środa, 9 marca 2016

"Zawsze nie ma nigdy", czyli dzisiaj recenzji nie będzie...










Recenzję napisałam, ale ukaże się w innym miejscu, a ponieważ nie czuję bluesa, by pisać jej drugą wersję, dzisiaj parę luźnych uwag. 

Tajemnicza sprawa z tym doborem lektur, którędy one do nas trafiają? Dawno już straciłam złudzenie, że czymś kieruję, to one wybierają mnie. Te najlepsze trafiają swoimi tajemniczymi i nieoczekiwanymi ścieżkami. Przekonałam się też, że najlepiej się czyta, gdy mam czas, który pozwala wpadać w ciągi lub tak zwane: fazy, czyli pozwalam, by jedna lektura prowadziła do następnej, a ta otwiera drzwi do kolejnej… Czytanie to wędrówka korytarzem, w którym idziemy trochę po omacku, aż nie zaczniemy słuchać intuicji i swoich przewodników duchowych. Trafiamy na liczne zakręty i rozwidlenia, ale gdy wreszcie odnajdujemy właściwą ścieżkę, okazuje się, że od czasu do czasu, potem coraz częściej pojawia się (czyjąś troskliwą ręką postawiona) lampka, której trzeba tylko pozwolić się prowadzić.

Czuję się jak Alicja w Krainie Czarów, właśnie przenikam na drugą stronę lustra, ponieważ wpadłam w jeden z tych ciągów. Przeczytałam opowiadania zapomnianego mistrza krótkich form i już widzę przed sobą nowe szlaki i rozgałęzienia. Ach, zdobyć wszystkie jego opowiadania! Trafiam na tę i ową książkę, na jakiś artykuł i odkrywam, że Kornel Filipowicz wcale nie jest zapomniany. Wprost przeciwnie! Jest nie tylko stawiany za wzór przez dobrze nam znane i podziwiane osoby, intensywnie obecny we wspomnieniach, jest obecny nawet w wierszach (nikogo innego, tylko naszej noblistki!). Wcale nie jest zapomniany, tylko uporczywie ignorowany. Przez programy szkół, przez wydawnictwa, przez czytelników, którzy się o niego nie upominają… A przecież warto trzymać się zasady: czytaj, co zachwyciło twojego mistrza. To ważny element tej zabawy… Czytujesz Pilcha? Lubisz jego książki? W takim razie trafisz na nazwisko Filipowicza niejednokrotnie. Ale zacznijmy od początku.

Któregoś dnia słucham radiowej audycji. Jest do niej zaproszony Jerzy Pilch, który ma wyraźny problem z wymową, ale zapominam o tym kompletnie już po paru chwilach, ponieważ pisarz mówi fascynująco i mądrze. Wraz z nim wypowiada się współtwórczyni ich książki „Zawsze nie ma nigdy” i podoba mi się promyk światła, który pojawia się w jej głosie, gdy mówi o Pilchu. Tematem audycji jest geneza książki-wywiadu i cała historia jest przejmująca. Książkę kupuję z marszu i po chwili wiem, że to jeden z tych momentów, gdy trafiamy na właściwą ścieżkę. Jak powiedziałby Roland Deschain z Mrocznej Wieży Kinga: czuję, że idę ścieżką Promienia. I nie jest to wcale zauroczenie od pierwszego spojrzenia, bo dwa spotkania z Pilchem w ogóle mnie wcześniej nie poruszyły. Teraz jest zupełnie inaczej.

Czytam wywiad i lektura mnie porywa. Jerzy Pilch zaprasza do swojego mieszkania, pozwala usiąść przy swoim biurku, spojrzeć na swoje zbiory i w jednym z pierwszych tematów opowiada o Kornelu Filipowiczu i Wisławie Szymborskiej! Otwiera się przede mną nowe przejście w czasie. Kupuję następne książki pisarza, taszczę jego dzienniki i zbiory opowiadań. Czytam w amoku. Czy w wywiadzie Pilch „opowiada o sobie coś nowego”? Ależ skąd. „Nigdy jeszcze nie mówił wprost o swojej rodzinie i swoich ambiwalentnych odczuciach”? Przeciwnie! Czytaliście „Moje pierwsze samobójstwo” lub „Wszystkie historie”? Pisarz przecież stale pisze o tym samym. W sposób zawoalowany rzecz jasna, najczęściej też jedzie po bandzie i włącza pedał z podkręcaniem i ubarwianiem do dechy. Mam jednak wrażenie, że niespecjalnie stara się zmieniać dekoracje i zacierać ślady. A odczucia i emocje są z już pewnością z życia wzięte… Nie tylko w „Dziennikach”, także w opowiadaniach znalazły się już wcześniej portrety rodziców i dziadków, te wszystkie ślady przeprowadzek, relacje z rodzicami i inne tropy (nawet idealnie zatemperowane ołówki). To wszystko stanowi tworzywo jego twórczości.

