form. Mikroopowieści - to odpryski rzeczywistości, wspomnienia i przemyślenia związane z przeczytanymi lekturami, spotkanymi ludźmi i własnymi przeżyciami. Znajdziemy tu refleksję, a często także drugie dno. Trudno utwory jednoznacznie sklasyfikować, to nie są zwyczajne opowiadania. To raczej opowiadania, które zostały zredukowane do sedna i kwintesencji. Stanowią mieszankę gatunkową, bo znajdziemy w nich nieco reportażu, szczyptę poezji, ale także sporo zwyczajnej prozy życia. W ten sposób powstały utwory, które przekonują nas swoim autentyzmem, a zachwycają liryzmem. Skąd się biorą? Z własnych doświadczeń, z opowieści najbliższych, ze scenek, które zostały zaobserwowane na ulicy. Wszystkie zaczerpnięte są z życia, ale również silnie naznaczone emocjonalnością autorki. Nad każdym tekstem warto się pochylić, dać mu trochę przestrzeni, odnaleźć zgrabną puentę i ukryte znaczenie, a jednocześnie przepuścić tę historię przez swoją duszę i wyzwolić echo własnych skojarzeń.


"Lekkie halki czarownic" pozbawione są ilustracji, do których autorka przyzwyczaiła czytelników na fanpage'u. Od razu spieszę wyjaśnić, że publikacja na tym nie traci. Ilustracje nie są potrzebne, gdy pisarz mistrzowsko "maluje" słowem:

"Aż tu takie zdarzenie. Pociąg (jadę na wakacje) zatrzymuje się na małej stacji. Parna noc. Zapach podkładów kolejowych, siana, piasku. Pachnie równy i spokojny sen słońca, które gdzieś w ciemności czeka brzasku.
To nie paryskie rewiry. Łaciną, co ją zwał językiem gęsim, a gadała nią Europa, nie przemówisz tu do pól, nie wydoisz krowy. To wymaga własnej mowy. On wziął ją stąd - nie mógł być inny! I raptem staje się dotykalny, bliski. Jak ta letnia noc, kiedy wszystko mości się na swoim miejscu, zboże jest płowe, a pociąg rusza ze stacji Rejowiec." [fragm. miniaturki "Ojczyzna Reja"]




Kiedy pisarz odsłania swoje wewnętrzne przeżycia istnieje niebezpieczeństwo, że zbyt dużo ujawni. "Czy Pani wyznacza sobie taką nieprzekraczalną granicę?" - pada pytanie z sali. Powracamy znowu do Czechowa, ale także do Flauberta, którzy wyznawali zasadę, że mistrzostwo tkwi w tym, by właśnie zbyt dużo nie powiedzieć. Elżbieta Isakiewicz wyznaje, że wzięła sobie tę zasadę do serca i nigdy nie odsłania zbyt wiele, chroniąc własną prywatność. A ja przy okazji sobie myślę, że zasada Czechowa i Flauberta nie służy wyłącznie pisarzowi. Jest równie ważna dla czytelnika. Dzięki niej proza wkracza na wyższy poziom, daje odbiorcy więcej satysfakcji. Czytelnik przecież nie lubi, by zbyt wiele przed nim odkrywać, by do szczętu tłumaczyć. Lubi mieć pozostawione pole dla wyobraźni, lubi czuć, że pisarz ma szacunek dla jego intelektu. Najlepiej, gdy pisarz zaznacza najważniejsze zdarzenia, wskazuje kierunek i pozwala czytelnikowi trochę pobłądzić wśród splątanych emocji. Wtedy czytelnik  może poczuć satysfakcję, że w pewnym sensie, dzięki własnej emocjonalności, empatii i przenikliwości, wspólnie z autorem dzieło "współtworzy". Tak pisał Czechow i Flaubert. Na tym polega proza Munro. Odzwierciedleniem tej zasady jest "Kaprys" Elżbiety Isakiewicz.


