piątek, 18 marca 2016

Zaproszenie na kawę

Jestem beznadziejna…

Zaprosiliśmy gości. Mąż na zawodach sportowych poznał sympatyczną parę – małżeństwo w naszym wieku. Jakiś czas już sobie wspólnie biegają (mąż i zaprzyjaźniona para), więc postanowiliśmy znajomość zacieśnić i zaprosić ich na kawę.

Przygotowuję się starannie. Wiadomo – nowa znajomość, trzeba stanąć na wysokości zadania. Znajoma szyje firany i prowadzi własny sklep z tekstyliami. Znajomy fotografuje jej wyroby i wrzuca na stronkę sklepu internetowego. To powoduje, że moje okna muszą błyszczeć. Rozumiecie – goście wejdą i z powodów zawodowych pierwsze, co zrobią – rzucą okiem na okna. A po zimie wygląda to ssssstrasznie. Myję okna w całym domu, chociaż mam jakiś zastrzał mięśniowy i ledwo mogę się wyprostować i ruszać ręką. Ledwo taszczę wiaderko z wodą i pełzam po drabinie. Pucuję i macham ścierką z prawdziwym samozaparciem. Oczywiście prasuję hektary firanek. Wpełzam na drabinę i znowu je wieszam. Żabki w karniszu szczerzą do mnie zębiska, ale nie poddaję się i w końcu wszystko jest gotowe.




W dzień wizyty już tylko zwyczajne latanie na miotle, starcie kurzu, zrobienie sałatki i zakup ciasta. Nie, nic nie piekę profilaktycznie, bo jak znam życie, to zakalec zepsuje mi humor. I już piąta, jak ten czas leci! Już dzwonek do drzwi, ekspres na pełnych obrotach, i już witamy miłych gości.

Stół czeka, goście siadają, a ja szybciutko udaję się po pyszną kawę z ekspresu, za którą przeważnie moi znajomi przepadają (robię kawę za kawą i goście nie mają litości, nawet jeśli siedzimy pod altaną, na końcu ogrodu – muszę latać tam i z powrotem). Z mlekiem? Bez mleka? Czarną? Oczywiście, już podaję!

I już wychodzę z kuchni niosąc filiżanki z aromatycznym napojem, dumna, że mi wszystko wyszło na czas, że tylko kawusia i siadamy do rozmowy. A! jeszcze przecież aromat do kawy! Rzadko używam, specjalnie trzymam dla gości - karmel z wanilią to mój sekret, by zapach kawy pobudził najbardziej wykwintne zmysły, żeby gości jeszcze bardziej rozanielić.  Łapię młynek, trach-trach, szybciutko dodaję aromatu i już pędzę z kawą do gości.

Tylko, że goście tym razem rozanielić jakoś się nie chcą…

- Spróbuj tej kawy – mówi gość do swojej żony.
Żona próbuje i mówi – Nie cuduj, tylko pij.
Więc mąż rzeczywiście już nie cuduje, pije kawę - pijemy wszyscy, jemy ciasto i rozmowa po chwili już płynie gładkim nurtem, jest wesoło i całkiem sympatycznie.
- Ola, spróbuj tej kawy – mówi po jakimś czasie mój własny mąż i podaje mi swoją filiżankę – Coś mi tu nie pasuje.
Kosztuję, ale nie wyczuwam nic złego. „Dziwnie panowie się dziś zachowują” – myślę sobie – „Co ich opętało?”. Żeby tak nad moją kawą wybrzydzać... Koniec świata!

Spotkanie całkiem się udaje, goście siedzą do późna, jest naprawdę przyjemnie i wesoło. Mówimy o wczasach, dzieciach i o sporcie. Padają anegdoty. Jak to na spotkaniach. Podaję kolację. Tylko na pytanie czy jeszcze się czegoś napiją - gość mówi, że napije się herbaty. - BYLE NIE KAWY – jakoś dziwnie podkreśla. Żona też skwapliwie bardzo chce herbaty i wypije dwie pod rząd.