Czytam nie tylko to, co wychodzi spod jego pióra. Staram się powoli dotrzeć do wszystkiego, do czego pisarz się odnosi. Już wspominałam, że trzymam się zasady „czytaj, co zachwyca twojego mistrza”, więc tropię teraz kształt idealnych pierwszych zdań w opowiadaniach Izaaka Babla, oglądam wieś oczami Bunina, a Anton Czechow jest mi przewodnikiem w najpiękniejszej podróży po stepach… Zachwyt, zachwyt, zachwyt!

Zawsze mi sprawia radochę, gdy trafię w recenzji na wyrażonko: „przeczytałam jednym tchem” . Spróbowaliście kiedyś przeczytać jednym tchem coś dłuższego od recepty? No, właśnie! Usłużna wyobraźnia uprzejmie podsuwa mi obraz czytelniczki, bo to zawsze jest czytelniczka, która leży w koronkowym peniuarze (nie wiem, dlaczego zawsze jest tak ubrana) na szezlongu (dalibóg -skąd ten mebel?), która czyta jednym tchem. Zaczyna się dusić już w dolnych partiach pierwszej strony, dostaje konwulsji i drgawek, potem sinieje, aż w połowie trzeciej strony w strasznych męczarniach umiera… Ileż czytelniczek zginęło w ten marny sposób! Teraz ja leżę na szezlongu, przekraczam kolejne bramy i umieram za każdym razem. Tak! Czytam jednym tchem! (Napisałam to!)

Wracając na ziemię i do wywiadu - czuję się urażona w imieniu Eweliny Pietrowiak, gdy w recenzjach pojawiają się komplementy dla jej inteligentnych pytań. Któraś z poczytnych gazet zdobyła się na taką mądrość i w zasadzie wszyscy później pojechali tym komunałem. Czy naprawdę ktoś uważa, że Pilch zaprosiłby do rozmowy osobę mniej wrażliwą i inteligentną? Czy można poddawać w wątpliwość inteligencję osoby, która jest reżyserem teatralnym i operowym? Czy wreszcie książka, która wymaga nie tylko idealnego pierwszego zdania, ale wyważonego balansowania między tematami i powściągliwości w ujawnianiu różnego rodzaju informacji mogła być przeprowadzona z kimś przypadkowym? Ten komplement jest raczej nie na miejscu. Oczywiście, że pytania i odpowiedzi są nie tylko inteligentne, ale także dowcipne i interesujące, zdradzające zażyłość między rozmówcami, ale także pewien zamiar rozmówczyni, która sama nie tylko konsekwentnie pozostaje w tle rozmowy, ale znając pewne cechy charakteru Pilcha – stara się je odpowiednio wydobyć i naświetlić, podać czytelnikowi na tacy, po to, by obalić stereotypy, które powstały wokół pisarza. Trzeba przyznać, że głównie dzięki jego usilnym staraniom.