A oto jedna z mikroopowieści, którą prezentuję za zgodą autorki (jedna z moich ulubionych miniaturek zaprezentowanych w "Lekkich halkach"):


NA KRAWĘDZI

"Na krzywym progu chaty ze sczerniałych bierwion, z zielonymi futrynami i lekko pochylonym kominem siedzi bosonogi mężczyzna w podziurawionych portkach. Twarz ma ogorzałą i pomarszczoną jak dno dawno-wyschłej rzeki.
Stary człowiek głaska rudą kurę. U jego stóp czarny kundel z wilgotnym różowym nosem spod półprzymkniętych powiek śledzi lot pszczoły, która sfruwa na zapodzianą w trawie łodygę kwitnącego rzepaku. Obok brązowa krowa stoi w tajemnej ciszy swego majestatu. W jej mokrych niezgłębionych oczach migotliwie trzepocze odbicie wody z cynowego wiadra, którą człowiek od czasu do czasu zaczerpuje blaszanym kubkiem.
Chata i wszystko inne istnieje w suche popołudnie z otwartym niebem, pod lipą. Jedna z jej gałęzi osuwa się i muska zmurszały, zamszony dach - nie wiadomo, wysychają jej soki, czy słania się z leniwego przesytu liści.
- Gorąco. Trzeba się napić wody - stary człowiek wskazuje wiadro.
Nabieram wodę dłońmi. Jest studziennie zimna, twarda, przejrzysta.
Stary człowiek z aprobatą kiwa głową. Żegnam się i podążam tam, skąd przyszłam.
Gdzie byłam? Na krawędzi jakiegoś schyłku czy już po nim? A może minęłam przypadkiem wymyślony przez starego człowieka raj? Czy uroiła go także pszczoła lub krowa i spotkali się w jednym obrazie? (Prawdziwe raje mają cechy ziemskie, nie przesładza je ich doskonałość ani nie ogranicza wieczna szczęśliwość). Nigdy się tego nie dowiem. Już nie powtórzy się ta kompozycja postaci, przedmiotów, barw i tła. Ale przecież coś się zdarzyło.
Będzie mnie odtąd dopadać pragnienie zaczerpnięcie wody - takiej jak tamta". [2]



Wracam ze spotkania.
W głowie mi szumi od natłoku wrażeń, wiatru, a może także leciutko od wina.  Myślę o związkach. Nie tylko przecież Czechow ujął wszechświat w nowelach. Elżbiecie Isakiewicz udało się uchwycić w swoim tomiku, w jego czterech porach roku - przemijanie i historię życia ludzkiego. Jeszcze jestem zaplątana w "halki czarownic", ale też zaczynam przyspieszać kroku, by wrócić do samochodu. Czeka mnie jeszcze przecież podróż do domu (nie ja prowadzę!). Idę Grodzką. Z oddali słyszę dźwięki tęsknej i rzewnej melodii. Czy mogło być lepiej?... Pod Kościołem Świętych Apostołów Piotra i Pawła koncertuje samotny muzyk, a utwór przez niego wykonywany więzi przechodniów, nie pozwala odejść. Głowy nie dam, ale wydaje mi się, że jest to jedna z sześciu znanych suit na wiolonczelę. Jestem pewna, że dzisiaj mnie właśnie "to" spotkało. Właśnie dzisiaj "postacie, przedmioty, barwy i tło"  ułożyły się w idealną kompozycję. Cieszę się magią tego wieczoru, który przywiódł mnie do "Wiśniowego sadu", zagrał koncert na zmysłach, oczarował, przeniósł w czasie i przestrzeni - przywitał wiatrem, a pożegnał Bachem...


Za zaproszenie na wieczór autorski jeszcze raz serdecznie dziękuję...









[1] Julia Hartwig, "Zapisane", Wydawnictwo a5, 2013, fragment wiersza "To co przeżyliśmy"
[2] Elżbieta Isakiewicz "Lekkie halki czarownic i inne mikroopowieści", Wydawnictwo Perspektywa, str. 54

czwartek, 19 listopada 2015

Po wydarzeniach we Francji...


...Czasem znajomy wiersz uderzy z mocą ...


SZYBA

Rzeczy nam kłamią: przecież 
szyby przejrzysta gładź
umie najchytrzej na świecie
maskować się i łgać.

Z pozoru jest czymś, co dzieli:
na ulicę i wnętrze,
na skwar zakurzonych zmęczeń
i rzekę chłodnej pościeli.

Na świat drzew i na świat mebli,
na otwarty na przestrzał
wiatr i na martwy sześcian
powietrza wbitego w cegły,

na parkiety i bruki, 
na ogrzewanie i mrozy,
na chmury i na sufit:
ale to tylko pozór.