Późno wychodzą. Żegnamy się przy drzwiach i obie strony zapewniają o potrzebie powtórnego spotkania. Zamykamy za gośćmi i zaczynamy sprzątać naczynia. Kiedy porządkuję kuchnię - otwieram drzwiczki i zamieram w poczuciu grozy. Na półce obok siebie stoją dwa identyczne młynki. Karmel z wanilią, a obok: sól. Matko kochana! Zamiast karmelu gościom dowaliłam soli!

Mam ochotę zakopać się gdzieś na pół roku. Taki wstyd, będzie trzeba przepraszać, a jeszcze na dodatek to przypadek nierokujący zbyt dobrze w kategoriach literackich. Nie dość, że plagiat, to w dodatku słaby. Mało, kurczę, oryginalny. No bo: sól? Tak po prostu? Co to miało być? Kawa z sOlą? Taka Ania z Zielonego Wzgórza spiła przynajmniej biedną Dianę nalewką Marty...Mamy z Anią coś wspólnego. Całą noc po wizycie spędziłam w otchłani rozpaczy. Rano doszłam jako tako do siebie, a po telefonie z przeprosinami doszłam do wniosku, że jednak nie wystrzelę siebie na Księżyc. Tym razem. Goście wykazali się wyrozumiałością, a nawet poczuciem humoru. Jednak sobie myślę, że jeśli już miałam narozrabiać, to przynajmniej z większą fantazją. Jak Zocha Stryjeńska, która odwróciła talerz z zupą na przyjęciu, bo musiała sprawdzić gdzie został wyprodukowany… Albo wydawca i księgarz Gustaw Gebethner (1831-1901; współtwórca wydawnictwa "Gebethner i Wolff" i sieci księgarń z filiami w Paryżu i Nowym Jorku), który chciał uraczyć swoich gości winem, a poczęstował atramentem (1). Tylko żałuję, że nie wiem jak ta kabała się zakończyła… Czy szacowny Gebethner mocno żałował, że goście wyżłopali mu drogi atrament? Jeśli ktoś wie cokolwiek na ten temat, to upraszam o informację! Krążą i inne "smakowite" anegdoty o wybitnie roztargnionych wielkościach. Immanuel Kant wrzucił podobno do gotującej się wody zegarek, natomiast w ręce trzymał jajko, na które zagapił się, by sprawdzić czy gotowanie trwa dostatecznie długo. Tej anegdocie tak do końca jednak nie ufam (2). Wierzę święcie za to w inną historyjkę. Ludwik Szalay - (światowej sławy słynny krakowski adwokat, wybitny obrońca w sprawach karnych i krasomówca, zmarł w 1934r.) znany był powszechnie ze swojego roztargnienia. Pewnego dnia został zaproszony na obiad do przyjaciela. Posiłek raczej nie okazał się całkiem smaczny. Tego dnia adwokat tak przejęty był chorobą swojej żony, że zupełnie zapomniał, że jest w gościnie. Wstając od stołu powiedział: "Przepraszam bardzo za ten straszny obiad, ale moja żona jest chora..." (3)

Co do moich gaf jestem dziwnie spokojna, że wkrótce coś znowu mi się przydarzy... To zupełnie normalne, że gdy napisze do mnie poeta Janusz Andrzejczak, to ja mu odpiszę: "Panie Andrzeju...". Potem skaczę z okna lub się wieszam, ale za chwilę  i tak narozrabiam. Dobrze, że domownicy przyjmują tego typu sprawy ze stoickim spokojem. Mojego męża wcale nie zdziwiła sól w kawie. Żeby go zaskoczyć muszę wykazać się znacznie większym wyrafinowaniem, tak jak parę dni wcześniej, gdy wychodząc z własnej sypialni – zatrzymałam się pod drzwiami, zapukałam i czekałam przez chwilę na zaproszenie. Mąż wtedy stanął na wysokości zadania i powiedział: „Mnie już nic przy tobie nie zdziwi. Ale nie krępuj się, możesz wyjść – bardzo proszę!”.

Roztargnienie w życiu realnym, to cecha komplikująca życie i bardzo przereklamowana. Zwłaszcza, gdy nie możesz spać po nocach, stale trzeba coś odkręcać i za coś przepraszać. Za to jakiż to wdzięczny motyw literacki! Dziękuję wszystkim roztargnionym sławom, za to, że mamy o czym poczytać, nad czym podumać i uśmiechnąć się, a ja właśnie wtedy czuję dziwną bliskość duchową... 