Dlaczego przeprowadzenie wywiadu akurat w tym momencie musiało być przedsięwzięciem skomplikowanym? Abstrahując od problemów zdrowotnych (wielogodzinne sesje pomogły pisarzowi w ćwiczeniu mowy, z którą miał kłopot po przebytej operacji) – przeprowadzenie rozmowy, którą wypełniają wątki biograficzne wymagało pewnego wyważenia. Wiadomo, że pisarz pracuje nad autobiografią, a jeszcze w tym roku (w maju) ma ukazać się książka Katarzyny Kubisiowskiej „Podwójna gra” (biografia nieautoryzowana). W tych okolicznościach udzielenie wywiadu narzuca doprawdy żelazną dyscyplinę.  Trzeba kluczyć i lawirować; powrócić do wątków już wielokrotnie poruszanych, bo przecież autor bez przerwy korzysta ze swoich „wyznań elementarnych”, ukazać je w innych kontekstach, a zarazem zadbać, by nie zdradzić faktów, które mają ewentualnie wypłynąć w odpowiednim momencie. Jestem pod wrażeniem. Wywiad rozpala, a nie zaspokaja ciekawości. Pilch się otwiera, a jednocześnie wymyka. Kieruje wzrok na kolejne bramy. Pilch to wehikuł czasu…

Drogi Czytelniku, jeżeli dobrnąłeś aż do tego miejsca, szczerze współczuję. Z pewnością śpisz w tej chwili z głową na łokciach... Mam nadzieję, że przynajmniej Twoje krzesło jest wygodne jak szezlong... Dobrych snów!



[Gdyby ktoś jednak wolał klasyczną recenzję, to zapraszam TUTAJ]

49 komentarzy:

  1. Tak, tak, dobrnęłam do końca i wcale nie usnęłam. :-) Ciekawie czytało mi się Twoje luźne przemyślenia na temat książki. W przypadku Pilcha potwierdzam sobą jego własne słowa z jednego z wywiadów. Powiedział kiedyś (chyba w "Vivie!"), że blogerzy namiętnie czytają jego wywiady, ale mało kto czyta jego książki. I w moim przypadku to niestety prawda. :-) Zawsze z zainteresowaniem czytam o pisarzu w gazetach, ostatnio w "Twoim Stylu", ale rzadko sięgam po jego książki... Nie wiem, czemu tak się dzieje, ale genialnym tytułem "Zawsze nie ma nigdy" zamierzam to zmienić. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie bardzo się cieszę. Myślałam, że dziś będę musiała rozdawać poduszki;)
      To ja mam nieco inaczej, bo namiętnie wywiadów Pilcha nie śledziłam, ale miałam kilka podejść. Myślę, że teraz wrócę do książek, które za pierwszym razem nie zrobiły na mnie jakoś wrażenia i że odbiorę je inaczej... Tytuł książki ma znaczenie, tak jak pierwsze zdanie. Czytelnik także dowiaduje się skąd się wziął kult pierwszego zdania. Książkę polecam. A jeszcze wcześniej - warto wysłuchać audycji, o której też wspominałam:)

      Usuń
    2. Haha, poduszka by się przydała, ale z innego względu. Jakiś taki dziś mamy śpiący dzień, że nic się nie chce... Tak, pierwsze zdanie jest niezmiernie ważne, podobnie jak tytuł. To on przede wszystkim przyciągnął mnie do tej książki. Muszę się więc dowiedzieć, jakie znaczenie ma "zawsze nie ma nigdy" w rozumieniu Pilcha. :-)

      Usuń
    3. To prawda...gdybyśmy mieli dziś poduszki w pracy, któż by się oparł?;)
      Nie pierwszy raz o znaczeniu pierwszego zdania usłyszałam, ale pierwszy raz Pilchowi udało się tak obrazowo mnie przekonać:)

      Usuń
  2. Ja też nie usnęłam i mogę powiedzieć, że przeczytałam Twój tekst jednym tchem, choć jest dłuższy od recepty :)
    Też chciałabym zdobyć wszystkie opowiadania Filipowicza, mieć je w domu, czytać je sobie bez pośpiechu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję dobra kobieto:) I witaj w klubie. Nie, nie w klubie czytelniczek w peniuarach na szezlongu, tylko w klubie miłośniczek Filipowicza:) Właśnie zamówiłam sobie "Romans prowincjonalny". Nigdy bym nie trafiła na tę książkę, gdyby nie jeden z "ciągów":)