Naprawdę szyba nie jest
podziałem, ale sama 
z własnego wnętrza zieje
wąską, głęboką jamą.

Mało kto z nas to dostrzegł:
dlatego tylko szyba
jest cienka jak noża ostrze,
że z obu jej stron przywarł

nierozerwalnym parciem
dwu magdeburskich półkul
świat, w niesłyszalnym huku
zgniatający uparcie

barwy, czasy, przestrzenie,
zwierzęta, ptaki, ryby,
pod ogromnym ciśnieniem
aż do grubości szyby.

Ten świat skondensowany,
gdy spojrzeć na szkła krawędź,
zielonością jaskrawą
lśni jak toń oceanu:

i tylko stąd wiadomo,
że wewnątrz coś się dzieje,
że wewnątrz szyby toną
zmiażdżone epopeje,

bo szklany świat, zgniatany
do utraty kolorów
przez świat, który znamy - 
zrezygnował z oporu.

Zbyt wielkie tu zagęszczenie,
by mógł dać znać, że żyje;
czasami tylko drżenie 
szybę znienacka przeszyje,

gdy na ulicy wystrzał
tryśnie fontanną huku
ponad domy najwyższe,
a po zmartwiałym bruku

czołgów zadudni horda;
lecz wtedy gospodyni
okleja szybę, przezorna
paskami papierowymi.