W ramach pokuty piję kawę z solą. Za Wasze zdrowie!



(1) Wisława Szymborska: „Lektury nadobowiązkowe”, Znak, str. 25
(2) http://www.psychotekst.pl/ksiazki.php?nr=193
(3) http://www.e-teatr.pl/pl/programy/2016_01/70314/p625_pygmalion_t_polski_warszawa_1932_551.pdf

50 komentarzy:

  1. Rany. Jak to dobrze wiedzieć, że się nie jest samemu na świecie :) Rozrabianie i osuwanie się w otchłań rozpaczy to bliskie mi klimaty. Jakby co, to piszę się na tę kawę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja serdecznie zapraszam:) Soli można się już nie obawiać, bo od razu odseparowałam młynki. Raczej coś mi się wydaje, że w przyszłości będę miała kłopoty z odnalezieniem wanilii, bo gdy coś schowam, to na amen. Witaj w klubie:)

      Usuń
    2. Ileż to rzeczy przepadło ukrytych przeze mnie... Ale intencje mam zawsze dobre - żeby się nie zgubiło. A jak później wsiąknie to nawet św. Antoni nie pomoże :D

      Usuń
    3. Martuś, zawsze przeczuwałam, że nadajemy na podobnych, że się tak wyrażę: kosmicznych falach;)

      Usuń
  2. Już myślałam, że w tej kawie były żabki od firanek albo coś takiego. A to tylko sól ;-)
    Takie pomyłki zdarzają się każdemu, nie ma się czym przejmować. Z tych wszystkich gaf, które wymieniłaś, najbardziej mnie zdumiała ta popełniona przez Ludwika Szalaya. Osobie odpowiedzialnej za przygotowanie obiadu pewnie nie było przyjemnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To były czasy, gdy osoba odpowiedzialna za przygotowanie obiadu dostała zapewne po premii... Oczywiście stosunki przyjacielskie musiały się oziębić. A może przeciwnie? Może szybko Szalayowi wybaczono? Wyobrażam sobie, że anegdota szybko obiegła Kraków, ale na miejscu gospodarzy raczej bym jej nie rozpowszechniała...

      Usuń
  3. Ha, lubię te Twoje anegdoty pisane w formie interesujących opowiadań - naprawdę miło się to czyta. A co do opisywanej sytuacji, to można powiedzieć, że dobre wychowanie okazuje się niekiedy piekielną pułapką, która uniemożliwia szczere wyrażanie opinii - obawa przed zranieniem bliźniego jest zbyt silna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję:)
      Tak, dobre wychowanie czasem stawia w dziwnych sytuacjach. - Pij i nie cuduj - powiedziała moja Znajoma i bez zająknięcia wypiła swoją kawę...

      Usuń
  4. Przesympatyczna miniaturka, bardzo mnie rozbawiła, bo anegdotki są przednie. Olu, na pocieszenie: tego typu gafy są urocze, bo w gruncie rzeczy nic się nie stało. ;-) Gorzej, gdy z powodu niezręczności lub pośpiechu (albo przejęcia sytuacją) trzeba odnawiać ścianę, gdy wylało się na nią kawę z sześciu filiżanek. Niestety, nie parzyłam jej w ekspresie, więc wyobraź sobie, jak to wyglądało. A lata temu upiekłam szarlotkę z solą zamiast cukru. ;-) Witam Cię więc w klubie! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, matko! Mam nadzieję, że sama nie ucierpiałaś przy tej kawie! W przypadku remontu po wizycie, to pewni znajomi, poznani na wczasach, opowiadali nam inną anegdotę. Wybudowali dom i zaprosili sporo osób na parapetówkę. Zamówili catering. Jedną z atrakcji miała być czekoladowa fontanna. I rzeczywiście - fontanna to był "gwóźdź programu", bo czekolada eksplodowała. Na gości i na ściany;)
      Jestem pewna, że Twoja szarlotka - jeśli nawet nie była konsumpcyjna, to musiała być dekoracyjna!;) Dobre, dobre... Zaraz mi lepiej:)