      Usuń
  3. Uwielbiam takie literackie "łańcuszki", gdy w książce spotykam zachwyt nad inną książką, i wtedy jedna mnie do drugiej prowadzi, a tamta znów do kolejnej. Cudownie znaleźć przewodnika, który drogę oświetli, a Pilch, jako namiętny czytelnik, jest w tej roli idealny. To dzięki niemu - a konkretnie dzięki krótkiej notce w "Dzienniku" - przeczytałam "Ptaszynę" Kosztolányi'ego, a teraz chcę przeczytać Ciorana i Filipowicza :-) A i potrafi Pilch rozbudzić apetyt na własne powieści, przez ten niedosyt, o którym wspomniałaś. Ale to jest niedosyt-komplement, niedosyt, który wynika z tego, że przeczytało się coś arcydobrego i chce się znowu i więcej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Tych tropów jest tyle, że nie wiadomo od czego zacząć. Wymieniłaś także moje wszystkie przyszłe lektury. Jeszcze przychodzi mi do głowy "Niebo i ziemia" (Sandora Marai). I nie wierzę w to już zupełnie, ale nagle wydaje się nieodzowne, by przeczytać "Śmierć Iwana Iljicza" Tołstoja... Co prawda w tłumaczeniu Iwaszkiewicza będzie ciężko zdobyć, ale próbować trzeba... A podobno Pilch nie czuje się dobrze w roli wykładowcy...

      Usuń
    2. O, Márai to również idol Szczepana Twardocha - właśnie czytam "Wieloryby i ćmy" i chyba dam się zainspirować.
      Pamiętasz może (kompletnie wyleciało mi z głowy, a "Zawsze nie ma nigdy" akurat pożyczyłam mamie), którym to rosyjskim pisarzem się Pilch w wywiadzie zachwycał...? Szkoda, że autorowi rola wykładowcy nie pasuje, ale jednocześnie mnie to nie dziwi. Pilch zawsze wydawał mi się gawędziarzem kameralnym ;-)
      A skoro leżysz już na szezlongu w czytelniczym ciągu, to zajrzyj do "Wszystkich lektur nadobowiązkowych" Szymborskiej. Ja zaglądam do tej książki ostrożnie, raz na tydzień najwyżej, i już sobie wynotowałam kilkanaście pozycji, które po prostu MUSZĘ przeczytać. Studnia bez dna! Ale na to trzeba mieć dobrą bibliotekę pod ręką i mniej więcej rok urlopu ;-)

      Usuń
    3. Dziękuję i notuję sobie: z "Wszystkimi lekturami nadobowiązkowymi" ostrożnie, jak do jeża;)
      Nie mam książki Pilcha przy sobie, ale zachwyca się najbardziej Płatonowem (ten od portretu). To numer jeden. Tołstoj, Czechow i Babel. To najważniejsze nazwiska. Był też Bunin - z całą pewnością.

      Usuń
    4. Właśnie zobaczyłam cenę "Lektur" i widzę, że to grubsza sprawa... Już wiem co dostanę na urodziny przynajmniej;)

      Usuń
    5. Dzięki, wiedziałam, że nazwisko na "P" się zaczyna, ale, cóż, starość nie radość ;-)

      Usuń
    6. Grubsza, grubsza...! Dosłownie i w przenośni. Niesłychana była z Szymborskiej czytelniczka :-) A jak o "Pamiętnikach" Zofii Tołstoj pisze, ech!

      Usuń
    7. No, to mnie masz!;)

      Usuń
  4. Dobrnęłam do końca. ;-) Nie, "dobrnęłam" to określenie nieadekwatne do sytuacji i rodzaju wrażeń, jakie towarzyszyły mi podczas lektury Twojego tekstu, bo przeczytałam go błyskawicznie (żeby nie użyć banalnego i budzącego zabawne skojarzenia "jednym tchem") i z ogromną przyjemnością. Przyjemność wynikała między innymi z faktu, że też miewam ciągi czytelnicze i uwielbiam przygodę polegającą na wędrowaniu od książki do książki, zwłaszcza gdy to one mną kierują, podpowiadając nowe tytuły. Mogłabym więc zakrzyknąć: Skąd ja to znam! Poza tym właśnie sięgam po "Wiele demonów" Jerzego Pilcha. Zaczynałam tę książkę dwukrotnie i wciąż brakowało mi czasu, żeby dokończyć. Tym razem na pewno jej nie odłożę. Potem z przyjemnością przeczytam wywiad z pisarzem. Może podsunie mi kolejną lekturę? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję;)
      Jeden z Twoich tekstów też wpadł idealnie w taki ciąg - tym razem lekturowo-malarski. Uwielbiam ten motyw! "Bel Ami" już czeka, żeby przenieść mnie w świat Maupassanta i Van Gogha:)