- Stanisław Barańczak, "Wiersze zebrane"
pod redakcją Ryszarda Krynickiego











środa, 18 listopada 2015

Męskie wyzwania, czyli Twardoch o sobie samym




Nie ma chyba nic naturalniejszego w świecie dla pisarza, niż pisanie dziennika, w którym zamieszcza refleksje, opisuje wydarzenia, przeżycia i spotykanych ludzi - chociażby po to, by zachować swoją „bazę wspomnień”. Diarystyka w Polsce ma dosyć silne tradycje, zwłaszcza że dawała w PRL-u pisarzom świetną okazję obejścia cenzury. Publikacja dzienników często stanowiła nie lada gratkę i niespodziankę dla czytelników. Przeważnie stawała się wydarzeniem literackim, dzienniki wzbudzały kontrowersje i prowokowały do dyskusji, ale przede wszystkim przywracały w jakiś sposób wielkich nieobecnych. Oczywiście nie jest także zjawiskiem nowym, że pisarz sam decyduje się opublikować swoje refleksje i przemyślenia. Tak się stało w przypadku książki „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” Szczepana Twardocha, chociaż podtytuł wydaje się tym razem trochę nazbyt ryzykowny.
Nigdy do końca nie możemy być pewni (szczególnie, gdy pisarz sam udostępnia swoje refleksje) czy dzienniki rzeczywiście stanowią literaturę non-fiction i w jakim stopniu pozbawione są elementu kreacji. Czy „Wieloryby i ćmy” pozwalają dowiedzieć się wszystkiego o pisarzu? Wydaje się, że nie taki był zamysł publikacji. Książka stanowi wybór fragmentów dzienników pisanych w latach 2007-2015. Pojawiają się zarzuty, że na publikację tego typu jest stanowczo zbyt wcześnie. Warto spojrzeć na tę sprawę z innej strony. W tym okresie miało miejsce kilka ważnych wydarzeń w życiu pisarza (narodziny synów, napisanie przełomowych powieści w jego twórczości, uznanie i nagrody – to kamienie milowe w jego życiu). Jest to dobra chwila, by się zatrzymać i dokonać podsumowań – dla siebie i czytelnika. To także całkiem dobry powód, by wydać książkę.
Pisarz dokonał ścisłej selekcji (nie tylko w swoich zapiskach) i pozwolił nam siebie zobaczyć w wybranych rolach: Twardoch jako ojciec, Ślązak, podróżnik, intelektualista, wrażliwiec i pisarz (który w dodatku osiągnął pewien status, jest świadomy swojej wartości i korzysta z profitów). O czym pisze? Poznamy sprawy dla niego najważniejsze - motywy związane z dojrzewaniem do bycia ojcem i pisarzem. Czytelnik znajdzie wątki, które przewijały się w jego wcześniejszych utworach. Powrócimy do lektur obowiązkowych (Sándor Márai, Ernst Jünger, Cormac McCarthy), udamy się ponownie w podróż po arktycznej Rosji (podobnie jak w esejach zawartych w „Wyznaniach prowincjusza”, ale tym razem pisarz nie politykuje, nie wzbudza kontrowersji, nie wygłasza poglądów o polskości, konserwatyzmie i przyszłości/upadku Europy, nie kładzie też akcentu na problemach związanych z tożsamością narodową). Znajdziemy oczywiście refleksje dotyczące jego przodków i korzeni, które mocno tkwią na Śląsku. Często zresztą powraca do śląskiego mikrokosmosu, ale pisząc o swoich przodkach i dzieciach staje się pomostem łączącym przeszłość i przyszłość, a dzięki jego refleksjom możemy obserwować w jaki sposób dojrzewał do napisania „Dracha”. 
Twardoch posiada zdolność operowania obrazem i potrafi w sposób plastyczny wyrazić swoje wrażenia. Dzięki temu przekonamy się niemal wizualnie, że do pisania książek skłania go chęć zatrzymania uciekającej przeszłości (ta sama siła przecież skłania go do obsesyjnego nagrywania filmików utrwalających umykające krajobrazy za oknami pociągu). Twardoch stara się także przybliżyć nam uczucia, które towarzyszą mu podczas tworzenia. Pisze nie tyle o radości, co o bólu tworzenia. Dowiemy się ile kosztuje opublikowanie książki. Przekonamy się w jaki sposób pisarz obserwuje świat. Często będziemy wracać do scenek z ulicy i przypadkowo spotkanych ludzi, w których autor chce zobaczyć sens i kosmiczny porządek świata, a może tylko szuka motywów fabularnie interesujących? Zobaczymy Twardocha w relacjach ze swoimi dziadkami, w żywej rozmowie gwarą i nie będziemy się mogli oprzeć wrażeniu, że jest to ponowne spotkanie z bohaterami „Dracha”. Znajdziemy także kilka słów poświęconych przyjaciołom: Łukaszowi Orbitowskiemu i Witowi Szostakowi, ale trzeba przyznać, że autor pozostał wobec nich lojalny i zachował równie wielką dyskrecję, jak wobec siebie. Wreszcie pisarz będzie się starał nas przekonać o swojej zażyłości z węgierskim prozaikiem -  Sándorem Máraiem, co pozwala się domyślić, że jego książka miała być echem, nawiązaniem, nawet hołdem dla traktowanego jak Biblię „Dziennika”.
Książka nie powinna rozczarować wielbicieli talentu pisarza, którzy mogą przecież spodziewać się nieco przeintelektualizowanej prozy (jak przystało na literata, który dość wysoko do tej pory ustawiał sobie poprzeczkę), z drugiej strony trzeba się pogodzić, że publikacja nie zawiera wiernego obrazu życia, lecz literacką refleksję na jego temat. Można zarzucić pisarzowi skłonność do megalomanii – przy czym mam na myśli raczej niefortunny podtytuł, a nie styl życia, który prowadzi i do którego się przyznaje (to, że pisarzowi udaje się w trudnych warunkach polskiego rynku utrzymywać z pisania i czerpać z tego profity – nie powinno być powodem zaściankowej zazdrości). Publikację czyta się szybko, napisana jest sprawnie, nikogo zresztą nie trzeba przekonywać do warsztatu pisarskiego Twardocha. Książka zwiera wiele interesujących fragmentów, ujmujących spostrzeżeń, celnych puent i błyskotliwych myśli. Wiele z nich uderzy czytelnika, wiele pozostanie z nim na zawsze: np. obraz babiny w chustach, która przed ołtarzem w Bramie Floriańskiej płacze, modli i „żegna się zamaszyście, kraulem”, czy krótką, ale trafiającą w punkt modlitwę autora, gdy wspomina przejścia swoich przodków. Można jednak znaleźć kilka zastrzeżeń. Korci mnie, by podyskutować czy naprawdę były potrzebne powracające uporczywie jak refren spostrzeżenia typu: „Sroki odgryzają głowy jaskółkom, które nie potrafią jeszcze latać, a wypadły z gniazda, i to też nie oznacza niczego, chyba że jednak coś oznacza.” [2] Jeżeli tego rodzaju zdania miały być odzwierciedleniem poglądu Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem”, albo stanowić swego rodzaju manifest (tylko czego?), to z czasem stały się bardziej męczące niż potrzebne. W pewnym momencie pisarz wyznaje: „nienawidzę zdań typu - hrabina weszła do pokoju i siadła w fotelu - zdań, których jedyną funkcją jest poruszanie akcji do przodu. Gdy piszę takie zdania, czuję się, jakbym robił coś niskiego, kiczowatego, dlatego z każdym kolejnym tekstem staram się pisać mniej zdań pustych, a więcej zdań pełnych”. I to jest prawda. Jego „Dzienniki” składają się z samych zdań apetycznie okrągłych, soczystych, pełnych i pozbawionych kiczu. Gdyby jednak zdecydował się do swojej książki wprowadzić hrabinę, to biorąc pod uwagę styl i manierę, która przenika „Wieloryby i ćmy” istnieje prawdopodobieństwo, że pisarz poświęciłby jej następującą refleksję: Hrabina zasiadła w fotelu albo nie, co nic nie znaczy. Chyba, że jednak coś oznacza. Cóż mnie to w końcu obchodzi?
Biorąc pod uwagę sukcesy ostatnich książek, a więc myśląc w kategoriach przyznawania Nike bądź Nagrody Kościelskich – „Wieloryby i ćmy” raczej nie dorównuje poprzedniczkom. Tytuł jest ryzykowny, bo od razu każe publikację rozpatrywać na tle klasycznych „Dzienników”. Czas z nią spędzony jednak nie będzie stracony. Zapewne nie pozwoli nazbyt zbliżyć się do prywatnego życia Twardocha, ale pozwoli dotknąć do tego, co istotne. Dowiemy się w jaki sposób doświadcza i odczuwa świat, jak udaje mu się odnaleźć równowagę między nadwrażliwością, a potrzebą zaspokojenia własnego ego, a przede wszystkim dowiemy się kim jest pisarz, który tworzy liczące się książki i co go ukształtowało.