      Usuń
  5. Jesteś genialna :D Mnie mało kiedy zdarzają się aż takie gafy, choć bywa, że przekręcam imiona i nazwiska. Zdarzyło mi się też napisać do pana "Szanowna Pani" tylko dlatego, że jego nazwisko (Liana) skojarzyło mi się damskim imieniem. Wstyd był jak licho, a i tłumaczenie było nijakie :-)Nie wiem nic na temat żalu Gebethner nad wypitym przez gości atramentem, ale za to współczuję gościom :-) Anegdoty z życia sław to dość zabawny temat, jednak w życiu popełnienie gafy już tak nie bawi. Ostatnio miałam zatarg z pewnym lekarzem, tak się na niego zezłościłam, że idąc do niego na kolejną rozmowę, ciągle myślałam jaki z niego głąb. Kiedy stanęłam w drzwiach jego domu odruchowo zapytałam "Czy jest głąb? ups... doktor Bąk?" Nie muszę mówić jak wielkim płonieniem zapaliły się moje policzki i jak głośnym śmiechem wybuchła jego żona, która - jak się okazało - miała lepsze poczucie humoru niż jej mąż :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyobrażam sobie teraz jakiego Asa w rękawie ma teraz żona lekarza;) Po takiej wpadce idąc następny raz na wizytę na wszelki wypadek myślałabym o nim przez całą drogę tylko dobrze:)

      Usuń
    2. Mam to szczęście, że już więcej do niego nie pójdę :D

      Usuń
    3. I bardzo dobrze, dużo zdrowia życzę:)

      Usuń
  6. Nawet, jeśli Twoja kawa tym razem nie była pyszna, to anegdota i całe opowiadanie - jak najbardziej!
    Roztargnienie ładnie - i śmiesznie - wygląda na kartach książek, a w prawdziwym życiu może być mniej zabawne; na szczęście zwykle, wcześniej czy później, śmiejemy się z własnych gaf. Z solą i ja miałam przygody - kilka lat temu, przejęta przedświątecznymi przygotowaniami, posoliłam wigilijną rybę trzy razy (tak, trzy!)... To "popisowe" danie od razu zyskało miano "karpia a la Wieliczka" ;-)
    P.S. O, "Lektury nadobowiązkowe" już w czytaniu! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Karp a la Wieliczka" - bardzo ładnie;) Pewnie nie pozwolono Ci już więcej dotknąć ryby :)
      Z Szymborską wiedziałam, że od razu się domyślisz! Uwielbiam jej felietoniki i dziękuję za podrzucenie nie lada rarytasu:)

      Usuń
  7. Wpadki rzecz ludzka. Szkoda tylko, że nikt jednak nie wspomniał, że kawa wydaje się mu dziwna.Ja jestem jednak za otwartością ...wówczas podałabyś nowa kawę.

    Świetnie opowiadasz Olu...kiedy się doczekamy czegoś więcej niż postów o cudzych książkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ, najgorsze jest to, że mąż kazał żonie spróbować kawę, bo mu coś podpadło, a potem mojemu mężowi też. A ja - ostatnia sierota - zamiast zrobić nowe kawy - zmusiłam ich do wypicia... Ja sobie w tym czasie kończyłam swoją kawę, którą zrobiłam dużo wcześniej, bez wanilii... Nie ma jak zrobić dobre pierwsze wrażenie...;)
      Bardzo Ci dziękuję za dobre słowo...Cieszę się, że jeszcze Was nie zanudziłam. Że nie wykończyłam słowem i solą :) :) :)

      Usuń
    2. No właśnie się zastanawiałam jaką kawę Ty piłaś....
      Ale doskonale rozumiem co przeżyłaś.....