      Usuń
    2. A, w takim razie bardzo jestem ciekawa Twoich wrażeń. :-)

      Usuń
    3. Ech, piękna recenzja już powstała. Tego już nic nie przebije:)

      Usuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  6. Krzesło mam wygodne, więc czytanie Twojego tekstu było prawdziwą przyjemnością. Co więcej, radzę Ci wziąć się za pisanie na poważnie i tworzyć powieść dla poszukujących inspiracji :-) Dobrze, że masz swojego mistrza, ja nieustannie poszukuję, nie jest to łatwa sprawa... A ciągi czytelnicze uwielbiam, niestety łapią mnie tak samo często jak i czytelnicze odwyki, najprawdopodobniej spowodowane zniechęceniem. Pilcha już dawno czytałam, ale Twój tekst zachęcił mnie do powrotu do jego twórczości i być może kolejengo ciągu czytelniczego, aż żałuję, że nie mam peniuaru i szezlongu :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, kochana! Mistrzów mam więcej, moje ciągi są piętrowe;) Czasem się przecinają.
      Na wywiad-rzekę Pilcha namawiam. Sama jestem ciekawa w którą stronę Cię zainspiruje:)

      Usuń
  7. O matko, ja też uwielbiam te, jak je nazywasz, fazy! :) A jak się złoszczę, kiedy książki wskazanej w innej książce nie mogę znaleźć w bibliotece!
    Miewałam też miesiące, kiedy jeden motyw nieustannie chodził mi po głowie: syreny, dżiny, wyspy. Kurczę, kiedy piszę teraz "wyspy", mam wrażenie,że to krótkie słowo nie oddaje mojego zainteresowania pewną przestrzenią, społecznością i kulturą. No i takie tematy łączą się ze sobą, nachodzą na siebie. Właściwie zawsze towarzyszy mi jakaś obsesja, lecę jak ćma do biblioteki. ;)
    A Szymborska ostatnio wskazała mi tak wiele dróg, aż się boję wybierać (i chyba zejdę ze ścieżki, wybiorę leśne gęstwiny). ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo. Wolę jednak zdecydowanie książkę nabywać na stałe. Wtedy mogę patrzeć na swoje skarby. Ciężko mi oddawać książkę do biblioteki;)
      "Wyspy". Ładne słowo. Rzeczywiście dobrze oddaje to, o czym piszesz: zainteresowanie pewną przestrzenią, społecznością i kulturą. Czesław Miłosz zwrócił uwagę na dwuznaczność zawartą w tym słowie („Życie na wyspach”). Pisarz, jego zdaniem mieszka na wyspie. Wyspa daje schronienie swoim mieszkańcom, ale także izoluje ich przed światem…

      Usuń
  8. Proza Pilcha przede mną. I wiesz co, wcale nie usnęłam! Tekst co prawda wyczerpujący, ale nie nudy :)

    http://ksiazkowa-przystan.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że objawy wyczerpania prędko miną;) Pozdrawiam serdecznie:)

      Usuń
  9. Ha, bardzo podoba mi się wstęp i jak najbardziej się z nim zgadzam - to książki dobierają sobie czytelników, a my możemy cieszyć się, że padamy ich "ofiarą".