[1] - "Wieloryby i ćmy. Dzienniki" - Szczepan Twardoch, Wydawnictwo Literackie 2015, str. 100
[2] - Tamże, str. 153


Za możliwość przeczytania książki dziękuję: 

wtorek, 10 listopada 2015

DIABEŁ I SABAŁA


„Śleboda” – to trzecia wspólnie napisana książka przez Małgorzatę Fugiel-Kuźmińską (antropolożkę kultury) i Michała Kuźmińskiego (dziennikarza i redaktora „Tygodnika Powszechnego”). Kryminał został stworzony przez duet, czego konsekwencją stało się wprowadzenie do utworu dwóch protagonistów - w mniejszym bądź większym stopniu to alter ego twórców. Oglądamy wydarzenia oczami głównej bohaterki, która wyjeżdża na urlop i przez przypadek  angażuje się w śledztwo dotyczące morderstwa, a jednocześnie powieść ukazuje proces przemiany, jakiej podlega dziennikarz o dość śliskim podejściu do etyki zawodowej.

Poznajmy Ankę. Co możemy powiedzieć o kobiecie, która pakuje na urlop kryminały Nesbo, wielokrotnie przeczytaną książkę o Podhalu Kroha oraz koronkową bieliznę? To, co znalazło się w jej plecaku - świadczy o wrażeniach, których jej brakuje. Anna Serafin, doktor antropologii z krakowskiej uczelni jest rozczarowana swoim życiem, karierą i źle płatną pracą. Postanawia odwiedzić rodzinę mieszkającą w Murzasichlu - w miejscowości, w której niegdyś spędzała wszystkie wakacje. Podczas tego urlopu nie zabraknie jej „atrakcji”. Los spełni jej oczekiwania z dużą nawiązką…

Anka dość szybko przekonuje się, że życie górali nie odzwierciedla bajki. Zauważa zmiany, które nie do końca się jej podobają. Dostrzega napięte relacje panujące w rodzinie i musi zadać sobie sporo trudu, by odzyskać zaufanie ukochanej Babońki - nestorki rodu Kaleniców, charyzmatycznej strażniczki tradycji, która pozostaje symbolem jej dzieciństwa, a także ucieleśnieniem mijającej epoki, nieskażonego cywilizacją, twardego góralskiego życia.