      Usuń
    3. Normalnie - zareagowałabym szybciej, ale w tym przypadku Znajoma powiedziała, że jej mąż zawsze z czymś wyskakuje i się czepia; zasugerowała, że "ten typ tak ma", no to ja sobie jej słowa wzięłam do serca:)

      Usuń
  8. Aleś mnie rozbawiła :D Świetna historia! Ale Olu nie przejmuj się, mam tak samo :D Nawet Pana Janusza już też Andrzejem nazywałam... Ale mi później było wstyd! Cóż, roztargnienie nie choroba, trzeba się tylko wykazać poczuciem humoru :D A jakiego się dystansu do siebie nabiera :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, nabranie dystansu zabrało mi wiele lat, ale bez niego by się nie obeszło:) Biedny Pan Janusz, to ma tak częściej;)

      Usuń
    2. No biedny, ale poczciwy, sympatyczny i poczuciem humoru, więc chyba się nie gniewa :D Jak go przepraszałam kiedyś, to wspominał, że zdarzają się takie pomyłki, to może nie jesteśmy jedyne :D

      Usuń
  9. Olu, nawet perfekcyjna pani domu czasem doda soli do kawy (mnie również się to zdarzyło:)), jednak nie każda potrafi o tym tak wdzięcznie napisać. Zgrabnie i ze smakiem, można by wręcz powiedzieć, że z karmelową nutką. Oby więcej takich anegdotek, choć najlepiej, by obyło się bez wstydu, popadania w depresję i popełniania rytualnego samobójstwa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle, że chyba się nie da;) Anegdoty muszą być chyba zawsze w jakiś sposób okupione:)

      Usuń
  10. Wyszło jak wyszło, czasami tak bywa. Nie chciałaś przecież źle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak! Trudno przecież mieć złe zamiary wobec gości, których się samemu zaprasza:) Chcielibyśmy raczej wypaść z jak najlepszej strony:)

      Usuń
  11. Olu jesteś cudowna! Powinnaś napisać książkę, bo twoje teksty czyta się świetnie. A jeśli chodzi o roztargnienie to... witaj w klubie. Ostatnio schowałam Tymkowy strój na jujitsu do lodówki (w reklamówce), wyszłam w kapciach na zakupy itd. Ale muszę przyznać, że sytuacją w sypialni zrobiłaś na mnie piorunujące wrażenie hihi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strój-biel-śnieg-lód-lodówka. Całkowicie uzasadniony łańcuch skojarzeń;) Szczerze mówiąc miałam nadzieję, że sprowokuję do wyznań na temat własnych wpadek. Twoje kapcie i strój w lodówce - zajmuj miejsce w ścisłej czołówce:):):)

      Usuń
  12. Ojejku, takiej kawy to w życiu nigdzie nie dostaną! Ale nie przejmuj się, to nic takiego ;)
    Chociaż ja tez pewnie bym się chciała zakopać pod ziemię. ;d


    Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do siebie ;)
    http://tylkomagiaslowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak... Znajoma mnie uświadomiła, że kiedyś była na weselu, na którym wszystkim gościom podano słoną kawę. Zalano ją przez przypadek wodą z wcześniej ugotowanych ziemniaków. Myślę, że tę kawę dopiero zapamiętano!:)

      Usuń
  13. No, od tej strony Cię nie znałam! Chciałaś po prostu nad-dobrze i przedobrzyłaś :D Uwielbiam czytać Twoje teksty, Olu! Są rewelacyjne, do tego masz takie lekkie pióro, do którego się przywiązuję... Kawa jak kawa, ale scena z sypialnią - po prostu cudowna! A tak swoją drogą, to zamierzam się wprosić do Ciebie na tę kawę z ekspresu, tylko może bez dodatków... :) Ściskam Cię mocno, cudowna Kobieto!
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci, kochana:) Moniś, dwa razy tego samego numeru się nie robi, więc wpadaj spokojnie. Zapraszam serdecznie:) Może uda Ci się kiedyś latem, zobaczysz, że Śląsk nie jest taki szary:) Pozdrawiam serdecznie!