    A co do literackich ścieżek, to ostatnio bardzo ciekawą historią uraczył mnie znajomy z pracy. Śledził on spór związany z Polską w UE i zaczął się szerzej interesować osobą Guya Verhofstadta. Przy okazji jego biografii natknął się na fakty związane z ludobójstw w Afryce, jakich dopuszczali się Belgowie. Kiedy zajął się tym tematem, dowiedział się, że niejaki Mario V. Llosa spłodził książkę "Marzenie Celta", w którym poruszana została ta kwestia. Niedawno pożyczyłem temu znajomemu zbiór Mishimy "Zimny płomień" i kiedy zwracał mi tę pozycję zapytał mnie przy okazji, czy nie wiem, gdzie można zdobyć wspomniane "Marzenie Celta" Llosy. I bardzo mocno się zdziwił, kiedy okazało się, że posiadam tę książkę w swoich zbiorach i że z chęcią mu ją pożyczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I myślę, że już zawsze będziesz się znajomemu kojarzył jako istotny element pewnej historii:) I dobrze:) Ja też, szczerze mówiąc lubię pożyczać książki. To słowo nawet nie oddaje tego, jak to traktuję. Chyba podświadomie cieszę się, że pożyczając książkę - rzucam pomost między sobą i wypożyczającym. Będziemy mieli w przyszłości wspólny temat. Traktuję to zupełnie inaczej niż pewien bohater jednego z opowiadań Pilcha, który zapewne stanowi alter ego pisarza;) Oczywiście rozumiem bibliofilów, którzy mają półki pełne białych kruków, wtedy pilnują swych skarbów. Moja ciocia za to miała pełną biblioteczkę świetnych książek, bo miała przyjaciółkę w PRL-u w księgarni, ale ich nie czytywała. Dbała za to, by były idealnie ustawione i odkurzone. Na półkach nie mogło nic drgnąć...

      Usuń
  10. Ja też bez problemu dobrnęłam do końca :) Olu nie doceniasz się!
    Mam problem z Pilchem, bo jego książek nie potrafię czytać, uwierają mnie i drażnią, ale wywiady... Wywiady to co innego! Jak ten człowiek opowiada! Sama nie potrafię tego zrozumieć, ale "Zawsze nie ma nigdy" muszę przeczytać! Za to za inne pozycje autora podziękuję (poległam zbyt wiele razy) :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że szczęśliwie dobrnęłaś;)
      Wywiad polecam szczególnie, a później może dasz się jeszcze przekonać na książkę "Moje pierwsze samobójstwo"? To kilka opowiadań, które czytałam już po wywiadzie i wydawało mi się, że jest jego rozwinięciem i dopełnieniem. Wyjaśnieniem wielu spraw...

      Usuń
    2. Ten tom akurat mam, kiedyś czytałam :) Nie żeby mnie jakoś zachwycił, ale mam w nim dedykację Pilcha wystaną w giga kolejce na Targach książki, więc ją sobie szanuję :D A "Zawsze nie ma nigdy" kupili do biblioteki, więc przeczytam na pewno :)

      Usuń
  11. Przeczytałem i nie śpię, a wręcz przeciwnie - jestem pobudzony do myślenia. Dziękuję za dawkę własnych uwag, które o wiele dokładniej wykształciły w mojej głowie wyobrażenie na temat tej książki-wywiadu niż niejedna recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sympatycznie to słyszeć:) Cała przyjemność po mojej stronie. Witam miłego gościa:)
      Od razu dodaję, że to były raczej dywagacje wokół książkowe, nie oddały wszystkiego, czego się po niej można spodziewać...

      Usuń
  12. Olu, powiem szczerze, że ja przeczytałam Twoje "luźne uwagi" na bezdechu, wstrzymałam oddech i z fascynacji, coraz większe robiły mi się oczy. Fantastycznie! Bardzo chciałabym wiedzieć więcej na temat pisarza. Czytałam "Pod Mocnym Aniołem". Poruszająca lektura. Później, żeby napisać coś o niej i zachęcić innych do jej poznania, przeczytałam drugi raz. Dla chętnych taka moja zachęta: http://myslirzezbioneslowem.blogspot.com/2014/03/pod-mocnym-anioem-autor-jerzy-pilch.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam recenzję i jestem pod wrażeniem. Z pewnością zachęciłaś mnie, żeby sięgnąć ponownie. Wspominałam, że podchodziłam już do Pilcha, a było to ładny czas temu i wówczas z mieszanymi uczuciami czytałam książkę nagrodzoną przez Nike. Dzisiaj wszystko, co związane jest z pisarzem odbieram inaczej...