Nasza bohaterka nie doznaje takiego przyjęcia, jakiego oczekiwała i zdaje sobie sprawę, że musi na nowo przemóc rezerwę murzasichlańskich mieszkańców. Tyle tylko, że wszystko potoczy się nie tak, jak sobie zaplanowała. Już podczas pierwszego wypadu w góry natknie się na makabryczne znalezisko. Odkrywa ludzkie zwłoki. Sprawą morderstwa zajmuje się podkomisarz Andrzej Chowaniec, który okazuje się jej bliskim znajomym z dzieciństwa. Ze względu na wykształcenie, które może okazać się przydatne podczas dochodzenia i przez nieostrożność, która poskutkowała ściągnięciem sobie na głowę przebiegłego dziennikarza - Anka zostaje wkręcona w dziwny układ – w podwójne śledztwo (policyjne i dziennikarskie) oraz w swego rodzaju rywalizację dwóch mężczyzn.

Ofiarą okazuje się stary góral - Jan Śleboda. Dochodzenia nie ułatwi burzliwa przeszłość mężczyzny i fakt, że był znienawidzony przez sąsiadów. Kiedy na drzwiach jego domu pojawia się swastyka – śledczy będą zmuszeni szukać rozwiązania zagadki w niechlubnym epizodzie z przeszłości, a pojawienie się nowych ofiar sprawę dodatkowo skomplikuje. Jakie grzechy miał na sumieniu Jan Śleboda? Co to jest Goralenvolk, na czym polegała niemiecka akcja germanizacyjna przeprowadzona podczas II wojny światowej i jak do tych wydarzeń podchodzą miejscowi górale?

Anka pomaga w dochodzeniu, przez co popada w coraz większą niełaskę miejscowej ludności, a także uczestniczy w przygotowaniach do największego miejscowego kulturalnego wydarzenia. Jej rodzina zajmuje się organizacją wernisażu, na który przybędzie cała śmietanka towarzyska. Dzięki tym wydarzeniom podczas lektury poznajemy zadawnione konflikty, a zarazem zyskujemy rozeznanie we współczesnych stosunkach i układzikach.

„Śleboda” po góralsku oznacza swobodę. Lektura zmusza do zastanowienia się nad tym, jak ze swojej swobody skorzystał stary góral i co w efekcie mu przyniosła; zobaczymy także w jaki sposób czerpią z niej inni nasi bohaterowie – stare i młode pokolenie górali, główne i drugoplanowe postacie. "Swoboda" nie jest jednak jedynym motywem przewodnim książki. Czytelnik musi przemyśleć czym jest dla niego zwykła ludzka przyzwoitość.

Jeśli uważacie, że tylko autorzy skandynawscy mają wyłączność na złotą formułę pisania kryminałów - to powinniście poznać „Ślebodę” Kuźmińskich. To książka, która nie tylko umiejętnie oddaje klimat i specyfikę regionu, ukazuje mentalność i temperament hardych górali, odsłania fragment ciągle nierozliczonej (i do końca nierozgrzeszonej) przeszłości; wreszcie umiejętnie dotyka napięć, które rodzą się w miejscu zetknięcia świata ceprów i górali. Powieść z pewnością nie jest przeciętna. Autorom udało się stworzyć  wizerunek górali bez lukru, ale też bez popadania w kicz. Atutem są kreacje większości prezentowanych, nawet drugoplanowych postaci (np. rewelacyjna Babońka). Świetnie uwydatnione są różne cechy środowiska górali, zwłaszcza ich hermetyczność. Autorzy obnażają ich wady, ale dla równowagi – dostaje się także ceprom. Warto podkreślić doskonały zmysł obserwacyjny Kuźmińskich, ale najważniejsze jest to, że nie można im zarzucić braku sympatii i empatii dla człowieka.

Powieść nie jest pozbawiona malutkich mankamentów. Znalazł się też drobny błąd logiczny (na pewien trop powinni wpaść policjanci, a nie osoba przyjezdna). Podoba mi się postać Jędrusia, chociaż początkowo podkomisarz jest dość nieporadny, jak niedźwiedź zbudzony z letargu, dopiero z czasem zaczyna pokazywać pazur. Nie każdemu może się spodobać nieco zbyt „hollywoodzki” finał. Z drugiej strony – książka z pewnością posiada „filmowy” wymiar, łatwo można sobie wyobrazić całą fabułę na ekranie. Podsumowując – polecam. Ostatnio tak dobre wrażenie wywarł na mnie kryminał „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego, najlepszy z serii o Szackim. Obie książki napisane są według podobnej receptury.