      Usuń
  14. Masz wspaniałych znajomych i kochanego Męża :)
    Poza tym trzeba patrzeć pozytywnie, te roztargnione osoby, to byli ludzie, którzy czymś się wsławili, takie KTOSIE. Jesteś w dobrym towarzystwie i teraz czekam na Twoje sukcesy :)
    "Pij, nie cuduj", nie mogę ze śmiechu :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak dokładnie było. Dopiero, gdy goście poszli - dotarło do mnie prawdziwe znaczenie tej sceny:)
      Dzięki Magduś:) Mogę tylko powiedzieć, że teraz ja czekam na Twoje sukcesy:)

      Usuń
    2. Oj....z sukcesem mi jakoś nie po drodze :(

      Usuń
  15. A wszystko przez te niepotrzebne starania! Jestem przekonana, że nawet gdybyś nie umyła okien i nie latała ze ścierką po całym domu, zachwyciłabyś towarzystwo swoją elokwencją, poczuciem humoru i oryginalną osobowością. :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od razu prostuję, że nie jestem, niestety, typem "perfekcyjnej pani domu"! Mam swoje zrywy, nie powiem, ale ogólnie uważam, że dom dla mnie, a nie ja dla domu:) Ojej... dziękuję, Ewuś, a teraz dopiero muszę prostować! W bezpośrednich kontaktach - jestem bardzo spokojny człowiek. Raczej typ słuchacza:) Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  16. Ola, mistrzostwo świata! Uśmiałam się jak dzika fretka i uwielbiam Cię jeszcze bardziej. Ułożeni ludzie są tacy nudni! A tak, nuda nie grozi ani Tobie, ani Twoim bliskim.

    Gdyby w takiej sytuacji znajomi się obrazili, to w ogóle nie zawracałabym sobie nimi głowy. Bo i po co mi wokół ludzie bez poczucia humoru? Tak więc - kawa z solą testem nowych znajomości. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to z pewnością:) Nuda nam nie grozi. Kiedy zaczęła się nowa edycja programu "Agent" - mój mąż powiedział, że on nie ma najmniejszego problemu z rozpracowaniem człowieka, bo ma agenta w domu;)
      Kto jak kto, ale Ty już wiesz, że w moim przypadku to coś więcej niż zwykłe roztargnienie... W końcu ratowałaś mnie w stolicy, przez co spóźniłaś się na spotkanie;)

      Usuń
  17. Kawa z solą? :-) To musiało być bardzo ciekawe spotkanie. :-) Muszę przyznać, że masz niezwykle taktownych znajomych, którzy nie śmieli zwrócić uwagi na smak kawy. Też od razu nasunęły mi się skojarzenia z "Anią z Zielonego Wzgórza". Ale czy jej gafy nie były urocze? :-) I Ty będziesz miała co wspominać. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję:) Znajomy jednak dawał jakieś sygnały. Tylko ze mnie taka trąba, że od razu mu tej kawy nie wymieniłam... Zmyliła mnie żona, która twierdziła, że mąż zawsze się do czegoś przyczepia, wręcz przepraszała za niego, więc moja czujność została uśpiona... Teraz kto wpada na kawę, to dodaje: tylko bez soli;)

      Usuń
  18. Cały czas zastanawiam się jaki smak musiała mieć ta kawa i chyba spróbuję dosypać sobie kiedyś już do prawie wypitej kawy szczyptę soli by przekonać się na własnej skórze ;) Myślę, że jeśli ktoś ma trochę dystansu to na pewno potraktuje sytuacje jako coś zabawnego (z resztą tak też się w końcu stało) ja sama pewnie zaczęłam bym się śmiać zaraz po wyjściu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ponoć dobrze się sprawdza na kaca - giganta ;)

      Usuń
    2. Karolino, moi goście naprawdę mają sporo dystansu i poczucia humoru. Na szczęście;)
      Magdo - w takim razie zastosowałam działanie prewencyjne. Sól przed kacem;) Tyle, że to było towarzystwo abstynentów!

      Usuń
    3. Olu, to naturalne lekarstwo, na pewno nie zaszkodziło :) Chodzi o elektrolity, które można stracić także w innych okolicznościach zdrowotnych :)

      Usuń
    4. W sumie goście niepijący, ale sportowcy. Elektrolity - jak znalazł;) Udało Ci się mnie pocieszyć najskuteczniej. Z podaniem naukowego uzasadnienia!:)

      Usuń
  19. Znalazłam informację, że kawę z solą pija się w kawiarniach w Tajwanie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dziękuję Ci, kochana! To ja się tu przejmuję, a moja kawa po prostu okazała się "światowa";)

      Usuń
    2. Właśnie! Podałaś kawę po tajwańsku :) Spécialité de la maison ;)

      Usuń