      Usuń
  13. Ja dopiero raczkuje w prozie tego autora, ale jestem bardzo pozytywnie nastawiona i wiem, że jeszcze nie raz sięgnę po jakąś jego książkę.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie od wywiadu świetnie zacząć:) Pozdrawiam wzajemnie:)

      Usuń
    2. Chciałam napisać: dobrze zacząć;)

      Usuń
  14. Z przyjemnością przeczytałam Twoje rozważania i dyskusję w komentarzach. Pilcha omijałam, ten alkohol....zrozum, zbyt duża trauma. Dla mnie Pilch = problem alkoholowy. Ale spróbuję Pilcha poczytać.
    Mogłabym zabrać głos w dyskusji, a tak?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze Cię rozumiem. Przez długi czas miałam to samo. Gdybyś jednak kiedyś rozważała pójście w tę uliczkę, to weź pod uwagę wywiad. Myślę, że nieźle wprowadza w różne sprawy. Jest też i problem alkoholowy, pewne sprawy się ciągną za człowiekiem. Miło mi jednak, że wpadłaś:) Pozdrawiam:)

      Usuń
  15. Brawo za obiektywizm i idącą za nim wielką wiedzę. Nie zasnąłem. Dawno nie czytałem tak dobrego tekstu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie dziękuję za dobre słowo:) Z tą wiedzą nie przesadzałabym;) Cieszę się, że nie udało mi się wtrącić w objęcia Morfeusza. Odzyskuję też wiarę w blogerów, że "czytają", a nie "skanują":) Pozdrawiam:)

      Usuń
  16. Nie czytałam nic Pilcha, ale po tym poście może się skuszę na coś jego, jak w bibliotece będzie....
    Ja zazwyczaj lubię, jak mnie autor zainteresuje szukać od razu innych jego książek. I czasem jest to denerwujące, jak się okazuje że nic więcej nie wydano, albo to co wydano jest niedostępne.

    Olu kiedy sama zaczniesz pisać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do Pilcha - jestem dziwnie spokojna, że "coś" będzie. Jednak namawiałabym, żeby zacząć od wywiadu. Niekoniecznie tego - książkowego. Sporo jest wywiadów w sieci. A w zasadzie polecam zacząć od króciutkiej audycji:
      http://www.polskieradio.pl/8/410/Artykul/1575789,Wywiadrzeka-z-Pilchem-jak-podrecznik-dla-pisarzy

      Pytasz serio? ;)

      Usuń
    2. Ooooo, dołączam do pytania :)

      Usuń
  17. Podoba mi się ta droga od lektury do lektury. Ileż to razy sama przechodziłam podobną. Jakieś nazwisko, jakieś wspomnienie, albo chęć poznania kolejnej pozycji. A jaką radość sprawia, kiedy czytanie treści się przeplatają, nakładają, po trochu powielają, a po trochu dopowiadają i uzupełniają. Muszę jednak sięgnąć po tego Pilcha, który tak mi podpadł Pod mocnym aniołem. A może raczej po Filipowicza:) A to będzie już zupełnie inna droga do lektury:) droga przezblogowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest w tej zabawie najlepsze. Coś zachwyca, człowiek czuje, że jest na fali, więc dlaczego nie iść w tym kierunku?
      Co do Pilcha, to też zaczęłam od książki Pod Mocnym Aniołem, która mnie nie przekonała. Dziś po dość długim czasie uważam, że Pilch jak najbardziej na Nike zasługuje, ale nie powinno się pisarza poznawać od akurat tej książki. Ale cóż, kiedy pierwsze sięga się po książkę najgłośniejszą i nagrodzoną...
      Bardzo jestem ciekawa kto ostatecznie wygra: Pilch czy Filipowicz;)

      Usuń
  18. Przyznam, że Pilcha czytałem jedynie jego słynne "Pod mocnym aniołem" i to głównie ze względu na film Smarzowskiego, przeczytałem wcześniej, żeby wiedzieć z czym się konfrontować. Ale zachwycił mnie, językiem, stylem, sposobem podejścia do tematu a także umiejętnością czerpania z dokonań poprzedników, w końcu ileż w nim było Hłaski. Chętnie bym sobie te rozmowy poczytał i poznał go lepiej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie już wpadła Ci w ucho słynna "pilchowska fraza":) Polecam wywiad, a jeśli nie czytywałeś felietonów pisarza, to także "Dzienniki".

      Usuń
  19. Polecam Dziennik Drugi. Pozdrawiam Simonie.

    OdpowiedzUsuń