***

http://www.obliczakultury.pl/literatura/beletrystyka/krymina-i-sensacja/5205-sleboda-malgorzata-i-michal-kuzminscy-recenzja

czwartek, 5 listopada 2015

Janusz Andrzejczak - życie wśród przyrody




Pamiętacie wiersze Janusza Andrzejczaka? „Taki jeden”, "Łagodnia", "Ulotnia", a teraz „Przedziwnia. Ballada o Genku” - to kolejne tomiki poezji, a w nich wiersze utkane z mgły, babiego lata, z cieni kryjących się wśród drzew, z klangoru żurawi, tęsknot, echa i błędnych ogników… To wrażenia poetyckiej duszy zaplątane w gałązki, w pajęcze sieci i w kępy łozy. Wiersze są efektem obcowania z naturą, wypływają z głębi zachwyconego serca. Tak powstała poezja szemrząca, szepcząca, ukazująca uroki Podlasia, w której największe wrażenie chyba wywierają wiersze, w których autor zaprasza czytelnika na nocną wędrówkę po puszczach, kniejach i bezdrożach. Wówczas udaje mu się uchwycić leśną ciszę, powolne spływanie wieczoru, wraz z pojawieniem się całej gamy niesamowitych odgłosów – tego wszystkiego, co tworzy nocne leśne misteria…

Na końcu postu zamieściłam króciutki fragment audycji Iwony Smolki. Jeśli znajdziesz chwilę czasu – wysłuchaj wiersza w interpretacji Andrzeja Ferenca. Wiersze Janusza Andrzejczaka idealne nadają się do słuchania…





Gdy

Gdy dzień się zsunął za widnokrąg
w korytarz chrząszcza, w tunel kreci
gdy w rejs wypłynął srebrny okręt
w ten czas sosnowy las zaświecił

Gdy w kolorycie jak mój Turoń
myszka jak mieszczka trakt przebiegła
to z katedralnej ściany boru
w mech spadła szyszka niczym cegła.

Gdy dzień na dobre już się zdrzemnął
i noc nastała jak lot sowy
tak było cicho i tak ciemno
że przelot ćmy, jak wilczy skowyt

Niedźwiedzia ćma* się tliła w gawrze
gdy już z gwiazdami, nad mym losem
i wtedy w lasu kandelabrze
pogasły świece wszystkich sosen



Przedziwnia 

Gdzieś cytrzały cytrusy, winniały winnice
gaj na śródziemiu starożytnie oliwniał
już myślałem, że którąś z tych amfor uchwycę
gdy nagle zjawiła się inna Przedziwnia

Ta, która bez cyprysa, oleandra, pinii
cedru, mirty, lauru, dębu ciernistego
bez gajów i pistacji, bez wrzośca, bez winnic
bez niczego stamtąd, zupełnie niczego

Mgielnie z brzóz na mnie tchnęła, a z sosen igliwnie
oczkoleśnie, grzybnie, mchawo i żurawnie
zupełnie najzwyczajniej, lecz i najprzedziwniej
teraz, zaraz, wczoraj, przedwczoraj i dawniej

Niczego z tej Przedziwni za nic nie rozumiem
wszystkiemu się dziwię, lecz pytań nie stawiam
gdzie harmonia i tyle kołysek co trumien
w pytajnika miejsce ustawiam żurawia

Z cieni on, z wody, z lotu, z migotań, z wełnianek
z tego i tamtego, które jakoś ku mnie
Wszystko we mnie Przedziwnio od ciebie pijane
czuję cię, niczego z ciebie rozumiem



Tak mi...

Pierwsze gwiazdy
w rzece, drugi księżyc
mgła nad łąką biało dymi...
Tak mi za nimi...

Moje puszcze
drogi i bezdroża
drzewa, żaby, ptaki, kwiaty
Tak mi za tym...

A to wszystko
i o wiele więcej
nie ma nic, przechodzi obok
Tak mi za tobą...







Ilustracje nie pochodzą z tomiku. Ich autorem jest Janusz Andrzejczak.



* Niedźwiedziówka ćma - motyl nocny